Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

20 czerwca 2016

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia mniej ezoteryczna (odcinków: 82)

Hulajnoga


« Cykliczność Sprawozdanie z niby wakacji »

         Scena spod mojego bloku. Tata, dziadek, mała dziewczynka, samochód i hulajnoga. Sobotnie popołudnie. Dziewczynka z hulajnogą i tatą wracają od dziadka do domu. Po drodze mają zabrać z pracy mamę, która „jest bardzo zmęczona, pracuje szósty dzień w tygodniu i czeka, aż ją zabierzemy”. Dzieciak wydziera się jakby żywcem obdzierano go ze skóry, bowiem tata hulajnogę, z którą była u dziadka, (a może dostała od niego jako prezent) schował do bagażnika, a nie położył obok jej fotelika na tylnym siedzeniu. Awantura trwała z zegarkiem w ręku ponad pół godziny. Jestem pełna podziwu dla młodego taty. Tłumaczył dziecku, jakby była dorosłą osobą, że hulajnogi nie może przewozić w samochodzie, bo gdy zatrzyma ich policja, to zapłaci mandat. Przytaczał i inne argumenty: będzie musiał zahamować i hulajnoga poleci do przodu mogąc zrobić komuś krzywdę, dziecku lub tatusiowi. Dziecko wydzierało się coraz bardziej (ach, ileż siły mają te młode płuca, a ileż uporu taka mała osóbka!). Żadnego zniecierpliwienia, żadnej agresji, spokój i logiczne wywody, których dziecko ani nie rozumiało ani nie chciało akceptować. Ponieważ hulajnoga była już w bagażniku, tata stawiał ją przed wyborem: pojedzie sam po mamę (z hulajnogą w bagażniku), a dziecko zostanie z dziadkiem, albo grzecznie wsiądzie do samochodu. Wybór był tak trudny, a przecież dziecko nie chciało ani jednego ani drugiego, ani w ogóle nie interesowało go nic poza tym, żeby mieć hulajnogę obok siebie.

         Obserwowałam scenę zaciekawiona, co w końcu z tego wyniknie. Kto ustąpi, a kto straci cierpliwość. Zakończenie było banalne – dzieciak w końcu zmęczył się wrzaskiem i dał się wsadzić do samochodu i przypiąć do fotelika.

         Moja koleżanka, pracująca jako niania nagrała kiedyś dla rodziców blisko dwugodzinną scenę demolki mieszkania przez malucha. Chodziła za nim z komórką i filmowała co bachor wyczynia, jednocześnie perswadując mu jego zachowanie, tłumacząc, przekonując, namawiając – bez skutku. Aż dzieciak dosłownie „padł” – zwinął się w kłębek na środku pokoju i zasnął.

         Przyznam się, że sama nie miałabym wystarczającej cierpliwości aby opanować podobne wydarzenie. Pewnie wsadziłabym siłą dziecko do samochodu, przypięła do fotelika – wszak ktoś czekał zmęczony aż przyjedziemy. Zresztą nie miałam podobnych problemów. Nie dlatego że moje dzieci były idealne ani ja idealną matką, po prostu pięćdziesiąt lat temu takie scenki nad wyraz rzadko się zdarzały. Od dzieci oczekiwano posłuszeństwa i dzieci były posłuszne. Nawet jeśli ja byłam uważana za dziwaczkę i nie uderzyłam dziecka, to inne dzieci dostawały w skórę i sama ta możliwość hamowała ich zapędy. Oczywiście nikt nie uważał „nakrzyczenia” na dziecko za coś złego. Brak było atmosfery przyzwolenia na to, żeby dziecko rządziło rodzicami, choć już pierwsze sygnały były do zaobserwowania. Zwiększająca się liczba jedynaków i powszechna tendencja, aby dać dziecku wszystko, co tylko można mu dać i nie wymagać niczego, (bo od nas wymagano zbyt dużo) dawała się zaobserwować już w końcu lat sześćdziesiątych. Młodzi ludzie pragnęli postępować ze swoimi dziećmi inaczej niż rodzice z nimi, mniej opresywnie, akceptując i wspierając bez stawiania warunków.

         Zadaję sobie pytanie: Czy to słuszna droga? Czy wychowanie bez narzucania woli i wymagania posłuszeństwa oraz wyznaczania obowiązków jest tym czego właśnie potrzebuje małe dziecko?

         Obserwując małe dzieci, którym dano prawo wyboru – na przykład dania w restauracji – widzę czasem jak bardzo się męczą. Wcale im nie zależy na tym prawie. Nie mają zielonego pojęcia co pod jakąś nazwą jest potrawą, którą będą jadły. Czytanie jadłospisu w niczym nie pomoże, jeśli dziecko w domu karmi się jakimiś przecierami ze słoiczków, płatkami sypanymi do miseczki i zalewanymi mlekiem i parówkami z keczupem. Rodzice uważają, że dali dziecku prawo wyboru i ze świętą cierpliwością je egzekwują (znajomi, z którymi wybrali się do restauracji czekają aż mały wreszcie się zdecyduje) tymczasem jedynie sprawili wszystkim, łącznie ze sobą, kłopot.

         Czasami pozostawianie dzieciom decyzji w nadmiernej ilości spraw skutkuje podobnym uporem jak w opisanej scence pod blokiem. Dziecko trzyma się tego, co zna i nie bardzo rozumie, dlaczego czasem każe im się coś wybierać a czasem wyboru tego zabrania. Pedagogika nazywa to pajdokracją, terminem zaczerpniętym z opisu rządów osób niedojrzałych.

         Jako społeczeństwo mamy tendencję do popadania w skrajności. Od kompletnego lekceważenia dzieci i ich potrzeb do czynienia ich osią swojego życia; od całkowitego decydowania o ich sprawach do stanowczego żądania podejmowania samodzielnych decyzji, nawet wówczas, gdy nie mają żadnej wiedzy o skutkach tych decyzji.




« Cykliczność Sprawozdanie z niby wakacji »

komentarze

1. czy to słuszna droga? • autor: Nierozpoznany#93472016-06-21 11:38:38

Założenia wychowawcze są odzwierciedleniem (nie do końca uświadomionych) kulturowych narracji. Myślę, że mamy nie tyle pajdokrację (bo dzieciak dostaje wybór do kilku opcji a nie nieograniczone możliwości, które ma mądrze zawęzić) co naukę terroru wyboru. Ma się nauczyć rozsądnie wybierać, bo rozsądny (racjonalny, niezaskakujący) wybór jest podstawowym obowiązkiem konsumenta i obywatela :). Nie tylko: "nie wybierasz nie decydujesz", ale "nie wybierasz, nie żyjesz". Tworzenie Ja, styl życia, praca, relacje- mają być "rozsądnym wyborem" miedzy opcjami podsuwanymi przez Rynek. Przed 89’ o wyborach nikt nie słyszał i pewnie dlatego dzieci trzymało się poza "wyborami". A swoją drogą - fajny, celny tekst (jak zwykle Autorki) .

2. Anegdota • autor: Nierozpoznany#94952016-06-21 12:34:44

Słynna stała się anegdota (oparta na tzw.: "fakcie autentycznym" :) ) o małym dziecku w autobusie, które siedząc na krześle, w rozwydrzony sposób machało sobie nóżkami, kopiąc bez litości innych pasażerów. Jeden z nich zwrócił matce dziecka uwagę, iż powinna zwrócić ona swemu dziecku uwagę. Kobieta odparła, że wychowuje swoje dziecko w stylu bezstresowym (uwagi nie zwróciła). Młody człowiek (w wieku licealnym) przyglądający się sytuacji, wyjął gumę z buzi, którą żuł, i przylepił tę gumę do czoła owej mamie, mówiąc jej przy tym: - Mnie też wychowano w stylu bezstresowym.

Na mnie tłumaczenie rodziców, gdy byłam mała, za każdym razem działało wyśmienicie: rodzice opowiadali mi, wskazywali, jakie konsekwencje wiążą się z tym, kiedy pójdę w prawo, a jakie z tym, kiedy pójdę w lewo; i ja sobie mile wspominam tę postawę moich rodziców wobec mnie. 

Dziś znam przypadek pięcioletniego chłopca, którego rodzice uważają, że jest za mały, by cokolwiek od niego wymagać - i to nie jest tak, że pozostawiają małemu pełen wybór, że wskazują jakieś ścieżki do decyzji; to jest tak, że mały "robi to, co chce, zawsze i wszędzie". Ten chłopiec przejawia mnóstwo "kaprysów", późno zaczął mówić (nie odczuwał potrzeby werbalizowania swoich potrzeb, bo rodzice nieustannie za nim podążali i odgadywali jego życzenia). Okazało się, że przełom w mówieniu nastąpił u tego chłopca dopiero, gdy został posłany do przedszkola - tam "życie zmusiło go" do wyrażania siebie, bo w dużej grupie dzieci jego osobiste potrzeby nie były już na pierwszym planie.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)