Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

12 listopada 2011

Jarosław Markiewicz

e-tom: Gazeta badawcza

Gazeta Badawcza część 8.
O radości, przyrodzie i próbach medytacji



Gazeta Badawcza (1998)

1. O co chodzi z tą energią, czyli: Czy jedzenie i picie są niezbędne do życia?2. Rychnowski, odżywianie się eteroidem3. Odmienne, zmienne i niepojęte stany świadomości4. Ciąg dalszy stanów odmiennych i drogi zbawienia5. Stan mistycznego małżeństwa6. Początek praktyki, góry i doły7. Powoływanie szamana, dialog wewnętrzny i podróż przez lustra8. O radości, przyrodzie i próbach medytacji9. Przewodnik po niebach i piekłach świadomości oraz ziemskie zbawienie10. Powrót do Przyrody11. Strach, potyczki i pierwsze wygrane12. Jak przeżyć koniec świata?13. Teoria Złudzeń



O radości, przyrodzie i próbach medytacji

Grupa entuzjastów prosiła mnie o przygotowanie szkicu na temat Święta Radości, które ma się odbyć w Warszawie 21 czerwca tego roku, a potem tradycyjnie w latach następnych. Rzecz wydała mi się na początku łatwa i oczywista, ale kiedy usiadłem do komputera - zaczęły się piętrzyć trudności.

Radość swoją gwałtownością i siłą zagłusza to, jak do radości dochodzi. Dlatego radość bywa - owszem - doznawana, ale rzadko bardzo rozważana, analizowana. Mówi się też, że sama radość jest rzadka, tajemnicza, ma swoje przyczyny, ale zjawia się bez przyczyny, jak łaska.

Entuzjaści radości, ludzie bynajmniej nie radośni, ale za to odczuwający potrzebę, łaknący radości - zwracali uwagę na śmiech, który niejasno kojarzył się im z radością. Tymczasem śmiech może być co najwyżej wstępem do radości.

Warto przytoczyć tu istotną opinię Gurdżijewa:

...Śmiech jest odtrutką. Ale ta odtrutka jest potrzebna tylko wtedy, gdy nie potrafimy posłużyć się całą dostępną nam energią. Mówi się, że Chrystus nigdy się nie śmiał...nie znajdziecie w Ewangeliach żadnej wzmianki o tym by Chrystus śmiał się kiedykolwiek. Ale istnieją różne sposoby nie śmiania się. Są ludzie, którzy się nie śmieją, ponieważ są całkowicie pogrążeni w uczuciach negatywnych, w złości, w lęku, nienawiści, podejrzliwości. Ale są też tacy - warto dodać, że spotkać ich można bardzo rzadko - którzy się nie śmieją, ponieważ nie mają uczuć negatywnych.

Szczęście, przyjemność, czy epikurejska ataraksja to najbardziej pożądane stany radości. Przyjemność jako brak cierpienia, ataraksja jako pogoda, ukojenie ducha i ciała.

Szczęście nie jest stanem, który daje się osiągać we wrogim otoczeniu czy pośród nieszczęścia innych ludzi. Przyjaźń, pozytywne nastawienie do innych, współczucie - to wstępne warunki szczęścia.

Tyle już napisałem o okolicznościach radości, natomiast o samej radości - nic.

Bo trzeba by inaczej w ogóle zacząć - radość jest stanem filozoficznym.

Muszę osiągnąć jakąś pewność siebie, świata, w którym żyję i wszechświata, który przyjmie mnie po śmierci, muszę wierzyć lub wiedzieć, że śmierć jest przygodą mojej nieśmiertelnej duszy - jeśli jestem chrześcijaninem - lub nieśmiertelnej jaźni - jeśli jestem hinduistą lub teozofem.

Wtedy radość - niekoniecznie wciąż ekstatyczna, bo to by mogło być męczące - staje się w ogóle możliwa i trwała.

W każdym innym wypadku jest oszołomieniem, oszukiwaniem samego siebie.

Mówi się też, że radość jest stanem mistycznym. W przygotowywanej do druku książce Capry Niezwykła mądrość znajduję fragment, który znakomicie obrazuje owo radosne postrzeganie rzeczywistości, której się nie postrzega.

Kiedy jesteś zdrowy, nie jesteś świadomy żadnej z części swojego ciała, których są miriady. Twoja świadomość polega na tym, że jesteś pewnym pojedynczym organizmem. Wtedy tylko, gdy dzieje się coś złego, stajesz się świadomy swoich powiek czy gruczołów. Podobnie stan doświadczania całej rzeczywistości jako zjednoczonej całości jest stanem zdrowia dla mistyków. Podział na oddzielne przedmioty bierze się, dla nich, z jakiegoś umysłowego zaburzenia.

Brak owego zaburzenia, czyli naturalny stan umysłu - to radość. Jak do tego naturalnego stanu dojść? Oto jest absurdalne pytanie, pytanie świadomości wyobcowanej z siebie i ze świata: jak zdobyć coś, co się posiada?

Widocznie jednak ten stan choroby nie jest tylko naszym, ludzi dwudziestego wieku, udziałem. Czytam w Pieśni ku chwale zazen Hakuina Zendżi (1685-1769).

Od początku wszystkie istoty są buddą.
Jak woda i lód - bez wody nie ma lodu,
poza nami nie mam Buddów.
Jak blisko prawda, a jak daleko jej szukamy.
Jak ktoś, kto pośród wody krzyczy z pragnienia.

Niezwykle dosadny i prosty jest ten opis naszego umysłowego nieszczęścia i pomieszania.

Wilhelm Reich, człowiek naszego stulecia i uczestnik kultury judeo-chrześcicjańskiej, rzecz całą ujmuje w kategoriach - jak powiada - mordu dokonywanego na Chrystusie. Reich sądził, że Chrystus - o którym powyżej Gurdżijew wspomina, że nigdy się nie śmiał - w pełni otworzył się na przepływ energii kosmicznej, którą nazywał Ojcem. Cała nauka Chrystusa - według Reicha - była propagowaniem włączenia się człowieka w naturalny obieg energii w uniwersum. Nie zrozumieli tego ci, którzy Go ukrzyżowali, ani też ci, którzy na Jego naukach założyli kościoły. Pisze Reich:

Ani jeleń, ani niedźwiedź, słoń, wieloryb, ani ślimak nie mogłyby zasiąść tak jak człowiek. Wyschłyby, zmarłyby, natychmiast. W zoo można zobaczyć, co siedzienie robi z dzikimi zwierzętami... Znieruchomienie wynikające z fizycznego i emocjonalnego opancerzenia czyni człowieka nie tylko zdolnym do siedzenia, budzi w nim również pragnienie (podkreślenie -W.R.) siedzenia. Usztywnienie duszy i ciała sprawia, że ruch jest bolesny. Siedzenie utrzymuje przemianę energii na niskim poziomie, nie dopuszcza do wielkiego pobudzenia...To prawda, że kultury przychodzą i odchodzą, cywilizacje rodzą się i ponownie znikają, ale w świetle podstawowej tragedii ludzkości, której kulminacją jest bezustanny Mord Na Chrystusie, nie znaczy to zbyt wiele. W rzeczywistości cywilizacja znika, gdy jej synowie i córki mają już po dziurki w nosie nieustannego siedzenia. Wywołują wielką lub małą rewolucję albo wypowiadają wojnę innym narodom, ale w końcu tak naprawdę niewiele z tego wynika...w ciągu dziesięciu lub dwudziestu lat ten nowy naród lub kultura działają dokładnie tak samo, jak ta, którą zniszczyli.

A zatem radość to nie tylko stan mistyczny czy filozoficzny, ale przede wszystkim stan energetyczny.

Żeby opisać przyrodę, trzeba próbować mówić językiem przyrody. G. Bateson, autor książki Umysł i przyroda wydanej niedawno przez PIW w serii ą, zilustrował to pytając: "Ile palców macie u ręki?" Po chwili cichego namysłu kilka osób odezwało się nieśmiało: "Pięć", a Bateson krzyknął: "Nie!". Niektórzy wtedy próbowali powiedzieć, że cztery, a on znowu zaprzeczył. Ostatecznie, kiedy wszyscy już zrezygnowali, powiedział: "Nie! Prawidłowa odpowiedź jest taka, że nie powinno się stawiać takich pytań; to jest głupie pytanie. Tak przynajmniej uważałaby roślina, ponieważ w świecie roślin, i w ogóle istot żywych, nie ma takich rzeczy jak palce; są tylko relacje."

Przyroda trwa w stanie permanentnej radości - tylko tak może się to jawić naszej świadomości, chociaż z pewnością, ona - przyroda - tak nie uważa. Podobnie Bóg, przebywając w niebie, z samej definicji nieba - trwa w radości.

Każda istota żywa, pozostaje w energetycznej relacji z Całością, w zależności jednak od sposobów istnienia, od tego czy jest "zdrowa" - czyli otwarta, albo też "chora" - czyli zamknięta - jest lub nie jest w stanie dysponować całą dostępną jej energią. Znowu nadużyłem tutaj swoich intelektualnych władz, pisząc "dysponować energią" - w "języku przyrody" mógłbym to opisać jako - "otwarcie się na uczestnictwo w zmianach" albo bardziej poetycko - kołysanie się na fali energetycznej.

Trudno powiedzieć, czy przyrząd zwany oscyloskopem, czyli ekran, na którym obserwujemy liniowy przebieg jakiejś fali energetycznej, należy do umysłu czy do przyrody. Energie przyrody są równocześnie ciągłe i zmienne. Umysł jest linearny i ciąży ku stałości, niezmienności. To umysł skonstruował oscyloskop, ale nie mógłby go skonstruować wbrew prawom przyrody. Zatem obraz energii obserwowany na oscyloskopie jest wypadkową umysłu i przyrody.

Podobnie "skonstruowane" są nasze hipotezy przyrody, czy nasze hipotezy Boga, ich prawdziwość jest bardzo względna - a w związku z tym skuteczność naszych działań bardzo niewielka, a często odwrotna od zamierzeń.

Nasza nieświadomość zanurzona jest w przyrodzie, w Bogu, po same uszy. Nasze nieprzytomne ciało, pogrążone w omdleniu, śnie czy śpiączce potrafi znakomicie funkcjonować.

I na tym polega najdziwniejszy fenomen, jaki narasta już od lat sześćdziesiątych, a wzmaga się pod koniec tego wieku i tyciąclecia - że fizycy subatomowi przestają postrzegać osobno materię i energię - i jedynymi ludźmi, którzy ich rozumieją, a zarazem rozumieją jeszcze coś, czego nawet fizycy nie rozumieją - są mistycy. Mistycy, którzy na wiele różnych sposobów, wykonując najrozmaitsze ćwiczenia - zdobywają dla świadomości obszary nieświadomości, a zdobywszy te obszary - milczą, bo w języku skonstruowanym przez świadomość doświadczenia te są nie-do-wypowiedzenia.

*) Nikola Tesla był Serbem urodzonym w dzisiejszej Chorwacji. Przypis wydawcy Taraki.

Nikola Tesla (1856-1943), największy w dziejach amerykański (Chorwat [*] z pochodzenia) wynalazca, którego księga patentów grubsza jest ponoć od nowojorskiej książki telefonicznej - metodycznie eksploatował swoją nieświadomość (czy podświadomość) do celów naukowych. Miał specjalny, dość wygodny fotel, w którym zasypiał przy swoim inżynierskim stole, na którym opracowywał wynalazki. Odprężając się, gotowy do zaśnięcia - brał do rąk dwie metalowe, ciężkie kulki, które - kiedy zasypiał - wypadały mu z dłoni i wpadały do miednic z zimną wodą, zimna woda wylewała mu się na stopy, budził się - i zwykle miał już wizję następnego wynalazku.

Bardzo podobnie, tylko do innych zupełnie celów, eksploatował nieświadomość Edgar Cayce.

Kiedy świadomości wkracza na obszar nieświadomości może mieć wrażenie, że nic się nie zmieniło. Czymś takim są obrazy rzeczywistości widywane przez pacjentów, którzy przy znieczuleniu miejscowym, przeżywają operację na otwartym mózgu. Kiedy lekarze "pracują" przy zwojach mózgowych w obszarze prawego płata skroniowego - operowani widzą i rozmawiają ze swoimi dawno zmarłymi krewnymi - i w trakcie dziania się tego - nie postrzegają żadnej dziwności czy niedorzeczności zdarzenia. Nauka nazywa te obrazy ejdetycznymi i tak je opisuje - obraz umysłowy jest ejdetyczny, jeśli nosi wszelkie cechy postrzegania i zdaje się napływać z zewnątrz.

Takie ejdetyczne obrazy w sztuce i religii od dawna nazywane są wizjami. Lub wglądami.

Wizje mogą jawić się jako zdarzenia, przypomnienia, zmyślenia lub zamyślenia, halucynacje, intelektualne odkrycia. W wizji trudno jest odróżnić fikcję od rzeczywistości, sen od jawy, to, co się ogląda, od tego, co się czuje.

W wizji rozpada się dotychczasowe "ja" i po każdej wizji nasz układ nerwowy musi organizować dla nas nowe "ja", nowe więzienie.

Z grubsza biorąc, są dwa więzienia, które dość dobrze znoszą nasze doświadczenia wizyjne i pozwalają naszemu skołatanemu "ja" powracać na jako tako rozpoznany teren.

Jednym dość dobrze zorganizowanym więzieniem, tak dobrze, że trudno jest to więzienie jako więzienie rozpoznać - jest poezja, szeroko rozumiana, dzisiaj coraz szerzej czczona jako twórczość w ogóle.

Drugim więzieniem jest religia, oczywiście ortodoksja rozpatrywana łącznie z herezją, a herezja rozpatrywana łącznie z nauką.

Religia (w tym nauka także) może być religią cargo i religią wewnętrznego doświadczenia.

W judaizmie, hinduizmie i chrześcijaństwie elementy cargo są bardzo wyraźne, Bóg, czy bogowie, przybywają z zewnątrz, paleoastronauci zagospodarowali już wiele źródłowych tekstów religii objawionych.

Szamanizm, buddyzm i taoizm ( i w jakimś sensie gnoza, ale tu problem jest złożony) nie mają u swoich podstaw, ani też w praktyce - elementów cargo. Ale religie wewnętrznego doświadczenia w ogóle nie są zakorzenione w naszej kulturze. Pochodzące z XIII wieku kazania i traktaty mistrza Eckharta oraz anonimowy traktat Obłok niewiedzy, są nie jedynymi - ale rzadkimi - próbami zakorzenienia nas w Bogu wewnętrznym.

Prawdziwym wstępem do tego wewnętrznego królestwa wolności i radości jest medytacja.

I jeśli mogę powiedzieć, że czegoś w życiu żałuję, to tego właśnie, że nie nauczyłem się medytacji wcześniej. A moim pierwszym nauczycielem medytacji chciał być i mógł być - dostojny, zmarły niedawno, Allen Ginsberg.

W 1965 roku, wiosną, tuż przed godziną 21, o której zamykano bary mleczne, w barze mlecznym na Starówce (tam, gdzie dzisiaj jest restauracja "Kmicic") spotkałem kogoś, kto do złudzenia przypominał Karola Marksa z portretu, który kilka lat wcześniej wisiał wszędzie solo i w czwórce wielkich budowniczych komunizmu. Tenże Karol Marks usiłował dzięki swoim talentom rysowniczym zamówić coś w okienku, które już się zatrzaskiwało. Lubiłem wtedy tylko młodego Marksa (z Zeszytów filozoficzno-ekonomicznych trudno go było w poglądach odróżnić od Hegla) - ale ten tutaj był już dobrze wyłysiały - i widać bardzo głodny. Pomogłem mu w swojej, akurat obrabianej na lektoracie, bardzo łamanej francuszczyźnie. Przy trzasku krzeseł i poszturchiwaniu sprzątaczki - dowiedziałem się, że ta skóra zdarta z portretu Marksa - to największy od czasu Whitmana amerykański poeta - jak mi się wtedy wydawało, i jak myślę do tej pory.

Zaprosiliśmy anglojęzycznych znajomych i do trzeciej nad ranem toczyła się łamana rozmowa, pełna językowych nieporozumień i ponadjęzykowej sympatii. O trzeciej nad ranem Ginsberg wyjął z kieszeni czynelki - dwa miniaturowe talerzyki, jakie się widuje przy bębnach w orkiestrze - uderzył jednym talerzykiem o drugi, rozległ się niezwykły zaiste dźwięk - Ginsberg powiedział, że jest zmęczony i chciałby pomedytować, ale zaraz dodał, że wszyscy chyba jesteśmy zmęczeni, więc może się przyłączymy.

Zaległa przykra i głupkowata cisza. Ginsberg usiadł na podłodze ze skrzyżowanymi nogami, my siedzieliśmy na krzesłach, fotelach, tapczanie. Ginsberg powiedział jeszcze, że medytować można siedząc gdziekolwiek i jakkolwiek, byle kręgosłup był wyprostowany - znowu uderzył czynelkami - i w kilka chwil stał się nieobecny.

Kiedy dowiedziałem się o jego śmierci, znowu zobaczyłem ten obraz - i pomyślałem, że skoro już trzydzieści kilka lat temu potrafił się stawać nieobecny dla ludzi, to śmierć musiała mieć sporo kłopotów, żeby jego obecność odszukać.

1. O co chodzi z tą energią, czyli: Czy jedzenie i picie są niezbędne do życia?2. Rychnowski, odżywianie się eteroidem3. Odmienne, zmienne i niepojęte stany świadomości4. Ciąg dalszy stanów odmiennych i drogi zbawienia5. Stan mistycznego małżeństwa6. Początek praktyki, góry i doły7. Powoływanie szamana, dialog wewnętrzny i podróż przez lustra8. O radości, przyrodzie i próbach medytacji9. Przewodnik po niebach i piekłach świadomości oraz ziemskie zbawienie10. Powrót do Przyrody11. Strach, potyczki i pierwsze wygrane12. Jak przeżyć koniec świata?13. Teoria Złudzeń



x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)