Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.

22 kwietnia 2005

Marcin Wagner

Fałszywym anty-chrześcijanom (na pohybel i ku zgorszeniu)
Dysputa religijna z Mirosławem Miniszewskim

Kategoria: Religie

Chciałbym wrócić do meritum i odnieść się do tekstu Mirosława Miniszewskiego. ["Życzę owcom wełny" - Taraka nr 4] Wydaje mi się najciekawszym (dla mnie) dyskutantem. Podobnie jak on skończyłem teologię i jak on skończyłem z teologią, z chrześcijaństwem jako takim, choć nie dziesięć, ale dopiero 5 lat temu. Wydaje mi się jednak, że odszedłem od niego znaczenie dalej niż on. Miło mi było przeczytać w pierwszym jego tekście jak prostuje pewne bzdurne przesądy odnośnie teologii, choć nie ze wszystkim się zgadzam. Jako że nie sposób pisać o wszystkim, jako się rzekło - do rzeczy.

Niezależnie od argumentów, wszyscy niemal polemiści zgadzają się co do jednego: religie instytucjonalne kradną ludziom dusze. I ja się z tym zgadzam. Dodaję jednak: i to bardzo dobrze!

Po pierwsze zróbmy eksperyment myślowy, wyobraźmy sobie nasz świat, a może najpierw kraj, gdy budzimy się rano i nie ma żadnych religii, nikt nawet już o nich nie pamięta. Życie się toczy, może nawet lepiej się ludziom żyje, nie dręczą ich urojone wyrzuty sumienia, poczucie winy. Nie oznacza to, wbrew Dostojewskiemu, że wszyscy sobie skaczą do gardeł, religia i moralność to jednak odrębne sprawy. Ludzie robią politykę, byznes czy dzieci, rozrywają się, ale... czy ktokolwiek pamięta, o czymś takim jak dusza? Wniosek: religie kradnąc ludziom dusze przypominają im, że dusze posiadają.

Po drugie: religie kradnąc ludziom dusze posługują się przemocą, kłamstwem (kłamstwem, które ma taką samą wartość poznawczą, a broniłbym tezy, że czasem większą, co twierdzenia okultystów). Tylko, że: 1) ludzie sami siebie oszukują jeszcze skuteczniej, na przykład zrzucając winę za swe problemy na rodziców, kolegów, kościoły, państwo; 2) nawet fałszywa wiedza o innej rzeczywistości jest wiedzą o innej rzeczywistości, a chyba bardziej rozwijające jest kłócić się z księdzem rozważając pewne fundamentalne kwestie dotyczące sensu życia, niż poznawać kolejne sposoby "sprzedawania siebie". A dogmaty teologów są mimo wszystko lepszej próby, bądź co bądź to ludzie z pewnym wykształceniem filozoficznym. 3) Przemoc, albo sprecyzujmy: przymus psychiczny jest niezbędnym warunkiem rozwoju wolności. Tylko w walce z oporem, jaki stawia nam otoczenie (rzeczywistość) kształtuje i rozwija się wola. Bezstresowe wychowanie, co staje się już banałem, prowadzi do zdziczenia dzieci, a nie do rozwoju ich indywidualności, jak to się szumnie reklamowało. Indywidualność powstaje przez przeciwstawienie się czemuś. Wniosek: do poznania rzeczywistości można dojść tylko wtedy, gdy się pamięta, że coś jest do poznania. Na wolność zaś zasługują ci, którzy sobie ją wywalczą, bo tylko ci mają dość silną wolę, aby jej nie zmarnować.

Po trzecie: kościół, w przeciwieństwie do wszystkich tradycji ezoterycznych, które z definicji muszą być elitarne, mniejszościowe, jest masowy. Stanowi zatem jedyną instytucję masowego wpływu duchowego (przypadkowo u nas też programowania etycznego). Posiada swoich zdyscyplinowanych funkcjonariuszy, którzy poświęcili samodzielność myślenia, swobodę decyzji i używania własnych genitaliów dla ideałów kościoła. Po pierwsze: to ich problem, nie mój. Po drugie, fakt, że iluś facetów posunęło się do swego rodzaju emocjonalnej kastracji przypomina mnie i nie tylko mnie, że kwestie duchowe - są to cholernie ważne sprawy. A że jest masowy - przypominają to masom, które inaczej zagubiłyby się w pogoni za kasą.

Mnie kościół nie przeszkadza, w przeciwieństwie do Mirosława Miniszewskiego nie przeszkadzają mi ani jego kłamstwa ani zbrodnie, bo już nie jestem chrześcijaninem. Tym różnię się, jak sądzę, nie tylko od Mirosława Miniszewskiego, ale i od większości polemistów: nieświadomie zinternalizowali chrześcijański punkt widzenia tak dalece, że nawet uważając się za anty-chrześcijan wysuwają chrześcijańskie zarzuty. A niektórzy powołują się nawet, o ironio!!!, na Nietzschego - dowodząc, że go nie zupełnie zrozumieli.

Największym "grzechem" kościoła, jest to, że jest chrześcijański i co gorsza, staje się taki coraz bardziej! Nie to, że oddalał się od nauczania Nowego Testamentu, ale że był mu zbyt wierny! Przypominam: Nietzsche zalecał czytać tą książkę w rękawiczkach, jeżeli już trzeba (to oczywiście też niesprawiedliwe z jego strony).

Polski kościół szanuję jeszcze tylko dlatego, że reprezentuje on rzymski katolicyzm, a w przymiotniku "rzymski" mieszczą się ostatnie w naszym demokratyczno-ochlokratycznym społeczeństwie resztki antycznej dostojności, arystokratycznych ideałów, poczucia prawa, odwagi w stosowaniu siły. Szanuję go za to, że jeszcze trochę jest patriarchalny, podczas gdy nawet prawicowe partie głoszą matriarchalną troskę o ubogich. Szanuję go za to, że wymaga, choć już niewielu w demokracji ośmiela się czegokolwiek wymagać (grozi założenie kosza na głowę!) Gdy katolicyzm przestanie być rzymski, będzie już tylko marną religią plebejską, nędzną formą zbiorowego resentymentu w stosunku do klas wyższych. Przecież już JP2 został nazwany przez T. Nałęcza socjaldemokratą! (A propos JP2 - sądzę, że głównym uczuciem, które wyciągnęło ludzi na ulicę były jednak wyrzuty sumienia, poczucie winy - bo on taki wspaniały, a my tacy nędzni i nawet go nie słuchaliśmy i nie czytaliśmy).

Jeszcze o zbrodniach: zbrodnie można popełnić w imię dokładnie każdej religii. O charakterze religii decyduje charakter ludzi, którzy ją wyznają i przystosowują do swych potrzeb, a nie jej dogmaty. Zasada nieprzedawnienia odnosi się zaś do jednostek nie do instytucji. Idea odpowiedzialności zbiorowej jest moim zdaniem chora i z gruntu chrześcijańska (Adam - Jezus), choć oczywiście można ją wywieść z neolitu. W wydaniu niektórych jest wyrazem bezsilności kata, któremu uciekła ofiara (czym się różni od tej, w wydaniu antysemickim?) Zresztą warto by się zdecydować: wyznajemy tę chrześcijańską etykę czy nie, bo to trochę śmiesznie potępiać kościół za zbrodnie i jednocześnie pałać żądzą zemsty, która w każdym wypadku szkodzi rozwojowi duchowemu.

Mirosław Miniszewski wspomina o swoich przeżyciach i doświadczeniach duchowych będących skutkiem skradzenia mu duszy przez kościół. Mam podobne doświadczenia, choć akurat nie ze strony kościoła. W rezultacie bolesnej autoanalizy doszedłem do wniosku, że może definiując w ten sposób problem wcale go nie rozwiązuję? Może nie tyle ukradziono mi duszę, co pozwoliłem sobie duszę ukraść? Może po prostu oddałem duszę? Co konkretnie mamy na myśli mówiąc tu o duszy? Czy czasem nie to, że zaangażowaliśmy się w coś wszystkimi siłami swego ducha (rozumu i woli) i duszy (uczuciami i żądzami)? Skoro tak, to przecież ciągle mam swój rozum, wolę, uczucia, żądze, mam nawet bardziej niż zanim nastąpiło to, co nazwałem skradzeniem duszy! A zatem ciągle "mam swoją duszę", tylko mam żal do siebie, że wcześniej głupio jej użyłem? Może mogę zaangażować się znowu w coś innego? - Mój problem.

A może jeszcze inaczej: czy w ogóle dusza jest czymś, co można dać, zabrać, ukraść? Pierwsze, co się nasuwa w związku z tym pytaniem, to przykład różnych "toksycznych guru" (określenie podrzucił mi Wojtek Jóźwiak - dziękuję). Na czym polega w ich przypadku ta "kradzież"? I czy można to w jakimś stopniu porównać do tego, co robi kościół katolicki? Moim zdaniem różnica jest zasadnicza: W KK mamy podporządkowanie zasadzie a nie osobie. Jest to system zobiektywizowanych norm i dogmatów. Człowiek może to przyjąć albo nie. Te dogmaty mogą być i w wielu przypadkach są toksycznymi programami (wirusami umysłu). Toksyczni guru działają moim zdaniem w inny sposób, nie tyle udostępniają coś do wierzenia i realizacji, co wpływają swą osobowością. Jest to wpływ w dużej mierze hipnotyczny (astrologicznie dialektyka Pluton-Neptun) polegający na tym, że stopniowo wypiera się wolę i rozum adepta przez wolę i rozum guru. Moim zdaniem jest to forma opętania, tyle, że nie przez ducha czy demona, ale przez wolę i rozum żywej osoby; adept staje się "dodatkowym ciałem", "organem" guru, oczywiście nie dosłownie i nie w pełni. W przypadku chrześcijaństwa możemy ewentualnie mówić o zniewalającym przywiązaniu do egregora (Jezusa, czy Jahwe), ale ma to inny, moim zdaniem znacznie mniej toksyczny charakter. Polega raczej na przekazywaniu egregorowi energii, co jednak aż tak nie pozbawia autonomii. No i wydaje mi się, że na egregora znacznie łatwiej jest się wypiąć niż na kogoś, kto związał delikwenta w sposób hipnotyczny. "Toksyczni guru" z religiami dominującymi mają jedną wspólną cechę, która różni ich w moim mniemaniu od "nie-toksycznych". Relacja z nimi ma z założenia charakter dożywotni.

Nie chciałbym za bardzo tu wybielać katolicyzmu. Niedawno byłem na ślubie przyjaciela, katolika (mam wielu takich przyjaciół), miałem okazję sobie przypomnieć toksyczny wpływ chrześcijaństwa, wszystkie te: "moja wina", "zmiłuj się nad nami grzesznymi". Ale to nie jest kradzież duszy, to co najwyżej jej łamanie. Jest to problem, ale wszystko zależy, co z tym się zrobi. Złamana kość jest mocniejsza. Podobnie złamana wola - wiedzą o tym zarówno jednostki specjalne jak i zakony. Fakt, czasami zrośnie się krzywo i taki delikwent już do końca życia cierpiał będzie na anty-katolicką alergię, więcej, poświęci życie albo spory jego fragment walce z tą religią (patrz publikacje typu "Fikcje i fakty", "Byłem księdzem").

Musimy zdać sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy: wszystkie wielkie religie są tworami "syntetycznymi", tylko dlatego mogły opanować całe społeczeństwa: łączą w sobie elementy plebejskie i arystokratyczne, autorytarne (powstałe w czasach konfliktów i wojen) z humanistycznymi (powstałymi w czasach pokoju). Każda ma swego Torquemadę i św. Franciszka. Warto przed wydaniem osądu trochę porozróżniać.

Marcin Wagner

P.S.
Myślałem jeszcze na temat jarmułek. Nie sądzę, aby bardziej utrudniały dostęp do informacji ze sfery transpersonalnej niż żelbetonowa konstrukcja nad moją głową, zakładając, że w ogóle przedmioty materialne mogą stanowić ograniczenie dla przekazu informacji tego rodzaju. Nie jestem joginem, ale wydaje mi się, że czakramy "budzi się" poprzez koncentrację na nich. Żydzi jarmułkę tłumaczą jako "symbol opiekuńczej ręki Jahveh nad narodem wybranym". Chodzenie z "ręką JHVH na głowie" niewątpliwie sprzyja koncentracji na owym czakramie - więc może działanie jest dokładnie odwrotne niż uważa autor "Pogrzebu religii"? Koresponduje to z obserwacją Mirka - jakże wielka musi to być koncentracja, gdy się ma 60-kg "czapę" na głowie!
Z tymi krzyżykami podczas czytania ewangelii też nie jest dokładnie tak, jak uważa autor. Krzyżyków nie robi się "na czole, ustach i gardle", ale na czole, ustach i sercu (w sumie też czakram), które symbolicznie wyrażają rozum, mowę i uczucia - wszystkie mają być przenikane przez Ewangelię.

Marcin Wagner • mvagner@interia.pl
22 kwietnia 2005




komentarze

1. Co do ukradzionej duszy • autor: Nierozpoznany#23502010-06-09 17:18:11

Sami dajemy prawo innym aby nas krzywdzili więc zgadzam się że jeżeli sam nie zajmę się swoją duszą to zajmą się nią inni :) Kościół jest potrzebny narodowi tak jak lekarz,prawnik czy sklep spożywczy :) Skoro w sklepie kupię chleb, lekarz mnie wyleczy a w kościele zapewnią mnie o życiu wiecznym co więcej potrzebne jest do szczęścia :)Problem jest w nas a nie w rzeczywistości :) Pozdrawiam

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)