Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

12 listopada 2011

Jarosław Markiewicz

e-tom: Gazeta badawcza

Gazeta Badawcza część 12.
Jak przeżyć koniec świata?



Gazeta Badawcza (1998)

1. O co chodzi z tą energią, czyli: Czy jedzenie i picie są niezbędne do życia?2. Rychnowski, odżywianie się eteroidem3. Odmienne, zmienne i niepojęte stany świadomości4. Ciąg dalszy stanów odmiennych i drogi zbawienia5. Stan mistycznego małżeństwa6. Początek praktyki, góry i doły7. Powoływanie szamana, dialog wewnętrzny i podróż przez lustra8. O radości, przyrodzie i próbach medytacji9. Przewodnik po niebach i piekłach świadomości oraz ziemskie zbawienie10. Powrót do Przyrody11. Strach, potyczki i pierwsze wygrane12. Jak przeżyć koniec świata?13. Teoria Złudzeń



Jak przeżyć koniec świata?

Warto przypomnieć, że mierzenie czasu odzwierciedla tylko ludzką rzeczywistość kulturową i fakt, że za trzy lata skończy się drugie tysiąclecie nie ma żadnego - jak się zdaje - obiektywnego znaczenia, a także niewielkie znaczenie kulturowe dla ortodoksyjnych żydów, mahometan, buddystów, hinduistów, etc.

5 października 1582 roku, według poprzedniego kalendarza wprowadzonego przez Juliusza Cezara, nastąpił nagle 15 październik i od tamtej pory posługujemy się kalendarzem papieża Grzegorza XIII.

Jednak kalendarz zrósł się z naszą psyche i zaczął pełnić jakąś samoistną rolę. Już tysiąc lat temu ludzkość naszego kręgu kulturowego oczekiwała z niepokojem końca świata.

Zrastanie się psyche z wytworami naszych rąk i umysłów może nastąpić bardzo szybko i bardzo trwale. Psychoanalitycy ze szkoły jungowskiej zauważyli, że samochód, który w powszechnym użyciu - jak na archetyp - jest od bardzo niedawna, zaczął w snach grać rolę naszego ciała.


Nasza średnia świadomość, zwana "świadomością 'ja'", walczy o to, żeby mieć zawsze rację. Brzmi to retorycznie, a wcale nie jest retoryczne. Ta świadomość jest po zęby uzbrojona - i działa nie tylko na terytorium naszej psyche - działa w kulturze, w wytwarzaniu nawyków, działa wreszcie - i to jest jej najpotężniejsze działanie - wytwarzając technologie - steruje cywilizacją, i nie ma pojęcia, dokąd zmierza.

Być może stawianie takich problemów jest rzeczywiście idiotyczne - dokąd zmierza cywilizacja? i czy historia ma jakikolwiek sens?

Jednak jeśli przełożymy to na pytanie jednostkowe - dokąd zmierza moje życie, które jest uzależnione od tej cywilizacji nawet wtedy, kiedy jestem pustelnikiem w najbardziej niedostępnej jaskini świata? Nawet jeśli ktoś niedwuznacznie twierdzi i demonstruje, że osiągnął boskie moce - a takim jest posiadający ponad 100 milionów wyznawców Satya Sai Baba - to jego moc - oznaczona w klasyfikacji Kena Wilbera jako świadomość z poziomu szóstego, siódmego czy ósmego - nie jest w stanie podnieść ogólnej średniej świadomości współcześnie żyjących ludzi, którzy żyją - znowu według Kena Wilbera - na poziomie czwartym - czyli właśnie "świadomości 'ja'", choć chyba większość ludzi żyje poniżej tego poziomu świadomości.


Cywilizowana ludzkość - to wcale nie znaczy cywilizowana w ogóle, tylko ta, która rozwinęła i zbudowała tę cywilizację - ma potężnego kaca, wyrzuty sumienia, cierpi na depresję. To jest fakt obiektywny, chociaż przeżywany jest podmiotowo, subiektywnie. A zarazem - zbiorowo, powszechnie. Ten kac jest końcem pewnego typu myślenia, że to dla naszej niewybrednej zabawy w nasze życie powstała ta planeta, na której możemy wyprawiać, co nam się żywnie podoba.

Proszę mnie dobrze zrozumieć - nie ja to mówię - czytam to z ust tych wszystkich, którzy z obłędem w oczach wieszczą katastrofy, czytam to z oczu tych, którzy z otwartymi ustami oglądają tego typu przekazy w sobotnie wieczory, a w poniedziałek od wschodu słońca pchają swoje taczki, małe i wielkie interesy, niczego istotnie nie zmieniając w swojej postawie.


Jeśli zbliża się koniec świata, a myślę, że istotnie się zbliża, to oznacza to, że kończy się świat pojmowany w dotychczasowych kategoriach, wyobrażeniach, wzorach i symbolach. Mamy przecież taki świat, jakim go pojmujemy.

Jeśli zmieni się nasze pojmowanie, zmieni się i świat. Ale być może, że zmiana naszego pojmowania skończy się katastrofą.


Od co najmniej dwudziestu lat postępuje mobilizacja wszystkich możliwych energii, natchnień, objawień i paranoi, które produkują wróżby, przepowiednie, proroctwa.

Większość proroctw, począwszy od Apokalipsy św. Jana z Patmos, Nostradamusa, a kończąc na zagadkowej, ostatniej dacie w kalendarzu Majów (który kończy się wedle kalendarza gregoriańskiego 21 grudnia 2012 roku ) - to przepowiednie katastrofy.

Ale są też proroctwa, czy raczej objawienia, które wieszczą obok katastrof - zmiany radosne. W epoce górowania paradygmatu nauki - niektóre proroctwa ukryte są w teoriach i hipotezach naukowych.

Zdarzają się też proroctwa - fantazje literackie. Zdarzają się też ich ziszczenia.

Juliusz Verne, który zmarł w roku 1905, napisał pod koniec ubiegłego wieku powieść Podróż na księżyc. Nie czytałem jej, powtarzam więc z drugiej ręki, że rakieta z powieści Verne'a startuje z Florydy, że ma długość identyczną jak rakieta Saturn i ludzie lądują na Księżycu w tym samym rejonie.

Czy była to przepowiednia, czy wszyscy, którzy pracowali wówczas w NASA, byli w młodości pilnymi czytelnikami Verne'a? Ale tych zbiegów okoliczności było jakby zbyt wiele.

George Wells, kiedy miał 29 lat, napisał znaną powieść Wehikuł czasu, a kiedy miał 77 lat, czyli w roku 1943, Amerykanie prawdopodobnie skonstruowali taką maszynę i przerazili się. Eksperyment na okręcie Filadelfia przygotowali Einstein i Tesla, amerykańskim wojskowym szło o wynalezienie osłony antyradarowej dla swoich okrętów transportowych, które masowo były zatapiane przez niemieckie uboty. Tesla zastosował potężny rezonans elektromagnetyczny - i okręt Filadelfia zniknął z ekranów radarów - ale po kilku następnych minutach w ogóle zniknął z czasu i z przestrzeni, aby pojawić się po wyczerpaniu energii, czyli po około czterech godzinach, i to w zupełnie innym miejscu. Do tej pory eksperyment Filadelfia okryty jest tajemnicą wojskową i w istocie nie bardzo wiadomo, co się tam zdarzyło.


Inny rodzaj proroctwa-odkrycia przekazuje Zecharia Sitchin w kilku książkach na temat genezy Starego Testamentu, porównaniu ksiąg Starego Testamentu z tekstami Sumerów oraz skonfrontowaniu ich ze współczesną wiedzą na temat budowy wszechświata, a zwłaszcza Układu Słonecznego. Zecharia Sitchin uczył się w tradycyjnej szkole żydowskiej i tam już powziął podejrzenie co do ścisłości hebrajskich przekładów oraz kompilacji twórców Starego Testamentu. Co do szczegółów tych fascynujących badań - odsyłam Czytelników do trzech książek Sitchina, które ukazały się w wydawnictwie Prokop.

Mit o złotym wieku ludzkości, która zdegenerowała się - mit obecny u Greków i Rzymian, a także w Wedach, na Polinezji i w obu Amerykach, w Afryce, w bardzo podobnej wersji zapisany w Starym Testamencie - jak go połączyć z naszym przekonaniem o ewolucji, postępie i rozwoju?

Oto co - wedle badań Sitchina - powinno być zapisane w Księdze Rodzaju, gdyby nie manipulacje kompilatorów: 500 miliardów lat temu do naszego Układu Słonecznego wtargnęła planeta z zewnątrz, rozbiła planetę Tiamat, części Tiamat tworzą komety i pas asteroid, z połówki Tiamat (po grecku - Faeton) powstała Ziemia, która "ukradła" Tiamat jej Księżyc (Księżyc - jak podobno dowodzą próbki przywiezione na Ziemię, jest geologicznie starszy od Ziemi). Planeta ta, po sumeryjsku Nibiru, po babilońsku Marduk, jest już podobno namierzona przez Iras (radioteleskop na podczerwień) i jej parametry potwierdzają sumeryjskie zapisy na glinianych tabliczkach - obieg dookoła Słońca co 3600 lat, niesłychanie spłaszczona orbita, największa planeta naszego układu, zamieszkana przez istoty inteligentne bardzo podobne do ludzi, bo ludzie są z mardukańczykami spokrewnieni genetycznie. Ale to późniejsze dzieje.

0k. 500 000 lat temu Mardukańczycy przybyli na Ziemię, żeby pozyskiwać tu złoto potrzebne im podobno do ochrony ich planety przed promieniowaniem kosmicznym. Początkowo mieli pozyskiwać złoto z wody oceanów, ale później zaczęli je kopać w południowej Afryce. 300 000 lat temu doszło do pierwszego strajku kosmicznych górników, odmówili pracy i zażądali pomocników. Wyprodukowano więc pomocnika - i tak powstał człowiek, na obraz i podobieństwo - ale z jaja małpy "człekokształtnej", które zostało zapłodnione mardukańskim nasieniem, a płód donosiła mardukańska kobieta. Niektórzy Mardukańczycy byli zdania, że nie należy manipulować genetycznie na obcej planecie - ale przeważyły względy praktyczne, czekała ciężka robota w afrykańskich kopalniach.

Początkowo - na obraz i podobieństwo muła - człowiek nie mógł się rozmnażać, ale pokonano tę drobną dolegliwość - i jakieś 13 000 lat temu było nas, ludzi, kilka milionów, a może i więcej.

I wtedy nastąpił potop.

Dalej już właściwie wszystko wiadomo ze Starego Testamentu. "Synowie boży", którzy pościli seksualnie na naszej planecie, zaczęli się dobierać do pięknych Ziemianek, a ponieważ byli genetycznie zgodni, płodzili dzieci, pół-bogów. Gilgamesz np. był bogiem w 2/3, matką jego była Mardukanka NIN.SUN.

Z tabliczek zapisanych bardzo syntetycznym pismem klinowym Sumerów, pismem, którego nauczyli się od Strażników Nieba, a odkrytych w ubiegłym jeszcze wieku w Niniwie i zidentyfikowanym jako część wielkiej biblioteki króla Assurbanipala - dowiedzieć się można więcej niż wiemy obecnie o naszym układzie planetarnym, a także o nas samych.

Sprawa długowieczności ludzi jako mieszańców: Anunnaki, Strażnicy Nieba żyli wedle rytmu swej planety, na której rok trwa 3600 naszych lat, z naszego więc punktu widzenia żyli wiecznie. Pierwsi ludzie - i tu Biblia mówi prawdę - żyli do 1000 lat, niektórzy - na przykład Henoch, "który chodził z Bogiem" żył lub żyje wg rytmu Anunnaki.


Czy jest to pseudonaukowa fantazja? Obawiam się, że nie. Książki Sitchina są znakomicie udokumentowane filologicznie i odsłaniają wiele tajemniczych wątków naszej ludzkiej historii. Na przykład wyprawa Kolumba i podboje Aleksandra Macedońskiego łączy wspólny wątek poszukiwania fizycznej nieśmiertelności.

W Genesis jeszcze raz Sitchin próbuje skonfrontować sumeryjskie tabliczki ze współczesną wiedzą i wydarzeniami naszych dni. Rozpad Związku Radzieckiego rozpoczął się - jak twierdzi Stchin - od incydentu sondy kosmicznej Phobos 2 wysłanej przez ZSRR (przy sporym udziale Amerykanów) na jeden z księżyców Marsa, gdzie sonda ta została zestrzelona lub unieszkodliwiona przez UFO (28 marca 1989), a obraz ataku UFO sonda zdążyła jeszcze przesłać na Ziemię.

Wydawnictwo Prokop wydało książkę Grażyny Fosar i Franza Bludorfa Dziedzictwo Avalonu, książka ta kontynuuje niektóre współczesne wątki Sitchina, a także wyjaśnia zagadkę zeza na rzeźbach Azteków.


Nasza "średnia świadomość" znalazła się pod koniec wieku, czy wręcz pod koniec świata, w zagadkowym labiryncie odkryć, proroctw, przekazów, interpretacji. Sprawy do tej pory "święte" uzyskują wyjaśnienia techniczne, na przykład

Objawienie Fatimskie w roku 1917 w Portugalii. Gdyby iść tropem myślenia, które przedstawił Johannes Fiebag - Tajne orędzie fatimskie (także wydane przez Prokop) - to informacja, którą podaje tygodnik "Gwiazdy mówią" z 11 stycznia 1998 staje się mniej zagadkowa: W Arizonie, na szczycie góry Mount Graham, zostanie zbudowane wielkie, nowoczesne obserwatorium astronomiczne. Jego budowę w połowie finansuje Watykan, a w połowie zakon jezuitów. Dwa ultranowoczesne radioteskopy za 10 milionów dolarów będą prowadziły nasłuch kosmosu. Ojciec George Coyone , dyrektor obserwatorium, twierdzi, że oprócz zwykłych badań naukowych, księża astronomowie będą też szukali "odcisków palców Boga".

Barbara Marciniak, Amerykanka polskiego pochodzenia, na drodze natchnionego przekazu zwanego z angielska channelingiem otrzymuje wiadomości z gwiazdozbioru Plejad i ogłasza je w kolejnych książkach. Jedna z nich, Zwiastuni świtu, ukazała się nakładem bydgoskiego Limbusa.

Plejadanie poprzez Brabarę Marciniak przekazują nam wiadomości szokujące - że ok. 300 tys. lat temu (co zgadza się z Sitchinem) nasi Bogowie majstrowali przy naszym kodzie genetycznym, który pierwotnie składał się z 12 helis i dawał nam znacznie większe możliwości. Otóż nasi Bogowie wycięli z naszego kodu 10 helis, zostawili tylko 2, co powoduje, że nasze głupie namiętności zaczęły górować nad naszym rozumem, ale naszym Bogom-stwórcom o to właśnie chodziło, bo oni żywią się naszymi złymi uczuciami, agresją, depresją, negatywnymi myślami. Kiedy na Ziemi wybuchają awantury i wojny - nasi Bogowie zasiadają do uczty.

Ale zbliża się koniec ich panowania - bo Ziemia poddawana jest w tej chwili innym wibracjom kosmicznym, itd.

Bardzo podobne przekazy można znaleźć w starych tekstach gnostyckich.

Nie od rzeczy więc, że ruch New Age zwany jest też nieraz neo-gnozą.


Podobno neurofizjolodzy szwajcarscy odkryli enzym, którym układ nerwowy potrafi blokować jakiekolwiek zmiany w swoim obrębie. "Perfidia układu nerwowego jest tym subtelniejsza, że oprócz fizycznych tortur (ból) używa on także perswazji psychicznej. Zmusza nas do pokory i szacunku, a nawet uwielbienia, gdyż to dzięki niemu powstała ludzka inteligencja." (za Manuelą Gretkowską).

Jeśli pod wypadku samochodowym, w którym uległ uszkodzeniu np. kręgosłup i rdzeń mózgowy - podamy choremu wyżej wzmiankowany enzym - nie dochodzi do trwałego paraliżu, bowiem układ nerwowy - a może nasza "średnia świadomość" - dba tylko o siebie, jest niejako pasożytem, który zawładnął naszym istnieniem.

Podążając tropem tej fantazji - a może przekazu - trafiam na książkę Colina Wilsona Pasożyty umysłu, tego samego Colina Wilsona, którego jako autora Outsidera (Drugie wydanie: Rebis) powitano ćwierć wieku temu jako wschodzącą gwiazdę filozofii europejskiej, a który następnie "stoczył się", napisał ponad 40 książek, w których nauka, filozofia i fantazja są "karygodnie" pomieszane.


Kończę ten bardzo pobieżny przegląd wytworów "średniej świadomości" na temat zmieniającego się właśnie oblicza świata - jedynym możliwym wnioskiem - żeby nie podać się tym katastroficznym przepowiedniom, albo żeby przeżyć przemianę świata - jest oczywistym, że trzeba się zmienić samemu. Jak tego dokonać?

Zobacz także w Tarace Jacka Dobrowolskiego: Sutra Serca - perła buddyzmu mahajany , tamże jego tłumaczenie Sutry. Także zob.: Jan Nattier, Sutra Serca: Chiński tekst apokryficzny?. - Przypis Wydawcy Taraki.

Tylko poprzez bezpośrednie doświadczenie świadomości, przez zejście do "korzenia świadomości", świadomości Jasnej Podstawy (jak określają to Tybetańczycy), przez osiągnięcie świadomości Pustki. Przez osiągnięcie stanu świadomości, o którym buddyjska Sutra Serca mówi, że w nim:

Forma nie jest różna od pustki,
Pustka nie jest różna od formy...
Nie ma tu oka, ucha, nosa,
języka, ciała, umysłu,
ni barwy, dźwięku, zapachu,
smaku, dotyku, ani tego,
co umysł chwyta,
ani aktu odczuwania.
Nie ma niewiedzy ani jej kresu,
nie ma rozkładu ani śmierci,
ani nie ma ich kresu.
Nie ma cierpienia,
ani przyczyny cierpienia,
ani wygaśnięcia cierpienia,
czy szlachetniej ścieżki
wyprowadzającej z cierpienia.

1. O co chodzi z tą energią, czyli: Czy jedzenie i picie są niezbędne do życia?2. Rychnowski, odżywianie się eteroidem3. Odmienne, zmienne i niepojęte stany świadomości4. Ciąg dalszy stanów odmiennych i drogi zbawienia5. Stan mistycznego małżeństwa6. Początek praktyki, góry i doły7. Powoływanie szamana, dialog wewnętrzny i podróż przez lustra8. O radości, przyrodzie i próbach medytacji9. Przewodnik po niebach i piekłach świadomości oraz ziemskie zbawienie10. Powrót do Przyrody11. Strach, potyczki i pierwsze wygrane12. Jak przeżyć koniec świata?13. Teoria Złudzeń



x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)