Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

03 grudnia 2006

Krzysztof Wirpsza

Enlightenment Intensive
E. I. (Enlightenment Intensive) - Intensywny Warsztat Oświecenia

Kategoria: Techniki rozwoju

"Wszystkiego można się nauczyć na kursie"
z mądrości amerykańskich

Niniejszy artykuł piszę z zamiarem spopularyzowania w Polsce idei Enlightenment Intensive opartej na technice diady komunikacyjnej, którą opisałem w artykule pt "Diady Komunikacyjne" z września br. Celem niniejszego artykułu jest więc przede wszystkim rozszerzenie tematu diad komunikacyjnych przez przekazanie czym w istocie jest Enlightenment Intensive - tak aby polski czytelnik potrafił odnieść się do tego mało popularnego w Polsce fenomenu i mógł wyrobić sobie pogląd na temat tego, o co tu chodzi i czemu może to służyć. Chciałbym ponad wszystko podkreślić, że jest to zjawisko w Polsce nowe, nieznane i powszechnie nie praktykowane, choć na Zachodzie zajmuje poczesne miejsce wśród technik prowadzących do rozwoju ludzkiego potencjału i poprawy jakości życia. Przyczyna tego stanu rzeczy jest dla mnie tajemnicą. Natomiast faktem jest, że choć środowisko ludzi snujących refleksję nad swoją kondycją, jak Europa długa i szeroka, czerpie z owej techniki pełnymi garściami, w Polsce mało kto w ogóle o niej słyszał.

Doświadczywszy na sobie jaką frajdą i twórczą zabawą jest Enlightenment Intesive, a przy tym jak głębokie i nieznane pokłady psychiki może on przed nami odkryć, zapałałem chęcią, by jak najszybciej zaznajomić polskich odbiorców z owym prostym - a wykwintnym - sposobem spędzania wolnego czasu. I jestem tu przekonany, że z powodzeniem i korzyścią zdrowotną mógłby on zastąpić nam wiele codziennych rozrywek np. długie kawiarniane rozmowy, z których my Polacy tak słyniemy.

Fenomen znany na świecie jako E. I. (Enlightenment Intensive) wykłada się na polski jako Intensywny Warsztat Oświecenia, jakkolwiek trenowanie czegoś takiego jak "oświecenie" - i to w dodatku "intensywnie" - we weekend - może się wydawać niestosowne lub co najmniej dziwne. Zanim więc opiszę na czym właściwie polega fenomen E.I, chciałbym odmitologizować samo słowo "oświecenie", podkreślając specyficzne znaczenie w jakim będziemy go tu używać.

Słowo to, naszym rodzicom prawie nieznane, rozkwitło w ostatnich czasach, nabierając często nieznośnie elitarnego charakteru. Obecnie, w Polsce "oświecenie" - jako termin psycho-duchowy - kojarzy się z czymś "wyjątkowym", a więc, co za tym idzie albo - niezwykle cudownym i pożądanym, albo - po prostu pustym i niemożliwym - czymś na kształt nieosiągalnej mrzonki. Nie aspirując tu do ponownego definiowania słowa-klucza współczesnej duchowości, chciałbym jednak zaznaczyć, iż w jęz. angielskim istnieje współcześnie jeszcze jedno znaczenie "oświecenia", którego w polskim niemalże się nie spotyka. Oświecenie w tym sensie to właściwie każdy postęp na drodze uczciwej psychologicznej pracy polegającej na zauważeniu i weryfikacji własnych mechanicznych nawyków. W tym sensie jest to termin prawie techniczny, na pewno odarty z niezwykłości i na pewno pozbawiony otoczki wyższości/niższości, jaką tak często się mu przypisuje. Natomiast popularne słowa "życie" i "zdrowie" są w tym kontekście znacznie mu bliższe.

"Życie" dlatego, że oświecenie tak, jak rozumie je technika E.I., nie jest punktowym wydarzeniem, które daje nam moc wyższości nad światem mayi, ale egalitarnym procesem odkrywania prawdy o sobie, realizowanym przez każdego, mimowolnie, jako nieodłączny składnik jego drogi. "Zdrowie" natomiast, ponieważ to, co nazywamy "oświeceniem", to nic innego jak życiowa mądrość, wynikająca z wewnętrznej uczciwości. Mądrość ta wiedzie do "zdrowia" - a więc fizycznej i psychicznej harmonii z życiem. W sensie powyższej definicji, każdy dojrzały człowiek potrzebuje "oświecenia", tak jak potrzebuje on "zdrowia" i "życia" i w tym też sensie usiłuje promować owo zjawisko technika E.I..

Ocenianie zatem, kto ma oświecenia więcej, a kto mniej, kto jest Mistrzem, kto "zbliża się do prawdy", "mija z prawdą" - wreszcie - kto wie jaka technika prowadzi do prawdy - nie będzie dla naszych celów zadaniem konstruktywnym. Podejście E.I. jest o tyle odświeżające, że stawia sprawę bardzo uczciwie od początku: odmitologizowuje proces. Parafernalia wschodu, włącznie z szacunkiem dla insygniów i stopni - usunięto. Wszelkie magiczne tezy, jak "bezpośredni przekaz z Mistrza na ucznia", niepowtarzalność, egzotyka, jak również sławetne uwielbienie woli i dyscypliny, które tak wabi ludzi zachodu np. na treningi sessin - również nie towarzyszą nam w tej metodzie. Właściwie idea sukcesu została tu sprowadzona do jednej prostej dewizy: bądź maksymalnie szczery. Ponieważ to właśnie szczerością zajmujemy się w procesie zwanym oświeceniem, w rozumieniu E.I.. I to szczerość stanowi podczas pracy główny problem.

Aby się z tym zgodzić, trzeba rozumieć, że szczerość, nawet względem samego siebie, na ogół nie przychodzi nam łatwo. Wyćwiczenie w sobie szczerości jest procesem trudnym, nie mamy bowiem żadnego mięśnia szczerości, ani też dźwigni, których uruchomienie dałoby nam świadomość "trenowania". Nasz umysł, jako naturalny komentator - nie chwyta tego, co w nas bezpośrednie. Wymyka mu się to. Tym niemniej, rozmaite kierunki myśli ludzkiej na przestrzeni dziejów, od Sokratesa po rocka, dochodzą wciąż do prostej konkluzji: "Chcę być sobą." Pozorna niemożliwość realizacji tego postulatu w codziennym życiu prowadziła wielu do depresji i rozczarowania, jeszcze innych do postaw skrajnie sceptycznych. Powszechnie zauważono, że "schwytanie oświecenia" przypomina w dużej mierze "gonienie wiatru" czy też "schwytanie powietrza". Dla nas jednak, tym bardziej na miejscu wydaje się pytanie: jak chwytać, aby jednak coś schwytać?

Oto istota Enlightement Intensive. Około dwadzieścia osób, w usadowionych naprzeciwko siebie parach rozpoczyna medytację, która z przerwami na jedzenie, toaletę, spacer i sen potrwa trzy dni (istnieją wersje dłuższe, bardziej zaawansowane, ale trzy dni to standard). Praktyka przebiega zazwyczaj z użyciem jednego z czterech ogólnych pytań (koanów). Są nimi: "Powiedz mi, kim jesteś", "Powiedz mi czym jesteś", "Powiedz mi, czym jest życie"i "Powiedz mi czym jest to, co nie jest tobą" (ang."Tell me what is another"). Zazwyczaj jedno, ustalone przed warsztatem pytanie, jest stosowane przez wszystkich jego uczestników aż do końca warsztatu. Zajęcia przebiegają tak: na dany przez prowadzącego sygnał, jeden z uczestników każdej pary zadaje drugiemu pytanie. Tamten, przez pięć następnych minut, na przemian to pogrąża się w cichej kontemplacji pytania, to komunikuje na głos rezultaty tej kontemplacji pytającemu. Po pięciu minutach uczestnicy zamieniają się rolami. Teraz ten który pytał mówi, a ten który mówił - pyta. W ciągu diady, czyli czterdziestominutowego okresu medytacji, takich zmian jest osiem (co pięć minut) - tak więc każdy z uczestników w trakcie jednej diady mówi przez 20 minut (cztery "kolejki" po 5 min.). To tyle, ile w przybliżeniu mówimy w ciągu naszego zwykłego dnia - 20 minut - oczywiście jeśli połączyć wszystkie wypowiedzi razem. W diadzie zatem, całodzienna wypowiedź werbalna człowieka upchnięta jest na przestrzeni niespełna godziny! To niezwykle kondensuje energię takiej wypowiedzi - a biorąc pod uwagę, ze uczestnicy przeciętnego E.I. wykonują takich diad w ciągu jednego dnia dwanaście - prosty rachunek mówi nam, że wypowiadają w tym czasie mniej więcej tyle słów, ile normalnie wypowiedzieliby w ciągu dwunastu dni zwykłego życia. To jedna z rzeczy, które decydują o sile oddziaływania techniki, biorąc pod uwagę, że precyzja i głębia "nazywania rzeczy po imieniu" wzrasta drastycznie w miarę praktyki. Nie istnieją tu bowiem żadne zakłócenia zewnętrzne, które w normalnym życiu "wytrącają" nas z kontaktu z tym kim, lub czym, jesteśmy. Należy tu podkreślić, że w ciągu całego E.I. wszyscy uczestnicy pracują stale z tym samym, jednym, wspólnym dla wszystkich pytaniem, na ogół "Powiedz mi kim jesteś?"

Nie ma jednak mowy o nudzie, zmęczeniu, i "sile woli", niezbędnej, jak mogłoby się zdawać, aby dotrwać do końca takiego eksperymentu. Tu bowiem - zaskoczenie. Choć przywykliśmy do kojarzenia "medytacji" (lub - jeśli ktoś woli - "modlitwy") z czymś poważnym, niełatwym i wymagającym nie lada jakiej sumienności - w przypadku E.I. widzimy, że wcale nie musi tak być. Medytacja w diadzie jest nieustającą rozmową pomiędzy dwoma partnerami, rozmową, która z każdą kolejną diadą coraz bardziej wciąga, i która odkrywa przed nami niezwykłe mechanizmy jakimi podskórnie operuje nasza tożsamość. W miarę postępowania medytacji, energia uczestników wzrasta - wzrasta też inteligencja, humor i zaciekawienie drugim człowiekiem. Mówiąc o swoim światopoglądzie, rozbierając go na części i analizując po kolei całą jego emocjonalną podstawę - rozluźniamy się, tak jak to się dzieje na kozetce psychoterapeuty. Jednak pamiętamy też, że nie ma tu ekspertów, terapeutów i wersji jedynie słusznych - każdy ma do opowiedzenia swoją bajkę, która jest w równym stopniu realna - lub nierealna, co dowolna inna - wszyscy więc są tu sobie równi. Ośmieleni tym, rozluźniamy się jeszcze bardziej, co umożliwia prawdziwie głęboki kontakt z naszymi podświadomymi wzorcami. Wzorce te to istne panoptikum, i przedzierając się przez nie możemy być zaskoczeni tym , jak nieracjonalnie perfidne są nieuświadomione nawyki myślowe, które kierują człowiekiem - każdym z nas.

Nie jest to więc relacja typu pacjent -terapeuta. Jest to natomiast raczej przyjaciel zwierzający się przyjacielowi, na zmianę, przy nieustannej zmianie partnerów, aby nie było nudno. Komuś przyglądającemu się z zewnątrz dwóm szeregom ludzi rozprawiających ze sobą z ożywieniem, metoda ta może wydać się bezczelnie po amerykańsku jarmarczna, fast-foodowa wręcz, zwłaszcza biorąc pod uwagę dostojne hasła oświecenia i jogiczne ideały, które głosi. W tym szaleństwie kryje się jednak metoda. W miarę medytacji w parach, tj. rozmowy z różnymi, zmieniającymi się partnerami, trwającej często przez cały dzień od rana do wieczora - nasza świadomość ulega wyraźnym zmianom. Zaczyna być bardziej "świetlista", "ekstatyczna", zaczynamy dostrzegać więcej własnych myśli i uczuć, czasami przytłaczających stanów wewnętrznych, bólów i symptomów fizycznych (fale gorąca, chłodu, drżenie, skurcze, pobudzenie, senność). Na ogół jednak towarzyszy temu wzrost szczerości i odwagi kontaktowania się ze sobą, takimi, jacy naprawdę jesteśmy. W "świetlistym" stanie możemy doświadczać wizji, fal przyjemności, przejrzystości i spokoju. Wzrastając dynamika naszej interakcji z partnerem wzmaga entuzjazm, i chęć praktyki. Zapał rośnie i ze zdwojonym zacięciem indagujemy: kolejnych partnerów "Kim jesteś?"

Ciekawe, że dość szybko wychodzimy tu poza zwykły poziom konwersacji, tj. uprzejmego opowiadania historyjek i potakiwania. Już po dwóch diadach na ogół odkrywamy, że nasza zdolność do autentycznego zafascynowania się partnerem wzrosła. Słuchamy teraz jego legendy jakby była naszą własną, co powoduje, że przebywamy w stanie podwyższonej uważności przez cały czas trwania diady, nie tylko wtedy, gdy sami mówimy. Mało tego, każdy partner to inna legenda, i to nie tylko w sensie innego tematu, czy sposobu narracji. Postrzegamy wkrótce jak różnie każdy z partnerów definiuje to, czym sam jest! A więc ilu ludzi, tyle różnych "wersji" Stworzenia! To zastanawia, bo skoro każdy jest w stanie oddać za swoją wersję całe swoje życie, to czy nie jest może tak, że nikt z nas nie jest prawdziwy? A jeżeli nikt nie jest prawdziwy, to co jest prawdziwe? Patrzcie, jak niepostrzeżenie, gładko i bez przymusu, znaleźliśmy się na ścieżce mistyków i ascetów. Nie usatysfakcjonowani przez pozory, poszukujemy prawdy, która na trwałe byłaby w stanie nam pomóc. Dzieje się to naturalnie, nie zaś przez narzucone z zewnątrz formy praktyki. W tym tkwi ogromna siła Enlightenment Intensive!

Oto fragment wypowiedzi twórcy techniki, Charlesa Bernera:

(...) postanowiłem wypróbować metody, których celem byłoby pomóc ludziom odkryć, kim - i czym, są. Wkrótce stwierdziłem, że mówienie im tego - nie sprawdza się. Ludzie i życie mówili im latami, że są tym lub owym, kiedy naprawdę nie byli oni żadną z tych rzeczy. Nawet gdybym ja, lub ktoś inny, powiedział im prawdę o tym, kim i czym są, byłaby to tylko jeszcze jedna informacja, jeszcze jedno pośrednie doświadczenie, jeszcze jedna rzecz mentalnie im narzucona i mylona z tym kim, i czym, są naprawdę.
A zatem, postanowiłem, że potrzeba tu, aby osoba doświadczyła prawdy o sobie - dla siebie, i że to doświadczenie musiałoby ostatecznie wyjść poza samo doświadczenie, i stać się czymś bezpośrednim. Musiałoby to być bezpośrednie "przeżycie" faktu, którym dana jednostka jest. To przywiodło mnie do pytania stosowanego w starożytnych metodach jogicznych: "Kim jestem?" Pytanie to sprawdza się dobrze u tych, którzy chcą zadawać je sobie sami przez lata,; jednakże, dla większości ludzi, struktura typu diady jest lepsza i szybsza. W diadzie, można skorzystać z obecności i mocy innego uczestnika, partnera, prosząc go o zastosowanie się do komendy: "Powiedz mi kim jesteś"

* * *

Trudno mi oddać słowami, jak bardzo motywująca jest taka "przyjazna asceza" polegająca na niezobowiązującej rozmowie w parach (diadach). Mogę tu wspomnieć tylko, że praktykowałem przez wiele lat "klasyczną" medytację, w nieodłącznym dla naszego kraju buddyjsko-jogicznym kontekście, i potrafię dostrzec wyraźną, zasadniczą różnicę. Komuś kto raz spróbował E.I. nie sposób przecenić ogromu szczerej chęci do praktyki jaką zapewnia złożenie 100% odpowiedzialności w ręce praktykującego. Zawsze gdy motywowało mnie cokolwiek "spoza" - jak mowa mistrza, reguły świątyni, czy uporczywe powtarzanie w myślach mantry - zawsze wtedy moje medytacyjne zmagania owocowały prędzej czy później nudą i zniechęceniem, walką by być "twardym", w końcu zaś zaniechaniem praktyki. Formuła medytacyjna "siedź w milczeniu i nie narzekaj" - doprowadziła mnie do wieloletniej nerwicy, która zaowocowała postępującą utratą słuchu i zaburzeniami błędnika. Wielogodzinne zadawanie sobie pytania "Kim jestem?", a następnie wydech i odpowiadanie samemu sobie "Nie wiem.", w porównaniu z E.I. przypomina jakąś mechanicznie monotonną pracę, np. przy taśmie fabrycznej. Tu zaś mamy prawdziwe safari, z lwami, lampartami i stadami antylop galopującymi przez sawanny. Któż zastanawiałby się przez chwilę, co motywuje bardziej?

Gdy natknąłem się na diady komunikacyjne oraz format E. I. byłem w stanie stale powiększającej się głuchoty. Długotrwałe treningi medytacyjne - siedzenie godzinami w milczeniu - zdawały się nie pomagać na tę przypadłość, przeciwnie, moja wada słuchu postępowała. Lekarze medycyny rozkładali ręce, z klasycznym "Nic panu nie jest - nerwica" - ja zaś nie mogłem zapomnieć dnia kiedy to się wszystko zaczęło: w trakcie jednego z wielotygodniowych sessin zen w podwarszawskiej Falenicy. W miarę jednak praktyki diad, okazało się, że słuch wraca. Gdy wreszcie mogłem wygadać "co na sercu leży", gdy nie musiałem tłumić siebie zagryzając zęby na rozmaitych ascetycznych treningach, podczas których kładziono mi do głowy, że "zwycięży ten, kto się najbardziej zaweźmie i wytrzyma", gdy wreszcie mogłem swobodnie i bez obawy przed "naprowadzaniem na słuszną drogę" wypowiedzieć moje żale i smutki wobec ludzi i świata - owe żale straciły moc i zaczęły znikać! Obecnie słyszę prawie normalnie, drugi rok też praktykuję diady, które w moim przypadku okazały się po prostu tym.

Moja przygoda z E.I. oraz diadami zaczęła się tak, że poznałem na Zachodzie ludzi zajmujących się praktyką E.I. i wspólnie odbyliśmy kilka kameralnych treningów. Nie przypominało to w niczym treningów buddyjskich - zaszywszy się w przepięknym domku w Niemczech nad Bałtykiem spędziliśmy kilka dni we cztery tylko osoby, cały czas pracując w zmieniających się diadach (parach). Choć pytanie "Kim jestem?" wydaje się proste i z gruntu nie rokuje zbyt wielu intelektualnych przygód, byliśmy zaskoczeni ile każde z nas miało do powiedzenia na ten temat! Mówiliśmy i mówiliśmy godzinami, oczywiście na zmianę, w pięciominutowych kolejkach, z przerwami na smaczne posiłki przy stole, spacery, lekturę i indywidualne rozmowy. Była to istotnie wielka odmiana w porównaniu z moją uprzednią buddyjską praktyką, podczas której walczyłem z bólem kolan, wyjąc do siebie w myślach na przemian to "Kim jestem?!!!!", to znów "Nie wiem!!!" i święcie wierząc, że jeśli będę twardy i odpowiednio dużo razy tak wrzasnę, tudzież odpowiednio długo wytrzymam w "kucki" bez ruchu - z pewnością kosmiczne siły wynagrodzą mnie rychłym Oświeceniem. W E.I. owe "ascetyczne" ideały zdawały się nikogo nie interesować. W przerwach nie było żadnego "ślubu milczenia" - przeciwnie, mogliśmy mówić przez cały czas i o wszystkim. W trakcie rozmów czasami zdarzało się, że ktoś płakał, krzyczał - tak intensywne były uwalniane w procesie emocje. Czasami zstępował geniusz poetycki, i niektórzy mówili językiem bardzo pięknym - praktyka bowiem daje ogromny dostęp do uśpionych zdolności, w których poczesne miejsce zajmują uzdolnienia literackie. Trafiało się łagodne wzruszenie, smutek, dramatyzowanie emocji, jak również "mistrzowski" spokój i światło. W chaosie nieoczekiwanych środków wyrazu jakie dyktował nam nasz nieświadomy umysł były też bardzo celne metafory, czasem rzeczy śmieszne, czasem straszne, oślizgłe i przerażające, niczym scenografia "Obcego" Ridley'a Scotta. Mieliśmy niejednokrotnie wrażenie, że cofamy się do samego łona matki, praoceanu, pełnego mrocznych, walczących ze sobą form, po to by w następnej chwili wszystko to ustąpiło miejsca powodzi światła i śmiechu. Pomimo przeżyć "skrajnych" jakie towarzyszą procesowi, często balansującymi na krawędzi lęku przed szaleństwem lub nawet śmiercią - większa część treningu zawsze upływała nam w nastroju mocy, wzajemnej sympatii i lekkości. Nigdy też - choć bywaliśmy wyczerpani - nie było przypadku, by ktokolwiek choćby rozważał myśl, żeby praktykę przerwać.

Słów parę należałoby tu powiedzieć o samym doświadczeniu "Oświecenia" czy też "Psychicznej Poprawy" ku którym trening E.I. z założenia zmierza. Wglądy kensio w rodzaju tych opisywanych przez Kapleau zdarzaja się tu nagminnie. Na ogół już drugiego dnia ok. połowa uczestników ma wgląd, to znaczy doświadcza siebie w sposób "czysty", "wyciszony", "wszechobecny" "pusty" "płonący" - słowem w jakiś tam sposób uniwersalny. Głębsze wglądy, dotykające sedna naszej natury też się oczywiście zdarzają, i to nierzadko. W klasycznym wieloosobowym E.I. jest obecny zawsze przeszkolony nauczyciel, do którego można się zgłaszać, i który takie wglądy weryfikuje. Okazuje się, że weryfikacja wglądu nie jest wcale umiejętnością "mistyczną" i "tajemną" - jest to zwykły "skill", którego uczą się instruktorzy E.I. na swoich instruktorskich kursach. Muszę tu powiedzieć, że cenię Amerykę właśnie za tę jej zdolność sprowadzania całego "duchowego nabzdyczenia" do parteru. Pomijając amerykańską tandetę i masówkę, o których wszędzie pełno, w filozofii amerykańskiego "spłaszczenia" jawi mi się też coś bardzo szczerego i odważnie uczciwego. W końcu spłaszczenie nadęcia jest przecież cnotą, prawda?

Jeśli natomiast chodzi o dalekosiężne skutki E.I., oraz postępującego poznania własnej prawdziwej natury, jakie mu towarzyszy, cóż, są one, jak powiadają, rozliczne. Do tych, których doświadczyłem osobiście zaliczam większą naturalność i płynność w relacjach z ludźmi, a także większą otwartość i odporność na stres. Niebagatelnym odkryciem była także świadomość ile niewykorzystanych talentów drzemie w każdym z nas! Talenty te, jeden po drugim dają o sobie znać w trakcie E.I., często obrażone i zdziwione, że tak długo ich nie zauważano. Ludzie mówią jak poeci, zaczynają pisać, słyszeć muzykę, poruszać się z wdziękiem, stają się bardziej elokwentni, asertywni, zdecydowani itp. Ponadto, również z własnego doświadczenia, mogę powiedzieć, że diady oraz E.I. stosowane dla poprawy relacji między dwojgiem ludzi, mogą oddać naprawdę nieocenione usługi, włączając w to poziom zwykłej przyziemnej przyjemności jaką każdy z partnerów takiej relacji czerpie. Diady pod względem przydatności, można tu porównać z wieloma praktycznymi wytworami Zachodniej techniki - takimi jak pigułka antykoncepcyjna, lodówka czy telefon komórkowy.

Regularna praktyka E.I. oraz diad prowadzi do stopniowego przebudzenia "prawdziwej natury", o której głośno na ścieżkach duchowych wszelakiego autoramentu, odbywa się to jednak w sposób bardziej kompatybilny z naszym zachodnim stylem życia . Mamy tu narzędzie, które nie każe nam się wtłaczać w obce kulturowo ramy, i nie sugeruje, że "aspiracja duchowa" wymaga "Wschodu", "Buddy", "mędrców","obrzędów" i "ksiąg", a także "szacunku", "namaszczenia" i "ponurego kiwania głową". Wręcz przeciwnie liczy się tylko rzecz sama w sobie czyli "aspiracja duchowa" właśnie! Cała reszta zaś może się odbywać w fotelu, z dobrym jedzeniem, ciekawą konwersacją i nawiązywaniem nowych, intrygujących kontaktów. Płycizna tego wszystkiego nie przewyższa przecież płycizny azjatyckiej "dewocji" - mało, jest dokładnie tym samym. Jeśli ktoś był na Wschodzie - wie, jeśli zaś nie był, - proszę, niech nie sławi pochopnie złotych bożków. Oni mają swoją własną kulturę masową, równie szaloną i przerażającą co nasze McDonaldy, z tą różnica, że McDonaldy stoją na ulicy, tam zaś ośrodkiem szaleństwa są świątynie i metafizyczne przekonania zakorzenione do niemożliwości w ludziach.

Zresztą, Wschód, Zachód - idea ta sama, odnaleźć prawdę w sobie. Odnaleźć światło, odkryć coś pięknego, jakby poezję, w zwykłym życiu. Czemu nie? Obojętnie czy w dymie i spalinach Warszawy czy z motyką na polu ryżowym, szukamy rozrywki, która podziałałaby głębiej niż zwykły kieliszek czystej wyborowej (sake). Szukamy rozrywki która rozerwie nas bardziej ostatecznie, pierwotnie, niż tylko zwykłe upojenie - która rozłoży nas na kamyki, na strzępy i strzępki, aby sprawdzić, namacalnie, ale i filozoficznie, co tam w nas tak naprawdę siedzi. Dlatego, jak przypuszczam, ludzie wymyślili ascezę - po to by przekroczyć swoje cierpiące ciało, aby "rozmontować" je i sprawdzić co zostanie. Asceza to jednak nie wszystko, to tylko jeden z "patentów" na Oświecenie. Wschód przyzwyczajony do długotrwałego siedzenia w kucki robi to tak jak umie najlepiej - w kucki. Czy jednak i my musimy? Enlightenment Intensive jest nadzieją dla wszystkich tych, których uderza nienaturalność dojo i których trochę bawi nieporadność Polaków przydeptujących rytualne szaty. Dlatego zamiast zakończyć wielkopomnym: "Asceci wszystkich krajów, łączcie się!", zawołam, może trochę przewrotnie: "Oświeceni wszystkich tradycji, i ci bez tradycji, i ci niespecjalnie oświeceni - nie dajcie się zwariować."

Nasz zgniły Zachód jest w sumie niegłupim miejscem. Warto rozejrzeć się czasem trochę po własnym podwórku.


Krzysztof Wirpsza
krzysztof.wirpsza@yahoo.com




Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)