Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

24 maja 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Graciarnie Europy (5) Buty

Kategoria: Twórczość

« Biznesmeni od akwarium Lilith rzucająca cień »

           Moja koleżanka, wdowa po Holendrze, mieszkająca w Polsce prosiła mnie kiedyś o przywiezienie jej z Holandii porcelanowych butów, które miały jej przypominać zmarłego męża. Trzymał on w takim bucie długopisy i ołówki, ale stłukł się on podczas jej przeprowadzki po jego śmierci do mniejszego mieszkania. Po raz pierwszy usłyszałam wtedy, że jest to bardzo popularna tamtejsza ozdoba typu „durnostojka”. Szukając dla niej tego przedmiotu po sklepach z używanymi przedmiotami i rozmaitymi pamiątkami zauważyłam, że istotnie motyw ten powtarza się bardzo często, w ozdobnych wersjach metalowych i porcelanowych, użytkowych i ozdobnych wersjach drewnianych. Będąc już w Holandii stwierdziłam, że wiele osób chodzi w takich drewniakach, a nawet jeździ w nich samochodem. Ja przymierzyłam taką parę ale nie byłam w stanie zrobić w niej więcej niż dziesięć kroków. Mam w ogóle wrażliwe stopy i łatwo robią mi się bąble, chodzenie więc w czymś takim uważam za skrajną torturę – pamiętając także, że w drewniakach chodzili więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych.

         Kupiłam mojej koleżance te buciki, a nawet 3 ich wersje – na fotografii poniżej:

buty

Potem już zwracałam uwagę na takie i inne buty służące jako ozdoba, a nawet przeżywające swoje kolejne zastosowanie: jako doniczkę na krzak porzeczek.

buty

Dodam do tego jeszcze drewnianą wersję ozdobną i będziecie mieli przykłady zastosowań:

buty

        Zastanawiając się nad znaczeniem i symboliką butów traktowanych jako ozdoba, musiałam wziąć pod uwagę, że to, co dla mnie było skrajnie niewygodne, dla Holendrów stanowi zwyczajność, przynajmniej na wsi. Przy tej okazji pomyślałam o wielkich drewnianych koturnach noszonych w dawnych latach przez Wenecjanki — co było uzasadnione lokalnymi podtopieniami, które zniszczyłyby podczas jednego przejścia delikatne pantofelki dam.

         Mnie doświadczenie życiowe swego czasu pokazało, że posiadanie wygodnych butów może stać się palącą potrzebą, warunkiem koniecznym (choć niewystarczającym) obecności  w środku wielkich historycznych wydarzeń. A było to tak:

         14 grudnia 1970 roku zamknęłam na klucz śpiące moje małe dzieci w naszym służbowym mieszkaniu w Gdańsku-Oruni i „wyskoczyliśmy” z mężem na pół godzinki do miasta kupić buty. Chodziłam wtedy w wygodnych półbucikach z zielonej tkaniny, które stawały się za zimne na tę porę roku, a w wypadku opadów śniegu bezużyteczne, a poza tym strzępiły się i miały zdarte spody do jednej warstwy. Tramwajem z Oruni jechało się do śródmieścia na Długi Targ dziesięć minut, powrót zajmował tyleż, dziesięć minut zakupy, dwadzieścia na oba dojścia. Powinniśmy lekko zmieścić się w godzinę.

         Niestety, tylko pierwsza część wyprawy była zgodna z planem. Kiedy oboje kupiliśmy już sobie buty i wyrzuciliśmy stare do kosza w sklepie (tak się kiedyś nosiło buty — do całkowitego zniszczenia i wyrzucenia) i wyszliśmy ze sklepu okazało się, że na naszej trasie do przystanku tramwajowego rozprzestrzenia się jakiś pożar i przejście jest zamknięte. Biegnący ludzie powiedzieli nam, że trwają jakieś rozruchy (tak je wtedy nazywano) i że ludzie spalili Komitet Wojewódzki PZPR, wszędzie pełno milicji i że strzelają do ludzi jak do kaczek. Wskazano nam także drogę wyjścia bocznymi uliczkami i bramami i w ten sposób po szaleńczym biegu znaleźliśmy się poza śródmieściem, nad rzeczką Radunią, na wale przeciwpowodziowym wzdłuż tego kanałku.

         Zanim się opatrzyliśmy okazało się, że nie możemy z tego wału zejść, bowiem od linii tramwajowej dzielą nas tory kolejowe i jezdnia wzdłuż której rozstawiano szpalerem policjantów. Mieli oni za zadanie nikogo nie przepuścić na drugą stronę jezdni, a tam mieściła się linia tramwajowa. W ten sposób doszliśmy do pierwszej stacji kolejowej za Gdańskiem, przystanku Gdańsk-Orunia, ale choć tak blisko od domu, nie mogliśmy z powodu kordonu przejść na drugą stronę drogi. Milicjanci nie dali się ubłagać nawet po tłumaczeniu, że zostały w domu same małe dzieci bez opieki. Wsiedliśmy więc do pociągu i przejechaliśmy następną stację, gdzie nie było już kordonu. Chyba była to stacja Gdańsk-Pszczółki, ale nie jestem pewna, może tylko ta nazwa utkwiła mi w pamięci.

          W stronę Gdańska nie jechał już żaden pociąg, więc ruszyliśmy z powrotem na piechotę. Moje cieniutkie pończochy nie zabezpieczały przed otarciem stóp, więc w którymś momencie musiałam zdjąć buty. Obwiązałam stopy chusteczkami do nosa i szalikiem, ale to nie wystarczało. W nocy wziął mróz i skuł ziemię na grudę, a wracaliśmy na przełaj, przez pola. Po jakimś czasie ochrona się zdarła i szłam boso. Do domu dotarliśmy rano. Dzieci smacznie spały, my nie przeziębiliśmy się, lecz niestety, moje stopy zostały zdarte aż do krwi i przez dwa czy trzy tygodnie nie mogłam chodzić.

         Tego wieczoru jeszcze jedna para mieszkańców znalazła się poza internatem. Byli to studenci ostatniego roku pomaturalnej szkoły melioracyjnej, dziś nie pamiętam już ich imion. Mieli już załatwioną pracę w przedsiębiorstwie melioracyjnym prowadzącym prace w okolicach ich wsi, zaraz po egzaminach mieli się pobrać. Odwiedziliśmy kiedyś ich firmę, pokazywali nam nawet barakowóz mieszkalny, który mieli otrzymać do dyspozycji za pół roku. Przez kilka miesięcy nie wiadomo było, co się z nimi stało; uważano ich za zaginionych, potem w ich wsi odbył się cichy pogrzeb, w którym zabroniono uczestniczyć kolegom. Internat i szkoła, połączone ze sobą, zostały w dniu pogrzebu zamknięte na trzy spusty, żeby nikt nie uciekł. Byli bardzo lubiani i żałowano ich, jednak nikt się nie dziwił.

           Dziś, gdyby ktokolwiek w Polsce zginął w czasie jakiejś demonstracji, fakt ten byłby głośny i zapewne obrósłby nowymi demonstracjami. Wówczas wydawało się oczywistym, że giną niewinni ludzie i że nikt nie może w tej sprawie nic zrobić. Słuchaliśmy wszyscy przez radio słynnego przemówienia I sekretarza Kociołka, szeptano, że demonstranci wywiesili  na jakimś maszcie żelazny sagan i wszyscy współczuli mu, bo uważaliśmy, że tak, jak reszta ludzi nic nie mógł zrobić, choć chciał, a został po prostu oszukany i wystawiony na odstrzał. Niepotrzebnie się wychylił i dopadło go potępienie z obu stron. Nieżyjąca para też miała pecha, że wyszli akurat na miasto. Byli pełnoletni i nie musieli nikomu się opowiadać.

         To doświadczenie spowodowało, że gdy w polityce następowały zawirowania, co zdarzało się kilkakrotnie, wyciągałam z szafek i szykowałam moje najwygodniejsze, choć najmniej ładne buty, szukałam odpowiednich skarpetek, ale starałam się nie opuszczać mieszkania, jeśli nie musiałam tego robić.

            Dziś już tak nie robię, bowiem wiem, że tak czy siak nie dałabym rady przejść takiego dystansu jak wówczas. Umarłabym pewnie wcześniej niż zdarłabym skórę ze stóp. Czytając o więźniach obozów koncentracyjnych gnanych w końcówce wojny rozumiałam i widziałam oczami wyobraźni tych, którzy zostawali na poboczach dróg nie mając szansy na dalsze życie. Ich nie uratowałyby raczej nawet dobre buty.

           Dlatego nigdy butów nie postawiłabym w swoim otoczeniu jako ozdóbki. Pod żadnym pozorem.

           Ostatnio na rynku w Krakowie dwie młode projektantki mody w ramach swojej pracy dyplomowej przedstawiały paskudne (moim zdaniem) kolekcje zwieńczone obrzydliwymi, topornymi koturnami, wręcz karykaturą koturn. Telewizyjny prezenter zachwalał te kolekcje, a młode modelki, długowłose blondynki, zgrabne, ale oszpecone tymi ubiorami, stały cierpliwie robiąc dobrą minę do złej gry, bo wątpię, żeby były w stanie chodzić w czymś takim po granitowej kostce na rynku. Projektantka od koturnów robiła wykład na temat rzekomej nowatorskości swojego pomysłu, sama jednak tych butów przemyślnie nie założyła. Nie nawiązała też do Wenecjanek, zapewne nic o nich nie wiedziała. Chciała być oryginalna za wszelką cenę nadmiernie wierząc w siłę oryginalności

           Jak bardzo niepostrzeżenie wszystko się zmienia... I jak bardzo wszystko ze wszystkim się łączy!

 

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Biznesmeni od akwarium Lilith rzucająca cień »

komentarze

[foto]

1. W kwestii formalnej • autor: Przemysław Kapałka2013-05-28 18:55:15

Za Gdańskiem Orunia jest Gdańsk Lipce. Gdańska Pszczółki nie było chyba nigdy, Pszczółki to stacja jeszcze za Pruszczem.
[foto]

2. Dziękuję! • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-05-28 19:13:25

To było tak dawno, że wszystko mogło się pomylić. Naturalnie chodziło mi o następną stację za Orunią, a więc pewnie Gdańsk-Lipce, choć nie wiem czy akurat tam ten pociąg się zatrzymywał.
Zazwyczaj jeździłam w przeciwną stronę.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)