Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

30 maja 2006

Anna Goluba

Energetyczne przepływy
Czy można poznać drugiego człowieka?

Czy można dobrze poznać drugiego człowieka?

Znane polskie powiedzenie mówi: "Trzeba zjeść z kimś beczkę soli, żeby go dobrze poznać".

A ja mówię - NIE; można z kimś zjeść tonę soli, a i tak może przyjść chwila, kiedy ten drugi człowiek, rzekomo tak dobrze nam znany, nagle wyda się nam kimś niemal obcym, zaskoczy nas swoim zachowaniem lub tym, co po prostu sam o sobie powie "między wierszami" - zazwyczaj nawet tego nie zauważając.

"Zjeść z kimś beczkę soli" - znaczy tyle, co dużo razem przeżyć, znać się od dawna. Tylko, że przeżyć coś razem i poznać się w stricte określonych sytuacjach nie znaczy, że wiemy już o sobie wszystko. Określona sytuacja niesie ze sobą określone doświadczenia. I tak naprawdę każda sytuacja w innym człowieku wywołuje inne reakcje - uwarunkowane tym, co dotychczas działo się w jego życiu. Może się zdarzyć, że jego reakcja na dane zdarzenie będzie podobna do reakcji człowieka, który mu w tym konkretnym zdarzeniu towarzyszył, ale przecież na pewne sytuacje po prostu wszyscy reagujemy podobnie.

Wszyscy na pewno odczujemy jednakowy niepokój (że posłużę się tym eufemizmem) kiedy np. na szosie w środku lasu w samochodzie, którym jechaliśmy nagle skończyła się benzyna. Obecność obok nas drugiego, reagującego podobnie człowieka, może jakoś równoważyć nasze emocje i na pewien określony odcinek czasu spowodować, że druga osoba wyda nam się bliska. Z kolei jeśli zareaguje jednak inaczej niż my i np. brak benzyny wyda się jej czymś przezabawnym i skłaniającym tylko do spaceru, wyda się nam oryginalna i interesująca, bo jej reakcja będzie krańcowo odmienna od naszej. Podobieństwo reakcji na zdarzenie wzbudza więc poczucie bliskości, równoważy problem; odmienność reakcji budzi zainteresowanie drugą osobą, odciąga choć trochę od problemu i w efekcie również równoważy naszą, być może przesadną, reakcję.

Takie sytuacje w których możemy wzajemnie być świadkami naszych reakcji zdarzają się w życiu bez przerwy. Jeśli w tych sytuacjach z jakichś przyczyn - czy to zawodowych czy osobistych a czasem "mieszanych" - jedna osoba towarzyszy nam częściej niż inne, to może wytworzyć się między nami to co chyba coraz częściej określane jest jako chemia, a co ja nazywam energetycznym przepływem.

Czym jest ten energetyczny przepływ?

Przede wszystkim czymś, z czego nie zdajemy sobie do końca sprawy. Przebywając w towarzystwie drugiej osoby, spotykając się z nią częściej niż z innymi sami wytwarzamy między sobą ten przepływ, ale dzieje się bez udziału naszej świadomości, a tym samym bez udziału naszej Woli.

Wymieniamy się z tym kimś Energią - czyli myślami i słowami, pozwalamy się temu komuś oglądać w sytuacjach, które czasem nie są dostępne szerszemu gronu. I w efekcie - że tak to ujmę kolokwialnie - sami "nakręcamy się" na drugiego człowieka. Mamy bowiem podświadome odczucie, że pokazaliśmy się bardziej, daliśmy z siebie więcej wobec tej konkretnej osoby niż wobec innych.

Tak naprawdę, sami nie zdając sobie do końca z tego sprawy, otworzyliśmy się na tego drugiego człowieka.

Otworzyliśmy się, bo ten ktoś drugi, poprzez siebie, poprzez reakcje jakie w nas wywołuje i zdarzenia, które stały się naszym wspólnym udziałem ( planowane lub nie) - dał nam możliwość poznania przede wszystkich ... samych siebie.

To siebie głównie poznajemy w drugim.

Siebie w nim lubimy, kochamy bądź nienawidzimy.

Działa to oczywiście w obie strony. Poznając się wzajemnie tak naprawdę odkrywamy siebie samego w drugim, a jemu z kolei pozwalamy, żeby poprzez nas dowiedział się czegoś o sobie.

Na ile wobec tego zwracamy w ogóle uwagę na drugiego człowieka?

Na tyle na ile jest to nam potrzebne.

Może się wydawać, że to bardzo utylitarne podejście, ale tak to działa. Tak naprawdę JESTEŚMY bardzo praktyczni wobec świata i siebie wzajemnie.

Kiedy poznajemy drugiego człowieka, mamy ze sobą jakiś bagaż doświadczeń. Na te doświadczenia składa się to, co wrodzone i to, co nabyte. Wzorce, które nam wpojono w dzieciństwie, traumatyczne przeżycia no i definicje, które zakodowaliśmy sobie sami na własne życzenie, definicje niejednokrotnie mające pełnić zadanie trudnej do zdobycia fortecy, bo tylko tak czujemy się bezpieczni.

Z tym całym bagażem, żeby nie powiedzieć czasem po prostu z balastem, niewidzialnym a bywa, że uciążliwym i upiornym zjawiamy się w życiu drugiego człowieka i wydaje się nam - po kilku tygodniach na przykład - że go przejrzeliśmy dokumentnie, precyzyjnie i fachowo. No bo jakże mogłoby być inaczej - przecież mamy taaaakie doświadczenie, to swoje wiemy.

Tylko, o paradoksie, to nasze doświadczenie, to nic innego jak przesłona dymna, która burzy naszą percepcję.

Nasze doświadczenie stworzyło świat w którym żyjemy.

Świat w którym potrafimy się poruszać, który dobrze znamy. To nic, że w praktyce oznacza to na przykład, że potrafimy na X lat przyspawać się do pracy, której nienawidzimy. Znamy teren. Wiemy, jak się poruszać. Jest kiepsko, nudno i beznadziejnie? Jest. No, ale komu dzisiaj jest dobrze...

I tak dalej.

Asekuracyjny styl życia wytwarza asekuracyjny sposób myślenia.

Ale nasze doświadczenia są oczywiście różnorodne, nie zawsze muszą być tak negatywne i ekstremalne. Zawsze jednak tworzą nasz świat; jakkolwiek byśmy postrzegali naszą sytuację życiową - żyjemy tak jak sobie to wypracowaliśmy, wszystko w naszym życiu dzieje się na nasze życzenie, świadome lub podświadome, takie, którego źródłem jest nasze radosne otwarcie na świat albo nasz paraliżujący lęk.

"Idź, niech Ci się stanie tak, jak uwierzyłeś" (Mt 8, 13)

Wszystko dzieje się zgodnie z tym w co wierzymy. Niezależnie od tego, jaka jest nasza wiedza na ten temat. Jeżeli uwierzymy, że świat nam zagraża - będzie nam zagrażał. Jeżeli uwierzymy, że spotka nas samo dobro - też tak będzie.

Nasze doświadczenie stwarza więc nasz świat, a nasz świat to nic innego jak struktura energetyczna, do której pewne elementy pasują, a inne nie. Ta struktura działa jak magnes i przyciąga to, co jest do niej podobne lub z jakiegoś powodu jej potrzebne, żeby mogła się przemienić w coś innego, jeśli stary wzorzec jest już martwy (patrz przykład z ze znienawidzoną pracą).

Przyciągamy więc również do siebie innych ludzi, którzy z takich lub innych powodów są nam potrzebni; takich w których możemy się przejrzeć; takich z którymi mamy się czym wymieniać, bo ten ktoś ma w sobie coś, co jest nam potrzebne do dalszej transformacji.

Ta wymiana energetyczna, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod lupę związki damsko - męskie, może być bardzo przyjemna w odbiorze, wręcz ekscytująca.

Druga osoba ma więc (w pierwszym odbiorze) wszystko co jest nam potrzebne do szczęścia. Wygląda tak jak zawsze chcieliśmy, żeby wyglądał/ wyglądała wymarzony partner/partnerka. Ma coś fajnego w sobie, co nas bardzo przyciąga np. cudnie się - według nas - uśmiecha. No i czytaliśmy te same książki albo oglądaliśmy te same filmy, więc mamy taki sam (w domyśle - dobry) gust, więc mamy o czym rozmawiać. Te rozmowy są oczywiście fascynujące.

Trudno, żeby nie były fascynujące, skoro ten ktoś drugi - WYDAJE SIĘ - jest tak bardzo do nas podobny.

No i się zakochujemy.

I myślimy, że zakochaliśmy się w kimś, w drugim człowieku, a tak naprawdę zakochaliśmy się w sobie w nim. On - nieświadomie zresztą - odpowiada naszym wymaganiom, potrzebom, spełnia oczekiwania.

Wypełnia wzorzec, który powstawał w naszym umyśle nieraz przez długie lata.

Nieświadomie zachowujemy się tak jakby drugi człowiek istniał, żył wyłącznie po to, żeby spełniać nasze oczekiwania. Jakby przed poznaniem nas nie miał własnego życia. Tak często nie bierzemy tego w ogóle pod uwagę.

Zamiast przyjrzeć się drugiemu człowiekowi, poznawać go takim jest - projektujemy na niego nasze oczekiwania, nasze lęki i nadzieje.

Jeśli ktoś odpowiada nam np. pod względem fizycznym, reszta już uruchamia się sama.

Podsycona skutecznie wyobraźnia nie zna granic.

Drugi człowiek praktycznie znika, czy też raczej staje się bohaterem filmu do którego napisaliśmy scenariusz i który z pasją i autentycznym zaangażowaniem reżyserujemy.

Ten drugi nowopoznany człowiek ma "tylko" zagrać w nim główną rolę.

Wypowiadać takie kwestie, jakie chcielibyśmy usłyszeć, reagować tak jak powinien reagować według scenariusza - czyli ma odgrywać w "naszym filmie" rolę idealnego przyjaciela, kochanka, etc.

Jest to czasem okrutne, a zawsze po prostu niesprawiedliwe, bo druga strona nie ma pojęcia, że przydzielono jej rolę. Ma grać tak jak to wynika ze scenariusza i w dodatku nie dostaje za to gaży aktorskiej, czyli z założenia sama nie może mieć żadnych oczekiwań.

Taki film pod tytułem np. "Zauroczenie" (jeśli rzecz dotyczy związków damsko - męskich) przeważnie ma to do siebie, że trwa krótko.

Role, które wzajemnie sobie narzucamy, z czasem zaczynają "uwierać" naszą psyche, pojawia się uczucie, że "dusimy się" w danym związku, w danej relacji. Dusimy się, bo nie możemy być sobą. W żadnym scenariuszu nie ma przecież na to miejsca.

I co wtedy? Co się dzieje, kiedy nasz scenariusz (którego źródłem jest nasza podświadomość) się wyczerpie, straci rację bytu, czyli możliwość dalszego zastosowania?

Reakcje są zwykle gwałtowne. Dopóki trwa (nomen omen) projekcja filmu - dopóty wszystko jest dobrze. W naszym pojęciu. Bo sygnały o tym, że dobrze nie jest, albo, że może jest inaczej niż nam się wydaje, pojawiają się wcześnie. Ale teoretycznie jest dobrze dopóki trwamy w ułudzie. Projekcja filmu kończy się z chwilą, gdy człowiek, którego obsadziliśmy w roli głównej reaguje tak jak według nas reagować nie powinien. Czasem wystarczą tylko jakieś słowa, które wypowie, czasem zdarzenie, które odsłania nam tego drugiego w nowym dla nas świetle.

A skoro ten ktoś zachował się niezgodnie z naszym scenariuszem, przerwał projekcję tak świetnego filmu - mamy święte prawo się oburzać. Robić awantury. Wywrzaskiwać - "No wiesz, tego się po tobie nie spodziewałam/ - em!".

Nie spodziewaliśmy się, bo byliśmy głusi i ślepi.

Nie widzieliśmy drugiego człowieka, takim jest naprawdę.

Nie widzieliśmy rzeczywistości, tylko przepuszczony przez pryzmat własnych doświadczeń film, który miał określony początek, środek i zakończenie.

Jeśli rzecz rozgrywa się inaczej niż to sobie zaplanowaliśmy - chcemy przeważnie tylko jednego - jak najszybciej wyjść z kina.

A właśnie wtedy powinniśmy zostać.

Zostać i cieszyć się tym, że wreszcie (choć nie było to łatwe, bo byliśmy tak zapatrzonym w swoje niebywałe umiejętności reżyserem) udało się nam zobaczyć tego drugiego takim jakim jest naprawdę.

Energetyczny przepływ zrobił swoje. Energie znoszą wszelkie scenariusze, tak jak morska fala znosi z brzegu zamek z piasku. Nieważne jaki jest piękny i dopracowany. Jeżeli jest z piasku, jedna bezgłośna fala zmyje go tak jakby nigdy go nie było.

To tylko zapatrzenie w siebie i chęć celebrowania własnego ego każe nam budować drugi zamek, w tym samym albo w innym miejscu.

Zamiast odwracać się na pięcie i odchodzić z poczuciem urażonej dumy własnej, lepiej zostać i popłynąć z drugim człowiekiem na tej samej fali, która obaliła nasze stereotypy. Bo tylko pozornie wzięła się ona znikąd, tak naprawdę powstała właśnie wskutek spotkania z drugim człowiekiem, wskutek tego, że zdołaliśmy dotrzeć do siebie prawdziwych.

Do siebie prawdziwych w drugim człowieku. Bo to siebie się uczymy poznając innych ludzi i od siebie mamy przede wszystkim w danym związku czegoś wymagać i czegoś oczekiwać. Dopiero w drugiej kolejności od drugiego. Ale zamiast wsłuchać się w siebie, wsłuchujemy się w innego człowieka, wyławiamy prawdziwe i fałszywe - według naszej tendencyjnej oceny - nuty.

Tak jest łatwiej, ale to droga donikąd, droga, która prowadzi po zaklętym kręgu od jednego znajomego schematu do drugiego.

Poznanie drugiego człowieka może nas wzbogacić bardziej niż cokolwiek innego. O ile tylko pozwolimy na ten swobodny przepływ między nami; tak jakbyśmy urodzili się właśnie dzisiaj, a cały bagaż doświadczeń został za zamkniętymi drzwiami. Korzystajmy z niego jak z mądrej księgi, ale nie taszczmy go wszędzie ze sobą. Bo w rezultacie tylko wrzucimy do jednego worka spotkanie z kolejnym człowiekiem i przestaniemy rozumieć, co to znaczy, że coś jest prawdziwe i niepowtarzalne.

Anna Goluba

28 maja 2006 - w "Tarace" od 30 maja 2006




Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)