Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

21 listopada 2010

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Auto-promo Taraki (odcinków: 148)

Etnopsychiatria, czyli od szaleńca do szamana

Kategoria: Antropologia
Tematy/tagi: psychiatria a szamanizm

« Objawienia i forum Etnopsychiatria: wypisy i czytanki »

Nowy (w Tarace z datą 19 listopada 2010) artykuł Jacka Sieradzana pt. Psychologia, wychowanie a obłęd. Od schizofrenii kultury zachodniej do doświadczenia inicjacyjnego przypomina o antypsychiatrii, która zabłysła w szalonych latach 1960-tych, po czym niepostrzeżenie jakby wyszła z mody – a przecież była jednym z tych prekursorów, które zwiastowały nadciągającą rewolucję kontrkultury. Kontrkultura, która szczyt miała około 1968 roku, zaczęła się od  antypsychiatrii podobnie jak od ruchu beatników. Równolegle z kontrkulturą - a równolegle, bo inny „klan” ów nurt tworzył i wyznawał – powstał postmodernizm, i antypsychiatria była prekursorem i zwiastunem także jego. W każdym razie mnie, człowiekowi coraz starszej daty, artykuł Jacka Sieradzana przypomniał klimaty z nadciągającej wtedy, „młodzieżowej” jak się wtedy mówiło, burzy lat sześćdziesiątych, nadciągającej ale i omijającej, boć ta burza bokiem z oddali nas minęła, wyładowując się nad Londynem, Paryżem, Kalifornią i Woodstockiem.

W tym cennym tekście najbardziej zastanowił mnie ten fragment:

/.../ Laing domaga się, aby podróż schizofreniczną uznać za swego rodzaju ryt przejścia, element nieświadomego treningu szamańskiego, jaki niegdyś - w kulturach przedpiśmiennych, łowiecko-zbierackich - stanowił część uznawanego przez ogół procesu adaptacji do ówczesnych warunków życia i związanego z nimi obrazu świata. /.../ Niektórzy ludzie w efekcie działania pamięci genetycznej albo reinkarnacyjnej /.../ nagle oto zaczynają doświadczać niezwykłych niecodziennych, odmiennych przeżyć i stanów świadomości, nad którymi nie są w stanie zapanować, i nikt nie jest w stanie im pomóc. Cywilizacja współczesna uważa ich za obłąkanych i izoluje w szpitalach dla umysłowo chorych. W dawnych, tzw. prymitywnych kulturach, kierowano ich do szamana, pod kierunkiem którego mogli kształtować i doskonalić swoje odmienne widzenie świata. Potem sami stawali się szamanami, pełnoprawnymi członkami społeczności, którzy nie tylko nie oczekują od innych pomocy, ale sami tą pomocą służą /.../.

Podkreślenia dodałem. Od tego fragmentu (który wydaje mi się najważniejszym w tym artykule) rozchodzą się dwa wątki, dwa pytania:

(1)     Czy ktoś po Laingu próbował takiej (jak on proponuje) pracy ze schizofrenikami? Od czasów, kiedy działał Laing, wielu ludzi z Zachodu nabyło doświadczenia i kwalifikacje szamana, i to lepsze, niż te, które posiadł Michael Harner, w końcu dyletant i samouk. Czy ktoś z nich próbował „szamanizować” schizofreników? Pokierować ich chorobą tak jak szamańscy mistrzowie kierują szamańskimi inicjacyjnymi chorobami swoich uczniów? Albo – w drugą stronę – czy jest ktoś z ludzi Zachodu, kto został szamanem, a zaczął od schizofrenii? Bo dopuszczam możliwość, że ktoś ze schizofreników umiał te drogę przejść sam/samodzielnie, bez wsparcia mistrza, który miałby odpowiednie doświadczenia i inicjacje. Ktoś kiedy pierwszy musi...

Pytanie to nie jest retoryczne. Przeciwnie, jeśli Ty wiesz coś o tym, czytałeś, słyszałeś – napisz. Brakuje mi wiadomości o tym.


(2)     Laing w powyższym fragmencie optymistycznie patrzy na społeczeństwa „pierwotne” – jak na nieomal ideał: miejsce gdzie schizofrenicy znajdują swoją bezpieczną przystań, zostając szamanami, i gdzie społeczeństwo przewidziało pożyteczną i zaszczytną rolę również dla tych, których społeczeństwa Zachodu brutalnie odrzucają i (tak lub inaczej) niszczą – dla schizofreników.

Ale – tu moja wątpliwość – czy powyższy pogląd Lainga oddaje fakty, czy tylko mniemania (pobożne życzenia) Autora? Jaki jest/był naprawdę los psychotyków w społeczeństwach pierwotnych? W tej sprawie nie ma sensu ufać mitowi „szlachetnego dzikusa”. Etnolodzy opisali i sklasyfikowali około 600 społeczeństw pierwotnych. Należałoby sprawdzić, jaki faktycznie był wśród nich stosunek normalnej większości do psychotycznych odmieńców. Czy wszędzie witano ich jako szamanów in spe? Pewnie nie. Więc pytanie jest: u których pierwotnych ludów faktycznie istniała, była przewidziana droga od szaleńca do szamana? Jak ta droga faktycznie wyglądała? Czy nawet tam, gdzie taka droga była, każdy szaleniec-psychotyk mógł wybić się na szamana? Co się działo z tymi, którzy nawet w tych sprzyjających warunkach nie wyrabiali się, bo z powodu szczególności swojego szaleństwa nawet tam nauka na szamana była dla nich zamknięta?

Rozwinęła się i działa etnobotanika, której przedmiotem jest użycie (przez „ludy”) roślin do różnych celów, wśród nich roślin leczniczych, drugs, a wśród tych roślin psychotropowych. Podobnie przydałby się nowy dział etnologii (albo psychiatrii) – etnopsychiatria. Czyli nauka, dział etnologii/antropologii specjalizujący się w tym, jak „ludy” traktują swoich psychicznie chorych.

Możliwe, że nauka taka jest, a tylko ja nie zauważyłem. Zaraz zajrzę do Googli i Wikipedii.

Jeśli o etnopsychiatrii Ty coś wiesz, napisz. (Link do wysyłania poczty do mnie masz w menu po prawej. Albo napisz w komentarzu, niżej.)



« Objawienia i forum Etnopsychiatria: wypisy i czytanki »

komentarze

1. Potrzebny przykład? No to proszę bardzo! • autor: Nierozpoznany#28612010-11-21 16:13:57

Opisać tu mogę drugi przypadek schizofrenii, jaki znam bliżej (matkę mojego przyjaciela opisałem w osobnym artykule. Patrz: „Schizoferenik to złamany Prorok”.) Ten drugi przypadek miał miejsce sprzed 40 laty. Dotyczył nastoletniej córki gospodarzy, u których bywałem ze swoją rodziną na wczasach pod przysłowiową „gruszą”. Wyrastała na pannę urodziwą, silną, zwinną – od dziecka czytała bardzo dużo książek, szperała po wszystkich bibliotekach lokalnych i powiatowych. Świetnie się też uczyła i o wszystkich sprawach miała własne zdanie. (Nie sposób jej było przysłowiowo „przegadać” na żaden temat.)


Kryzys psychiczny zaczął się w ten sposób, że nocami samotnie wspinała się na swoją ulubioną górę „Grapę” (Beskid Wyspowy na pograniczu Podhala) – gdzie rozpalała ognisko i czytała książki. Do kliniki psychiatrycznej trafiła po paru gwałtownych awanturach na terenie Liceum Ogólnokształcącego (gimnazjów wtedy nie było). Zaczęła zarzucać koleżankom, że są „dziwkami” i „sukami w rui” – była silna i zawzięta, więc wynikła z tego bijatyka z użyciem pazurów, wyrywaniem włosów itp...


Pierwszą awanturę udało się wyciszyć, ale druga była gorsza, bo dziewczyna „postawiła się” gronu nauczycielskiemu i nie chciała się uspokoić, wiec trafiła do wiadomej Kliniki. Miała tyle szczęścia, że tam rządził jeszcze przysłowiowy „Duch” niedawno zmarłego Ordynatora. Właśnie Antoniego Kępińskiego. Dlatego jej oszczędzono brutalnej „pacyfikacji” z użyciem chemii i prądu.


Nie chciała jednak mówić o szczegółach terapii. Była zawstydzona tamtymi incydentami, nie chciała o nich pamiętać, i nie chciała znać żadnych chłopaków. Tym bardziej, że jej starszy i całkiem przystojny brat ciężko pobił (!) jedną miejscową piękność, która się do niego zalecała, a gdy dosć obcesowo odrzucał jej zaloty – zaczęła powątpiewać w jego męskość. Wtedy ją tak uderzył, że padając na krawężnik, groźnie zraniła się głowę i dostał chyba pięć lat odsiadki...


Trzeba też nadmienić, że ojciec tegoż rodzeństwa był psychopatą o skłonnościach sadystycznych, pastwiącym się nad rodziną. (Gdy matka tegoż rodzeństwa umierała na raka i w testamencie odmówiła mężowi praw spadkowych do majątku jej zmarłej wcześniej siostry – to ją na łożu śmierci POBIŁ. Tak oto ten przypadek może być żywą ilustracją tezy Jacka Sieradzana: Tylko w chorych społeczeństwach schizofrenia staje się „obłędem”.)


Dziewczyna była tak wyalienowana z normalnego życia, że zacząłem się obawiać nawrotu choroby. Byłem wtedy młodym, trzydziestoletnim entuzjastą stanu wolnego. Nie ukrywam też faktu, że ładne i zgrabne dziewczę z charakterkiem nie było mi obojętne. Miałem już taka swoją koncepcję, że idealną „szkołą” zdrowia psychicznego jest IDEALNE WYCHOWANIEI SEKSUALNE. Nie z punktu widzenia „Kamasutry i antykoncepcji” – tylko relacji partnerskich, opartych na WZAJEMNYCM SZACUNKU, LOJALNOSCI, ZAUFANIU I SOLIDARNOSĆI ŻYCIOWEJ.


Zacząłem więc dziewczynę „szkolić” od podstaw. Wkrótce zdobyłem jej pełne zaufanie. Zapominała na tyle o swoich uprzedzeniach, że sama zaczęła dążyć do większej bliskości i nie miała nic przeciwko nieśmiałym pieszczotom. Wszystko zapowiadało się dobrze, ale gdy ją raz zawiozłem motocyklem do rodziny w sąsiednim województwie – popełniłem błąd, choć na początku zapowiadało się wspaniale. Dziewczyna odnowiła stare znajomości i przyjaźnie, tak dobrze się poczuła – że postanowiła po raz pierwszy po bardzo długiej przerwie – pójść na potańcówkę. Bardzo nieśmiało zapytała: „Czy mi pozwalasz?”


Ja na to po dżentelmeńsku: „Jakim prawem mam ci zabraniać? Chciałem ci pomóc wrócić do normalnego życia, więc nie mogę cię uzależniać od siebie!” Dziewczyna poszła z kuzynem i nie wiem, co się tam stało. Wróciła po kilku godzinach w stanie furii i nienawiści. Zaczęła mi bluzgać, abym się od niej „odwalił” – bo ona nie nadaje się do normalnego życia. Nie chce żadnych chłopaków i facetów znać – mnie oczywiście też.


Jej ciotka jakoś rozładowała sytuację i postanowiłem dziewczynę grzecznie odwieźć do domu. I cóż? Nie byłem wtedy na tyle doświadczonym „psychiatrą z nawiedzenia” (czy jak kto woli: z przysłowiowej „Bożej łaski”) – bo po drodze próbowałem za wszelką cenę podjąć wątek. Efekt był taki, że nerwy poniosły nas oboje i po wymianie zarzutów – dziewczyna postanowiła wrócić do domu sama. (Rzuciła do rowu pieniądze, które jej chciałem dać na autobus.)


Byłem tak sfrustrowany, że jechałem do domu jak szaleniec, ale na szczęście nic się nie stało. Pozostał we mnie taki osad druzgocącej klęski, że swoje „rewolucyjne” poglądy na reformę wychowania seksualnego na następnych parę lat odłożyłem do szuflady. Jeździłem po Polsce jako geodeta, a po powrocie z jednego wyjazdu dowiedziałem się o niespodziance: dziewczyna odwiedziła mnie już jako mężatka z dzieckiem na ręku – przyjechali oboje z mężem. Nie zastali mnie, więc pogadali krótko z moimi Rodzicami i odjechali, nie pozostawiając adresu.


Nic więcej nie wiem o niej do dziś. Może została psychologiem lub psychiatrą? Może „szamanką” - czyli bioenergoterapeutką? Może mój „błąd” polegał na tym, że nieco za wcześnie zgodziłem się puścić ją między chłopaków? Może ochłonęła, wróciła do moich „wywodów” i zrobiła z nich bardziej wyważony użytek???

Pewnie znów padnie zarzut, że jest to moja "pozatematyczna dygresja". A cóż mam robić, skoro nie praktykuję żadnego "etno" ani "egzo" tylko idę na skróty?
Mogę dodać jeszcze jedno sformułowanie, które zabrzmi jak przewrotny kalambur: *****Tylko zdrowy schizofrenik może być dobrym szamanem i jasnowidzem!***** ( Zdrowy – czyli wychowany w takich warunkach, które nie zniszczą jego nadwrażliwej „bazy psychicznej”. Ukłony dla Jacka Sieradzana.)
[foto]

2. Różne kulturowe punkty wyjściowe • autor: Piotr Jaczewski2010-11-25 16:45:59

Chociaż nie jestem związany z diagnostyką psychiatryczną, a bardziej z antypsychiatrią i totalnym nieużywaniem etykietek diagnostycznych, charakterologicznych, to pragnę odrobinę uzupełnić wypowiedź Wojtka, na początek odnosząc się do motywu schizofrenii:
To jedno wielkie złudzenie, że schizofrenia jest jakąś szczególną formą, stanem jednostki. To jest swoista ciągłość pewnego rysu osobowości, znajdująca ostatecznie czy w międzyczasie wyraz w tzw. epizodzie psychotycznym. Można zauważyć liniowe narastanie problemu:
Osobowość schizoidalna
Osobowość schizotypowa
Schizofrenia
Podałem przykład schizofrenii, tymczasem z większością chorób psychicznych jest w ten sposób: symptomy narastają od pewnego rysu charakteru przez eskalację zachowań problemowych do skrajnie „chorobowych” epizodów. Czasem dzieje się to tylko wyjątkowo szybko. Mam nadzieję, że jeśli się mylę to sprostuje ktoś z wykształceniem psychologicznym lub psychiatrycznym.
Podobnie zresztą jest z większością tego, co bywa uznawane za zaburzenia osobowości czy choroby psychiczne. W grę wchodzą zarówno procesy wewnętrzne jednostki, jak i relacje z otoczeniem, czas trwania i szkodliwość społeczna czy zagrożenie dla „normalności” funkcjonowania osoby.
Ciężko tu więc mówić o szkoleniu szaleńców-psychotyków na szamanów. Idąc za Laingiem łatwiej mówić o szkoleniu w naszej kulturze osobowości psychotycznej i zamienianiu ludzi w szaleńców. Niektóre motywy zachowań zupełnie nie przystają do społeczności ludów pierwotnych i są zwyczajnie szalone. Komentując słowami z programu National Geographic Odmienne Spojrzenie, gdzie Papuasi wyruszają na wycieczkę do Francji: Mają tu dziwne zwyczaje.."

Wystarczy spojrzeć na początkowe lata rozwoju: najpierw pracuje się nad rozgadywaniem dzieci, wykształceniem zdolności poruszania się, a później na długie lata sadza w zasadzie nieruchomo w szkolną ławkę i nakazuje milczeć...

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)