Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

17 maja 2009

Krzysztof Wirpsza

Głowa na światłowodach
O zachodnich technikach odblokowywania i tonowania wypartych emocji

Kategoria: Techniki rozwoju

tekst ukazał się w miesięczniku Nieznany Świat, w numerze z maja 2009


Medytacja , kontemplacja, czy nawet głębsza modlitwa zazwyczaj przedstawiają się nam jako coś egzotycznego i raczej trudnego. Trochę jak monotonna biurowa praca, zamiast której można przecież robić tyle ciekawszych rzeczy. Medytując trzeba zazwyczaj cierpliwie powtarzać określoną frazę, liczyć oddechy czy wzbudzać w sobie jakiś stan emocjonalny, zgodnie z procedurą. Takie praktyki wiążą się z zapanowaniem nad własnym indywidualnym tokiem myśli, w nadziei wyciszenia go i, ostatecznie, przekroczenia. Nie ulega kwestii, że cel tych praktyk, poprawa jakości życia praktykującego, bywa ostatecznie osiągany. Jednak faktem jest też, że droga do takiego osiągnięcia wydaje się żmudna i wymagająca wyrzeczeń. Czy nie ma poręczniejszego sposobu ?

Psychoterapia? Przecież jestem zdrowy!

Psychoterapia jest czymś bardziej osobistym, przez to na pewno mniej monotonnym. Gdy idziemy do psychoterapeuty lub na grupę psychoterapeutyczną, opowiadamy o sobie, a to z pewnością bywa ciekawsze niż liczenie oddechów. Jest jednak problem innego rodzaju. Kto jest gotów zaufać terapeucie? Po co miałby to robić? Oczywiście, z reguły robimy to dlatego, że coś z nami źle, i chcemy się wyleczyć. Zakładamy wtedy jednak, że przyczyna naszego niedomagania leży na zewnątrz nas, a to, często, jest tylko część prawdy. Istotny szczegół, że to tylko my sami możemy postanowić być zdrowi lub chorzy, często umyka wtedy naszej uwadze. Za wyleczenie już nie odpowiadamy my - odpowiada lekarz.

O ile Wschód zawsze zachęcał do cichej, upartej introspekcji, o tyle Zachód, woli nam sugerować, że potrzebujemy pogadać. Wschód apeluje do psychicznej potęgi w człowieku, Zachód chce się porozumiewać i dzielić rozwiazaniami . Czy jest tak, że oba te podejścia nie działają i w związku z tym potrzebujemy czegoś trzeciego? Czy może po prostu szukamy czegoś, co ukryte tkwi i w jednym i w drugim podejściu, tylko trochę głębiej niż głosi to powszechnie dostępny stereotyp?

 Mimo iż zawsze czułem, że i w medytacji i w psychoterapii może kryć się coś naprawdę przydatnego, to jednak wszelkie próby dotknięcia tego, kończyły się u mnie, przynajmniej na pierwszy rzut oka, klęską. W czym tkwi haczyk? Prawda kojarzyła mi się zawsze z potęgą niezależnej ludzkiej myśli. Jednak tradycyjne techniki medytacji, nawet te łagodne, np. wizualizacja czy rebirthing, zdawały się traktować ludzką myśl jak zakłócenie, które trzeba poskromić. Nie mogłem się na to zgodzić. Napięcie towarzyszące poskramianiu myśli było tak duże, że blokowało cały mój entuzjazm, a w konsekwencji - postępy w praktyce. A czy nie można by tak - myślałem - zachować całej głębi wglądu w siebie, jaką często obserwowałem u medytujących, bez odbierania człowiekowi przy tym jego osobistej kreatywności ?

Z kolei intuicyjny sprzeciw rodził się na myśl, że mam komuś, lub czemuś z zewnątrz powierzyć autorytet kierowania moim własnym życiem. Widziałem jednak, że terapia pomaga ludziom, podobnie jak pomaga im udział w warsztatach, treningach i zgrupowaniach. Moja zasadnicza wątpliwość przypominała tu tą, jaką od lat miałem z przyjmowaniem antybiotyków, i w ogóle farmakologią. Co stanie się, gdy tymczasowy zastrzyk energii z zewnątrz wyczerpie się, jeśli nie potrafimy tej energii wytworzyć samodzielnie?

Odpowiedź na moje pytania przyniosło życie. Z braku zadowalających rozwiązań i z ich naglącej potrzeby, musiałem poważnie się zastanowić, i wyraźnie zdefiniować, czego, tak naprawdę, szukam. Oto do czego doszedłem:

Poszukuję motywacji do zagłębienia się w siebie i doświadczenia tego, że ostatecznie to ja sam, nikt inny, stwarzam własne problemy. Chcę umieć to robić we własnym tempie, w dowolnej pozycji ciała i dowolnych warunkach. Nie chę przy tym musieć ujarzmiać, ani ograniczać własnego umysłu w żadnej formie. Chcę doświadczyć, że mój umysł może być w każdej chwili moim godnym zaufania przewodnikiem.

Jeżeli ktoś z Czytelników odnalazł się w powyższej formule, być może też odnajdzie się w jednej z trzech technik, które się do tej reguły stosują. Te techniki to Diady Komunikacyjne, Metoda Sedony i Duchowa Autoliza. Wszystkie trzy opracowano na Zachodzie, choć głęboka inspiracja myślą i mądrością Wschodu jest ich istotą. Techniki te, moim zdaniem, stanowią ciekawe (nie oczywiście wcale nie znaczy to "jedyne") widzenie tego, czym jest wewnętrzny rozwój. Rozumieją go jako fascynującą odyseję wewnętrzną każdego człowieka, w której człowiek odkrywa swój wewnętrzny, dotąd stłumiony świat. Świat wewnętrznych odczuć, w miarę mentalnego "masażu" i "nagniatania" jakim go poddajemy, powoli rozwija się w fascynujące, nowe pola, które następnie ustępują miejsca kolejnym, a za nimi jeszcze innym, ukrytym coraz głębiej w nas. Szybkość i kierunek uwalniania pól emocji emocji oparta jest tu przede wszystkim na naszym indywidualnym rozeznaniu i wolnym wyborze.

Diady Komunikacyjne (Communication Dyads)

Diady komunikacyjne [->Diady komunikacyjne; Diady komunikacyjne - podróż do wnętrza] to inaczej medytacja w asyście partnera. Wykorzystują one zadziwienie i ekscytację, jakie wzbudza fakt, że komunikujemy swoje procesy psychiczne drugiemu człowiekowi. Diada jest bardzo precyzyjnie skonstruowana tak, aby w miarę możliwości wyeliminować rozproszenie jakie stąd wynika, maksymalizując przy tym wgląd. Zachodzi tu osobliwy mechanizm: okazuje się, że w miarę odczuwania frajdy porozumienia, w kontrolowanych warunkach diady, skupienie i koncentracja zamiast maleć - rosną. Dzięki tak rozumianemu zaprzęgnięciu zaciekawienia w służbę medytacji, przestaje to być "rozmowa", zaczyna być namaszczone, nieraz pełne ciszy i głębokiej autorefleksji schodzenie wgłąb siebie, w którym warstwa po warstwie,odkrywane i uwalniane są złogi fałszywej tożsamości ego. W jakim celu? Po to, aby nasze indywidualne, głębokie "Ja" mogło zajaśnieć pełniej..

W diadzie dwoje ludzi siedzi naprzeciw siebie, na poduszkach lub krzesłach. Na dany sygnał jedno zaczyna mówić na ustalony wcześniej temat, drugie słucha, bez przerywania, dawania znaków, czy nawet - w miarę możności - osądzania w myślach tego co słyszy. Po pięciu minutach słychać sygnał z taśmy i druga osoba wypowiada słowo: "Dziękuję". Teraz to ona z kolei przez pięć minut mówi na ustalony temat, podczas gdy pierwsza osoba słucha. Po pięciu minutach słychać sygnał i teraz pierwsza osoba wypowiada słowo "Dziękuję". Obie osoby zamieniają się w ten sposób rolami cztery razy, tzn. w sumie trwa to czterdzieści minut. Okres ten nazywamy diadą.

Mówienie w diadzie zawsze odbywa się na wcześniej uzgodniony temat. Na początku każdej pięciominutowej rundy słuchający uczestnik podaje mówiącemu z góry ustaloną instrukcję. Przykładem takiej instrukcji może być: "Opowiedz mi o problemie jaki obecnie masz." albo np. "Powiedz mi, jakie masz w życiu cele." Do wyboru jest ponad 100 takich instrukcji, można też tworzyć własne. Lista najczęściej używanych instrukcji, wraz ze szczegółowym opisem techniki znajduje się tutaj: http://www.taraka.pl/index.php?id=poledodiad.htm.

Diady powstały w 1965, jako rezultat pracy małżeństwa terapeutów Avy i Charlesa Bernerów, z Kaliforni. Ava miała pomysł na tego rodzaju pracę, jako rozwiązanie dla problemu, który wynikł przy okazji pracy z ludźmi. Chodziło o to, że do centrum terapii przychodziły osoby, które chciały brać udział w sesjach, ale nie były w stanie zapłacić stawki za indywidualne spotkanie. Pomysł polegał na tym, żeby zorganizować grupę, na którą każdy mógł za symboliczną opłatą przyjść, wybrać sobie partnera i w bezpiecznej, usystematyzowanej formie mówić szczerze do kogoś, kto go słuchał. Ludzie lubili diady, ponieważ dzięki nim mieli możliwość dowolnie wyrażać siebie w odniesieniu do ważnych dla nich spraw, bez przerywania czy osądu, i to wobec kogoś, komu mogli swoje zdanie powierzyć. Bernerowie tworzyli bezpieczną i niedrogą przestrzeń, gdzie można było mówić i przyjmować prawdę. Technika diady komunikacyjnej stała się popularna, i z czasem uczyniła podwalinę pod Trening Iluminacji (Enlightenment Intensive) [->Enlightenment Intensive] - rozpowszechnioną na świecie formułę pracy duchowej, nawiązującą do zen.

Jak widać, diady są terapią bez terapeuty. Zagłębiając się zmagazynowaną w umyśle traumę z przeszłości, przeglądając jeden po drugim nasze obawy, irytacje, nasze silnie bronione zapatrywania na świat, powodujemy, że tracą one swój negatywny ładunek. Przez łagodne przyjęcie ich, bez osądu i chęci zmiany, pozwalamy na wykrwawienie się całej grozy i w procesie komunikowania ich partnerowi, odkrywamy, że stajemy się od nich wolni. Czysty kontakt, pozbawiony osądu i oceny, jest tu bardzo ważny. O problemach opowiadamy jednak nie po to, aby utwierdzić się w swojej racji, przekonać kogoś, popisać się lub "zakrzyczeć ciszę". Takie wygadanie się przed rozumiejącym partnerem ma cudowny efekt: umysł staje się spokojny i przejrzysty - dopiero wtedy, możemy naprawdę wejrzeć w siebie, dostrzegając często znajdujące się tam naturalne rozwiązania.

Metoda Sedony (The Sedona Method)

Metoda Sedony [->Metoda Sedony] działa na zupełnie nietypowej zasadzie. Pozwalamy tu na nagłe zniknięcie ładunku emocjonalnego dowolnego stanu wewnętrznego, który właśnie w sobie zauważyliśmy. Jak to się robi? Najpierw, jak w klasycznej medytacji, dostrzegamy ów stan. Oho, jestem smutny. Zaraz potem zadajemy sobie pytanie: "Czy mogę pozwolić, żeby ustąpiło psychiczne napięcie z tym związane?" (ang. Could I let it go?). Fakt, że to my sami i na własne życzenie zasilamy nasze stany, uchodzi zwykle naszej uwagi. Gdy to odkryjemy, możemy pozbawić je ładunku - uleci on jak powietrze z przekłutej dętki. Tsssssss... - i spokój. W klasycznej medytacji wglądu (samoobserwacji) niby też chcemy doświadczyć spokoju, ale tymczasem lwia część energii idzie na wysiłek aby ten spokój wzbudzić. Wysilamy się, wysilamy i wysilamy, po co? - po to, aby mieć spokój. Paradoks, prawda?

W Metodzie Sedony, jakikolwiek znaczny wysiłek jest niemożliwy. Przy zauważeniu w sobie psychicznego napięcia dowolnego rodzaju, pytamy natychmiast: "Czy mogę pozwolić, żeby to ustąpiło?" I napięcie, o dziwo, puszcza. Przez samo zwrócenie uwagi na ewentualny związek jaki my (obserwator) możemy mieć z obserwowaną emocją - napięcie znika. Potem pojawi się oczywiście następny ładunek napięcia, za nim następny - ale za każdym razem gdy zgadzamy się na jego ustąpienie, napięcie mija. Ideałem jest jak najczęstsze wyrażanie tego typu zgody na ustąpienie - można to zrobić w każdej chwili i z dowolną myślą lub emocją. Właściwie opanowana metoda, pozwala "puszczać" napięcie emocjonalne w dowolnych okolicznościach życiowych, nawet bez konieczności przerywania tego, co się akurat robi. W ten sposób, medytacja Metodą Sedony usuwa podstawowy problem tradycyjnych podejść, kwestię przezwyciężania oporu. Już od początku stajemy się tu bliżsi szczytnej idei wszelkiej medytacji - uświadomienia sobie, że tak naprawdę, jesteśmy wszyscy od samego początku doskonałym spokojem ducha, spokojem w którym nie ma nic do przezwyciężania.

Metoda Sedony może, jak Diady Komunikacyjne, być wykonywana w parach, choć zasadniczo przeznaczona jest do samodzielnej praktyki. Oprócz opisanej tu prostej zasady działania, zawiera mnóstwo pomniejszych narzędzi i "wihajstrów", służących wysubtelnieniu uwagi i zwiększeniu skuteczności pozwolenia na ustąpienie. Pracujemy, często z użyciem notesu, na stale się zmieniających stanach emocjonalnych jakie nas wypełniają. Praca może przebiegać nawet w krótkich interwałach czasowych, np. w przerwie na lunch, przy goleniu lub w drodze do pracy.

Metoda jest przyozdobiona i podana typowo po amerykańsku, tzn. komercyjnie. Przebywając na stronie www.sedeona.com nie należy dać się temu zwieść, ponieważ jest bardzo skuteczna sama w sobie, a jej nauczenie się nie pociąga za sobą żadnej "tajemnej wiedzy" ani specjalnych finansowych nakładów. Wystarczy zapoznać się z książką (po angielsku) lub nawet przeczytać niniejszy artykuł - i już można praktykować. Niestety kursy Metody Sedony w Polsce nie są na razie dostępne.

Metoda Sedony powstała jako wynik procesu pojedynczego człowieka, Lestera Levensona, z USA. Lester, biznesmen u szczytu sukcesu, w wieku 42 lat (był rok 1952) doprowadził się stresem do stanu ciężkiej choroby prawie wszystkich narządów. Umierał. Wówczas zamknął się w pokoju hotelowym i pracował przez trzy miesiące, prawie non-stop za pomocą samodzielnie opracowanych technik. "...pod koniec tego okresu, jego ciało stało się ponownie całkowicie zdrowe. Ponadto, wszedł w stan głębokiego spokoju, który nigdy go nie opuścił, aż do dnia śmierci, w dniu 18 stycznia, 1994" (cytat za "The Sedona Method" Hale'a Dwoskina). Lester od 1973 roku zaczął formalizować swoje eksperymenty w system samorozwoju typu zrób-to-sam, który nazwał Metodą Sedony, od miasta Sedona w Arizonie. Współczesnym spadkobiercą Levensona i głównym propagatorem Metody jest jego student i przyjaciel - Hale Dwoskin, szef organizacji pod nazwą Sedona Training Associates, w Sedonie. Dwoskin jest autorem podręcznika Metody, pod tytułem "The Sedona Method - Your Key to Lasting Happiness, Success, Peace and Emotional Well-being" (Metoda Sedony - twój klucz do trwałego szczęścia, sukcesu, spokoju ducha i emocjonalnego spełnienia).

Duchowa Autoliza (Spiritual Autolysis)

Duchowa Autoliza została w wprowadzona przez kontrowersyjnego i oryginalnego autora, Jeda McKennę (patrz mój artykuł "Jed McKenna i otrzeźwiające spojrzenie na ziemską przygodę"). Samo istnienie McKenny, który występuje również jako główny bohater swoich książek, bywa kwestionowane, ponieważ oprócz trzech dostępnych na rynku pozycji jego autorstwa, ani zdjęcie, ani jakiekolwiek dane na jego temat, nie zostały upublicznione. Proponowana jednak przez niego metoda broni się sama i ma wiele do zaoferowania współczesnym entuzjastom wewnętrznego rozwoju. Osobiście korzystam z niej ostatnio bardzo często.

Metoda, jak wszystkie inne wymienione w niniejszym artykule, polega na jak najbardziej precyzyjnym nazywaniu po imieniu tego, co w nas siedzi. Tym razem dzieje się to za pomocą - pamiętnika. "Napisz coś, co jest prawdą i próbuj, aż ci się uda."- radzi McKenna, podając główne zalecenie swojej metody. Sięgamy zatem po długopis i zeszyt, lub siadamy przy laptopie. Piszemy pierwsze zdanie - cokolwiek wydaje nam się prawdziwe. To może być jakaś myśl, przekonanie, wspomnienie, zapis uczuć, hipoteza lub początek przyszłego dzieła literackiego. Następnie zdanie kolejne. Za nim następne. Za każdym razem staramy się wyrazić jeszcze lepiej siebie samych, osobistą, indywidualną prawdę naszego "Ja". Dramatyzm i emocje na jakie napotkamy przy długotrwałym wykonywaniu tej techniki są najlepszą oznaką, że jesteśmy na właściwym tropie. W rozumieniu McKenny, który nie stroni od często szokujących "batalistycznych" metafor, powinno to przypominać pole bitwy. Walczymy "na śmierć i życie" o pełniejsze wyrażenie samych siebie, naszej osobistej prawdy, którą na co dzień, dla wygody, zamknęliśmy do szafy. Kim jestem i czego w życiu chcę? Czego unikam? Jak mógłbym pełniej siebie wyrazić? A wreszcie pytanie-armata jakim podsumowuje McKenna całą swoją trylogię - "Co to jest, co mnie powstrzymuje przed palnięciem sobie w łeb, TERAZ?"

Zapisujemy skutkami tej walki zeszyt za zeszytem, plik za plikiem. Czasami tracimy nadzieję, potem nadzieja wraca. Czasem nasze procesy psychiczne w trakcie wykonywania techniki nabierają takiego przekonującego realizmu, że czujemy się dziwnie. Kto mógłby przypuszczać, że, żyjąc sobie jak gdyby nigdy nic, nosiliśmy w sobie jednocześnie tak potężną emocjonalną intensywność? Formy jednak, jakie przybiera ta intensywność są jedynie projekcjami umysłu i ostatecznie - nie mają znaczenia. Na pewno nie należy tych kształtów analizować ani próbować pytać ich, jak żyć. Pozostawione samym sobie rozpuszczą się w pustce, z której przybyły. To my nadawaliśmy im ich kształt, jakkolwiek "demoniczny" by się on nie wydawał. I zawsze jest to, co McKenna nazywa Dalej! - tzn. nie zastanawiamy się, przemy naprzód. Dalej! Było ponoć słowem wypisanym na masce autobusu Merry Pranksters (ang. Weseli Kawalarze), grupy która z Kenem Kesey przemierzała Amerykę za czasów hippisów. McKenna, z właściwą sobie obrazoburczą iskierką, podnosi to słowo do rangi najwyższego duchowego klucza. Ważny jest tu czysty proces rozpuszczania, gdziekolwiek i jakkolwiek by się on nie odbywał. Potrzeba w nim wyłącznie naszej ciągłej gotowości do podlegania mu, cała reszta, wszelkie co, jak i dlaczego - to maya, iluzja.

W Duchowej Autolizie chodzi o to, aby pozwolić sobie - być sobą. Aby wyrzucić na papier (ekran komputera) tego bardziej autentycznego siebie, jakim na co dzień być nie mamy odwagi, lub czasu. Zrozumiałe jest, że postępując tak, nigdy nie będziemy w pełni zadowoleni. Nigdy nie powiemy "O, to ja. Odkryłem siebie w pełni, mogę teraz zakończyć proces." W systematycznej Duchowej Autolizie, nasze niezadowolenie będzie rosnąć, ponieważ żadna z opisanych prawd nie będzie tą ostateczną, a jedynie prawdą częściową, czyli także - częściowym kłamstwem. Oczywiście, wyrażenie słowami 100% prawdy jest ideałem, którego osiągnięcie trudno sobie wyobrazić. Do czasu gdy to się uda, pozostaje nam proces Duchowej Autolizy, który jest rozkładaniem na czynniki kontraktów jakie z sobą samym zawarliśmy i weryfikowaniem znajdujących się tam nieścisłości i przekłamań. Nawiasem mówiąc, bardzo przypomina to hobby Sokratesa!

 Jest to niewątpliwie zajęcie tylko dla kogoś, gotowego przeznaczyć czas na staranne przebieranie zawartości własnej głowy. Jeżeli wierzyć McKennie, mamy tu do czynienia z procesem tak starym jak literatura, i to w ten sposób właśnie powstały, według niego, niektóre z wybitnych światowych arcydzieł. Dla bliższego zapoznania się z koncepcją Duchowej Autolizy, polecam lekturę pierwszej z książek Jeda McKenny, noszącej tytuł "Spiritual Enlightenment - the Damnedest Thing" (co w przybliżeniu można przetłumaczyć jako: "Duchowe oświecenie - najpaskudniejsza rzecz").

 

Podejścia Diad Komunikacyjnych, Metody Sedony oraz Duchowej Autolizy są w istocie technikami bardzo prostymi, których spajającym założeniem jest szczere komunikowanie siebie - sobie, bez osądu i oceny. Czytelnik zauważył prawdopodobnie, że, mimo amerykańskiej proweniencji, nie są to bynajmniej podejścia typu "pozytywne myślenie" lub "biznes-guru". "Pozytywność" czy "afirmowanie" nie są tu istotne, ponieważ w technikach tych chcemy przyjąć wszystko, co się pojawia, niezależnie od pozornej "pozytywności", "negatywności", czy "neutralności".

Warto zwrócić uwagę na fakt, że podejścia te sięgają głębiej niż słynna amerykańska "duchowość sukcesu". Oczekują rzeczy trudnej i mało popularnej, a mianowicie przyznania w umyśle treści, które przyznajemy niechętnie, często tajonych pragnień i zranień jakie w nas tkwią. Te "ukryte aspekty" naszego charakteru są przetwarzane w czystą psychiczną energię w miarę jak, jedno po drugim, wypływają na powierzchnię dzięki praktyce. Z energią - możemy już dalej robić to, co chcemy, ponieważ odarta ze swej dramatycznej formy, przestaje ona nami rządzić. To my zaczynamy kierować nią. O ile wyzwolona w ten sposób moc może być użyta konstruktywnie, do wprowadzenia zmian na lepsze, o tyle ważne jest tu poprzedzające zmianę "zejście w ciemność". Klucz do wyzwolenia mocy stanowi uznanie zablokowanej w głębi nas traumy, która jest niechęcią przyznania się do naszych prawdziwych fantazji i pretensji. Bez "zejścia do piekieł" - choć to raczej literacki zwrot - wszelkie zmiany są tylko tymczasowe, bo pod zewnętrzną otoczką nieusunięty pozostaje korzeń chwastu.

Otoczka i korzenie

Praca z "korzeniem", raczej niż z "otoczką" ma przynajmniej jedną wyraźnie widoczną na pierwszy rzut oka zaletę. Czy Wschód czy Zachód, rzadko kiedy bywa źródłem nadużyć. Rzadko kiedy powstają tu amoralni krezusi, gromadzący na ludzkiej łatwowierności fortuny. Startują w tej grze ludzie z definicji silnie umotywowani do wewnętrznej pracy. W dawniejszych czasach stąd rekrutowali się mistycy, często ci bez specjalnej publiki, za to w sandałach i z kosturem. Współcześnie jest tak, że mogą to robić również zwykli, pracujący ludzie, niekoniecznie związani z jakąś linia przekazu, sektą, bądź wiarą. Wyzwanie jest zawsze to samo. Polega na systematycznym "rachunku sumienia", czyli wewnętrznym "oglądaniu" i "czuciu" własnych emocji i myśli.

 

Krzysztof Wirpsza

 


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)