Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

12 listopada 2011

Jarosław Markiewicz

e-tom: Gazeta badawcza

Gazeta Badawcza część 10.
Powrót do Przyrody



Gazeta Badawcza (1998)

1. O co chodzi z tą energią, czyli: Czy jedzenie i picie są niezbędne do życia?2. Rychnowski, odżywianie się eteroidem3. Odmienne, zmienne i niepojęte stany świadomości4. Ciąg dalszy stanów odmiennych i drogi zbawienia5. Stan mistycznego małżeństwa6. Początek praktyki, góry i doły7. Powoływanie szamana, dialog wewnętrzny i podróż przez lustra8. O radości, przyrodzie i próbach medytacji9. Przewodnik po niebach i piekłach świadomości oraz ziemskie zbawienie10. Powrót do Przyrody11. Strach, potyczki i pierwsze wygrane12. Jak przeżyć koniec świata?13. Teoria Złudzeń



Powrót do Przyrody

Po poprzednich artykułach przyszło kilka listów, było kilka telefonów. Czytelnicy dopatrzyli się w moich tekstach jakichś szczególnych duchowych osiągnięć i w związku z tym - chcieliby, abym napisał - jak żyć.

Wszelkie uwagi i podpowiedzi w tej materii uważam za niedorzeczne i nieprzyzwoite. Wiem natomiast, że nie sposób żyć w dotychczasowych wyobrażeniach życia, normach życia, modelach życia.

Ale też nie moją rzeczą jest zmieniać normy, ani też tym bardziej atakować stare życiowe prawdy. Nawet gdyby mi się wydawało, że mam rację. Pewien mój genialny znajomy mawiał - wiem, że masz rację, ale wolałbym, żebyś miał restaurację i zaprosił mnie na kolację.

Tą kolacją jest dla mnie doznawanie życia nie w normach lub modelach, teoriach lub religiach - lecz we mnie, w ciele, które nazywam moim, a znam go tyle, co kot napłakał, w świadomości, którą znam jeszcze mniej niż swoje ciało, w uczuciach, z którymi często nie wiem, co robić, lecz one widocznie znakomicie wiedzą, co robić ze mną, bo robią to bez zastanowienia.

W poprzednich zapiskach zadawałem sobie pytanie - kto jest autorem moich snów? Muszę teraz te pytania rozszerzyć - kto jest autorem-kreatorem moich uczuć? - a wreszcie - kto jest autorem-kreatorem mojej świadomości? - moich wszystkich przeczuwanych i możliwych do poznania, rozpoznanych i nierozpoznanych świadomości?

Opisywane poprzednio warstwy świadomości przy mniej uważnym byciu występują często jako odrębne postaci nas samych.


Rozmawiam z drukarzem, który drukuje mi książkę, i pytam o termin wykonania zamówienia. Drukarz podaje mi zadziwiająco krótki termin, upewniam się więc, czy dotrzyma terminu. Drukarz czuje się urażony na honorze moją wątpliwością - więc mu wierzę. Autorowi mówię, że otrzyma książkę tego i tego dnia. Drukarz nie dotrzymuje terminu. Autor dostaje szału, nie sypia po nocach, czuje się dotknięty na honorze. Po pewnym czasie sytuacja z drukarzem się powtarza. Widzę więc, że owładnięty jest przez dwa wyobrażenia siebie, swojej sytuacji w świecie, swoich możliwości. Z punktu widzenia obserwatora zewnętrznego wygląda to tak - jakby miał dwie osobowości. Kiedy przyrzeka - jest pewny siebie, honorowy, pełen energii - kiedy nie dotrzymuje obietnicy - ucieka, nie odpowiada na telefony, składa nowe obietnice, mnóstwo tych obietnic, znika jego dziarska, honorowa postawa. Jest innym człowiekiem.

Uwielbiam, nie wiadomo dlaczego, pewną starszą panią. Kiedy się spotykamy, kobieta przez pierwsze trzy minuty narzeka na swoje choroby, których ma takie mnóstwo i zna je tak wnikliwie, że z jej relacji wynika pewne zejście z tego świata w ciągu najbliższych godzin. Po trzech minutach - kobieta opowiada o swoich planach i zamierzeniach, które obejmują najbliższe dziesięciolecia, ba, stulecia! Również i w tym wypadku mam wrażenie, że jej osobowość zamieszkują dwie odrębne psychiki, i że w dodatku jedna nic nie chce wiedzieć o drugiej.

Zdarza się, że ktoś opowiada o jakimiś naszym wspólnym znajomym - i w jego opowieści nie możemy rozpoznać naszego, bliskiego przecież, znajomego. Tutaj objawia się jeszcze inny wariant naszej złożoności - dla jednych jesteśmy jacyś tam, a dla innych zupełnie inni.

W domniemaniach psychoznawców na temat naszego istnienia funkcjonuje wiele teorii. Znamy opowieści o superego, ego i id, Rodzicu, Dorosłym i Dziecku. Znamy opowieści o domniemanych etapach naszej drogi, jesteśmy Niewinnymi, Sierotami, Wędrowcami, Wojownikami, Męczennikami i Magami...

Wszystko są to opowieści zewnętrzne, w opowieściach tych potrafimy rozpoznawać fragmenty, które trafnie opisują jakiś aspekt naszego trudnego do zrozumienia zachowania - i zaczynamy wierzyć opowiadającemu, że uchwycił Całość. Kłopot w tym, że nasza Całość jest nie do uchwycenia - a tym bardziej z zewnątrz. Gdyby była opisywalna - znalibyśmy doskonale swój los. A swojego losu nie znam - ale nie znam go tylko w kategoriach zewnętrznych. Bo kiedy pozostaję w byciu wewnętrznym - horyzont się przejaśnia i nie mam znajomości lub nieznajomości swego losu - mogę mieć tylko niepokój lub spokój. W niepokoju powstają obrazy przyszłych zdarzeń, złych lub dobrych - w spokoju nie ma obrazów, jest wibrująca przestrzeń gotowa wszystko przyjmować i wszystko rozwijać, cokolwiek się zdarzy, cokolwiek pomyślę, cokolwiek postanowię.

Odnajduję w sobie także taką postać siebie, która jest wolna od wszystkich postaci, wolna od psychiki, wolna od umysłu, od wielu warstw świadomości. Wolna od psychomentalnego krętactwa.

Wstępem do tego bezpostaciowego królestwa wolności - dla mnie - jest medytacja. I natychmiast powstają problemy językowe - bo to jest raczej koncentracja. Koncentracja uwagi na liczeniu oddechów, na śledzeniu oddechów, na zadanym do "rozwiązania" koanie.

Ale oto moja uwaga wyłoniła się z "rozwiązywania koanu" i usłyszałem, że mój sąsiad z prawej strony, Tomek, jest wstrząsany płaczem. Od czasu do czasu wykrzykuje jakieś oderwane słowa z niepohamowanym wrzaskiem, jakby się z kimś kłócił lub o coś zażarcie walczył, przeklina, sapie, jakby dźwigał niesamowite ciężary, od czasu do czasu pierdzi z wysiłku - i w ogóle tego nie zauważa - a co więcej - widzę to kątem oka - siedzi nieporuszony jak kamień. Zaczynam mimo woli uczestniczyć w życiu emocjonalnym sąsiada - ale widzę, że "puściłem" koan. Więc jestem trochę zły na Tomka, że mnie rozproszył, ale wracam do koanu, jednak w tle mojego wewnętrznego postrzegania pozostają ciągle brewerie Tomka.

Tak mija kilka godzin - i w czasie kinhin, pięciu-dzisięciu minut koncentracji w ruchu, kiedy istnieje możliwość pójścia do ubikacji - idę do ubikacji.

A ubikacja jest na zboczu górki i składa się z dwu kabin - podwójnej sławojki zbitej z desek. W zasadzie jedna jest damska, druga męska - ale przeważyła inna zasada, że jeśli haczyk jest zamknięty z tej strony, to kabina jest wolna. Siedzę więc w swojej kabinie - a obok, po chwili orientuję się, że usadowił się mój sąsiad z prawej, Tomek, teraz też jest z prawej - i dalej jest w jakimś wewnętrznam dialogu, raz po raz to płacze, to chichocze, i przeklina, i wrzeszczy, i wydaje jakieś pomruki, warczy, jęczy, może w ogóle wpadł do dziury i się topi?

Kiedy to wszystko przemknęło przez moją świadomość - poderwałem się, tak jak siedziałem, bo wydało mi się, że nie ma chwili do stracenia - wypadłem ze swojej kabiny z gołym tyłkiem i spętany majtkami - i szarpnąłem za drzwi Tomka, drzwi się otworzyły bez trudu - ale... wewnątrz nikogo nie było!

Spojrzałem jeszcze w dziurę, czy się nie topi - i z wolna zaczęła docierać do mnie świadomość całej tej sytuacji.

To ja projektowałem swoje zachowania na Tomka. W sobie ich nie dostrzegałem. Kiedy dotarło to do mojej przytomności - poczułem się obco w swoim ciele. Ciało było sparaliżowane, nie mogłem go zmusić do żadnego ruchu, a ono rozrywane było bólem. Ból ten cząstkowo znałem - np., bolesny skurcz mięśni łydki, czy skurcz stopy - teraz odczuwałem podobne bóle we wszystkich mięśniach, także mięśniach palców, mięśniach twarzy, nieskończona ilość pasm i miejsc bólu. I każdy ból był inny, jakaż różnorodność w równoczesności!

Wszystkie piekła, których opisy znałem z różnych tradycji religijnych - wydały mi się miejscami przytulnymi. Mięśnie były wypełnione ogniem, jakby wybuchły w środku, chciały się rozerwać - ale trzymała je na wierzchu lodowata skorupa, która dawała w zetknięciu z ogniem jeszcze inny rodzaj bólu. Pogrążony w bólu - w sensie dosłownym - zauważyłem, że opuściło mnie przyzwyczajeniowe poczucie czasu - tzn. miałem mgliste poczucie, że mieszczę się w granicach pięciu-dziesięciu minut - ale niemożliwe przecież, żeby mnie aż tyle "nabolało" przez pięć minut, to trwa dłużej, to trwa ZAWSZE, czyli TERAZ,

TERAZ JEST ZAWSZE i ZAWSZE JEST TERAZ.

Otworzyła mi się na moment wieczność każdej chwili, każda chwila realizuje się w wieczności i tylko obie razem mogą być doświadczane, przy tym wieczności jako takiej nie ma samej w sobie, istnieje tylko wieczna teraźniejszość.

Cudowne! A raczej byłoby to całkowicie cudowne, gdyby nie ból, który zakorzenił się w całej wieczności. I ten ból nie tylko mnie dotyczy, kątem oka widzę pień drzewa konwulsyjnie poskręcany, słuch mi się tak wyostrzył, że słyszę chrzęst drewna w pniu, popiskiwanie kory.

Nagle też widzę całe to zdarzenie w szerszym układzie. Mój biały tyłek, którego nie mogę ruszyć, wystawiony jest na drogę, a jest to pora żniw i do wsi jedzie fura ciągnięta przez dwa konie, fura kopiasto zapełniona snopkami żyta lub owsa. Fura jest jeszcze za górką i jedzie powoli, mozolnie. W świadomości wybucha piekielny lęk, ponadpiekielny, lęk w całej wieczności.

Przecież ci ludzie, ci szlachetni górale, z pewnością nie przejadą obojętnie wobec tej sparaliżowanej w bólu pokraki, będą chcieli mi pomóc. Z niezwykłą jasnością widzę standardowy bieg zdarzeń. Ładują mnie na furkę, wiozą do wsi, rozładowują furkę, wiozą do autobusu, autobusem do Kielc - do doktora.

Ale zanim rozwinie się ten scenariusz - usłyszałem dźwięk kejsu, kutej w metalu, głębokiej misy, dźwięk, który przeniknął całe ciało - i zdjął z niego ból.

Wtedy też więcej zrozumiałem z dyscypliny, niż kiedykolwiek przedtem.

Bo całą tę wyprawę, całe to siedzenie, które już było którymś tam z kolei grupowym siedzeniem, cały ten wysiłek podjąłem po to, żeby znaleźć drogę do wolności. A kiedy znalazłem się wewnątrz grupy, zamiast wolności znajdowałem ograniczenia. Nie wolno tego, nie wolno tamtego, o tej porze to, o tamtej tamto, jak w harcerstwie, jak w wojsku, jak w szkole. A od wszystkiego tego chciałem się przecież uwolnić.

Ciało i umysł przywykły, że jedyne komunikaty zmiany stanów ciała i umysłu wydawane są za pomocą dźwięków kejsu - i kiedy z oddali dobiegł znany dźwięk, nastąpiła zmiana.

I znowu miałem wrażenie, że obudziłem się. Ileż , do licha, było tych budzeń w ciągu pięciu minut! Pierwsze, kiedy uprzytomniłem sobie, że nie ma Tomka i że Tomek to ja. Drugie, kiedy obudził mnie ból. Trzecie, kiedy obudziła mnie wieczna teraźniejszość, w jej wnętrzu budziłem się ruchem przyspieszająco przyspieszonym, raz po raz.

Jednak całe to wstrząsające i bolesne doświadczenie było wynikiem błędu. Błędnego pojmowania siebie, twardego pojmowania siebie. Po kilku dniach prób koncentracji umysłu - wyobraźmy sobie tutaj wiązkę światła - to światło odbiło się od jakiejś twardej jak lustro postaci we mnie - i zaczęła się fantastyczna projekcja.

W dalszej obróbce zdarzenie to uświadomiło mi moje tzw. kompleksy, w skrócie przedstawiło całą fałszywą edukację, polegającą na zwalczaniu skutków, pozorowaniu, wyznawaniu ideałów. Nieznana mi, ukryta postać mnie - wyskoczyła na powierzchnię - ale nie mogłem jej zaakceptować w całej jej bezradności płaczu, głupocie chichotów, wściekłości przeklinań - musiałem to wszystko wyprojektować na Tomka. I gdyby nie następne zdarzenie, w ubikacji - byłbym najświęciej przekonany, że niechcący podsłuchiwałem i podglądałem Tomka, kiedy puściły w nim więzy ego.

Wróciłem na rozgrzany strych, który był naszym zaimprowizowanym zendo - pokorny jak nigdy dotąd i radosny, wdzięczny za niezgłębione nauki; całe ciało po nieprawdopodobnym bólu - odczuwało nieprawdopodobną błogość, w ustach czułem nowy, nieznany smak śliny, czysto-słodki.

Usiadłem na poduszce i czułem się włączony w nieustający proces Przyrody. Pomyślałem o koanie - i musiałem się powstrzymać, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Zacząłem zatem śledzić pojawiające się myśli. Widziałem jak myśl-obraz wschodziła, jak unosiła się nad horyzontem, osiągała zenit i zaczynała zachodzić, zachodziła wreszcie. A było to inaczej niż ze słońcem, kiedy myśl zachodziła - robiło się jaśniej. Zaczynałem już trwać w tej bezmyślnej jasności - kiedy pojawiała się nowa myśl - puszczałem ją, zaczynała wędrować jak słońce po niebie, zachodziła - i znowu jaśniej, po każdej myśli, która zaszła - było jakby jaśniej niż przedtem. Uczyłem się trwania w bezmyślnej jasności.

Pojawiały się też myśli-olśnienia, to przecież o tym stanie mówili taoistyczni mistrzowie, działaj bez działania, ucz się bez uczenia, wysilaj się bez wysiłku. Wszystkie te paradoksalne zachowania były teraz możliwe - ale myśli o tym były zaciemniające, jak każda inna myśl.

Tak jak muzyka rozlega się w ciszy i do ciszy powraca, tak i życie psychomentalne, żeby stało się zrozumiałe w swym absurdzie - musi rozpłynąć się w trudnej do oddania słowami zerowej czasoprzestrzeni.

Myśl, pojawiająca się w formie językowej, obrazowej, mieszanej jak film dźwiękowy - jest produktem przeszłości. Myśląc, doznając stanów psychomentalnych - nie mogę być ani TU, ani TERAZ - jestem za szybą myśli lub doznawania, które ma swoje korzenie w przeszłości. Nigdy nie nadążam z byciem na bieżąco, bo zawsze coś myślę, zawsze coś się we mnie dzieje.

A teraz mogłem wreszcie być na bieżąco, tu i teraz. Niczym się nie różniłem od kamienia i drzewa - dlatego przyszła mi do głowy ta nazwa, że wreszcie wróciłem do Przyrody.

Doznałem tego powrotu dramatycznie i boleśnie - a kiedy minęły wzburzenia tamtych chwil, uświadomiłem sobie, że bywałem w Przyrodzie - czyli poza życiem psychomentalnym - także przedtem, ale nie rozpoznawałem tego stanu. Bywałem w głębokiej psychomentalnej ciszy, kiedy rozpierała mnie radość, ale nie czułem jej smaku, bo myślałem, że jest to smak radości. Bywałem w niej, kiedy doznawałem najgłębszego przerażenia i rozpaczy.

I tutaj, na końcu, chciałbym wyjawić przyczynę tej gadaniny - może nie trzeba być takim głupcem, jakim byłem (i bywam) - może dzięki tym słowom ktoś rozpozna w sobie swoją psychomentalną ciszę, wykąpie się w niej, bodaj przez ułamek chwili - i będzie wiedział, jak żyć. Wszak Przyroda wie, Przyroda nie pyta, Przyroda czyni.

1. O co chodzi z tą energią, czyli: Czy jedzenie i picie są niezbędne do życia?2. Rychnowski, odżywianie się eteroidem3. Odmienne, zmienne i niepojęte stany świadomości4. Ciąg dalszy stanów odmiennych i drogi zbawienia5. Stan mistycznego małżeństwa6. Początek praktyki, góry i doły7. Powoływanie szamana, dialog wewnętrzny i podróż przez lustra8. O radości, przyrodzie i próbach medytacji9. Przewodnik po niebach i piekłach świadomości oraz ziemskie zbawienie10. Powrót do Przyrody11. Strach, potyczki i pierwsze wygrane12. Jak przeżyć koniec świata?13. Teoria Złudzeń



x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)