Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

16 listopada 2012

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Ekwiwalencja planet i astrologiczne przesądy

Kategoria: Twórczość

« Wolność palacza Kąsający czas »

Sześć planet walczy o władztwo nade mną. Jowisz, Merkury, Wenus, Uran, Neptun i Księżyc. Stanowczo zbyt wiele bóstw jest zainteresowanych moją skromną osobą. Nie, nie jestem skromna. Waham się od przekonania, że mam światu coś niesłychanie ważnego do powiedzenia, jedynego i niepowtarzalnego, do ściany, przed którą zatrzymuję się kpiąc sama z siebie i swoich porywów. Następstwem tego jest psychiczny dołek, przekonanie, że nie jestem w stanie wyartykułować tego, co dla mnie najważniejsze, że wszelkie przypowieści których używam dla przybliżenia otoczeniu moich przemyśleń, są diabła warte.

Niestety, nikt nie skonstruuje z nich Biblii! Nawet apokryficznej. W dodatku ta ściana, przed którą muszę się zatrzymać! Jakież to uraniczne! Coś stopuje cię w dążeniu do rozwiązania zagadki. Gdzież tobie, głupia Kasiu, do szachisty, rozważającego kilkanaście kroków naprzód! Tobie ściana wyrasta już przy trzecim, a najdalej czwartym kroku!

         Najgorzej, że czas dany tobie na rozwiązywanie wszelkich życiowych zagadek niemiłosiernie się kurczy, a zagadek przybywa.

         Spoglądam przez okno i widzę sąsiadkę w inwalidzkim wózku jak męczy się biedna przed krawężnikiem. Zazdroszczę jej. Ma piękny, akumulatorowy wózek i nie musi chodząc, zmagać się z bólem. Jakże jestem nierozsądna!

         Szukając w astrologii odpowiedzi na moje pytania, nie jestem w stanie odróżnić przesądów światło ćmiących od kanonu odkryć potwierdzonych. Astrologia nie jest podobno nauką, ma wiele szkół i wielu przywódców, pewnych siebie i niewzruszonych. Ja nie jestem pewna niczego. Taka chorągiewka na wietrze. Kto raniej wstanie, ten rządzi; kogo przeczytam, ten zawładnie moją wyobraźnią (tu oddaję honor Przemysławowi, który bez przywoływania astrologii, przy okazji „Dnia Tryfidów” rozgryzł mnie, jak nikt inny  – to nie kpina, po namyśle przyznaję mu rację).

         Jakiś czas chodziłam na wykłady Izy Podlaskiej i Mii Krogulskiej chcąc poznać tę astrologię, która bada życiorysy władców rzeczywistych i władców wyobraźni, celebrytów, prezydentów, aktorów, milionerów, polityków i seksualnych niewolnic, psychopatów, szaleńców, a także jest w stanie ustalić dla nich dobre dni na zawarcie małżeństwa (choćby było piątym z kolei), decyzji finansowych i wszystkich innych przedsięwzięć np. wybór szkoły dla dziecka z trzeciego małżeństwa czy zakup rasowego pieska. Nie zdzierżyłam, bowiem nie czytywałam „Pudelka” i nie byłam na bieżąco z życiorysami celebrytów.

         Jednak na jednym z wykładów usłyszałam przypowieść, która zawładnęła moją wyobraźnią.

         Pewien misjonarz udaje się do plemienia ludożerców z zamiarem nawiązania z nimi dialogu o życiowych priorytetach. Wiezie ze sobą mnóstwo kolorowych paciorków, lusterek itp. darów. Nie jest jednak w stanie porozumieć się z tym plemieniem. Oni za najlepszy dar uważają jego ciało, które mogą ugotować i zjeść.

         Ja często czuję się jak ów misjonarz. Tłumaczę w Urzędzie Skarbowym jakieś zagadnienie powołując się z przyzwyczajenia na konkretne paragrafy punkty i podpunkty ustawy, a kobita twierdzi, że nie może niczego znaleźć w swoim komputerze. Że pisano z US do mnie w tej sprawie dwa lata temu, a dokumenty potwierdzające otrzymałam dopiero teraz? — Pliki sprzed dwóch lat są archiwizowane — mówi mi pani zza biurka. Po czym kierują mnie kolejno do rozmaitych pokojów aż wreszcie trafiam do niej z powrotem. Jeśli wyślę prawnika w garniturze i z laptopem, zaświadczenie dostaje od ręki. Nawet nikomu nie przeszkadza, że nie ma mojego upoważnienia.

         Idę do lekarza specjalisty (prywatnie!), a on życzliwie zauważa, że nie ma mocy mnie odmłodzić i wygania z gabinetu po trzech minutach, chociaż zapłaciłam za standardowe dziesięć. Młody bysio ze złamaną kończyną wypełnia jego i mój czas.

Żadne z nich nie chce być jakoś specjalnie nieżyczliwe – po prostu oni są plemieniem ludożerców do których wyobraźni ja, jako misjonarz, nie jestem w stanie zaapelować, ponieważ nikt nie dał mi czasu na przedstawienie mojego punktu widzenia. Od razu wsadzili mnie do garnka i mają z głowy. W najlepszym wypadku nie widzą mnie.

Odwiedza mnie syn i stwierdza, że ma czasu dwadzieścia minut, po czym blisko piętnaście poświęca na służbowe rozmowy telefoniczne i sms-y. Jest bardzo zdziwiony, że nie mam mu nic do opowiedzenia, ja zaś borykam się z ustaleniem, o czym najważniejszym chciałabym mu powiedzieć oraz obliczaniem, ile czasu mi to zajmie, po czym dochodzę do wniosku, że czasu jest za mało, żeby o czymkolwiek porozmawiać. Przez grzeczność nie pytam: po co przyszedłeś? Wiadomo, wizytę u starej matki trzeba zaliczyć raz na jakiś czas.

         Opowieści te mają ilustrować problem „spalonego Merkurego”. Ktoś taki jest inteligentny inaczej: z pozoru elokwentny i łatwy w kontakcie, nie jest w stanie porozumieć się z tymi, na których mu najbardziej zależy.

         Ale nie jest powiedziane, że „spalony Merkury” to jest prawdziwa prawda. Przeciwnie, opozycja Urana do Merkurego może dać taki sam efekt. Uran nie zawsze jest nowatorski i odkrywczy. Bywa złośliwy i nieobliczalny. Uranik (-czka) nie musi być lotnikiem, może, będąc córką lotnika – oblatywacza i matką sportowego pilota, latając, przeżywać kolejne odsłony lęku na myśl o ewentualnej śmierci.

Z sześciu planet mniej więcej o równorzędnej sile w moim horoskopie (wg zasad ekwiwalencji – ponieważ nie mam planet na osiach) dwie budzą zastrzeżenia. Jowisz to powodzenie życiowe, nadmiar nawet, bujność. Ale przecież w świecie wszystko jest sprawą kontekstu. Nie jestem bezrobotną i bezdomną, poniewieraną i upokarzaną permanentnie kobietą. Miałam swoje wzloty i sukcesy, ale żaden z nich nie przekształcił się w coś trwałego oraz miałam upadki, ale nigdy nie na samo dno. Od dna się odbiłam bardzo wcześnie, mając kilkanaście lat, ale nie wskoczyłam tam, gdzie zmierzałam (nie chodzi mi o sprawy materialne). Jowisz jest władcą Strzelca (a w astrologii reformowanej ekwiwalentem), ale w moim horoskopie przebywa w znaku Raka, który wg Wojtka do Raka nie pasuje. Cóż prostszego, by odwołać się do tradycji mówiącej, że Jowisz w Raku jest w egzaltacji, został przeceniony. Oczekiwania wobec niego były nadmierne, księżycowe wręcz. Sam pomysł jednak króla w podróży jest przesądem, podobnie jak „władcy” znaku.  Jednak w tym przypadku ekwiwalent nie jest w pełni ekwiwalentny. A może czegoś nie dostrzegam? Może Jowisz jest na tyle męski, że w kobiecym horoskopie przejawia się inaczej? Może nie tyle posiadam, ile chcę rozdawać?

Do grona innych, przeciwstawnych stwierdzeń: Księżyc, jako „władca” Raka daje rodzinność, miłość i troskę o najbliższych. Wg astrologii tradycyjnej Mars jest w Raku w upadku. Nieprawda, moje stosunki z rodziną były marsowe, choć nie ukrywam, że nie potrafiłam i nie potrafię się z ich siły wyzwolić. A więc astrologia tradycyjna tu nie działa.

Wenus jest łagodna, współczująca, ugodowa, kocha piękno. Ale jaka planeta każe poszukiwać piękna wśród brzydoty? I uważać konwencjonalne piękno za nudne i śmieszne? Spalona czy w opozycji do Urana? Piękno zniszczenia, zagłady i katastrof?

Można powiedzieć: Uran wszystko psuje. Jest krytyczny, innowacyjny i kontestujący. Uran – psuj – jak napisał kiedyś Wojtek. Ale Urana nie ma w tradycyjnej astrologii! Może też jest przesądem, tyle, że nowocześniejszym?

Inna sprawa: pewne moje życiowe zawirowania doskonale tłumaczy koniunkcja Księżyca z Lilith w Raku. Nie doprecyzuję, bo na łożu śmierci nie dostanę rozgrzeszenia. Przesąd, Lilith jako taka nie istnieje, to jakiś hipotetyczny węzeł obliczony na nieboskłonie, a nie realna planeta.

A zamiłowanie do przetworów domowych, działki, ekologicznej żywności, fizyczna wręcz fascynacja procesem fermentacji wina, bulgotaniem w szklanej rurce, gospodarność rozumiana tradycyjnie — szycie, naprawa, reperacja, żadnego wyrzucania rzeczy niepotrzebnych — Ceres na ascendencie (jako jedyna moja planeta na osiach). Ale przecież w tradycyjnej astrologii małych planet nie było! Żadnej Ceres, żadnego Chirona! Astrologia reformowana też je chyba pomija. (Jest jeszcze tzw. astrologia humanistyczna, ale ta minęła wraz ze starym ustrojem), zresztą żadnych rewelacji nie przynosiła.

Do czego zmierzam? Czasami wydaje mi się, że astrologia nowoczesna czy tradycyjna, reformowana czy nie, bez różnicy, nie do końca przystaje do naszych doświadczeń. Jest niby robak na wędce, zaczepiony by zanęcić rybę, by zaczęła zastanawiać się nad swoim życiem i losem, przyczynami i skutkami, by na koniec bezlitośnie ją złapać i spożyć, w dodatku usmażoną na patelni. I jedyny problem jest taki: czy należy smażyć ją na smalcu, czy na oliwie i jakimi ziołami, czy gotowymi mieszankami przyprawić. Knorr czy Winiary, a może i te tańsze się nadają? Sama ryba dla nikogo nie ma większego znaczenia — jest takim misjonarzem gotowanym w kotle. Wiadomo, dzieci i Ryby (ascendentalne) głosu nie mają.

Żeby wypowiadać się autorytatywnie, trzeba mieć doświadczenie, bazę horoskopów. Trzeba praktykować. Mimo to i tak łatwo o błąd mimo zachowania i uczciwości, i najwyższej staranności w badaniach. A ja mam żałośnie małe doświadczenie.

Wyobraźmy sobie taką scenkę: średniowieczny astrolog zostaje przeniesiony w czasy obecne. Idąc ulicą miasta podziwia wspaniale kościoły, których więcej niż domów i są o wiele wyższe niż w jego czasach. Widać ludzie opanowali swoją duchowość i zredukowali codzienną fizyczność – konstatuje. Na ulicy widzi człowieka przyciskającego do ucha przedmiot mniejszy od jego dłoni i mówiącego doń. Ustala, że człowiek ten rozmawiał z kimś odległym o wiele kilometrów od tego miejsca. – Ach, jaki odnieśliście sukces – zachwyca się – opanowaliście telepatię! Teraz każdy może być telepatą, nie tylko wybrani. Zapewne więc i wasza astrologia już nigdy się nie myli! Każde zdarzenie przewidujecie też dzięki powszechnemu doświadczeniu jasnowidztwa! – Co, nie wierzycie we wpływ gwiazd na ludzkie życie? Nie umiecie jeszcze obliczyć tych sił wiążących to co na górze z tym, co na dole?  Niesamowite! To jesteście bardziej zapóźnieni niż my!  Ale przecież, jak nie będąc jasnowidzami, oglądacie na waszych ścianach ludzi i zdarzenia z innych miejsc i innego czasu?

Co może mnie pocieszyć? Czytałam w internecie rozważania, z których wynikało, że piszący ma zupełnie inną koncepcję tego, co z człowiekiem dzieje się po śmieci i w dodatku twierdzi, że nie sprzeciwia się ona wyznawanemu katolicyzmowi (co mnie, osobiście, w obecnej chwili, jest całkiem obojętne). Nie wierzy więc, że dusza oddziela się od ciała i wędruje gdzieś nie wiadomo gdzie (do nieba, piekła czy czyśćca, czy jeszcze gdzie indziej), nie wierzy także w reinkarnację i wcielanie się duszy w rozmaite żywe stworzenia usytuowane wyżej czy niżej w jakiejś hierarchii zasług, ale twierdzi, że jedynym sensownym rozwiązaniem jest to, że z człowieka po śmierci złuszcza się jego ciało, niczym pewna, zewnętrzna warstwa. Nikt nie wie ile tych warstw jeszcze pozostaje i jak często się złuszczają ani co po nich zostanie. Czy to prawda (może przybliżona, symboliczna), czy przesąd?

Mam nadzieję, że Wojtek nie ma za złe ostatnich przemyśleń swojej niezbyt lojalnej uczennicy. Czy właśnie astrologia nie jest taką zapomnianą nauką, z której złuszcza się poszczególne warstwy? Aż do ostatniego jądra? Także w takich herezjach, jak moje i w dyskusjach na granicy dyletanctwa. Chciałabym doczekać, by je, te warstwy, zrozumieć, a jeszcze lepiej, zobaczyć.

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Wolność palacza Kąsający czas »

komentarze

1. Zyczenia • autor: Nierozpoznany2012-12-03 04:16:47

Witam Serdecznie Pani Kasiu.

Zycze wszystkego najlepszego z okazji  urodzin( spoznione ale szczere) i gratuluje tak mlodego ducha!

Czytam od jakiegos czasu Pani felietony, ktore sa bardzo lekkie i przyjemne i czuje ogromna sympatie do Pani osoby.
Jestem Slonecznym Strzelcem, ascedentalnym Lwem i Ksiezycowym Baranem.
Zajmuje sie od kilku lat numerologia, ktora kocham od pierwszego wejrzenia i nie moge oprzec sie wrazeniu, ze byc moze ta dziedzina pomoglaby zinterpretowac calosc...
 
Przepraszam za brak polskiej czcionki.

Pozdrawiam serdecznie:)Monika.




Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

.RN
x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)