Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

02 grudnia 2006

Jacek Dobrowolski

Guru Gurdżijew
'psychopatyczny narcyz, paranoidalny despota'

Kategoria: Mistrzowie i klasycy
Tematy/tagi: Grotowskimistrzowie duchowisufizm

To, że w Ośrodku Badań Twórczości Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu założono grupę gurdżijewowską nie zaskakuje, jeżeli zna się fascynację tym blagierem jaką przejawiali zarówno Grotowski jak Peter Brook. Imponował im swą charyzmą i talentem reżyserowania swego otoczenia, tym niemniej jestem zdumiony, że w ośrodku bądź co bądź naukowym, głosi się czystą szarlatanerię. Poza tym Gurdżijew to już zdecydowanie przebrzmiała wielkość. Gurdżijew jest passe. Był on wielokrotnie demaskowany jako narcystyczny tyran i skandalista towarzyski pozujący na jakiegoś orientalnego Cagliostra XX w., a na jego naukach nie pozostawiono suchej nitki. Wielbiciele legendy Gurdżijewa obecnie to starsi panowie, którzy potrzebują adoracji młodych entuzjastów, by się kreować na wtajemniczonych przewodników duchowych.

Wybitny brytyjski psychiatra Anthony Storr napisał w 1997 r. znakomitą książkę o syndromie guru p.t. Feet of Clay - Saints, Sinners and Madmen: a Study of Gurus. Poświęcił on tam Gurdżijewowi cały rozdział. Jego diagnoza jest prosta: psychopatyczny narcyz o dużej charyzmie i despotycznym charakterze przejawiający cechy paranoidalne. Jego system wierzeniowy określił jako urojeniowy.

Moim zdaniem niezdrowe fascynacje Gurdżijewem można przypisać uleganiu przez jego wyznawców archetypowi maga i czarownika. Zawsze będą ludzie dla których prawda pozostanie czymś niebywale tajemniczym, ezoterycznym i starożytnym uosabianym przez jakąś fantastyczną postać.

Ojciec Grigorija Gurdżijewa, czyli Georgesa Georgiadesa (Jorgosa Jorgiadesa) był Grekiem i zawodowym bajarzem. Ponieważ żył w rosyjskiej Armenii sytuacja życiowa wymagała by snuł swe opowieści w kilku językach. Człowiek ten, o którym jego syn napisał bardzo mało, był jednak dla niego silnym wzorem. W domu mówiło się po ormiańsku, jako że matka była Ormianką. Gurdżijew twierdził, że władał 18 językami, czego nikt niestety, nie sprawdził, lecz należy w to wątpić, bowiem po rosyjsku i angielsku mówił z błędami.

Żadnemu z biografów Gurdżijewa nie udało się zrekonstruować jego wędrówek w poszukiwaniu prawdy jakie miał odbyć w latach 1887-1911 po Azji Centralnej, zanim nie pojawił się jako guru w Moskwie w 1912 r ., w wieku, prawdopodobnie, 45 lat. Nikomu nigdy nie udało się dotrzeć do tajemniczego bractwa Sarmoung w Afganistanie ( założonego jakoby ok. 2 500 lat p.n.e.) w którego głównym klasztorze miał nasz bohater w przeciągu 3 miesięcy poznać ostateczną prawdę. Nikt też nie potwierdził, by Gurdżijew przebywał przez kilka lat na dworze ówczesnego Dalajlamy w Lhasie, jako jego doradca, jak twierdził. Zresztą gdyby tak było nasz bohater sypałby jak z rękawa opowieściami o Dalajlamie i lamaizmie. Był w tym jednak, jak na siebie, o dziwo, powściągliwy. Natomiast opowieściami o spotkanych innych wybitnych, jego zdaniem, inicjowanych, sypał jak z rękawa.

Gurdżijew był blagierem, a głód tajemnicy w dobie rozwoju teozofii Heleny Bławatskiej i Anny Besant był na salonach Moskwy, Paryża, Londynu i Paryża ogromny. Pamiętajmy, że Towarzystwo Teozoficzne, które powstało w USA już w 1875 r., kupiło ziemię w Adyar, w Indiach, w 1897 r. i tam przeniosło swą centralę. Kto mógł wówczas egzaltował się opowieściami o tajnych bractwach mahatmów w Himalajach, derwiszach i joginach. Czytając tekst biografa Gurdżijewa Jamesa Moora w "Kontekstach" w którym obficie cytuje on bombastyczne terminy kosmogonii gurdżijewowskiej nie mogłem powstrzymać się od skojarzeń, że są to parodystyczne, pełne archaizowanych neologizmów, kalki terminów teozoficznych i że bawił się on w czarowanie swym systemem mistycyzujących inteligentów spragnionych ezoterycznej inicjacji. Po prostu komedia! Jest rzeczą niebywałą, że ludzie wrażliwi duchowo, lecz słabi, dawali tak sobą manipulować, tak poniżać i tyranizować. Ba! Byli za to wdzięczni! Miał racje Albert Camus pisząc o duchowej kondycji przeciętnego człowieka, że "Ciężar dni dla człowieka bez Boga i pana jest straszliwy".

Oto jak guru Gurdżijew zwracał się do swych uczniów: "Jesteś gównem. Jesteś kawałkiem żywego mięsa. W moim kraju płaci się za pozbywanie się takich jak ty."

Ktoś mógłby powiedzieć, że to tylko terapia szokowa dla ego jak np. w amerykańskiej psychoanalizie est. Dla mnie jednak jest to świadectwo sadomasochistycznych stosunków we wspólnocie, która oficjalnie działała w Fontainebleau pod Paryżem jako Instytut Harmonijnego Rozwoju Człowieka! W takiej wspólnocie "duchowo nawiedzonych" uchodzi jednak wszystko, ponieważ najbardziej szalone zachowania mistrza kładzie się na karb jego "oświecenia".

Im bardziej Gurdżijew pomiatał swymi uczniami, tym bardziej się nim zachwycali. By zademonstrować swą władzę nad nimi podczas pokazu "świętych tańców" w Nowym Jorku nie dał im sygnału do zatrzymania się i wszyscy spadli z estrady, budząc lęk i zachwyt publiczności. Innym razem siedząc ze swymi uczniami przy stoliku przed słynną paryską Café de Magot, sprowokował ich do onanistycznego konkursu na zasadzie - kto ma dłuższy wytrysk! Wszystko pour epater les bourgeoisie. Słowem był to filut nie lada.

Jego talenty hipnotyzerskie, manipulacyjne jak i biznesowe (handlował wszystkim czym się da, od brylantów i dywanów po kawior, a nawet wróblami przemalowanymi na żółto, które sprzedawał w południowej Rosji jako "amerykańskie kanarki") mogą wprawiać w zdumienie, ale kogoś kto nie wyrzeka się władzy nad innymi nie sposób jest uznać za prawdziwego przewodnika duchowego, a jedynie za szelmę-trickstera.

Gurdżijew był niebywałym megalomanem i całe jego życie polegało na robieniu wrażenia na innych. Bezustannie karmił kult swej osoby sugestywnym wyjawianiem "tajemnic", a przecież ludzie duchowo niesamodzielni uwielbiają uchylania im rąbka tajemnic przez ezoteryczny autorytet. Nie przeszkadzało im, że Gurdżijew nadużywał alkoholu (najchętniej pił armaniac oraz xerez, który według niego miał mieć właściwości odmładzające), ani, że korzystał z każdej okazji uwodzenia swych wielbicielek, ani też, że miał liczne nieślubne dzieci. Jeden z jego uczniów, który regularnie sprzątał pokój "mistrza" mawiał, że był on tak brudny jakby w nim żyło zwierzę i musiał używać drabiny by go oczyścić.

Wszystko to działo się w kręgach elit intelektualnych i artystycznych. Pięknoduchy i moczymordy, znerwicowani artyści i egzaltowane, wyzwolone kobiety, mitomani i odleciani poszukiwacze prawdy stanowili orszak Gurdżijewa. Każdy z nich był "kimś". Jego polska żona Julia Ostrowska twierdziła nawet, że była hrabianką z carskiego dworu w Petersburgu.

W Instytucie Harmonijnego Rozwoju Człowieka Gurdżijew stworzył miejsce do medytacji na wzór sufickiego "tekke". Sala wysłana orientalnymi dywanami z pięknymi wschodnimi kaligrafiami na ścianach robiła wrażenie na ludziach Zachodu. Choć nie byli w stanie przeczytać ani jednego znaku arabskiego, czy perskiego pisma, "czuli" mistyczna aurę. Gurdżijew przebierał swych uczniów w szaty sufickiej szkoły Mewlewi/Mewlany, choć uczył ich tańców odmiennych od uprawianych przez tych wirujących derwiszów. Jego wyznawcy i biografowie kłócili się o to z jakiej szkoły sufickiej owe tańce się wywodzą. Jeden z nich nawet twierdził, że Gurdżijew nauczył się ich od babilońskiego mechanicznego manekina podczas swego pobytu w klasztorze bractwa Sarmoung! Łatwowierność tych ludzi nie dziwi, gdy się wie, że wierzyli zapewnieniom swego mistrza, iż nauki owego bractwa wywodzą się aż z Atlantydy! Podobne rzeczy o rodowodzie teozofii głosiła przed nim Helena Bławatska. Gurdżijew był sowizdrzałem, daleko mu jednak było do klasy wszędobylskiego Hodżry Nasruddina, bohatera sufickich przypowieści.

Nie ma jednego źródła nauk Gurdżijewa, bowiem są to synkretyczne nauki teozoficzno-gnostyckie w para-sufickiej formie, inspirowane przez wiele rozmaitych doktryn i przefiltrowane przez jego bogatą wyobraźnię. Warto, więc, zapytać co o tych naukach myślą prawdziwi sufi. Pozwolę sobie przytoczyć dwa świadectwa. Pierwsze, autorstwa sufiego Dr-a Ibrahima Gamarda, tłumacza poezji Dżelal-ud-din-Rumiego - ojca sufickiej szkoły Mewlana, z artykułu Why Gurdjijeff's "Fourth Way" Teachings Are Not Compatible with the Mewlevi Sufi Way, który jest dostępny w internecie. Dr. Gamard wyjaśnia w nim, że z oddzielaniem sufizmu od islamu, co robił Gurdżijew, jest jak z oddzielaniem chasydyzmu od judaizmu. Tego się po prostu nie da zrobić. Sufizm to jedna z mistycznych dróg islamu i nie istniał jako jakaś uniwersalistyczna gnoza przed islamem. Natomiast źródeł nauk Gurdżijewa Dr Gamard dostrzega w dualistycznym gnostycyzmie typu manichejskiego oraz w teozofii.

Drugie świadectwo to wypowiedź żyjącego mistrza sufi Szajcha Hazrata al-Tariqa Azada Rasoola, który dla potrzeb ludzi Zachodu założył w New Delhi "The Institute of Search for Truth", gdzie otrzymuje się instrukcje w pięciu głównych ścieżkach tej tradycji: Czisti, Kadiri, Mudżaddidi, Nakszbandi i Szadhili. Szajch Rasool ma uczniów w Polsce, którzy mają niedługo wydać jego książkę Turning toward the Heart.

W książce tej czytamy (cytuję fragmenty ze strony internetowej www.sufischool.org/gurdjieff.htm): "Na pytanie czy poszukujący mogą osiągnąć doskonałość poprzez nauki Gurdżijewa? Szajch odpowiedział:

"Nie jestem naśladowcą Gurdżijewa, więc nie mogę odpowiedzieć na to pytanie z punktu widzenia osoby, która próbowała doskonalić się jego metodami. Wiem, że Gurdżijew podróżował na Wschód i osiągnął pewien wgląd w tamtejsze nauki. Jednakże dla nauczycieli wschodnich, a zwłaszcza bractwa Nakszbandi, jest oczywistym, że Gurdżijew nie ukończył swego sufickiego treningu. Jestem pewien, że to co Gurdżijew miał do zaoferowania... mogło być użyteczne w danym czasie, ale jako że jego duchowa praca nie była ukończona, nie była ona właściwie i w pełni rozumiana... Narzędzia, które Gurdżijew dostarczył mogą zabrać ludzi jedynie do pewnego punktu. Z tego co mogłem wywnioskować i co widziałem osobiście, nie umożliwił on im zakończenia ich podróży. Znam pewną liczbę osób, które studiowały nauki Gurdżijewa, a potem szukały przedstawicieli bractwa Nakszbandi w nadziei odnalezienia źródła jego nauk. Ludzie nie szukaliby źródła, jeśliby byli usatysfakcjonowani tym co już posiadają."

Reasumując, prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się kim byli nauczyciele Gurdżijewa. Podobnie nigdy nie będzie zgody co do tego kto jest jego prawowitym kontynuatorem z racji rozdrobnienia tych nauk po jego śmierci. Fakt, że nikogo nie uczynił swym następcą jest bardzo wymowny. Każdy może się bawić w Gurdżijewa, ale musi pamiętać, że będzie musiał też ponieść konsekwencje tej zabawy. Mundus vult decipi.

Jacek Dobrowolski
jdobro@wp.pl

2006 - w Tarace od 2 grudnia '06

Tekst zamieszczony wcześniej w kwartalniku "Konteksty" nr 2 (273) 14 listopada 2006, tu za zgodą "Kontekstów".


O Gurdżijewie jako łże-guru pisał też niedawno Jacek Sieradzan w książce "Od kultu do zbrodni: ekscentryzm i szaleństwo w religiach XX wieku", 2006, wyd. KOS.





Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)