Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

19 grudnia 2014

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Emigracja

Kategoria: Obserwacje obyczajowe
Tematy/tagi: obyczaje

« Proroctwa na rok 2015 Putin 1 stycznia otruty w górach »

Moja przyjaciółka, pisarka i nauczycielka języka polskiego w szkole średniej, żali mi się, że słowa albo znikają z języka, albo ich znaczenie rozmywa się. Jako przykład podaje wyraz „emigracja”.

         Temat na próbnej maturze brzmiał: "Emigracja – tragiczna konieczność czy szansa”. W zasadzie uczniowie teoretycznie wiedzieli, o co chodzi, ale problemy powstawały, gdy przyszło do wskazania bohaterów literackich – emigrantów. Emigrantami byli wszyscy bohaterowie, którzy akurat im się przypomnieli: Wokulski, bo pomyślnie handlował w Bułgarii, Józio z Ferdydurke, bo wyjechał na wieś, Cezary Baryka, bo przyjechał z Rosji do Polski, Raskolnikow, bo został zesłany na Sybir itd.

         Okazuje się, że w filmie " Ostatni pociąg do Auschwitz” Żydzi emigrowali z Niemiec do obozów koncentracyjnych, znajdujących się w okupowanej Polsce. Każde przekroczenie granicy, w którymkolwiek kierunku i w jakimkolwiek celu, to emigracja. Wakacyjna praca we Włoszech to też emigracja.

         Koleżanka pisze dalej: „Moi uczniowie są inteligentni, zaradni, sympatyczni, żadne tam młotki. Bardzo ich lubię. Niestety: więźniowie obozów — to obozowicze, Moskale — to moskity, szlachcic — to najbogatszy człowiek w Polsce. Domena — dama, latryna — izolatka; gobelin, morał, pertraktacje — zniknęły.

         Profesorowie językoznawcy twierdzą, że znikanie słów, a pojawianie się innych, to proces naturalny, i tak na zdrowy rozsądek powinno się wydawać. Wszak pewne przedmioty, procesy, zjawiska w życiu społecznym zanikają w sposób naturalny, nic też dziwnego, że znikają słowa je opisujące. Są już niepotrzebne. Niestety, w rzeczywistości nie jest to takie proste. Czy pojęcie emigracji nie jest już potrzebne? W czasie, gdy tysiące młodych w poszukiwaniu pracy udaje się za granicę, wielu z nich z zamiarem pozostania tam na stałe? Co się zmieniło od osiemnastego wieku, czasu emigracji za Ocean, także przecież za pracą i lepszym życiem, że słowo traci swój sens?"

         Rozumiem jej rozterki, ale wydaje mi się, że rzecz sięga jeszcze głębiej. U podstaw tego zjawiska nie leży fakt znikania jednych słów, a zastępowanie ich nowymi. Nie jest to tylko sprawa językoznawców. Jeżeli bowiem by była, dlaczego nawet pewne mruknięcia, nie do końca zdefiniowane odgłosy, wyrażające jakieś emocje lub stany, także znikają z zasobu odgłosów wydawanych przez nasze gardła? Dlaczego zamiast och-ów, ach-ów, ech-ów, acha...-ów, no!-ów i tym podobnych odzywek, z uporem godnym lepszej sprawy wydajemy jakieś wow/łoł? W tych dźwiękach nie ma żadnego sensu. Odcień znaczeniowy mają taki, jaki każdy mu dowolnie nada, podobnie jak typowy przerywnik mowy potocznej: wyraz „k..wa”, mogący wyrażać złość, aprobatę, zaciekawienie i wiele innych stanów ducha. Także wypełniacze wypowiedzi typu: „wiesz”, opóźniające tempo formułowania jej w umyśle, są czymś zwykłym i mijają wraz z nabieraniem językowej wprawy. (Co prawda niektórzy dziennikarze z uporem godnym lepszej sprawy starają się nadać owemu łoł statut ważnej opinii (jak w artykule Leszka Baja z Gazety Wyborczej „Efekt wow w Pendolino” —http://wyborcza.biz/biznes/1,100897,17142418,Efekt_WOW_w_Pendolino__PKP_wysoko_ustawia_poprzeczke.html )

         Wydaje się czasem, że przyczyną tego zjawiska jest naśladownictwo. W miarę rozwijania się kontaktów ze światem, nabywania umiejętności posługiwania się innymi językami, pojawia się także pewnego rodzaju tendencja do mieszania języków. Używanie obcych wyrazów podnosi używającego w jego własnych oczach, nadaje mu status poligloty. Zjawisko nie jest nowe; uczniowie mojego pokolenia pamiętają z lekcji języka polskiego pisarzy i poetów walczących z makaronizmami (łączeniem dwóch językowych systemów w obrębie jednego zdania czy wyrażenia, a czasem nawet wyrazu), nadużywaniem w Średniowieczu łaciny, anglicyzmów, barokową francuszczyzną, itp. Na jakiś czas, wraz z izolacją Polski, problem ten odsunął się z bieżących spraw, powrócił jednak ze zdwojoną siłą.

         Mody, o których pisałam wyżej, mijały, zostawiając po sobie nowe słowa, a niektóre z nich tak wsiąkały w naszą rzeczywistość, że po latach wydawać się mogły rdzennie polskie. W świetle tego dbanie o czystość języka polskiego wydaje się niepotrzebne i nadmiernie angażujące społeczny wysiłek, który obrócić by można na inne, słuszniejsze sprawy.

         Nie jest to jednak tak, jak z pozoru się wydaje. Rzecz jest nie tyle w jakości używanych słów (choć ona też ma znaczenie), ile w ich ilości. Gdy słów tych jest dużo, zbyt dużo, język traci swoją czytelność dla większości ludzi. Regułą jest, że słowa skomplikowane, wyrażające rzeczy i sprawy nieproste, znikają pierwsze. Ich braku nie spostrzeże stadionowy kibic, klient w sklepie czy uczeń w szkole. Za to dostrzegą go ci, którzy chcą mówić lub pisać o sprawach znacznie mniej przyziemnych, niż codzienność. Skomplikowane uczucia (nazywane chętnie ogólnikowym określeniem emocje) wymagają – jeśli chcemy komuś przekazać informację o nich – słownictwa bogatszego, niż zwyczajne. Jeśli nie znamy na ich określenie innych słów niż podstawowe, takie jak: złość, gniew, żal, radość, na przykład, nie dostrzeżemy, że istnieją też inne rodzaje emocji/uczuć. Nienazwane nie istnieje – tak się czasem mówi i to jest racja. Będziemy wściekli, albo będziemy nienawidzić kogoś – jeśli nawet w istocie odczuwamy spokojną dezaprobatę. Nasze emocje zostaną z braku precyzji wypowiedzi przejaskrawione i podkręcone. Zamiast powiedzieć „proszę zostawić mnie w spokoju” będzie się mówić „spadaj na drzewo” albo jeszcze gorzej, a samo słowo „spokój” nabierze zupełnie innego znaczenia – stanie się chociażby synonimem „nudy”.

         Wracając do przykładów mojej koleżanki: nazwy zjawisk, które obecnie nie istnieją albo których nie dostrzegamy, wykorzystywane są dowolnie jako bank elementów do swobodnego wykorzystania. Moskitów nie ma w Polsce – nazywanie ich mianem Moskali, Rosjan brzmi zabawnie i odświeżająco. Szlachty już u nas nie ma, choć wielu ludzi wywodzi swoje szlacheckie korzenie z jakichś rodzinnych czy prywatnych rojeń – nazwijmy więc szlachtą nasze finansowe elity. Moralność w ogóle przestała być w cenie, nawet księża na kazaniach nie zajmują się nią, matki nie pouczają dzieci o tym, jak powinno się żyć i postępować słusznie; nawet bajki już nie zawierają morałów, bowiem uważa się, że moralizowanie może drażnić i nudzić dzieci. Nic dziwnego, że słowo to zanika i przestaje być rozumiane.

         Nawet w dyskusji nad ostatnim odcinkiem „Prababci” powstał problem, czym tak właściwie jest szkalowanie. Już nie odczuwa się, że szkalowanie to krytyka złośliwie uporczywa, często kłamliwa, a każdy przejaw postawienia komuś jakiegokolwiek zarzutu uważa się za eskalację nienawiści, pouczając więc osobę, która ośmieliła się skrytykować jakiegoś niezbyt zrównoważonego lokalnego idola i przedstawia się swoją osobę jako oazę łagodności, dobrotliwie napominającą szkalownika, iż źle czyni, bowiem powinniśmy kochać i akceptować – nawet tych którzy pragną (zupełnie dosłownie) zburzyć nasz świat. Świat zaczyna zapełniać się wilkami w owczej skórze, ponad miarę wskazaną dla pobudzania egzystencji społeczeństw. Większość za sprawą nowych słów lub nadawania im nowego znaczenia.

         Tu docieram do zjawiska perfidii cichych mocodawców, którą przestaje się dostrzegać, nadając starym słowom nowe znaczenie. I często właśnie ta zmiana znaczeń bierze się nie z mody czy bezmyślności, a jest celowym zabiegiem zmierzającym do wprowadzenia ludzi w błąd, oszukania ich i zmącenia resztek ich zdrowego rozsądku.

         Moim zdaniem tę puszkę Pandory otworzyły reklamy i politycy; reszta poszła już gładko. I żadna poprawność polityczna nie wystarczy, żeby zjawisko okiełznać. Jedyne, co możemy zrobić, to przypominać dawne znaczenie wyrazów i chwilę zastanowić się nad tym, co właściwie znaczą wypowiedziane bezmyślnie przed chwilą słowa.

Korekta przez: Radek Ziemic (2014-12-29)



« Proroctwa na rok 2015 Putin 1 stycznia otruty w górach »

komentarze

[foto]

1. Problem wieczny i nie tylko dzisiejszy • autor: Wojciech Jóźwiak2014-12-20 09:01:01

Kasiu, problem z zanikaniem słów i wulgaryzowaniem (od vulgo = "kupą") języka nie jest tylko dzisiejszy, ale chyba właściwie wieczny. Ale podobno szamani syberyjscy znali cztery raz więcej słów niż ich zwykli współplemieńcy. Szamanów nie ma, ale jak zawsze są ludzie, którzy dbają o język. I nad tym językiem pracują. To tyle.

Na dodatek kilka moich ulubionych nadużyć słów:
kostyczny nie znaczy skostniały ani kościsty -- tylko złośliwy
nie spasa się bydła sianem tylko siano bydłem
inner nie tłumaczy się "inny" tylko "wewnętrzny".
[foto]

2. Anglicyzacja • autor: Wojciech Jóźwiak2014-12-20 09:04:50

A tu artykuł, który nie dotyczy języka, ale anglicyzacji jako takiej:
Instynktowna i słuszna anglicyzacja (westernizacja), .
[foto]

3. Mickiewicz czy coca cola • autor: Katarzyna Urbanowicz2014-12-20 10:34:14

Przeczytałam artykuł. Jest w nim sporo trafnych spostrzeżeń, ale autor spłyca całość zagadnienia. Polityka, światopogląd mają w sprawach języka sporo „na sumieniu”, jednak ograniczanie ich do „bredzących bzdury romantyków” czy „trupa polskiej kultury romantycznej ożywiany przez ruszające się w nim robactwo” – to emocjonalne ograniczenie. Patrząc z tego punktu widzenia oczywistym jest, „że pozwolimy wreszcie zdechnąć temu trupowi, który już wtedy gdy był silnym ciałem wyrządzał więcej szkód niż pożytku” – niestety, wcale nie jest to takie oczywiste, jak autorowi się wydaje. Ocenianie kultur narodowych pod kątem, która jest lepsza i wskazywanie na większą wartość kultury amerykańskiej nad np. hiszpańską prowadzi w prosty sposób do unifikacji wszystkich kultur (należy czerpać z żywszej, „lepszej”, a odpuścić sobie „gorszą”). Nie będę polemizować z całym artykułem, bo nie jest na to miejsce, ale emocjonalne traktowanie sprawy („Cieszę się z wypierania Mickiewicza i romantycznego bełkotu, którego ostatnim wyrazem jest mgła smoleńską, przez Voltaire’a, Monty Pythona i Coca-Colę,”) każe sądzić, iż autor artykułu należy do „wyznawców” pewnej teorii, której wbrew błyskotliwym przytoczeniom, wcale nie udowadnia. Nadto widoczny sentyment do kultury anglosaskiej – który sam w sobie nie jest niczym złym – zaciemnia mu obraz rzeczywistości. Nie umie bowiem porównać rzeczy, które najchętniej czerpiemy z obcych kultur z tymi, które wskutek tego tracimy. Czerpiemy bowiem zazwyczaj z kultury popularnej, jako łatwiejszej do przyswojenia, a tracimy z wyższej. Mickiewicza zastępuje coca cola – co sam oświadcza autor.

4. tępy młot • autor: Jerzy Pomianowski2014-12-20 23:38:45

Napierała to skończony bałwan, który urodził się wczoraj i nic nie rozumie. Typowy "folksanglik".
[foto]

5. Trudne słowa • autor: Wojciech Jóźwiak2014-12-21 09:48:08

Wracając do problemu, który poruszyła Kasia, tzn. zanikania słów, to przyznam że ja sam mam z niektórymi słowami kłopoty. Do dziś np. słabo odróżniam kuplera od krupiera i widząc/słysząc jedno z tych, muszę się mocno zastanowić, czy chodzi o menedżera prostytutki czy o operatora ruletki. A może o jakiś inny zawód.
Podobnie wiele lat minęło, zanim nauczyłem się odróżniać kloszarda od marszanda, ale i tak mi się bestie mylą.

Ps. Lepiej brzmi zestawienie Mickiewicz contra Mickey Mouse.
[foto]

6. Kostyczny • autor: Przemysław Kapałka2014-12-21 10:24:08

Ciekawe, ja ze słowem kostyczny zetknąłem się tylko raz, podczas studiowania teorii układów dynamicznych, w znaczeniu ko-styczny, czyli jakby uzupełniający to, co styczne :)
[foto]

7. Jest wiele takich słów • autor: Katarzyna Urbanowicz2014-12-21 11:41:01

Jest wiele takich słów, z którymi są trudności. Ja na przykład myliłam palpację z palpitacją i forsycję z fortyfikacją. "Kostyczną staruszkę" długi czas uważałam za chudą i kościstą. Zawsze istniały słowa, których pisownię musiałam sprawdzać w słownikach: pamiętałam ogólne brzmienie, początek i koniec słowa - problem stanowił środek. Nie pamiętam teraz przykładów, ale co jakiś czas powstawał taki problem. Z epoką komputerów odpadło szukanie po grubych tomiszczach słowników, które chyba tylko przez sentyment stoją na moich półkach i zabierają miejsce. 
[foto]

8. Odnośnie anglicyzacji • autor: Przemysław Kapałka2014-12-21 12:55:31

Ten artykuł to w znacznym stopniu bełkot, ale z jego główną tezą się zgadzam: należy wyeliminować nasze męczeństwo narodowe i mickiewiczowski mesjanizm nawet, gdyby na ich miejsce miał wejść kaczor Donald z jego ekipą.
[foto]

9. Dlaczego • autor: Katarzyna Urbanowicz2014-12-21 13:12:51

Dlaczego od razu eliminować? Ja też nie lubiłam i nie lubię Mickiewicza jako "wieszcza", mesjanizm wydawał mi się zawsze lekko podejrzany, ale nie można ukrywać, że chwilami, zwłaszcza w Dziadach, robi wrażenie. Poza tym każde pokolenie odbiera go inaczej. Niech sobie będzie, jak wiele książek, które się przecenia. Nie znoszę na przykład Miłosza. I co z tego wynika? Nic. Ucząc się historii literatury musimy wiedzieć, że takie osoby jak Mickiewicz, Reymont czy Miłosz byli i tyle. Nie musimy znać całości ich dzieł - tylko część dla zorientowania się, reszta jak kto chce. Problemem nie są jednak sami pisarze czy poeci, tylko sposób uczenia o nich i ich dziełach w szkole pozostawiający traumę w kolejnych pokoleniach uczniów. Trauma ta pozostaje we wspomnieniach, które prowokują dziecinne odruchy u dorosłych byłych uczniów jak u autora wspomnianego artykułu. Sposób nauczania języka polskiego jest głównym winowajcą - sztywność programów i niedouczenie niektórych nauczycieli. Także ideologizacja literatury, która była niestety za PRL i dobrze się miewa dalej (choć nieco na odwyrtkę). Wskutek tego o wiele lepszy od Mickiewicza Słowacki i bardziej filozoficzny Krasiński popadają w niesłuszne zapomnienie. Ten ostatni był i jest niepoprawny politycznie, a przy tendencji do coraz bardziej ograniczania czytelnictwa reprezentantem "obrzydliwych romantyków" zostanie jedynie Mickiewicz. No i on zbiera cięgi za wszystkich
[foto]

10. Przy okazji • autor: Katarzyna Urbanowicz2014-12-21 13:32:01

Przy okazji tego tematu zwrócę uwagę na jeszcze jedno zjawisko - stygmatyzacji poprzez język. Znane jest ono doskonale w Wielkiej Brytanii, gdzie słownictwo i akcent identyfikują klasę i miejsce pochodzenia delikwenta; a teraz coraz bardziej widoczne jest w Polsce. Pewne nieuchwytne na pierwszy rzut oka błędy (o których wspomina Wojtek) jeśli się powielają w danej grupie społecznej mogą stygmatyzować. Kiedy za młodu studiowałam polonistykę była cicha lista błędów, które dyskwalifikowały lub ośmieszały delikwenta/kę. Należało do nich np. ubieranie butów lub ubieranie sukienki, zamiast jej zakładanie; używanie liczby mnogiej postacie zamiast postaci (analogicznie do śmieci), wymowa niektórych wyrazów z błędnym akcentowaniem (Ukraina na przykład) i sporo innych. Te błędy powszechnieją i czasami stają się normą, zwłaszcza gdy popełniają je politycy i dziennikarze, ale pewien ich komplet coraz bardziej stygmatyzuje. Mnie osobiście drażni czasem taki uporczywie powielany powszechnie błąd.
[foto]

11. Fircyk • autor: Wojciech Jóźwiak2014-12-21 18:06:11

Piotr Napierała napisał kilka ciekawych tekstów, o jednym ("Kapitalizm i gospodarka to jedno") niedawno pisałem w Tarace: "Prawica, lewica, liberalizm i enneagram".
Ale przesadny zachwyt dla cudzoziemszczyzny to przesada. Na takich fascynatów-przebierańców Staropolacy mieli nazwę: fircyk.
Co nie zmienia tego, że od Anglików (Amerykanów, Szkotów, Australijczyków itd.) powinniśmy się uczyć nieustannie.
[foto]

12. @Kasia • autor: Przemysław Kapałka2014-12-21 19:14:26

Kasiu, całkowicie się zgadzam z tym, co napisałaś. Trzeba wiedzieć o tym, co było, co kiedyś rzucało ludźmi i porywało całe masy do takich a nie innych działań. Uważam, że w szkole powinna być jakaś lektura z czasów socrealizmu, po to, żeby młodzi wiedzieli, jak było jeszcze nie tak dawno. Pisząc o eliminacji miałem na myśli, że powinno to przestać determinować nasze zachowania, określać ludziom świadomość tego, jak mają żyć i czym żyć. Przestać być stawiane na piedestale. Z tym się chyba zgodzisz.

13. tylko Polak jest durny i musi się stale uczyć • autor: Jerzy Pomianowski2014-12-21 19:55:41

Możemy nauczyć się od Anglików tego, że rozbój, rabunek i wyzysk słabych przynosi zyski, że górnik noszący na szyi obrożę z napisem: " ten człowiek jest własnością pana Smitcha" jest tańszy i bardziej dochodowy niż chłop pańszczyźniany, że wojny trzeba prowadzić na cudzym terenie, i rękami najemników, że trzeba mieć sieć agentów na całym świecie i opłacać propagandystów we wschodniej Europie. No ale to jest wiedza powszechna, intuicyjna. Każdy wie, że "to działa".
Nie rozumiem dlaczego akurat tylko my jako najdurniejsi na całym świecie musimy uczyć się od wszystkich wokoło podczas gdy reszta nie musi, i robi to co im akurat bardziej odpowiada.
Chyba że chodzi o naukę działania tylko we własnym interesie, lub choćby stawiania go na pierwszym planie przed interesami sąsiadów czy społeczności międzynarodowej.
Lecz to tez żaden problem dydaktyczny. Raczej problem wyborczy.
[foto]

14. Uczenie się • autor: Przemysław Kapałka2014-12-23 18:45:26

1. Nie musimy uczyć się, ale byłoby to w naszym interesie.

2. Czy inni powinni się też uczyć od nas, to ich problem, nie nasz. My odpowiadamy za siebie. 

3. Wolę być durniem, który uczy się od wszystkich naokoło, niż wszystkowiedzącym, który nie musi się uczyć od nikogo.

4. Próbowaliśmy już męczeństwa i ściągania na siebie nieszczęść w imię różnych idei, może czas spróbować czego innego?

15. walka o cudze interesy • autor: Jerzy Pomianowski2014-12-23 21:57:09

Ściąganie na siebie nieszczęść w imię różnych idei niestety kontynuujemy. Nie widać końca tego szaleństwa. W dodatku ci od których mamy się uczyć bardzo zachęcają do takiej kontynuacji.

16. Bomba! • autor: Nierozpoznany#57362014-12-29 15:23:40

Ale bomba jest na zdjęciu, typowy wykopek, część łuski artyleryjskiej i zgrzybkowany pocisk! Nieprawdaż?;)
[foto]

17. Pojęcie • autor: Katarzyna Urbanowicz2014-12-29 15:58:33

Pojęcie puszki Pandory ewoluuje na przestrzeni wieków. Czemu nie maiłaby zawierać sproszkowanych nieszczęść w formie zdolnej do eksplozji? Fotkę dobrałam zupełnie świadomie.

18. uczyć się od Anglików? • autor: Barbara2015-01-31 22:19:54

Och nie! Już nie tylko o ilość słów wciskanych do naszego języka chodzi, ale jak mówi znajomy polonista o tę swoistą "ergonomię" - jedno słowo ma kilkanaście znaczeń. bądź tu człowieku mądry co "autor ma na myśli". A wow, łoł to przecież taki dowód tej ergonomii - po co się wysilać i tłumaczyć: super, wspaniałe, podobało mi się albo nie, zrobiło wrażenie, jestem zachwycona itd. jak można tylko warknąć "łał" i wyrazić całą opinię.
Myślę, że to wynika z coraz większej powierzchowności w naszych kontaktach.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)