Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

04 września 2011

Krzysztof Wirpsza

English is NOW, albo jak NIE uczyć się angielskiego

Kategoria: Techniki rozwoju
Tematy/tagi: angielski

- You are empty.
- So are you.

Matrix


Z zaniepokojeniem obserwuję pokutujący u nas tryb myślenia w kwestii pobierania nauk. Dzwoni koleżanka. Trzeba przygotować dziecko jej sąsiadów, żeby zdało. Co zdało? Oczywiście egzamin z angielskiego, bo angielski to mój temat, z tym do mnie od lat zwracają się ludzie. Idę. Dziecko zostaje specjalnie przywiezione do Warszawy (jest z mniejszej miejscowości), specjalnie na zajęcia ze mną. Rodzina znajduje wolnostojące akurat mieszkanie w centrum, żeby się gdzie miała, biedaczka, podziać. W tym mieszkaniu będziemy się spotykać, trzy razy dziennie, a w przerwach dziewuszyna chodzić ma sobie po parku, sklepach i, ewentualnie coś, raz na jakiś czas, z tego angielskiego, powtórzyć. Niby nic, zwykłe korepetycje. Ale jak przyjrzyjmy się jak to działa - od podszewki - dzieje się tu o wiele więcej...

Siedzimy przy stole, jak należy. Zaczyna się "lekcja". Zawsze ta sama zabawna sytuacja - ktoś przychodzi do mnie, żeby się nauczyć. Tylko, że ja z tym nauczaniem wcale się nie kwapię. Jak to? Płacą mi, a się nie kwapię? To chyba mój zawód, żeby przepuścić mózg tej małej przez maszynkę, żeby nauczyć przedmiotu, który przecież otworzy jej okno na świat. Tylko, że ja widzę co tu przede wszystkim trzeba zrobić, i to niestety bynajmniej nie ma nic wspólnego z nauką. Nic a nic.

Trzeba oduczać.

Julka przypomina ogród nie plewiony. Nauczyciele, rodzice, koledzy i samo życie nasadzili jej na rabatkach takie morze chwastów, że głowa boli. Sama by sobie koncertowo poradziła z wyhodowaniem dowolnej wiedzy, w tym angielskiego języka, i nikogo by tu nie trzeba zatrudniać w roli siewcy. Tylko, że system i edukacja od lat ją skutecznie przed tym powstrzymują. Jak dziecko jest silne, to pomimo szkoły jakoś brnie. Jak nerwy trochę słabsze, to pęka i wysiada. I wtedy przyprowadza się je do mnie.

Pierwsza rzecz, rozmowa po polsku. Gawędzimy sobie niezobowiązująco i wkrótce dowiaduję się o Julce całego mnóstwa przydatnych mi rzeczy.

Kandydatka wyposażona jest w konkretne podręczniki, słownik, ba, ma nawet popisane streszczenia wypowiedzi ustnej na dwanaście tematów. Że na jej urodzinach był duży tort z galaretką, serpentyny i konfetti. Że wakacje u babci nad jeziorem, a jej ulubionym aktorem jest Johnny Depp. Nawet takie kwiatki, że najciekawszy budynek w mieście (supermarket), składa się z...

Nawiasem mówiąc, to zaczynam mgliście rozumieć, czemu Julka po temu angielskiemu ni w ząb. Też bym tak, jakbym miał pamięć nafaszerowaną instrukcją obsługi pralki i to w dodatku pralki Frani. Ale nic. Do tego jeszcze w swoim czasie dojdziemy. Póki co, podpytuję dalej, gromadząc kolejne niezbędne informacje.

Julka chodzi do drugiej liceum. Sporo rozumie po angielsku, ma jednak, jak każde dziecko i większość dorosłych - lęk przed mówieniem. No i fakt najważniejszy - Julka ma, w pewnych sprawach, swoje zdanie. Mówiąc najogólniej, zaczynają do niej pewne rzeczy, na temat powszechnie uzgodnionej rzeczywistości, docierać.

Szkolna rzeczywistość sugeruje, jesteś zła, bo nie dajesz rady. Julka jednak zasuwa jak muł w zaprzęgu, więc dlaczego, jak, gdzie tu jej wina? Jakieś to się jej wydaje grubymi nićmi szyte. Musiałaby być "niezdolna", ale zna siebie i raczej widzi, że "niezdolna" nie jest. Jest normalna, ciekawa świata, z dobrze rozwiniętym poczuciem obowiązku, dojrzałością, jasnością myślenia. Więc co jest nie tak, czemu nie zdaje? Swoim bystrym, wchodzącym w dorosłość umysłem zaczyna łapać ideę: szkoła się myli. Szkoła wymaga od niej fikołków, i zupełnie ignoruje jej prawdziwe zdolności. Dlaczego? Czy szkoła jest zła? Czy jest złośliwa, celowo nie zauważając młodego talentu i wpędzając uczennicę w koszmar poczucia winy?

Nie. Szkoła postępuje tak z innego powodu. Szkoła postępuje tak dlatego, że, jak już wyjaśniliśmy - jest maszyną.

Julka naoglądała się w swoim siedemnastoletnim życiu dostatecznie dużo i jest przy tym dostatecznie dojrzała, żeby nie nienawidzić maszyny. Maszyna - to maszyna. Julka jednak, z chwilą gdy uświadamia to sobie, zyskuje jedną, bardzo kluczową przewagę. Przestaje czuć się winna. Może być sobą.

Być sobą oznacza, że Julka, nie musi uczyć się na pamięć książki do gramatyki, tak jak tego oczekuje jej nauczyciel. Być sobą oznacza poczucie humoru. Ty jesteś maszyną, ja jestem człowiekiem. Ty masz prawo korzystać ze swoich trybów, ja mam prawo używać mojego najważniejszego przymiotu. Mam prawo myśleć.

Julka domyśla się, że szkoła nie jest w stanie zrealizować swojej groźby. Nie jest w stanie przeegzaminować jej z tych trylionów bitów informacji, z których od lat twierdzi, że ją przeegzaminuje. To jest maszyna, która owszem straszy, ale którą można wyprowadzić w pole. Maszyny - jak to maszyny - nie myślą. Ludzie - przynajmniej potencjalnie - tak.

Egzamin ma składać się z części gramatycznej i ustnej. W gramatycznej jest masa egzotycznie brzmiących haseł, w ustnej dwanaście kilkuzdaniowych tekstów do wykucia na recytację. Postanawiamy zacząć od gramatycznej. Julka dowiaduje się, że do mówienia po angielsku gramatyka jest jej potrzebna w minimalnym stopniu. Wystarczy ogólne otrzaskanie z sześcioma czasami, trochę przyimków, formy czasowników nieregularnych, modalne. I tyle. Całą resztę gramatyki można zużyć na podpałkę. Julka od dawna to podejrzewała, ale trochę nie do końca była pewna, bo jednak wszystkie tak zwane autorytety dookoła trąbiły, że jest odwrotnie. Teraz Julka ma szansę się upewnić, że jej podejrzenia - były trafne.

Tu dygresja. Racjonalnie biorąc nic dziwnego, że szkoły i inne instytucje uczące uczą głównie gramatyki (choć pod nazwą rozmaitych, nowocześnie brzmiących metod). Nauczyciel angielskiego w szkole musi przecież z czegoś żyć. Dodatkowej pracy w domu nie wykona - kto mu za to zapłaci? Zainspirować klasy do wyrażania siebie nie zainspiruję, bo i nie ma czym - prawdziwą tożsamość dawno pożarł mu system. A o gramatyce może mędlić godzinami. Daje to nauczycielom dodatkowy aspekt bezpieczeństwa. Mogą swobodnie głosić z ambony o niuansach czasów present perfect czy present continous, jawiąc się dzieciom i ich rodzicom, jako ktoś w rodzaju maga, znającego tajniki niedostępnej wiedzy, na którą trzeba zasłużyć. Jako ekspert, nauczyciel jest powszechnie szanowany - nikt mu nie podskoczy. Gdyby nawet ktoś się ośmielił - gdyby jakiś uczeń kwestionował autorytet maga - i tak zaraz zeżarłyby takiego ucznia wyrzuty. Przecież to - bójcie się Boga - profesor!

Dlatego twórcy podręczników dyskretnie gloryfikują gramatykę, tworząc unity podporządkowane zgłębianiu poszczególnych gramatycznych zagadnień. Zupełnie jakby to były jakieś mistyczne klucze potęgi. Dlatego twórcy szkolnych programów, egzaminów, testów i matur przewidują w nich długotrwałe i szczegółowe sprawdzanie czy uczeń wie, czym różni się jedna forma od innej. Prawda jest taka, że te formy wcale nie są niezbędne, prawda jest taka, że one w nic nie wtajemniczają. Prawda jest jak zwykle prosta. Dziecku te czasy i atłasy nie są, najczęściej, w ogóle do mówienia po angielsku potrzebne.

Co innego profesorowi. Ten dzięki nim kwitnie. Nauczyciel będzie uczył wszystkich tych gramatycznych detali, bo dzięki nim zwyczajnie czuje się bezpieczny. Nie musi uczniów znać osobiście, nie musi ich motywować w sposób dla nich zrozumiały, nie musi mieć z nimi o czymkolwiek w ogóle do pogadania. Po prostu pełen komfort, lody się kręcą aż miło.

Taki profesor ma spokój do końca swych dni. Wystarczy, że przerabia, wystarczy, że sprawdza. Zarabia, wykonując swoja pracę, tak jak wykonuje się swoją pracę w fabryce. Automatycznie. Systemowi edukacyjnemu w to graj - bo w ten sposób ma nauczycieli i uczniów w garści. Nauczycielowi-automatowi nie trzeba dodatkowo płacić. Tkwi w swoim present continous i szkoła nie musi się nawet troszczyć o zaopatrzenie biblioteki. Kto chciałby na to wydawać kasę? Przestraszony uczeń nie protestuje, i robi wszystko, to co nauczyciel-automat od niego wymaga. Układ jest jedną wielką komiczną pantomimą, która uzasadnia sama siebie.

Wracając do moich zajęć z Julką. Cały trick polega na tym, żeby pokazać człowiekowi co da się, a czego nie da się sprawdzić na egzaminie pisemnym z gramatyki. A także co sprawdzić jest najłatwiej - i w związku z tym prawdopodobieństwo pojawienia się tego na egzaminie - największe. Przydają się w tym informacje jakich próżno szukać by w książkach. Na przykład: znajomość czasu present perfect sprawdzić na piśmie jest bardzo trudno. Wyjątkiem są ćwiczenia na poprawianie błędów w tekście, jednak nawet i tam nie ma tego zbyt wiele. Klasyczne i najbardziej rozpowszechnione (bo najłatwiejsze do sprawdzania) testy wielokrotnego wyboru w ogóle rezygnują ze sprawdzania present perfect, gdyż tą metodą jest to w praktyce niewykonalne. To ważna informacja. Programy nauki poświęcają present perfect miesiące, jeśli nie lata żmudnego przerabiania. Praca ta, absolutnie bezużyteczna dla uczniów, wyrabia w nich pewien rodzaj szkodliwego odruchu. Czas present perfect jest zupełnie nieobecny w polskim i przez to niezrozumiały dla Polaka. Jako niedostępne kuriozum, w powszechnej wyobraźni staje się natychmiast synonimem językowego mistrzostwa. Tę zasadę, związaną z automatycznym cenieniem przez człowieka czegoś co dlań niedostępne dobrze opisała psychologia społeczna. Jednak jest to wyłącznie przekonanie - coś, czego należy się oduczyć. W ogólnym teście z gramatyki na 200 punktów prawdopodobnie tylko ok. trzech będzie dotyczyło tego czasu. Czemu uczeń ma o tym nie wiedzieć? System szkolny nie kwapi się z podawaniem takiej informacji. Z punktu widzenia systemu jest to informacja szkodliwa. Człowiek może co najwyżej sam, korzystając z intuicji lub zdrowego rozsądku wpaść na to, że present perfect mu w sumie na grzyba jest. Albo z podpowiedzi myślącego nauczyciela, który sam to wykoncypował sobie już wcześniej...

To samo dotyczy mnóstwa zagadnień, rozrzuconych po całej angielskiej gramatyce. Ostatnio z jednym moim dorosłym słuchaczem przeglądaliśmy znaną książkę Murphy'ego. Słuchacz ten poprosił mnie, iżbym podkreślił mu kwestie istotne, to znaczy takie, których potrzebuje on do w miarę sprawnego posługiwania się językiem w mowie. Popatrzyłem na spis treści, i, jako osoba empatyczna, poczułem w żołądku bezmiar wahań tego człowieka. W spisie treści Murphy'ego jest tak coś z pięć stron wydumanych zagadnień, maczkiem wypisanych jedno pod drugim. Laik, widząc to, natychmiast myśli: ach wiem, czemu tyle lat nie mogę się nauczyć! Jestem po prostu do kitu! W ogóle nie kumam tych wszystkich "so... that", "if only...", i "had you ever". A sumienie na to: jak tak można, nie sądzę bym kiedykolwiek zasłużył, ale ze mnie osioł, mea culpa itd.

Ale przecież właśnie na tym poczuciu winy bazuje cały (lub prawie cały) system edukacyjny. Ktoś musi kupować te wszystkie książki, ktoś musi wierzyć w "had you ever", żeby księgarnie językowe miały w ogóle obroty. Ciekawe czy ktoś robił kiedyś badania, stwierdzające ilu nabywców Murphy'ego to osoby rzeczywiście uczące się mówić po angielsku. I osiągające w tym realne rezultaty. A ile trzyma sobie tylko tę książkę w szafie, żeby się raz na jakiś czas poczuć winnym i poobiecywać sobie, że się wreszcie przyłoży?

Tak więc, część gramatyczną zamykamy przez zręczne wypunktowanie co, na ile, i w jakiej formie będzie, a czego - prawdopodobnie, nie będzie. Kafkowskiego kolosa reguł możemy dzięki temu zredukować do przejrzystego i dość użytecznego zestawu podręcznego. Nauczenie się tego ostatniego zajmie Julce kilka godzin, i, prawdopodobnie, bardzo przyda się jej w przyszłości. Nauczenie się tego pierwszego zajmie jej tych godzin kilkadziesiąt, i, prawdopodobnie, zostanie zapomniane na zawsze z chwilą gdy skończy się egzamin. Sytuacja jest wreszcie jasna. Wybór należy teraz tylko i wyłącznie do Julki.

Przechodzimy teraz do części ustnej egzaminu. Moim podstawowym zadaniem tutaj jest wyperswadowanie Julce przekonania, że uczenie się na pamięć "gotowców" jest najszybszym i najsprytniejszym sposobem przygotowania się na speaking. Niestety błędne to i opłakane w skutkach przeświadczenie pokutuje wśród młodzieży przez cały okres nauki szkolno-uczelnianej. Jego przyjęcie jest skutkiem pewnego pożałowania godnego stanu jaki, ku uciesze edukatorów, przenika w szerz i wzdłuż szeregi uczniowsko-studenckiej braci. Ten stan można określić trzema krótkimi słowami - Brak Wiary w Siebie.

Jednak jak uczeń ma wierzyć w siebie, jeśli to szkoła, podręczniki i nauczyciele są jego bogami, i jeśli do wyznawania tej religii został on od dzieciństwa przysposobiony? Jak uczeń ma postępować żartobliwie, jeśli wyobraża sobie, że wisi nad nim koszmar nauczycielskich oczekiwań? Tylko, że te oczekiwania pozostają, bardzo często, dziełem wyobraźni ucznia. Gdyby uczeń znał Jedyne Istotne Oczekiwanie większości egzaminatorów na egzaminach ustnych z angielskiego, zapewne zastanowiłby się chwilę nad sensem swoich rojeń. Podaję zatem owo Jedyne Istotne Oczekiwanie, niech odtąd przynosi ono egzaminowanym czysty zysk. Brzmi ono:

* Uczeń ma mówić po angielsku, lub sprawiać akuratne wrażenie, że mówi po angielsku, przez 3-10 minut bez przerwy, jeśli nie liczyć krótkich okresów czasu potrzebnych na to, by egzaminujący mógł zadać pytanie lub udzielić podpowiedzi.

Dalszych wymagań brak.

Drodzy uczniowie, studenci i inne nieszczęsne ofiary edukacyjnego systemu. Musicie wiedzieć, że nie jesteście jedynymi, którzy w feralnym dniu odwiedzają egzaminacyjną salę. Takich jak Wy jest więcej. Być może napływają oni jeden po drugim, co 10 minut przez cały dzień, być może przez kilka dni. Biorąc pod uwagę ten fakt, i biorąc pod uwagę, że na sali przebywa zapewne wciąż ta sama komisja, możemy - bez większego wysiłku - wysnuć prawdopodobny wniosek. Wszyscy, jak tam siedzą, są prawdopodobnie 1. zmęczeni, 2. znudzeni. I to do potęgi.

Być może w przerwach piją kawę, poziewując. Być może w trakcie egzaminu modlą się, żebyście to wy byli tym ostatnim egzaminowanym przed przerwą. Wszystko jedno - mają dosyć. Dokładnie tak jak wy. I z tej prostej konstatacji wynika kolejny, szerszy wniosek. Zakładacie, jakże śmiało, że zmęczony, znudzony i zaspany nauczyciel, który siedzi tu wyłącznie dlatego, że mu za to płacą, i że z tego skromnego bonusa do pensji być może dołoży do swoich i swojej rodziny skromnych wakacji, a zatem zakładacie, że ten właśnie nauczyciel jest zainteresowany postawieniem wam negatywnej oceny? Mylicie się. Nauczyciel ten pragnie ponad wszystko inne, abyście zaliczyli, poszli sobie do domu i dali mu spokój.

Tym na co zwraca uwagę oklapnięte ucho nauczyciela nie są niuanse wymowy czy też mylnie dobrane czasy. Ucho to zwraca uwagę na jedno. Czy z waszych ust wypływa w miarę równomierny strumień angielskich słów (lub czegoś co można by za nie w przybliżeniu uznać), i czy z tego strumienia można by cokolwiek wywnioskować? Jeżeli tak, ucho nakłoni się ku wam. Jeżeli nie - odwróci się z niesmakiem.

Załóżmy, że ucho się nakłoni. Pozostaje wciąż jednak kilka zagadnień szczegółowych. Czy dajecie waszemu egzaminatorowi szansę odgadnięcia co macie na myśli? Takie odgadywanie często bardzo cieszy nauczyciela, choć może on sobie tego w ogóle nie uświadamiać. Często chce on ze wszystkich sił dać wam okazję do zagrania w grę, która nazywa się "czy uda mi się to wyrazić, skoro nie wiem jak to powiedzieć". W tym jednak celu musicie być z nauczycielem w kontakcie, musicie choć trochę go rozbawić. Rozbawiony nauczyciel odwdzięczy się przez zaoferowanie wam pomocy, a czasem - zauważenie i docenienie waszej błyskotliwej inteligencji. Jeśli zamiast tego postanowicie stękać "obrytym" tekstem, nie dajecie sobie szansy, aby ta inteligencja mogła kiedykolwiek zabłysnąć. Nauczyciel zobaczy w was to, co w każdej innej porcji uczniowskiej wołowiny. Jeszcze jedną przebrzydłą twarz, która powstrzymuje go przed pójściem do domu.

Większość nauczycieli podobnie jak wy nie jest automatami do nauki. Są to ludzie z krwi i kości, którzy na skutek zabawnych nieporozumień, a czasami życiowych konieczności, zatracili wiarę w siebie i zaczęli wierzyć w maszynę. I tu powalająca informacja - tylko wy jesteście w stanie ich ożywić! Jeśli zaprosicie ich do zabawy, jest duża szansa, że przypomną sobie kim naprawdę są i odbiorą wasze zaproszenie jako sympatyczny gest, raczej niż karygodną pomyłkę. Wiem, jako były egzaminator, jak miło jest odwdzięczyć się uczniowi, który na chwilę choćby oderwał nas od przytłaczającej rutyny. Istnieje pewien naturalny, biologiczny odruch, który sprawia że my, nauczyciele, jesteśmy takiej osobie zwyczajnie wdzięczni.

Dlatego apel - nie uczcie się tekstów na pamięć! "Gotowce" są na ogół śmiertelnie nudne, a do tego nie ma w nich nawet krzty waszej osobowości. I, ważna rzecz - nie musicie mówić prawdy. Zmyślenie, którego jesteście autorem to coś tysiąc razy lepszego niż standardowa, przepisana skądś formułka. W końcu prawie cała literatura i większość filmów - jest zmyśleniem. Przygotujcie sobie po kilka haseł do każdego tematu, nauczcie się ich i - płyńcie. Da wam to luz i poczucie fanu, które sprawią, że przedryfujecie przez każdą mieliznę. Pamiętajcie, że jeden szczery uśmiech jest wart na egzaminie mniej więcej tyle, co tysiąc słów!

Na konkretnych przykładach objaśniam Julce jak postępować. Istnieje tu pięć zasad:

* Zasada 1

Starać się mówić cały czas.

Zasadę tę już właściwie omówiliśmy.

* Zasada 2

Zupełnie, zupełnie, ale to zu-peł-nie - nie zwracać uwagi na błędy.

Robić błędy celowo. Spolszczać. Pytać po polsku "Jak jest...?" - i jechać niezmordowanie dalej. Nauczyciele uwielbiają odwagę, jeżeli czują, że stoi za nią bojowy duch. Każdy uwielbia odwagę. Ty też. Swoją własną odwaga wprawisz się w trans zwycięzcy.

Problemem nie są błędy, problemem jest przekonanie, że istnieje "właściwy" sposób mówienia, i że mówienie "niewłaściwe" spowoduje brak zaliczenia. Tymczasem właśnie mówienie "niewłaściwe" jest w większości przypadków - sposobem na zdany egzamin. "Właściwie mówiący" - zdali już wszelkie egzaminy i mają wolne. Przed egzaminacyjnymi drzwiami pozostają zatem dwie grupy - "mówiący z błędami" i ofiary. Jak myślicie, kto wypadnie lepiej?

* Zasada 3

Jeśli wydaje się, że nie ma o czym mówić (tj, że "utknęliśmy") - znaleźć coś o czym można by mówić.

Jeśli nie ma o czym mówić, to znaczy że nasz umysł zakleszczył się na lęku lub poczuciu winy. Pamiętaj! Nigdy, nigdy, nigdy - nie jest to kwestia zasobu słownictwa ani stopnia przygotowania! Zawsze jest o czym mówić, jeżeli umysł jest rozluźniony i jeżeli ta sytuacja choć trochę go bawi. Umysł spanikowany tkwi w wąskim gardle i nie może ruszyć. Umysł zabawowy rozgląda się z głupia frant i zaczyna mówić o pierwszej lepszej rzeczy jaka mu się nawinie. A potem jakoś tak wykręci, żeby połączyć to z zadanym tematem. Przykład: jeśli opisujesz Charliego Chaplina i utkniesz, zacznij mówić o kimś innym. Powiedz: For example my father ­ - i jedź dalej, kierując się intuicją. Możesz powiedzieć na przykład For example my father and I once went fishing in a tiny green fishing boat. Rozwijaj temat do momentu, gdy przyjdzie ci pomysł jak to połączyć z aktorem. We saw a guy standing on the shore who looked exactly like Charlie Chaplin because... Najlepiej, przed egzaminem, zamiast uczyć się na pamięć tekstu, wypisać sobie do każdego tematu kilka takich barwnych skojarzeń. Jeśli będą to prawdziwe sytuacje z naszego życia, łatwiej będzie nam o nich opowiadać, ale nie muszą być.

* Zasada 4

Jeśli masz do omówienia obrazek, spróbuj, posługując się nim, przedstawić egzaminatorowi swój życiorys (alternatywa, dla tych co nie mają zbyt ciekawego życiorysu: Jeśli masz obrazek, spróbuj posługując się nim przedstawić egzaminatorowi swój ulubiony film/zespół/książkę/płytę/kumpla/dziewczynę/grę komputerową, itp.)

W ogóle to zacznij tak: opisz wszystko co widzisz na obrazku, i opisz fizyczne relacje pomiędzy przedmiotami/osobami. Opisz co, jak sądzisz wydarzyło się w przeszłości - bliższej (przed chwilą) i dalszej (np. w zeszłym tygodniu). W jaki sposób te wydarzenia wiążą się z obrazkiem? Opisz czy w danym miejscu bywa ktoś, kogo tu teraz nie ma. Dlaczego tu bywa? Uzasadnij obecność takich, a nie innych przedmiotów. Kto ich potrzebuje? Do czego? Jeśli jeszcze nie skończył ci się czas wypowiedzi, co jest mało prawdopodobne, kontynuuj: opisz co czują ludzie na obrazku, nawet jeśli miałbyś to trochę naciągnąć (np. "Pan X czuje obrzydzenie, bo ta jajecznica jest nieświeża"). Opisz co myślą ludzie na obrazku. Opisz co sam czujesz i myślisz w odniesieniu do przedmiotów i osób na obrazku (np. "Nie lubię hippisów", "Uwielbiam dredy"). Wymyśl kilka zabawnych spekulacji zaczynając zdanie od "Może..." Przedstaw ogólny klimat obrazka i co ci on przypomina. Zacznij opisywać sytuacje ze swojego życia, kojarzące ci się z obrazkiem, lub z jego elementami. Płyń dalej....

* Zasada 5

Pomyśl jaką konstrukcję gramatyczną chce wydobyć z ciebie autor pytania (tematu), formułując pytanie właśnie w ten sposób. Używaj jej.

Czyli - jeśli w pytaniu pojawia się słowo "kiedyś" - używaj w odpowiedzi "used to". Jeśli jest tam słowo "plany" - używaj "going to". I tak dalej. W ten prosty, a wdzięczny sposób odpowiesz na głęboka potrzebę egzaminatora: potrzebę społecznej użyteczności. Zrozum, nauczyciele muszą raz na jakiś czas utwierdzać się w tym, że to czego cię uczą ma jakiś sens praktyczny. Ponieważ z reguły takiego sensu nie ma, lub jest go niewiele (oczywiście nie mówimy tu o inkasowanej przez nauczyciela comiesięcznej pensji) - tym bardziej potrzebują oni pocieszenia, i tym bardziej nie będą ustawać w próbach jego zdobycia. Odpowiadając zatem na pytania za pomocą oczekiwanych zwrotów, wychodzisz nauczycielom naprzeciw, w prosty sposób wzmacniając ich poczucie życiowego celu. Ta mała manipulacja niewiele kosztuje - bywa natomiast bardzo skuteczna.

*

Aby to wszystko razem dobrze wyszło, Julka musi rzecz jasna poćwiczyć. Jest to jednak ćwiczenie zupełnie inne od tego, które ma spowodować wyklepanie na pamięć "gotowca". Tego typu ćwiczenie rozwija w Julce elastyczność myślenia, twórczość i zdolności improwizacji, które zostaną jej już potem na całe życie. Przyda jej się jeszcze wielokrotnie w życiu, które przecież z taką wielką improwizacją ma naprawdę wiele wspólnego. Otworzy w niej wiarę w to, że cierpienie jest często tylko jedną z dostępnych opcji, i że równie często zabawa stanowi znakomity sposób na zdobycie tego, czego się akurat chce.

Nadchodzi dzień egzaminu. Julka zdała. Moja znajoma oczywiście pyta: "Jak ty to robisz?", a biorąc pod uwagę, że nasz intensywny kurs był dla Julki prawie czystą przyjemnością, ma prawo. Ale mnie to nie dziwi. Już nie. Po prostu nauczyłem się, że ludzie nie mają problemów. Wystarczy im o tym przypomnieć.


Krzysztof Wirpsza

www.empatycznekonwersacje.pl


Krzysiek Wirpsza

Jestem trenerem warsztatów rozwoju osobistego, autorem artykułów, performerem, poetą i slamerem. Jestem także Empatycznym Coachem, budzącym Cię do mówienia po angielsku, autorem metod EmpatyczneKonwersacje, oraz FunBodyEnglish. Uczę angielskiego przyjemnie i ekspresowo, prowadzę przyspieszone kursy przedegzaminacyjne, specjalizuję się w przypadkach beznadziejnych, ludziach, którzy utracili nadzieję, że się kiedykolwiek nauczą, osobach zniechęconych przez system edukacyjny (szkoły, kursy, etc). Przywracam im utraconą motywację, mówię jak się uczyć, aby się nauczyć. Prowadzę również grupy.

Krzysiek Wirpsza, Twój Empatyczny Coach

www.EmpatyczneKonwersacje.pl



komentarze

[foto]

1. Kto to jest slamer? + Astrologii nieco • autor: Wojciech Jóźwiak2011-09-04 12:51:05

(1) Krzysztof, co/kto to jest "slamer"?
- pytam, bo nie wiem, a nie chcę domyślać się najgorszego ;)

(2) Astrologicznie patrząc, to Ty zalecasz, żeby uczyć się języków Jowiszem (czyli: ekspansywność, otwartość, nie-przejmowanie się, przebojowość, silne ego aż do hucpy...) - a nie Saturnem (perfekcjonizm, reguły, wycofanie, dystans).
Coś w tym jest...

(3) Dodam po sobie jeszcze jeden czynnik przeszkadzający w językach obcych, którego Ty w tekście nie wymieniłeś, zwłaszcza w angielskim. Otóż ja (i pewnie duży procent Polaków i innych nie-anglojezycznych) nie słyszę angielskiego! Dźwięki tego bełkotliwego jezyka nie docierają do mnie. Moje foniczne anteny nie są nastawione na odbiór tego pasma i mimo trwajacych dziesięciolecia prób (angielskiego zacząłem się uczyć w wieku 13 lat czyli 47 lat temu) nic się nie poprawia. Anglojęzyczny mówi do mnie, a ja nie słyszę, gdzie podmiot gdzie orzeczenie. W pismie, wzrokiem, mimo ich idiotycznej pisowni, w porządku: czytam, nawet dość szybko.

To tyle (1) podchwytliwych pytań, (2) astro-mądrzenia się i (3) narzekań (na język aktualnej Rasy Panów - stanowczo wolałbym włoski jako światowy).


Wojtek! 1) pytałeś już o to, odpowiadam jeszcze raz: slamer to poeta klubowy, który swoje wiersze czyta lub improwizuje na specjalnych konkursach w klubach (dzisiejszych "night-barach").
2) tak
3) aha (włoski też lubię, to jest język piękna, angielski wg mnie ma inne zalety, o czym wkrótce :))

2. Słownictwo... • autor: Nierozpoznany#53282011-09-04 17:35:05

Przedstawił Pan bardzo pomocne i życiowe porady dotyczących wyrażania siebie. Aby moc robić to lepiej, trzeba poznawać nowe słówka. Jako osoba, u której wpływ Saturna jest duży, ;) szczególną wagę przykładam do budowy słownictwa - czyli najżmudniejszej kwestii, a przecież wcale taka nie musi być. :) Jakie zaleca pan alternatywne metody, aby "słówka" były przyjemniejsze do nauki i jak je utrwalać, prócz oczywiście rozmowy, by po krótkim czasie pobytu w "słowniku czynnym" nie odeszły do "biernego"

Dzień dobry,
1) Po pierwsze, jest droga najkrótsza - mówić; w Pana przypadku jest to być może kwestia znalezienia właściwego lektora, native'a itp, i rozgadania się z nim na tyle, żeby rozmowa stała się przyjemna. To trochę pracy, ale procentuje, bo potem słówka uczą się "same"
2)Po drugie, uczyć się tych słówek w związku z czymś co się lubi - np czytanie rzeczy ze swojej dziedziny, ulubionej beletrystyki, etc. Wtedy korzystać ze słownika i zapisywać, a słówka wieszać nad zlewem w kuchni i czytać przy zmywaniu ;)
3) nigdy nie uczyć się "na siłę". Polecam angielski japońską metodą KAIZEN - pięć minut dziennie przez rok - chyba idealne dla Saturników :)
pozdrawiam

3. Bardzo lubię Pana artykuły o nauce języka • autor: Nierozpoznany#15262011-09-05 10:50:35

Podrzucam je córce żeby zrozumiała, jak z nauki zrobić frajdę i o co naprawdę w tym chodzi.
Ja też uczę się angielskiego (po powrocie z jakichś wakacji 5 lat temu na których płonęłam ze wstydu nie mogąc się porozumieć) i potwierdzam WSZYSTKIE Pana sugestie.
Do tego dodam jeszcze swoje doświadczenie: dla dorosłych ludzi kłopotem może być to, że po angielsku nie brzmią tak "mądrze" jak po polsku. Człowiek chciałby się pokazać jako osoba "elokwentna", "mądralińska" a tu nic z tego: brzmimy prosto, baaardzo baaardzo prosto. I to było krępujące. Sporo czasu zajęło mi zorientowanie się, że po tamta strona wcale nie myśli, że jestem ograniczona bo mam mniejsza swobodę językową. Na ogół raczej zakładają, że mam do powiedzenia więcej niż potrafię ubrać w angielskie słowa (oczywiście jeśli sprawiam na kimś tego rodzaju wrażenie tzw. "ogólne"). Oceniają nas tak jak my obcokrajowców, którzy wkładają wysiłek w naukę naszego języka: ŻYCZLIWIE.
Pozdrawiam

Tak, to prawda, też zauważyłem to :).
[foto]

4. Zalety angielskiego • autor: Wojciech Jóźwiak2011-09-06 09:11:33

Prócz wad (pisownia, którą mógł wynaleźć tylko jakiś schizofrenik! Samogłoski nieodróżnialne dla nie-angielskiego ucha! Nie wiadomo – nie słychać – gdzie kończą się wyrazy! I jeszcze jedna wada: Anglojęzyczni mówią CAŁKIEM INACZEJ niż jest to uczone na lekcjach angielskiego: „ya” zamiast „yes”, „łona/wanna” zamiast „want to”, „dziu” zamiast „ju/you” – „I need you” mówią „ajnidziu”, „take me” mówią nie „tejk mi” tylko „cejk ma”. Co tylko znaczy, że inaczej trzeba uczyć...) angielski ma zalety. Oto ich garść:
Jest z grubsza znany na całym świecie.
W niektórych krajach jest powszechnym drugim językiem, więc nie trzeba uczyć się holenderskiego, norweskiego, fińskiego...
Ma międzynarodowe słownictwo; nie trzeba się zastanawiać, co to „rundfunk” (radio po niemiecku), „divadlo” (teatr po czesku). Ale tu kontra: dobrze jest tylko na piśmie, bo te międzynarodowe słowa Anglicy wymawiają strasznie po swojemu i zgaduj teraz, że rejdijou to radio, sijeta to teatr, a najgorsze jest wijeku – domyśl się, że vehicle.
Jest krótszy, zwięźlejszy. Słowa są krótsze, zdania mają mniej słów. Ale coś za coś: mnóstwo słów nieznośnie podobnych: bear (niosę), bear (niedźwiedź), beer (piwo) itd.
Jest lekki. Co to znaczy? Nie umiem tego dobrze powiedzieć, ale to widać w porównaniu z niemieckim. Zdania, które po niemiecku brzmią tajemniczo, głębinowo, wieloznacznie, magicznie i niepokojąco, powiedziane po angielsku stają się proste i „kawa na ławę”. (Dlatego Niemcy byli filozoficznym imperium, a Anglicy ich tylko spłycali :) W porównaniu z polskim jest podobnie.
Angielski ma swój urok, swoją klasę, błysk. Mówisz po angielsku, przenosisz się do lepszego świata. (To pewnie ma związek z Piątką jako narodowym charakterem Brytów.)
Łatwo się rymuje. Sam kiedyś, znając ang. piąte przez dziesiąte (co mi zostało) produkowałem angielskie rymowanki-echolalie.

5. Glowna zaleta angielskiego jest jego zwiezlosc. • autor: Nierozpoznany#2082011-09-06 22:25:38

To, na co Polak lub Niemiec potrzebuje 100% czasu anglojezyczny wypowie - tak na oko - w 75 : ) To jest bardzo wazna cecha w czasach kiedy liczy sie minuty (podobno jezyki ludow pierwotnych sa bardzo skomplkowane i bogate gramatycznie - oni nie musza sie spieszyc). Druga sprawa - prostota gramatyki. Do porozumiewania sie na poziomie umozliwiajacym wspolprace wystarcza ze trzy - cztery czasy. Przypadkow brak. Sa niuanse ktore trzeba wkuc (phrasal verbs i inne) ale mozna sie dogadac i bez nich. Idealny jezyk "serwisowy" do wszystkiego - od handlu po zaawansowana technike. Akcent; british nie jest belkotliwy - bywa nawet twardy jak francuski lub niemiecki! Belkokotliwy jest ej-mej-ri-kejn. Szczegolnie u redneckow tamtejszych. Polski w takiej wersji tez bywa niezrozumialy : ) Dlugo by mowic. Moim zdaniem popularnosc angielskiego w jakis sposob oddaje ducha czasow w jakich zyjemy. Wyparl on w masowej skali nie tylko inne jezyki miedzynarodowe (ostatnio przed angielskim chyba francuski) ale tez wszystkie sztucznie stworzone - te volapiki i esperanta. Jest po prostu lepszy, bardziej przydatny dla wspolczesnych uzytkownikow, selekcja naturalna. Oczywiscie potega Imperium Brytyjskiego i potem Stanow zrobily swoje, ale sadze, ze siega to gdzies glebiej, w ducha czasow; szybkosc przeplywu informacji, pospiech, wymuszona zwiezlosc i tresciwosc komunikatow..
ps. no i nie ma roznych koszmarnych skladakow typu Luftverkehrsbranche lub parswakonasana : )

Dzięki :) To właściwie wyczerpuje temat. Dodam jeszcze, że jest to język wręcz idealny do tego, aby do człowieka dotrzeć i przekazać mu swoją myśl. Pod tym względem jest to język przyszłości. Chodzi o to, że to co ty Wojtek w poprzednim poście napisałeś to są w dużym stopniu kwestie formy. Angielski ma taką a nie inną formę. Ale na pytanie - który z języków najszybciej, najefektywniej, i najbardziej precyzyjnie i z impetem przekazuje treść (sens) tego co mówca chciał powiedzieć, odpowiedziałbym - angielski. Dlatego jest on zwyczajnie przydatny dla wszystkich którzy mają coś nowego do powiedzenia. "Odpowiednie dać rzeczy słowo".
[foto]

6. Pofilozofuję • autor: Krzysztof Wirpsza2011-09-07 20:46:19

Piątka = piata czakra = komunikacja (krtań, czyli "nazywacz")
"Odpowiednie dać rzeczy słowo"
A więc angielski, jako język Piątki (anglia) spełnia idealnie podstawowe zadanie języka: sprawne komunikowanie. Pamiętacie Ursulę Le Guin? Ona jest Piątką. Pisała kiedyś o wymyślonym świecie w którym najpierwotniejszym składnikiem rzeczywistości jest Nazwa (Imię). Magowie ucząc się Prawdziwych Nazw różnych rzeczy i osób, uzyskują dostęp do istoty tego O Co Chodzi - i przez to czarują etc. Ale metaforycznie - tak właśnie widzi świat Piątka. I to jest też istota "angielskości"
[foto]

7. Nieprawda! • autor: Wojciech Jóźwiak2011-09-07 21:56:25

>>> A więc angielski, jako język Piątki (anglia) spełnia idealnie podstawowe zadanie języka: sprawne komunikowanie.

Nieprawda! Tego języka NIE słychać. Bad, bed, bid, bud - przecież ONI to wymawiają tak samo. Nie wiadomo, gdzie się kończą słowa. Nie wiadomo, co jest podmiotem, co orzeczeniem. Nie wiadomo, czy ktoś coś twierdzi czy temu zaprzecza. Pisownia schizofreniczna. Angielski stał się jezykiem światowym z powodów tzw. pozajęzykowych, czyli dlatego, że najpierw Anglia, potem Stany były (są) światowymi mocarstwami. Ale to NIE znaczy, że on jest (jak napisałeś, Krzysztof) IDEALNYM narzędziem sprawnego komunikowania się. Przeciwnie. Przypadek tego jezyka pokazuje, jak język odbierany przez nie-nativ'ów jako dziwaczny, brzydki, bełkotliwy i trudny (taką miał opinię jeszcze w 18 wieku!) jednak stał się międzynarodowym za sprawą GOŁEJ siły jego imperiów.
To że ma "klasę" i łatwo się rymuje to są małe kwiatuszki na ogólnym kożuchu.
O, jeszcze jedno! Dlaczego tak wiele osób, spośród tych, którzy uczą się tego jezyka, często latami, wciąż go nie umie?

8. Nieprawda II • autor: Nierozpoznany#2082011-09-07 22:05:34

Angielski do poziomu sredniego jest bardzo latwy - schody zaczynaja sie potem. Przynajmniej w porownaniu z jezykami z ktorymi mialem kontakt - lacina, greka, rosyjskim i niemieckim. Tam schody sa od razu. Jego (angielskiego) popularnosc to sprawka pol morficznych. Czyli poniekad ducha czasow : )
[foto]

9. Doskonały artykuł! • autor: Mirosław Miniszewski2011-09-09 22:24:26

Świetny tekst! Gdybym miał od początku takich nauczycieli, jak Ty, to bym pewnie już dawno rzucił palenie. Ponieważ przestałem wyrzucać pieniądze w Empiku, wrrrrrrróć!, w błoto, uczę się sam, w domu, oglądając filmy, czytając, pisząc, gadając bez przerwy do siebie po angielsku. Myślę, że intuicyjnie stosuję metody i zasady, o których piszesz. Z pewnością niedługo zgłoszę się do Ciebie na konsultacje językowe i z przyjemnością wydam pieniądze na honorarium. Pozdrawiam.
[foto]

10. Eeee tam. • autor: Mirosław Miniszewski2011-09-09 22:33:31

WJ>> Nieprawda! Tego języka NIE słychać. Bad, bed, bid, bud - przecież ONI to wymawiają tak samo.

Wojtku, słychać słychać. Tylko Polaka ośrodek mowy nie rozpoznaje fonemow, bo nie ma tych synapsów co trzeba, bo do tego trzeba się wsłuchać od dziecka. Potem nowe fonemy wchodzą trudniej. Nowe synapsy odpowiedzialne za rozpoznawanie fonemów narastają jednak, jak się je do tego zmusi. Zaświadczam własnym przykładem. Nas inne nacje też nie słyszą, bo "szczekamy" i "szeleścimy". Polski jawi się obcokrajowcom jako ohydny zlepek fonemów, które nigdy nie powinny po sobie występować. Ma koszmarną gramatykę pozbawioną jakiejkolwiek logiki, o podwójnym przeczeniu nawet nie wspomnę, zbędne przypadki, nadmiar synonimów, zmanierowaną pełną naleciałości tradycję. Jest to język nie do nauczenia się dla nikogo, tak jak estoński, fiński czy węgierski - języki nie podobne do niczego, będące świadectwem dziwaczności ludzkich umysłów. Angielski jest śpiewem, melodią. Może nie jest piękny, ale jest na tyle prosty i do nauczenia, że stał się lingua franca. Nic na to nie poradzimy. Co do słuchania, zaś, trzeba słuchać i słucha aż nowe synapsy narosną. Narastają na szczęście szybko.
[foto]

11. To trochę inaczej jest... • autor: Wojciech Jóźwiak2011-09-09 23:25:07

Mirku, zachęcanie do umienia angielskiego poprzez obrzydzanie polskiego nie jest dobrym podejściem. Czyżby przemawiał Twoimi usty (klawiaturmi) polski kompleks mniejszej wartości? (Po niemiecku to się nazywa śmiesznie Minderwertigkeitskomplex, naprawdę.) Bo i nie o to w tej dyskusji chodzi. Języki są różne, jedne węgierskie, drugie estońskie, fakt. Problem o którym tu mówię (piszę) jest jednak inny. I jak mi się wydaje obiektywny. Estońskiego nie musze się uczyć ani znać i nigdy takich zamiarów nie miałem. (Na węgierski, owszem, miewałem ochotę, ale determinacji zbrakło.) Angielski znać, gorzej lub lepiej, musze, jak KAŻDY. Więc problem jest taki, że masa ludzi się tego angielskiego uczy i nie umie. Przypadek tej maturzystki opisany przez Krzysia jest aż nadto typowy. Opór przed znajomością angielskiego mogą powodować względy społeczne (o których pisał Krzysztof) – zahamowanie, brak otwartości, lęk przed oceną rozmówcy i przed skiepszczeniem się skutkiem jej. Takie powody są i są boleśnie krzyczące. Ale jest i coś innego, o czym napisałem: to że angielski w swojej fonicznej warstwie nadaje na jakichś innych
„częstotliwościach” co nasz. I nie tylko nasz - znów teraz słucham tego folkowego
radia z Grecji
i oni mówiąc po swojemu, mówią PO POLSKU, tzn. w sposób,
który jest fonicznie mi (z moimi nawykami) dostępny. Słyszę poszczególne sylaby
i słowa i wiem gdzie się zaczynają i kończą. I jakie samogłoski i spółgłoski
zostały wypowiedziane. Brakuje mi znajomości słów i gramatyki, ale same słowa w
strumieniu mowy wyodrębniam. Nie znając tego języka zupełnie! Tymczasem
angielski jakoś znam, umiem w nim czytać, nawet książki tłumaczyłem z niego i
tam gdzie nie trzeba robić wrażenia ani czarować rozmówców to umiem się
porozumieć. Ale go nie słyszę! Tzn. słyszę nie-nejtiwów, a nejtiwów nie słyszę.
Słyszę angielski zniekształcany przez ludzi z kontynentu, a oryginalny jest dla
mnie szumem. To zjawisko wydaje mi się nie tylko moją prywatną słabością, a problemem obiektywnym, z którym nauczanie angielskiego musi się jakoś zmierzyć i mu sprostać. Może prócz nauki słówek, pisowni, gramatyki, mówienia, powinna być specjalna nauka słuchania angielskomówiących? A inny wariant może być taki, że z czasem fonetyczne nawyki nie-Anglików wezmą górę w światowym angielskim, co przewidywałem w swoim blogu.


PS. Lubię słowa pstry, skrwawiony, wzdręga, pchła, cny, tka.
Jestem dumny, że takie mamy.

12. Co za interesująca strona! • autor: Nierozpoznany#55412011-09-12 03:56:03

Witam,
mam na imię Piotr i chciałbym wtrącić moje spostrzeżenia na temat angielskiego i nie tylko. Lecz po pierwsze chciałbym pogratulować Autorowi świetnych tekstów.

Zasadniczą kwestią, którą Państwo roztrząsacie, jest pytanie "Dlaczego angielski zdobył taką popularność?", bo jak trafnie zauważył przedpiszca - wcale nie jest prosty. To mit.
1. Posiada zasób leksykalny idący w setki tysięcy słów (słownik "oxfordzki" wspomina o ok. 750 tys.), których przybywa lawinowo z racji przyswajania slangu, neologizmów, słów obcych etc.
2. Posiada nienaturalną - "nieintuicyjną" - skomplikowaną dla nas gramatykę.
3. Wymowa diametralnie różni się od formy pisanej.
4. Posiada o wiele więcej fonemów samogłosek, niewystępujących w polszczyźnie.
5. "Logika" angielskiego, szyk zdania, zależność występowania podmiot-orzeczenie, ma się nijak do naszych zasad językowych.
6. Jest językiem rodzimym dla zdecydowanej mniejszości mieszkańców naszej planety.
To tylko niektóre "schody" jakie na szybko przyszły mi do głowy.

Dlaczego więc angielski stał się taki popularny? Według mnie odpowiedź zawarta jest w pytaniu: ponieważ stał się językiem popkultury! "Winnymi" tego stanu rzeczy nie są ani naukowcy, ani politycy, tylko Blues, Jazz, Rock'n'Roll, Elvis Presley, Humphrey Bogart, Liz Taylor, The Beatles, Brad Pitt, Madonna, Bill Gates - generalnie imię ich Legion;)

Urok angielskiego, polega na jeszcze jednej rzeczy - z uwagi na dziesiątki (setki?) odmian, dialektów, gwar, slangów - trudno jest mówić w tym świetle o fonetycznej "niepoprawności" języka Szekspira. Przykład poniżej. Dla praktycznego Anglosasa kwestią kluczową jest skuteczne dotarcie i odbiór komunikatu. Kwestia formy, to sprawa drugorzędna.
21 brytyjskich dialektów w 2,5 minuty:

LINK

Przez setki lat lingua franca nauki i dyplomacji były łacina i francuski. Wynalazek radia, kina, telewizji, jeansów i hamburgera zmienił diametralnie ten stan rzeczy. Internet, jakby to powiedział Gomułka: "przybił gwóźdź (GWÓŹDŹ! co za "nasze", fajne słowo!) do trumny będącej kropką nad przysłowiowym i".

Dygresja - dokładnie z tego powodu wieszczę, że np. taki chiński nigdy nie zdobędzie światowej popularności. Choćby Chińczycy wykupili obie Ameryki i pół Europy, ich mowa (zastrzeżenie - na drodze pokojowej ekspansji) nie będzie atrakcyjna dla każdego nie-Azjaty, bo po prostu ich kultura i mentalność, choć interesująca i urokliwa, nie zdobędzie "za Chiny" fanatycznych rzesz naśladowców. Przekornie napiszę, że najpopularniejszą piosenką świata, pod względem liczby osób zaznajomionych z nią, jest hymn Chińskiej Republiki Ludowej. Stawiam kratkę piwa osobie nie będącej Chińczykiem (Azjatą?), która zaśpiewa dwa takty tego przeboju bez przygotowania.

I tak płynnie przechodzimy do istoty problemu - aby bezstresowo opanować angielski, należy wykazywać minimalny stopień umuzykalnienia. Warunek niekonieczny, jednak znacznie ułatwiający sprawę.

Może prócz nauki słówek, pisowni, gramatyki, mówienia, powinna być specjalna nauka słuchania angielskomówiących?


Niniejszym, jeśli Państwo pozwolą, udzielam takiej nauki :) - aby oswoić się z zawiłościami angielskiej wymowy, wystarczy stosować dousznie w sporym natężeniu ilościowym (niekoniecznie głośnościowym) dźwięki następujących wykonawców (oraz tysiąca innych, wedle gustu):
1. The Beatles
2. Queen
3. Pink Floyd
4. Led Zeppelin
5. U2
6. King Crimson
7. Yes
Można oczywiście spróbować się pokatować Lejdi Gagą, lub Dżastinem Biberem, ale nie ręczę za wyniki. Następnie "ulubić" sobie którąś piosenkę, wziąć słownik i zacząć dociekać o co chodziło autorowi. Że idiomy? W epoce przed internetem, mógł być to problem.

Jeśli kogoś irytuje, bądź wprawia w nieuzasadniony niepokój hałaśliwa z natury muzyka rockowa, można zamiast durnego TVN24, włączyć sobie któryś z kanałów BBC, niech sobie gada. Będzie gwarancja, że będzie ładnie, standardowo i ultra-poprawnie.

A inny wariant może być taki, że z czasem fonetyczne nawyki nie-Anglików wezmą górę w światowym angielskim, co przewidywałem w swoim blogu.


Przewidywanie trafne, choć o prawie wiek spóźnione. Ponad miliard Hindusów posługuje się angielskim, od którego więdną uszy rodowitym "spikerom", jednak Brytyjczycy, jako naród pragmatyczny nie zżymają się, a nawet nadali mu nazwę jako pełnoprawnemu dialektowi angielszczyzny: "Indian English".

A co do polszczyzny - nasi najbliżsi, także językowo sąsiedzi - Ukraińcy i Rosjanie - mówią na nas pogardliwie-zabawowo: "pszeki". Bo nawet oni, "bracia Słowianie", jedyne, co w naszej mowie słyszą, to "psz, psz, psz". Ale i tak nie zamieniłbym mojego "mother tongue" na żaden inny. Nigdzie nic tak nie brzmi, jak słowa, których używanie jest tu zakazane, nad czym boleję;)
pozdrawiam

P.S.
Być może nasza "narodowa" blokada przed mówieniem danym językiem wynika również z innej rzeczy. Nie wiem, może to fałszywa korelacja, ale mam wrażenie, że jesteśmy jedynym narodem w Europie, a może i na świecie, który na nieporadne próby używania rodzimej mowy przez obcokrajowca, reaguje w najlepszym wypadku wybuchem śmiechu. Być może sami byliście świadkami sytuacji, lub ją nawet sprowokowaliście pour la hec, żeby kazać Niemcowi/Hiszpanowi/Anglikowi powiedzieć "Chrząszcz brzmi w trzcinie"? Azjata będzie skakał z radości i giął się w ukłonach, jeśli zaserwujemy mu choć jedno zdanie po "ichniemu". Rosjanin uśmiechnie się przyjaźnie i poczuje się dowartościowany, jeśli ktoś chce mówić jego narzeczem. Anglosas skoncentruje się na odebraniu komunikatu i przez myśl mu nie przyjdzie, żeby kogoś choćby poprawić, nie mówiąc o drwinach. Natomiast my - en masse - tarzamy się ze śmiechu po podłodze kiedy ktoś zaczyna kaleczyć polszczyznę. Ergo - stąd może wynika nasz strach przed otworzeniem ust w obcym języku?

P.P.S.
Polski (wtrącenie moje) (...) ma koszmarną gramatykę pozbawioną jakiejkolwiek logiki, o podwójnym przeczeniu nawet nie wspomnę (...)

Panie Mirosławie - żeby nie wyjść na bezbożnego kosmopolitę i zaślepionego anglofila - czym jest według Pana zdanie:
"I ain't got no future"
,bo mnie właśnie podwójne przeczenie kopnęło w ryja?
[foto]

13. No tak... • autor: Mirosław Miniszewski2011-09-12 22:10:24

Rzeczywiście, to użycia "ain't", które jest z tego co iem naprawdę wyjątkiem, czyni wyrwę w mej argumentacji, co szczerze przyznaję, dziękując za przypomnienie o tym.

14. * * * • autor: Nierozpoznany#55412011-09-13 18:01:13

Akurat "ain't" jest niepokojąco niewyjątkowe, o zgrozo mówią tak również rodowici Brytyjczycy, że o "we don't need no education" nie wspomnę;)
pozdrawiam

15. * * * • autor: Nierozpoznany#43902011-09-14 07:55:10

Podobne sugestie próbowałam przemycać na kursach z dorosłymi ;) Razem z 'naprawdę nie trzeba mówić pięknie i bezbłędnie jak angielska królowa, żeby się dogadać'. Część się cieszyła, ale większość była podejrzliwa. Co i rusz ktoś opowiada pięknym angielskim o tym ze jest beznadziejny, nic nie umie, sadzi pełno błędów i w ogóle to jest za stary żeby się uczyć. Po co nam tyle kompleksów?

Krzysiek: Moim zdaniem tego się nie da robić z "każdym" - a na ogólnych kursach przychodzi właśnie "każdy". Natomiast na indywidualne spotkania jakie ogłaszam pod szyldem EmpatyczneKonwersacje, przychodzą ludzie, którzy już wcześniej o tym myśleli, sami poniekąd do tego doszli. Z tymi się da, mało tego, praca wtedy jest bardziej satysfakcjonująca, bo mam wrażenie, że nie tylko słucham, ale też pomagam innej osobie w otwarciu się, jestem takim trochę biernym terapeutą (w przenośni ;).
Trochę inaczej jest z dziećmi i młodzieżą do, powiedzmy, 25 roku życia, oni są z innej bajki. Na ogół od razu chwytają.
[foto]

16. Anegdotka about English • autor: Nes W. Kruk2011-09-15 17:26:47

Jakiś czas temu otrzymałem wiadomość głosową, której ni w ząb zrozumieć nie potrafiłem. Jako że sprawa dotyczyła pracy, zasięgnąłem porady osoby, która jest po anglistyce, uczy angielskiego w szkole średniej, daje korepetycje, itd. Po kilku godzinach otrzymałem odpowiedź, że po konsultacjach z kilkoma innymi specjalistami (uczącymi angielskiego) zrozumieli tyle, że chodzi o pracę i mam się kiedyś tam stawić na rozmowę. Poprosiłem o pomoc znajomego, który nie studiował anglistyki, za to mieszka na wyspach od 6 lat. Przetłumaczył mi wiadomość od ręki. Dodam, że głos należał do szeregowej sekretarki. Tak to się mają realia do przydatności systemu nauczania.


Kluczową barierą językową jest zrozumienie mowy, o czym wspomniał Wojtek. O ile w rozmowie można posiłkować się gestami, to już rozmowa telefoniczna często kończy się "I don't understand". No, chyba że po drugiej linii jest też obcokrajowiec. Nie jest to kwestia tylko nieobycia, ale prawdopodobnie też wrodzonego słuchu muzycznego. Miałem kiedyś znajomego, który nie ucząc się angielskiego potrafił powtórzyć tekst piosenki, kiedy ja, prymus w klasie, słyszałem tylko jeden ciąg dźwięków, przecinany pojedynczymi słowami. Kolega był w mojej kapeli na wokalu.

Zauważyłem też, że gdy nie tłumaczę sobie w głowie tekstu, idzie mi o wiele łatwiej zarówno mówienie, jak i rozumienie. Dopiero gdy włączam wewnętrznego translatora, pojawia się problem z komunikacją. Dlatego staram się nie tłumaczyć słów, których znaczenie przecież i tak rozumiem. Nie mam pojęcia jak mózg to robi, ale myśląc po angielsku mam o wiele mniejszy problem z rozróżnieniem słów typu "bear", "beer".
[foto]

17. Wojtku • autor: Krzysztof Wirpsza2011-09-28 20:21:52

Wojtku, wpadła mi właśnie w ucho piosenka "Mr Robinson" (chyba the Beatles, czy coś) ze zdaniem "heaven holds a place for those who pray". Zdanie to ma w sobie charakterystyczną anglosaską "geometryczność", którą osobiście uwielbiam. Uważam ją też za szalenie wyzwalającą , w porównaniu z innymi językami, w których jej nie ma. Tłumaczę. Weźmy polski odpowiednik "w niebie przygotowano miejsce dla tych, co się modlą". I porównajmy - co jest gdzie. W angielskim przypomina to - jakby zabawę klockami. Jest "heaven" - duża przestrzeń, jest "holds" - eleganckie części tej przestrzeni ustąpienie (jak w aikido!), i "a place" - wejście na jej miejsce nowej idei, powiązanej z pewnym wydarzeniem, w dole na Ziemi - "those who pray". Krótko, zwięźle, abstrakcyjnie. Istnieją relacje przestrzenne, przy czym granice pojęć są bardzo wyraźne, nie zamazane. W polskim taka dynamika w 3D w ogóle nie jest możliwa, bo tu jest wszystko bardzo konkretne, upostaciowione. "w niebie przygotowano miejsce..." Widzisz od razu jakieś podwoje niebiańskie, jakichś świętych, aureole, Św Piotra za biurkiem, poduchy, pierzyny, pokoje...Cały film. Ale też dlatego polski (i inne języki, bo angielski jest chyba wyjątkiem) pozbawia indywidualizmu, narzucając tradycyjną interpretację. Angielski ma cudowną właściwość - operuje pojęciami, ale bez obrazów - obrazy musisz sobie dośpiewać sam. Dlatego stymuluje niezależność myślenia, co - z tego co wiem - bardzo cenisz. Rozmowa po angielsku toczy się w abstrakcji, co jest przyczyną naturalnej dowcipności tego języka. Polski, w porównaniu, jest siermiężny i zniewalający.

Nie ujmując, że angielski brzmi istotnie dziwnie, i że jest odmieńcem wśród języków.
[foto]

18. English 3D • autor: Wojciech Jóźwiak2011-09-29 07:55:17

Krzysztof, ależ tak jest! Nie neguję i mnie też to się bardzo podoba. A że zdarzało mi się parę kawałków tłumaczyć z E. na P. to bywałem w rozpaczy, jak angielską geometryczną zwięzłość oddać polską nadmiarową konkretnością.

(Tu się też mieści to że E. nie ma zdrobnień, od których P. i Polacy głupieją.)

Nie mówię (i nie mówiłem nigdy, Present Perfect), że E. jest do D. - tylko mam mu za złe, że go NIE SŁYSZĘ, tzn. nie odróżniam części w ich bulgocąco-bełkotliwym strumieniu dźwięków i nie mam nadziei, żebym mógł to w TYM ŻYCIU zmienić.

Od tego moja frustracja.

Piosenkę "Mr. R." śpiewali Simon & Garfunkel.

19. * * * • autor: Nierozpoznany#55412011-10-10 21:58:47

Z angielskim jest jak z układaniem fugi w łazience - się umie, jak się potrzebuje.

20. odwaga • autor: Piotrdivine2013-03-24 15:31:52

Bo odwaga jest we wszystkim potrzebna.
Na tym polega życie i świat.
Kto idzie do przodu - ten wygrywa.
nawet kobiety kochają odważnych....

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)