Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

26 marca 2019

Paweł Droździak

z cyklu: Psychologia i polityka (odcinków: 45)

Galapagos cz. 1: Witajcie na Przyrodniczej Wyprawie Stulecia!


« Zen a sztuka posiadania Dacii Ukryte pragnienie Demona »

Witajcie na Przyrodniczej Wyprawie Stulecia!
Kurt Vonnegut. Galapagos


Zgodnie z szumnymi zapowiedziami otwieramy właśnie nowy cykl tekstów, a poświęcony on będzie kwestiom bioetycznym. Bioetyka. Teoria ewolucji wydaje się w dzisiejszych czasach choć nie jedynym, to na pewno koniecznym punktem wyjścia do bioetycznych rozważań. Nie ma jednak lepszego pomostu między tym, co nam mówi teoria ewolucji, a tym, co nam mówi humanistyka, niż książka Kurta Vonneguta pod tytułem Galapagos. Kto jej nie czytał, niech się nie martwi zawczasu, bo wszystko co będzie potrzebne dla zrozumienia toku, zostanie tu umieszczone w dobranych cytatach. Z drugiej strony jednak, kto Vonneguta nie zna, warto poznać. Zabawny facet.

Najpierw nieco o ewolucji. Kto coś wie o Darwinie, ten pamięta pewnie, że właśnie na wyspach Galapagos miał Darwin najwięcej ważnych myśli dotyczących swej rewolucyjnej idei. Wyspy te są izolowane od reszty świata na tyle długo, że różne formy życia mogły tam powstawać niejako niezależnie od tego, co się dzieje gdzieś indziej. Bóg nie stworzył tam takich samych zwierząt, jak w innych miejscach, tylko stopniowo ewoluowały one w nietypowy sposób. Nie jestem pewien, czy Darwin był kiedyś w Australii, ale prawdopodobnie miałby tam podobne olśnienie, tak wiele gatunków rozmnaża się tam i ewoluuje niezależnie od tego, co się dzieje gdzieś indziej na świecie.

Teraz Vonnegut. Historia z jego książki idzie z grubsza tak: pewna grupa ludzi wybiera się luksusowym jachtem na przyrodniczą wyprawę na Wyspy Galapagos. To ma być ekskluzywna wycieczka dla laików. Przyrodnicy będą opowiadać o cudach natury, a wycieczkowicze będą robić zdjęcia i zabawiać się rejsem, jak to na tropikalnych wyspach czynić należy. W wyniku splotu fatalnych wydarzeń dochodzi jednak na świecie do wojny, a że wydarzenia te tworzą lawinę, wojna staje się ogólnoświatowa. Atomowa. Ostateczna. W porcie, skąd wycieczka ma wypłynąć, panuje więc stosowny chaos, na skutek czego na jachcie znajduje się garstka przypadkowych osób. Po części z tej wycieczki, po części nie. Wojna wybucha, oni jednak, nie do końca świadomi co się dzieje, a trochę może z braku lepszego pomysłu kontynuują założony wcześniej, choć w tej sytuacji szalony, plan przyrodniczej wycieczki na wyspy. Docierają tam i zostają jedynymi pozostałymi przy życiu ludźmi na planecie. Nikt inny nie przetrwał. Nikt nie zaatakował Galapagos, bo nie było po co, ale wszystko inne zostało zbombardowane, spalone, skażone i zatrute. Oni jedni przeżyli. Są teraz całą ludzkością i są na tych samych wyspach, na których Darwin wymyślił kiedyś ewolucję. I nie wydostaną się, bo nie ma dokąd, a wkrótce także nie ma jak, gdyż nawet najbardziej luksusowy jacht musi się kiedyś rozlecieć. I oczywiście wkrótce mają dzieci i tak zaczyna się ich ewolucja.

Foto Wiki
Okładka pierwszego wydania 1985. Ang. Wikipedia. Pol. Wikipedia.

I trwa tysiące i dziesiątki tysięcy lat. Czym się stali? W co przemienili się ludzie, ewoluując w warunkach odizolowanych wysp przez setki pokoleń? Oddajmy głos Vonnegutowi, on to opisze jak nigdy sam bym nie zdołał. Spróbujemy w cytatach oddać chronologię:

„Przez pierwsze czterdzieści jeden lat istnienia kolonii, od której pochodzi cała dzisiejsza ludzkość, było wiele okazji do świętowania narodzin, chociaż bez formalnych małżeństw. Rzecz jasna, od samego początku istniały różne pary.

(…)

Kiedy na Santa Rosalii celebrowano pierwsze małżeństwo, zawarte pomiędzy Kamikaze i Akiko, był już rok 2027 i wszyscy pierwotni koloniści dawno zniknęli w krętym, błękitnym tunelu wiodącym w Zaświaty

(…)

Ostatni związek małżeński na archipelagu Galapagos, a zarazem ostatni na Ziemi, został zawarty na wyspie Fernandinie w roku 23 011. Dzisiaj nikt już nie ma pojęcia, czym jest małżeństwo.

(…)

Powód, dla którego małżeństwo było niegdyś tak skomplikowanym problemem, nie różnił się wcale od powodu wielu innych nieszczęść: był nim po prostu przerośnięty mózg. Ten nieporęczny komputer potrafił zmieścić w sobie jednocześnie tyle sprzecznych opinii dotyczących tak wielu rozmaitych rzeczy i przeskakiwać z tematu na temat od opinii do opinii tak szybko, że dyskusja pomiędzy zestresowanymi małżonkami mogła skończyć się tak, jak wymiana ciosów pomiędzy ślepymi na wrotkach

(…)

Skoro mowa o zębach: Ani na Santa Rosalii, ani w jakiejkolwiek innej z ludzkich kolonii na Galapagos nie było dentystów. Typowy osadnik sprzed miliona lat mógł się wobec tego spodziewać, że gdzieś około trzydziestki, po odcierpieniu wielu rozsadzających czaszkę bólów, zostanie całkowicie pozbawiony zębów. To coś więcej niż tylko cios wymierzony w zwykłą próżność, ponieważ dzisiaj zęby, osadzone w żywych dziąsłach, są jedynymi narzędziami człowieka. Naprawdę. Poza własnymi zębami ludzie nie używają dziś w ogóle żadnych narzędzi.

(…)

I gdybym miał podsumować ludzkie ciało sprzed miliona lat (..) to przyczepiłbym się do dwóch rzeczy, z których jedną już skrytykowałem w tej powieści — czyli mózg stanowczo zbyt duży, by mógł być praktyczny. Drugi zarzut byłby taki: Zawsze jest coś nie tak z naszymi zębami. Ich żywot jest zazwyczaj krótszy niż życie człowieka. Jakiemu splotowi ewolucyjnych okoliczności winniśmy zawdzięczać to, że nasze usta pełne są próchniejącego barachła? Miło mi donieść, że Prawo Doboru Naturalnego, które w tak krótkim czasie obdarzyło ludzkość tak licznymi względami, załatwiło się również z problemem uzębienia, choć poniekąd w dosyć drakoński sposób. Zęby nie stały się mocniejsze i trwalsze. Po prostu przeciętna długość ludzkiego życia zmalała do około trzydziestu lat.

(…)

Dzisiaj nie ma na Galapagos żadnych grobów. Wszystkie ciała trafiają do oceanu, który spożytkowuje je według swej woli

(…)

Nieporozumienia są dzisiaj wykluczone, ponieważ nikt już nie posiada nie tylko nazwisk, ale i zawodów czy biografii, o których by można opowiadać. Za całą wizytówkę, jaką dysponuje współczesny człowiek, wystarcza zapach nie zmieniający się od narodzin do śmierci. Ludzie są tym, czym są, ot co. Prawo Doboru Naturalnego sprawiło, że pod tym względem wszyscy są absolutnie uczciwi. Każdy jest dokładnie tym, kim się wydaje

(…)

Co się zaś tyczy ludzkich istot i ich ewentualnego powrotu do używania narzędzi, budowania domów, grania na instrumentach i tak dalej, raz jeszcze stwierdzę, że dzisiaj mogłyby to wszystko robić najwyżej przy pomocy nosów. Ich ramiona stały się tymczasem płetwami, w których niemal zupełnie zostały uwięzione i unieruchomione kości dłoni. Każda płetwa zaopatrzona jest w pięć najwyraźniej dekoracyjnych
wyrostków, mających w okresie godowym wabić przedstawicieli drugiej płci. W istocie są to koniuszki zanikłych już czterech palców i kciuka. Co więcej, te części mózgu, które nadzorowały pracę rąk, po prostu już nie istnieją, dzięki czemu ludzkie czaszki są teraz dużo bardziej opływowe. Bardziej opływowa czaszka — bardziej efektywne łowienie ryb.
Skoro dzisiejsi ludzie potrafią pływać tak szybko i na tak duże odległości jak foki, cóż powstrzymuje ich przed powrotem na kontynent, z którego przybyli ich przodkowie? Odpowiedź brzmi: nic. Wielu zresztą próbowało i pewnie spróbuje w okresie zmniejszenia się ilości ryb lub przeludnienia. Jednakże bakterie, które zjadają ludzkie jajeczka, są zawsze gotowe na ich powitanie. To za dużo, jak na geograficzne odkrycia. A poza tym, dlaczego ktoś chciałby żyć na kontynencie, skoro tu jest tak spokojnie? Każda wyspa, z kołyszącymi się palmami kokosowymi, szerokimi plażami i kryształowymi lagunami, stała się idealnym miejscem do wychowywania dzieci. A ludzie są dzisiaj tacy niewinni i łagodni, i wszystko to dzięki ewolucji, która pozbawiła ich rąk.

(…)

Ludzie dzisiaj wciąż czkają tak jak zawsze i jak zawsze uważają, że to zabawne, kiedy ktoś pierdnie. Jak zawsze też starają się pocieszyć chorych zwracając się do nich łagodnym głosem. Ton głosu, jakim przemawiała Mary do * Waita, jest dzisiaj równie często spotykany. Bez względu na słowa, sam ton komunikował chorej osobie coś, co ta osoba pragnęła usłyszeć; coś, czego pragnął milion lat temu * James Wait. Mary mówiła do niego o tym różnymi słowami, ale sam ton jej głosu dostarczał jednobrzmiących posłań: „Kochamy cię. Nie jesteś sam. Wszystko będzie dobrze” i tak dalej.
Żaden z dzisiejszych pocieszycieli nie ma za sobą, rzecz jasna, tak skomplikowanego życia miłosnego, jak Mary Hepburn, a żaden cierpiący nie przeżył takich komplikacji uczuciowych jak * James Wait. Love story każdego z dzisiejszych ludzi sprowadza się do najprostszego z możliwych pytania, a mianowicie, czy dana osoba brała udział w rui, czy nie. Współcześni mężczyźni i współczesne kobiety interesują się sobą, guziczkami na swoich płetwach i tak dalej, jedynie dwa razy do roku, a jeśli łowiska są ubogie — tylko raz. Tak wiele zależy od ryb.

(…)

Teraz już nie ma leworęcznych ludzi. Wszyscy używają swych płetw z idealną symetrią

(…)

Czy z futer dzisiejszych ludzi dałoby się zrobić eleganckie okrycia dla ich przodków z dawnej epoki? A dlaczego by nie?

(…)

Prawo Doboru Naturalnego wykonało ten kawał roboty bez jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz. W wodnym środowisku archipelagu Galapagos przetrwali przede wszystkim najlepsi rybacy. Ci, których ręce i stopy najbardziej przypominały płetwy, byli najlepszymi pływakami. Wysunięte szczęki bez porównania lepiej nadawały się do chwytania i przenoszenia ryb niż ręce. A spośród rybaków, spędzających coraz więcej i więcej czasu pod wodą, bardziej efektywni byli ci, którzy mieli bardziej opływowe, bardziej przypominające pocisk kształty — ci, którzy mieli mniejsze czaszki.

(…)

Czy ludzie dzisiaj wciąż zdają sobie sprawę z tego, że umrą prędzej lub później? Nie. Tak się szczęśliwie złożyło, moim skromnym zdaniem, że zapomnieli już o tym.”

Ludzie na opisywanym przez Vonneguta Galapagos w ciągu milionów lat ewolucji stali się więc wielkimi, niezbyt rozumnymi fokami. Co czujemy czytając ten opis? Przypuszczalnie rozbawienie, ale prócz tego jakiś niepokój, sprzeciw, może trochę odrazy? Tak czy inaczej nie przypuszczam, by wielu czytelników chciało takiego losu dla ludzkości i to mimo tego, że narrator (w książce jest nim obserwujący losy tej ludzkości długowieczny duch-kronikarz) bardzo te zmiany zachwala. Czaszki opływowe, mózgi nie przerośnięte, problemów nie robią, nikt nie głoduje, bo zbytecznych zjadają rekiny.. Wszystko poszło świetnie. A jednak nam się nie podoba. Prawdopodobnie nie chcielibyśmy takich wnuków, choć ciężko racjonalnie wyjaśnić, dlaczego właściwie nie chcemy. Patrząc na rzecz z punktu widzenia biologii, przebieg wydarzeń opisany w książce jest całkiem prawdopodobny. Organizmy podlegają ewolucji, a granica między nami a resztą ożywionej przyrody jest z punktu widzenia tej ewolucji płynna. Skąd zatem niepokój? Czemu mamy opór przed ewoluowaniem w taką stronę? Jedną z poszlak jest kwestia godności. Los ludzi jako fok jest w jakimś sensie dla nas, jako przedstawicieli ludzkości, poniżający. I przecież taki był zamysł autora. Ten lewicowy pisarz, przeciwnik wszelkich wojen, zdeklarowany pacyfista i zresztą (bo nikt nie jest doskonały) także przeciwnik energii atomowej, jak wielu lewicowców z jego epoki bolesnych prób i błędów, opisał tę historię, by czytelnikami wstrząsnąć. By pomyśleli, że bardzo, bardzo nie chcą takiej degeneracji. Bo to upadek. Bo nie ma tu godności ludzkiej osoby. Gdybyśmy przybyli na ten archipelag jakimś wehikułem czasu, wysłanym tam z naszej epoki, gdybyśmy zobaczyli tych półludzi-półfoki, wiedząc, skąd się te istoty wzięły, bylibyśmy przerażeni. Chcielibyśmy je leczyć, może adoptować, wpatrywalibyśmy się w ich oczy szukając śladu rozumu, uparcie szukalibyśmy w ich zachowaniu śladów jakiejś „mistycznej mądrości jedności z przyrodą”, albo stworzylibyśmy jakiś rozpaczliwy plan „przywrócenia ich społeczeństwu”. Wszystko dlatego, że widok tej przekroczonej różnicy między człowiekiem i zwierzęciem, widok tej utraty ludzkiego pierwiastka godności, byłby dla nas głęboko traumatyczny. Nie do zniesienia. Może byśmy ich tam ukradkiem nawet i zabili odkrywszy, że naprawdę utracili cały nasz rozum i są niczym więcej, niż rodzajem foki. To nie do zniesienia.

Ale dlaczego nie do zniesienia? Co nas tu boli właściwie? W którym miejscu? W naszym cyklu o bioetyce postawimy sobie zadanie uchwycenia tej kwestii. A także kilku innych. Dziś akurat przypadkiem wpadł mi w ręce rysunek, zdaje się projekt plakatu. Małe dziecko tuli do piersi gigantycznych rozmiarów pszczołę. Podpis jest „ratujmy pszczoły”, czy tak jakoś, bo jak wiadomo pszczoły wymrą, a my wymrzemy wraz z nimi. Wpatrując się w ten plakat zadawałem sobie pytanie, jaki właściwie był zamysł autora, prócz tego rzecz jasna, że chciał otrzymać jakiś grant. Co ten plakat ma z odbiorcą zrobić? Zakładając, że pszczoły naprawdę wymierają (a zdaje się, że tak jest) w jaki sposób moja wola uratowania ich może im pomóc, skoro nikt w tym momencie na planecie nie ma chyba pojęcia, co jest tym pszczołom? Nie wiemy, co się dzieje. Plakat nie zachęca jednak „zrozummy”, albo „odkryjmy przyczynę” czy „zbadajmy problem”, tylko „ratujmy”. Ale jak można ratować nie rozumiejąc sytuacji? Oczywiście nie można. Nie da się.

Plakat wytwarza w odbiorcy wzmożenie moralne, które pozostaje doskonale pozbawione przedmiotu, ponieważ ten odbiorca nie ma czym myśleć o sprawie, bo nie ma o niej pojęcia. Przecież nie wie, czemu pszczoły wymierają, bo nikt nie wie, więc nie wie jak właściwie im ma pomóc, bo nikt nie wie jak im pomóc można. Co więc odbiorca robi? Zaczyna, wzmożony moralnie i emocjonalnie, fantazjować. Tworzy projekcje. Buduje własną wieżę Babel z pozbieranych tam i siam śmieci, będących „przyczynami wymierania pszczół”, a tak naprawdę będących jego własnymi sposobami na to, by nie czuć dyskomfortu bezradności, spowodowanej niewiedzą, co robić. Czuje, a czując fantazjuje. Czuj właściwe uczucia, a wszystko się jakoś ułoży. To oczywiście nieprawda, nic się nie ułoży, najwyżej narobi się bzdur. Nie ma dobrego działania bez myślenia. I to jest druga kwestia, którą bym chciał zawrzeć i omówić w tym cyklu.

Trzecia wreszcie rzecz, to kwestia systemów. Cokolwiek wiemy o ekologii, bezdyskusyjne jest, że jest ona systemem. Co to znaczy? Ano na przykład tyle, że nie ma sensu zdanie „zginie 50 procent owadów”, ponieważ nie jest możliwe, żeby po zniknięciu 50 procent owadów sprawy pozostałe nie były zmienione. To tak jak powiedzieć „w samochodzie przestanie działać 50 procent silnika”. Gdy coś zmieniamy w systemie współzależnych elementów, zmieniamy wszystko. I jedną z zalet ekologicznego myślenia jest to, że można je zastosować nie tylko do ekologii. Także do systemu ludzkich pojęć. Jeśli zmieniamy jedno pojęcie, jedną konstrukcję, jedną instytucję kultury, jedną instancję symboliczną, w ślad za tym, jak w każdym innym ekosystemie, zmienia się wszystko. Zwykle nie tak, jak byśmy chcieli, bo niełatwo zrozumieć wszystkie współzależności. Części nie widać. Dziecięce pytanie „czy nie możemy czegoś zrobić, żeby komarów po prostu nie było” można przenieść na wiele innych elementów. Ekolodzy rozumieją, że jeśli nie będzie komarów, to nie będzie i ryb. Ale w świecie ludzkich pojęć i ludzkiej kultury jest podobnie. Pewne instancje mają swoje nieoczywiste funkcje. I o tym także chciałbym, by był ten cykl.

Przyjemnej lektury. Witajcie na Przyrodniczej Wyprawie Stulecia!


Psychologia i polityka: wstęp na końcu

Re-publikowane z bloga Autora pod tym samym tytułem.


« Zen a sztuka posiadania Dacii Ukryte pragnienie Demona »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)