Czy mo¿na dobrze poznaæ drugiego cz³owieka?
Znane polskie powiedzenie mówi: "Trzeba zje¶æ z kim¶ beczkê soli, ¿eby go dobrze poznaæ".
A ja mówiê - NIE; mo¿na z kim¶ zje¶æ tonê soli, a i tak mo¿e przyj¶æ chwila, kiedy ten drugi cz³owiek, rzekomo tak dobrze nam znany, nagle wyda siê nam kim¶ niemal obcym, zaskoczy nas swoim zachowaniem lub tym, co po prostu sam o sobie powie "miêdzy wierszami" - zazwyczaj nawet tego nie zauwa¿aj±c.
"Zje¶æ z kim¶ beczkê soli" - znaczy tyle, co du¿o razem prze¿yæ, znaæ siê od dawna. Tylko, ¿e prze¿yæ co¶ razem i poznaæ siê w stricte okre¶lonych sytuacjach nie znaczy, ¿e wiemy ju¿ o sobie wszystko. Okre¶lona sytuacja niesie ze sob± okre¶lone do¶wiadczenia. I tak naprawdê ka¿da sytuacja w innym cz³owieku wywo³uje inne reakcje - uwarunkowane tym, co dotychczas dzia³o siê w jego ¿yciu. Mo¿e siê zdarzyæ, ¿e jego reakcja na dane zdarzenie bêdzie podobna do reakcji cz³owieka, który mu w tym konkretnym zdarzeniu towarzyszy³, ale przecie¿ na pewne sytuacje po prostu wszyscy reagujemy podobnie.
Wszyscy na pewno odczujemy jednakowy niepokój (¿e pos³u¿ê siê tym eufemizmem) kiedy np. na szosie w ¶rodku lasu w samochodzie, którym jechali¶my nagle skoñczy³a siê benzyna. Obecno¶æ obok nas drugiego, reaguj±cego podobnie cz³owieka, mo¿e jako¶ równowa¿yæ nasze emocje i na pewien okre¶lony odcinek czasu spowodowaæ, ¿e druga osoba wyda nam siê bliska. Z kolei je¶li zareaguje jednak inaczej ni¿ my i np. brak benzyny wyda siê jej czym¶ przezabawnym i sk³aniaj±cym tylko do spaceru, wyda siê nam oryginalna i interesuj±ca, bo jej reakcja bêdzie krañcowo odmienna od naszej. Podobieñstwo reakcji na zdarzenie wzbudza wiêc poczucie blisko¶ci, równowa¿y problem; odmienno¶æ reakcji budzi zainteresowanie drug± osob±, odci±ga choæ trochê od problemu i w efekcie równie¿ równowa¿y nasz±, byæ mo¿e przesadn±, reakcjê.
Takie sytuacje w których mo¿emy wzajemnie byæ ¶wiadkami naszych reakcji zdarzaj± siê w ¿yciu bez przerwy. Je¶li w tych sytuacjach z jakich¶ przyczyn - czy to zawodowych czy osobistych a czasem "mieszanych" - jedna osoba towarzyszy nam czê¶ciej ni¿ inne, to mo¿e wytworzyæ siê miêdzy nami to co chyba coraz czê¶ciej okre¶lane jest jako chemia, a co ja nazywam energetycznym przep³ywem.
Czym jest ten energetyczny przep³yw?
Przede wszystkim czym¶, z czego nie zdajemy sobie do koñca sprawy. Przebywaj±c w towarzystwie drugiej osoby, spotykaj±c siê z ni± czê¶ciej ni¿ z innymi sami wytwarzamy miêdzy sob± ten przep³yw, ale dzieje siê bez udzia³u naszej ¶wiadomo¶ci, a tym samym bez udzia³u naszej Woli.
Wymieniamy siê z tym kim¶ Energi± - czyli my¶lami i s³owami, pozwalamy siê temu komu¶ ogl±daæ w sytuacjach, które czasem nie s± dostêpne szerszemu gronu. I w efekcie - ¿e tak to ujmê kolokwialnie - sami "nakrêcamy siê" na drugiego cz³owieka. Mamy bowiem pod¶wiadome odczucie, ¿e pokazali¶my siê bardziej, dali¶my z siebie wiêcej wobec tej konkretnej osoby ni¿ wobec innych.
Tak naprawdê, sami nie zdaj±c sobie do koñca z tego sprawy, otworzyli¶my siê na tego drugiego cz³owieka.
Otworzyli¶my siê, bo ten kto¶ drugi, poprzez siebie, poprzez reakcje jakie w nas wywo³uje i zdarzenia, które sta³y siê naszym wspólnym udzia³em ( planowane lub nie) - da³ nam mo¿liwo¶æ poznania przede wszystkich ... samych siebie.
To siebie g³ównie poznajemy w drugim.
Siebie w nim lubimy, kochamy b±d¼ nienawidzimy.
Dzia³a to oczywi¶cie w obie strony. Poznaj±c siê wzajemnie tak naprawdê odkrywamy siebie samego w drugim, a jemu z kolei pozwalamy, ¿eby poprzez nas dowiedzia³ siê czego¶ o sobie.
Na ile wobec tego zwracamy w ogóle uwagê na drugiego cz³owieka?
Na tyle na ile jest to nam potrzebne.
Mo¿e siê wydawaæ, ¿e to bardzo utylitarne podej¶cie, ale tak to dzia³a. Tak naprawdê JESTE¦MY bardzo praktyczni wobec ¶wiata i siebie wzajemnie.
Kiedy poznajemy drugiego cz³owieka, mamy ze sob± jaki¶ baga¿ do¶wiadczeñ. Na te do¶wiadczenia sk³ada siê to, co wrodzone i to, co nabyte. Wzorce, które nam wpojono w dzieciñstwie, traumatyczne prze¿ycia no i definicje, które zakodowali¶my sobie sami na w³asne ¿yczenie, definicje niejednokrotnie maj±ce pe³niæ zadanie trudnej do zdobycia fortecy, bo tylko tak czujemy siê bezpieczni.
Z tym ca³ym baga¿em, ¿eby nie powiedzieæ czasem po prostu z balastem, niewidzialnym a bywa, ¿e uci±¿liwym i upiornym zjawiamy siê w ¿yciu drugiego cz³owieka i wydaje siê nam - po kilku tygodniach na przyk³ad - ¿e go przejrzeli¶my dokumentnie, precyzyjnie i fachowo. No bo jak¿e mog³oby byæ inaczej - przecie¿ mamy taaaakie do¶wiadczenie, to swoje wiemy.
Tylko, o paradoksie, to nasze do¶wiadczenie, to nic innego jak przes³ona dymna, która burzy nasz± percepcjê.
Nasze do¶wiadczenie stworzy³o ¶wiat w którym ¿yjemy.
¦wiat w którym potrafimy siê poruszaæ, który dobrze znamy. To nic, ¿e w praktyce oznacza to na przyk³ad, ¿e potrafimy na X lat przyspawaæ siê do pracy, której nienawidzimy. Znamy teren. Wiemy, jak siê poruszaæ. Jest kiepsko, nudno i beznadziejnie? Jest. No, ale komu dzisiaj jest dobrze...
I tak dalej.
Asekuracyjny styl ¿ycia wytwarza asekuracyjny sposób my¶lenia.
Ale nasze do¶wiadczenia s± oczywi¶cie ró¿norodne, nie zawsze musz± byæ tak negatywne i ekstremalne. Zawsze jednak tworz± nasz ¶wiat; jakkolwiek by¶my postrzegali nasz± sytuacjê ¿yciow± - ¿yjemy tak jak sobie to wypracowali¶my, wszystko w naszym ¿yciu dzieje siê na nasze ¿yczenie, ¶wiadome lub pod¶wiadome, takie, którego ¼ród³em jest nasze radosne otwarcie na ¶wiat albo nasz parali¿uj±cy lêk.
"Id¼, niech Ci siê stanie tak, jak uwierzy³e¶" (Mt 8, 13)
Wszystko dzieje siê zgodnie z tym w co wierzymy. Niezale¿nie od tego, jaka jest nasza wiedza na ten temat. Je¿eli uwierzymy, ¿e ¶wiat nam zagra¿a - bêdzie nam zagra¿a³. Je¿eli uwierzymy, ¿e spotka nas samo dobro - te¿ tak bêdzie.
Nasze do¶wiadczenie stwarza wiêc nasz ¶wiat, a nasz ¶wiat to nic innego jak struktura energetyczna, do której pewne elementy pasuj±, a inne nie. Ta struktura dzia³a jak magnes i przyci±ga to, co jest do niej podobne lub z jakiego¶ powodu jej potrzebne, ¿eby mog³a siê przemieniæ w co¶ innego, je¶li stary wzorzec jest ju¿ martwy (patrz przyk³ad z ze znienawidzon± prac±).
Przyci±gamy wiêc równie¿ do siebie innych ludzi, którzy z takich lub innych powodów s± nam potrzebni; takich w których mo¿emy siê przejrzeæ; takich z którymi mamy siê czym wymieniaæ, bo ten kto¶ ma w sobie co¶, co jest nam potrzebne do dalszej transformacji.
Ta wymiana energetyczna, zw³aszcza je¶li we¼miemy pod lupê zwi±zki damsko - mêskie, mo¿e byæ bardzo przyjemna w odbiorze, wrêcz ekscytuj±ca.
Druga osoba ma wiêc (w pierwszym odbiorze) wszystko co jest nam potrzebne do szczê¶cia. Wygl±da tak jak zawsze chcieli¶my, ¿eby wygl±da³/ wygl±da³a wymarzony partner/partnerka. Ma co¶ fajnego w sobie, co nas bardzo przyci±ga np. cudnie siê - wed³ug nas - u¶miecha. No i czytali¶my te same ksi±¿ki albo ogl±dali¶my te same filmy, wiêc mamy taki sam (w domy¶le - dobry) gust, wiêc mamy o czym rozmawiaæ. Te rozmowy s± oczywi¶cie fascynuj±ce.
Trudno, ¿eby nie by³y fascynuj±ce, skoro ten kto¶ drugi - WYDAJE SIÊ - jest tak bardzo do nas podobny.
No i siê zakochujemy.
I my¶limy, ¿e zakochali¶my siê w kim¶, w drugim cz³owieku, a tak naprawdê zakochali¶my siê w sobie w nim. On - nie¶wiadomie zreszt± - odpowiada naszym wymaganiom, potrzebom, spe³nia oczekiwania.
Wype³nia wzorzec, który powstawa³ w naszym umy¶le nieraz przez d³ugie lata.
Nie¶wiadomie zachowujemy siê tak jakby drugi cz³owiek istnia³, ¿y³ wy³±cznie po to, ¿eby spe³niaæ nasze oczekiwania. Jakby przed poznaniem nas nie mia³ w³asnego ¿ycia. Tak czêsto nie bierzemy tego w ogóle pod uwagê.
Zamiast przyjrzeæ siê drugiemu cz³owiekowi, poznawaæ go takim jest - projektujemy na niego nasze oczekiwania, nasze lêki i nadzieje.
Je¶li kto¶ odpowiada nam np. pod wzglêdem fizycznym, reszta ju¿ uruchamia siê sama.
Podsycona skutecznie wyobra¼nia nie zna granic.
Drugi cz³owiek praktycznie znika, czy te¿ raczej staje siê bohaterem filmu do którego napisali¶my scenariusz i który z pasj± i autentycznym zaanga¿owaniem re¿yserujemy.
Ten drugi nowopoznany cz³owiek ma "tylko" zagraæ w nim g³ówn± rolê.
Wypowiadaæ takie kwestie, jakie chcieliby¶my us³yszeæ, reagowaæ tak jak powinien reagowaæ wed³ug scenariusza - czyli ma odgrywaæ w "naszym filmie" rolê idealnego przyjaciela, kochanka, etc.
Jest to czasem okrutne, a zawsze po prostu niesprawiedliwe, bo druga strona nie ma pojêcia, ¿e przydzielono jej rolê. Ma graæ tak jak to wynika ze scenariusza i w dodatku nie dostaje za to ga¿y aktorskiej, czyli z za³o¿enia sama nie mo¿e mieæ ¿adnych oczekiwañ.
Taki film pod tytu³em np. "Zauroczenie" (je¶li rzecz dotyczy zwi±zków damsko - mêskich) przewa¿nie ma to do siebie, ¿e trwa krótko.
Role, które wzajemnie sobie narzucamy, z czasem zaczynaj± "uwieraæ" nasz± psyche, pojawia siê uczucie, ¿e "dusimy siê" w danym zwi±zku, w danej relacji. Dusimy siê, bo nie mo¿emy byæ sob±. W ¿adnym scenariuszu nie ma przecie¿ na to miejsca.
I co wtedy? Co siê dzieje, kiedy nasz scenariusz (którego ¼ród³em jest nasza pod¶wiadomo¶æ) siê wyczerpie, straci racjê bytu, czyli mo¿liwo¶æ dalszego zastosowania?
Reakcje s± zwykle gwa³towne. Dopóki trwa (nomen omen) projekcja filmu - dopóty wszystko jest dobrze. W naszym pojêciu. Bo sygna³y o tym, ¿e dobrze nie jest, albo, ¿e mo¿e jest inaczej ni¿ nam siê wydaje, pojawiaj± siê wcze¶nie. Ale teoretycznie jest dobrze dopóki trwamy w u³udzie. Projekcja filmu koñczy siê z chwil±, gdy cz³owiek, którego obsadzili¶my w roli g³ównej reaguje tak jak wed³ug nas reagowaæ nie powinien. Czasem wystarcz± tylko jakie¶ s³owa, które wypowie, czasem zdarzenie, które ods³ania nam tego drugiego w nowym dla nas ¶wietle.
A skoro ten kto¶ zachowa³ siê niezgodnie z naszym scenariuszem, przerwa³ projekcjê tak ¶wietnego filmu - mamy ¶wiête prawo siê oburzaæ. Robiæ awantury. Wywrzaskiwaæ - "No wiesz, tego siê po tobie nie spodziewa³am/ - em!".
Nie spodziewali¶my siê, bo byli¶my g³usi i ¶lepi.
Nie widzieli¶my drugiego cz³owieka, takim jest naprawdê.
Nie widzieli¶my rzeczywisto¶ci, tylko przepuszczony przez pryzmat w³asnych do¶wiadczeñ film, który mia³ okre¶lony pocz±tek, ¶rodek i zakoñczenie.
Je¶li rzecz rozgrywa siê inaczej ni¿ to sobie zaplanowali¶my - chcemy przewa¿nie tylko jednego - jak najszybciej wyj¶æ z kina.
A w³a¶nie wtedy powinni¶my zostaæ.
Zostaæ i cieszyæ siê tym, ¿e wreszcie (choæ nie by³o to ³atwe, bo byli¶my tak zapatrzonym w swoje niebywa³e umiejêtno¶ci re¿yserem) uda³o siê nam zobaczyæ tego drugiego takim jakim jest naprawdê.
Energetyczny przep³yw zrobi³ swoje. Energie znosz± wszelkie scenariusze, tak jak morska fala znosi z brzegu zamek z piasku. Niewa¿ne jaki jest piêkny i dopracowany. Je¿eli jest z piasku, jedna bezg³o¶na fala zmyje go tak jakby nigdy go nie by³o.
To tylko zapatrzenie w siebie i chêæ celebrowania w³asnego ego ka¿e nam budowaæ drugi zamek, w tym samym albo w innym miejscu.
Zamiast odwracaæ siê na piêcie i odchodziæ z poczuciem ura¿onej dumy w³asnej, lepiej zostaæ i pop³yn±æ z drugim cz³owiekiem na tej samej fali, która obali³a nasze stereotypy. Bo tylko pozornie wziê³a siê ona znik±d, tak naprawdê powsta³a w³a¶nie wskutek spotkania z drugim cz³owiekiem, wskutek tego, ¿e zdo³ali¶my dotrzeæ do siebie prawdziwych.
Do siebie prawdziwych w drugim cz³owieku. Bo to siebie siê uczymy poznaj±c innych ludzi i od siebie mamy przede wszystkim w danym zwi±zku czego¶ wymagaæ i czego¶ oczekiwaæ. Dopiero w drugiej kolejno¶ci od drugiego. Ale zamiast ws³uchaæ siê w siebie, ws³uchujemy siê w innego cz³owieka, wy³awiamy prawdziwe i fa³szywe - wed³ug naszej tendencyjnej oceny - nuty.
Tak jest ³atwiej, ale to droga donik±d, droga, która prowadzi po zaklêtym krêgu od jednego znajomego schematu do drugiego.
Poznanie drugiego cz³owieka mo¿e nas wzbogaciæ bardziej ni¿ cokolwiek innego. O ile tylko pozwolimy na ten swobodny przep³yw miêdzy nami; tak jakby¶my urodzili siê w³a¶nie dzisiaj, a ca³y baga¿ do¶wiadczeñ zosta³ za zamkniêtymi drzwiami. Korzystajmy z niego jak z m±drej ksiêgi, ale nie taszczmy go wszêdzie ze sob±. Bo w rezultacie tylko wrzucimy do jednego worka spotkanie z kolejnym cz³owiekiem i przestaniemy rozumieæ, co to znaczy, ¿e co¶ jest prawdziwe i niepowtarzalne.
Anna Goluba
annagoluba@wp.pl
28 maja 2006 - w "Tarace" od 30 maja 2006
Autor, jego teksty
Aby pisaæ komentarze zaloguj siê lub zarejestruj.
Drukuj