Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

14 lipca 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Gdzie naprawdę byliśmy? (1)

Kategoria: Twórczość

« Cykliści jak zawsze wszystkiemu winni Gdzie naprawdę byliśmy (2) Komisja Śledcza dla Dusz »

         Na ogół doświadczenia życia po życiu kończą się w momencie spotkania świetlistej postaci i/lub swoich zmarłych krewnych oraz na odczuciu euforii i głębokiego przekonania, że nie ma czego się bać... Czasami, gdy mam już wszystkiego dość, gdy czuję duszności i ucisk za mostkiem, a noga dokucza mi bardziej niż zwykle oraz gdy mam do zapłacenia jakiś nadmiernie duży rachunek, a ktoś z bliskich spojrzał na mnie krzywo — bawię się myślą, że może już umrę i będę miała wszystko z głowy. Taka lektura jak książki Betty J.Eade „W objęciach jasności” skutecznie wybija mi z głowy pomysł wiecznego odpoczynku. Nic bardziej zwodniczego! Dopiero wtedy pobiera się nauki, że ho! Żadne wieczne odpoczywanie!

         W poprzednim odcinku przywołałam „Grę o tron” – książkę George'a R. R. Martina. Tego rodzaju literatura – powieści niby historyczne, ale naprawdę korzystające tylko ze schematów działań opisywanych przez historię stają się coraz bardziej modne. Najlepsze z nich czyta się jak prawdziwe historie, tylko opracowane dla gustu zwykłego czytelnika, a nie historyka. Średniowiecze, czasem antyk jest podstawowym wzorem fabularnego tła i jedynie dodanie do mieszanki smoków, wilkołaków czy upiorów pozwala zdemaskować ten rodzaj literacki.

         Wszystko to sprawiło, że historia stała się rezerwuarem, z którego czepie się rzeczy autentyczne (jak na przykład opis warsztatu pracy artysty sporządzającego mozaiki, jego tajniki, przygotowanie szkła, sposób dochodzenia do wspaniałych rezultatów – w powieści Kay Guy Gavriela „Pożeglować do Sarancjum”) i te odwołania obnażając w samym tytule (zbieżność dźwiękowa Sarancjum/Bizancjum) lub starannie ukrywając źródła tej inspiracji np. tzw. ogień grecki opisywany pod rozmaitymi nazwami i w rozmaitych modyfikacjach.

         Dbałość o autentyczność sytuuje jakoś tę literaturę na pewnej skali od światów całkowicie wymyślonych do światów coraz rzadziej korzystających z fikcji.

         Literatura ta ma wiele wspólnego z wyobrażeniami o „poprzednich wcieleniach” – to jest przede wszystkim atrakcyjność wybranych czasookresów i miejsc, ich podatność na zawirowania fabularne i pewnego rodzaju typowość opisywanych wydarzeń. Występuje tu też inna prawidłowość – językowa.

         Czytając autentyczne średniowieczne teksty trudno sobie wyobrazić, że ludzie tak rozmawiali ze sobą, takim językiem, używając tych słów. Wystarczy przeczytać jeden czy drugi zabytek, stwierdzić że rozumie się (bez znajomości opracowań krytycznych czy łaciny) zaledwie połowę i to piąte przez dziesiąte, żeby docenić pracę takich pisarzy jak np. Sienkiewicz, który próbował stworzyć język stylizowany na ówczesny, ale pozbawiony większości niezrozumiałych słów i zwrotów.

         Inaczej jest z niektórymi dzisiejszymi pisarzami, zwłaszcza gatunku fantasy. Nie próbują nawet stylizować języka na archaiczny, przeciwnie, nie zawracają sobie głowy dbając o to, by język oddawał dobrze wszystkie zamierzone niuanse i grepsy znane współczesnemu czytelnikowi. Nierzadko więc w powieści, której akcja rozgrywa się w głębokim Średniowieczu czytamy o jakimś zwyczaju Apaczów np. o paleniu fajki pokoju. W naszych czasach wszystko miesza się z wszystkim, co nie oznacza, że jesteśmy zwolnieni z krytycznego myślenia, gdy opisuje się nam historie rzekomo prawdziwe.

         Czytając więc taki dialog wiemy, że nie mamy do czynienia z autentykiem ani nawet ze stylizacją, tylko z współczesnym pisarstwem.

         Oczywiście są to rzeczy demaskujące autora, gdyby za bardzo wykroczył poza granice pewnego prawdopodobieństwa. Tak jak w starym filmie Forda „Krzyżacy” zdemaskował twórców widok linii elektrycznej i ciężarówki w tle bitwy pod Grunwaldem, tak język często demaskuje przedsięwzięcia, które usiłuje się przedstawić jako historyczne autentyki. Tyle, że często trzeba znawcy, żeby obnażyć mistyfikację.

         Za autentycznością obok języka przemawiają też wydarzenia i sytuacje „nie do wymyślenia”, tak dziwaczne i niespodziewane, oryginalne i niepowtarzalne, że skłaniające do wiary, że wydarzenie takie naprawdę zaszło (choć niekoniecznie wtedy i dokładnie w taki sposób, w jaki autor opisu je przedstawił). Także kryteria oceny wydarzeń pod kątem, czy odbiegają, czy nie od stylu współczesnego wydarzeniom myślenia. I wiele innych, drobniejszych zwiastunów.

         Bogata w te literackie odniesienia staram się wykorzystywać znajomość ich w odbiorze rozmaitej maści opowieści o „życiu po życiu” czy o przeszłych wcieleniach. Zadziwiająco często zdarza się, że owe „autentyczne doznania” są po prostu projekcją czyjegoś umysłu. Gdy umysł ten jest niedouczony lub niezbyt bystry, albo jego wiedza jest błędna, jego wytwory zaczynają bardziej przypominać źle skonstruowaną powieść, niż autentyczne, możliwe wydarzenie.

         Powiedzmy jeśli ktoś spotyka Chrystusa, który prowadzi nas do maszyny przypominającej komputer i tam pokazuje nasze życie, albo dusze w niebie tkają na krosnach ręcznie jakieś ubrania przeznaczone dla świeżo zmarłych (zakładając, że w niebie nikt nie chodzi goły, co wcale nie jest pewne, tylko ubrany jest w szaty znane z obrazów w kościołach – zresztą tkanina ta dziwnie przypomina w opisie tworzywo sztuczne). „Do ogrodu weszła grupka duchowych istot. Wiele z nich ubranych było w miękkie szaty o pastelowych kolorach, oznaczające prawdopodobnie miejsce pochodzenia” Betty J. Eade, autorka książki „W objęciach jasności” nie zastanawia się, do czego potrzebna by była znajomość miejsc pochodzenia w niebie. Czyżby to jakiś rodzaj paszportu? Potem odbywa się sąd nad zmarłym, Im dalej, tym więcej kwiatków. Choć w trudnych momentach autorka zasłania się niepamięcią, ma wiele potknięć: np. tłumacząc potrzebę i wygląd takich postaci jak „anioły walczące” o posturze „potężnie zbudowanych mężczyzn i zarazem wspaniałych dusz”. W dodatku ubrani są w zbroje (!). Jakby ich siła moralna i posłannictwo z Najwyższego Upoważnienia nie wystarczyło! Kobitka jednak nie zna się na zbrojach, więc odpuszcza sobie ich opis – kiedy indziej dokładny aż do przesady.

         Religijna Betty próbuje nas przekonać, że istnienie poprzednich wcieleń jest złudzeniem. Powtarza ona pewne twierdzenie eksploatowane swego czasu przez pisarzy SF – do momentu kiedy wytknięto im umykającą ich postrzeganiu pewną niekonsekwencję.

         Betty J. Eade pisze: „ Dowiedziałam się, że wszystkie myśli i doświadczenia życiowe zapisywane są w podświadomości, a także w każdej komórce, razem z kodem genetycznym. Dowiedziałam się też, że wspomnienia zapisane w naszych komórkach są przekazywane za pomocą kodu genetycznego naszym dzieciom. Owa pamięć, gromadzona od pokoleń ujawnia się w cechach rodzinnych, takich jak na przykład skłonność do nałogów, kompleksy, odporność psychiczna itp. Dowiedziałam się, że nie mamy powtarzających się wcieleń na ziemi; kiedy zdaje się nam, że pamiętamy coś z poprzedniego życia, w istocie przemawiają do nas wspomnienia zawarte w komórkach”.

         No tak, byłoby to dobrze pomyślane, gdyby nie to, że wszystkie wspomnienia doznane po czasie prokreacji nie mają jak przedostać się do przyszłych pokoleń. Na przykład ja w wieku 24 lat urodziłam swoje dzieci i na tym koniec. Chyba nie zdążyłabym już przekazać im większości swoich cech, rozwiniętych później, a tym bardziej nałogów. Miałam wówczas jeden nałóg – palenia papierosów i żaden z moich synów go nie odziedziczył ani przez przykład, ani przez „pamięć genetyczną”. Tak czy inaczej wszystkie doznania kobiet po pięćdziesiątce i starych mężczyzn przepadałyby bezpowrotnie. Postępowaniem ludzi w rodach kierowałaby młodzieńcza niefrasobliwość, brak opanowania i nadmierny idealizm, a wcale tak nie jest. Wystarczy poczytać biografie rodzin, w których powtarza się ten sam zawód, mistrzostwo w którym osiąga się po wielu latach pracy.

         Potem już religijność autorki bierze górę i snuje całkiem nieprawdopodobne opowieści w rodzaju „Serca” Amicisa – obowiązkowej lektury dzieci międzywojnia, aż ociekającej od przesłodzonej dydaktyki — np. o duszy, która pojawia się na ziemi w postaci pijaka leżącego na ulicy po to, by skłonić inną, bratnią duszę żyjącą na Ziemi w postaci adwokata do większej empatii. Dusze te nigdy nie poznają swoich ziemskich ról, mimo to obaj spełniają swoją ziemską misję.

         Twierdzenia tego rodzaju są odpowiedzią na dwa odwieczne pytania: Dlaczego Ten Który Jest O Ile Jest dozwala na straszliwe zło dziejące się na Ziemi i po co żyje jakiś biedaczek w chorobie i udręczeniu, nikomu nie przynosząc pożytku. No więc wiemy, że jest pożytek, bo jest zadanie do wykonania, nie martwcie się ludziska, każdy jest do czegoś potrzebny, nawet jako żywy strach na ludzkie wróble.

         Potem już jest bardziej strasznie niż śmiesznie. Bohaterka pojawia się przed Radą Starszych, urzędujących w idealnie pięknym budynku (!). Jest to grupa dwunastu mężczyzn zasiadających przy stole w kształcie nerki (!). Podprowadzają ją od strony wciętej stołu (Po co? Czy to ważne jaki kształt ma stół na Sądzie Przedostatecznym?) Autorka zauważa, że nie ma wśród nich żadnej kobiety i choć przedtem miała prawie feministyczne poglądy, zrozumiała teraz, że role kobiet i mężczyzn są odmienne, że szatan zawsze wkracza między kobietę, a mężczyznę, używając potęgi seksu i wskutek tego mężczyzna idzie za kobietą, także, a zwłaszcza w złym. Nie protestuje więc. Czy jednoznacznie z tego wynika, że kobieta nie nadaje się do sądzenia? Czy w ogóle cokolwiek z tego wynika? Niemniej Betty od razu zrozumiała, jak niestosowny byłby pomysł, żeby kobiety zasiadały w Radzie Starszych. Wszak Bóg im ufa i bez tego, nie potrzebują więc jakichś specjalnych dowodów, jak na przykład kompetencji do sądzenia.

         Rada starszych pochylając się jeden ku drugiemu naradziła się (choć ja spodziewałabym się raczej, że nie muszą szeptać, żeby wiedzieć co myślą, są w końcu istotami duchowymi) i pokazała Betty ciąg hologramów z jej życia. Potem już widać wyraźną utratę rozsądku: Betty  najpierw twierdzi, że uświadomiła sobie, iż w jej życiu nie było pomyłek, bo każde doświadczenie przyczyniało się do jej rozwoju, potem zaś, zaledwie pół strony dalej, że przyglądając się swojemu życiu często popełniała te same błędy. Błądziła więc czy nie? Była jednak kierowana przez Aniołów Stróżów na właściwą drogę. Okazało się, że wiele rzeczy, o których myślała, że osiągnęła je sama, zawdzięczała Bożej pomocy. No więc miała wolną wolę czy nie?

         Cała reszta to już czysta fabuła.

         I nie miałabym nic przeciwko czytaniu takich koszałków-opałków gdyby nie pewna moralna dwuznaczność autorki. Otóż Betty wychodzi ze swojego ciała podczas zabiegu wycięcia macicy, a zdecydowała się na to, bowiem w 31 roku życia miała już siedmioro dzieci i nie chciała mieć ich więcej. Czy Bóg może pochwalać takie stosowane przez nią uniki? Czym lepszym jest wycięcie macicy od aborcji? Eliminuje nie jedno, a wszystkie przyszłe dzieci. Czy Bóg wytknął jej ten grzech? Czy Rada Starszych dlatego musiała być męska, żeby nie zostać skażona babskim spojrzeniem na kobiece powinności życiowe? Co wymusiła na Betty ta Rada? Dlaczego Betty nabrała wody w usta w tej najważniejszej sprawie? Widać amerykański Bóg może pochwalać jej postępowanie, bowiem nie protestuje, a Betty bardzo pragnie, pomimo operacji, mieć następne dziecko i udaje jej się po licznych życiowych zawirowaniach adoptować nieszczęśliwe maleństwo. Tylko z jakiego powodu cierpi na depresję, skoro poczuła wszechogarniającą miłość Boga, Chrystusa, Aniołów i towarzyszących jej stale trójki kobiecych dusz? Co przed nami ukrywa, czemu kłamie?

         I tu dochodzimy do sprawy bardziej poważnej, którą książki w rodzaju opowieści Betty tylko zaciemniają. Wielu ludzi, między innymi ja, po krańcowych doznaniach przeżycia w sytuacji, gdy takie przeżycie wydawałoby się całkiem nieprawdopodobne, zadaje sobie egzystencjalne pytanie: dlaczego przeżyłam, jaki był cel tego zupełnie nieprawdopodobnego wydarzenia?

Poszukiwanie owego celu jest źródłem nieustannego stresu i poszukiwań. To nie jest już zabawna opowieść z gatunku, gdy pijak na rynku Starego Miasta spotyka pewnego pisarza i zadaje mu ważkie pytanie:

         — Czczczy mmmoże mi pppan powiedzieć jaki jest sssensss życia llludzkiego?

         A pisarz mu odpowiada:

         — Nie mogę, najwyżej mogę postawić panu wódkę.

Na to pijak:

         — wwwódka to nie wwwszystko...

I tak opowiadał tę anegdotę pewien pisarz studentom pierwszego roku polonistyki jako ilustrację tego, czym jest banał.

         Prawdziwa zmora tych, którzy przeżyli, budzi niesmak, gdy czyta się takie książki jak „W objęciach jasności”. Żeby to wszystko było takie proste! Komu mamy wierzyć!

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Cykliści jak zawsze wszystkiemu winni Gdzie naprawdę byliśmy (2) Komisja Śledcza dla Dusz »

komentarze

[foto]

1. Komu wierzyć • autor: Przemysław Kapałka2013-07-17 18:45:27

Przede wszystkim sobie.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)