Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

11 listopada 2017

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia mniej ezoteryczna (odcinków: 82)

Ja też


« Asymetria istnienia Pożegnanie »


Jak większość (ponoć 87%) narratorek opowieści opatrzonych hasztagiem MeToo, ja też niejeden raz w swoim życiu zetknęłam się z molestowaniem, a nawet z próbą gwałtu. Moja relacja nie odbiegałaby w żadnej mierze od stereotypu i niczego nowego na ten temat nie mogłabym wysnuć ze swoich doświadczeń, poza pewną oczywistością, iż 50 lat temu czasy były inne i poprzeczka aprobowanych zachowań dla dziewczyn, ustawiona była daleko wyżej niż dziś. To, co dziś uznajemy za próbę gwałtu, wówczas nie było za gwałt uważane, jeśli dziewczyna się obroniła. Sądzono powszechnie, że „prawdziwy” gwałt różni się od molestowania tym, że obronić się przed nim nie sposób (wiąże się na przykład z pobiciem, zagrożeniem życia, nieprzytomnością). Zastraszenie lub szantaż nie było w istocie niczym specjalnym, skoro można było kogoś czymś zastraszyć lub zaszantażować. Obciążało raczej ofiarę niż sprawcę. Dziewczyna/kobieta się obroniła – nie było o czym mówić.

Historyjka, którą mam zamiar dziś opowiedzieć, świadczy nie tyle o mężczyznach, co o świadomości kobiet, wychowywanych wg ówczesnego standardu. W końcówce lat pięćdziesiątych, jeszcze przed ukończeniem 17 roku życia, zostałam studentką Uniwersytetu Warszawskiego. Z powodu wychowania, izolującego mnie od rówieśników i młodego wieku, miałam problemy z okazywaniem swojej woli w rozmaitych życiowych tarapatach, także w wypadku molestowania. Dziś mamy na to piękną nazwę: asertywność. Ponieważ nienazwane ponoć nie istnieje – trudno oczekiwać po dziewczynach tamtych czasów - dziś babciach 70-80 letnich – używania obecnych modnych tekstów i zagrywek. Nasze sposoby obrony były inne – spryt, oszustwo, wymyślanie historyjek i przekonywanie. Nie da się ukryć, iż ówczesny dar przekonywania mężczyzn, że nie powinni robić tego, co robią wbrew naszej woli, był wyznacznikiem siły i sprytu ówczesnych dziewczyn. Ja na przykład, otoczona kiedyś w odludnym miejscu przez zgraję poborowych, przekonałam ich, że mam chłopaka w wojsku i nie byłoby honorowo robić takie rzeczy koledze, również poborowemu. Ale powściągam swoją gadatliwość i wracam do zamierzonej opowieści.

W trolejbusie dowożącej studentki pod bramę UW (chyba 53) grasowali mężczyźni, wpychający łapy pod spódnice dziewcząt, studentek, w porannym tłoku. Pewna moja koleżanka z polonistyki zawołała kiedyś:

— Niech pan weźmie swe łapy stamtąd!

Byłyśmy oburzone. Porządna dziewczyna w obronie swojej integralności powinna wymykać się facetowi, nawet wysiąść wcześniej, na niewłaściwym przystanku, ale żeby tak zaraz, bez osłonek, zawołać publicznie i wulgarnie: STAMTĄD?! PRZYWOŁAĆ WSTYDLIWE MIEJSCE? O nie! porządna dziewczyna tak nie robi. Naszą koleżankę dotknął nasz ostracyzm. Nie byłą naszym zdaniem dziewczyną na właściwym poziomie. Prymityw, taki jak napastnik. i tyle.

Wcześnie (bo w wieku 14 lat) przekonałam się, że rodzice mi nie wierzą i długo uważałam, że to ja jestem przeczulona i robię z igły widły. Dlatego też reagowałam, często nieadekwatnie do zagrożenia, albo usiłowałam sobie wmówić, że sytuacja jeszcze nie jest jednoznaczna na tyle, aby reagować, i dlatego przystępowałam do obrony czasem zbyt późno więc nadmiernie i histerycznie. W opinii chłopców, kolegów byłam kimś nieprzewidywalnym. Nie odzywa się, nie protestuje, a nagle rzuca się niespodziewanie z pięściami.

Moje pierwsze zetknięcie się z molestowaniem seksualnym, to pan doktor z rejonowej przychodni. Przekonał moich rodziców, że taka dziewczyna, ze swojej natury histeryczna (jak mu się jawiłam, jako wcielenie z opowieści o problemach macierzyńskich mojej mamy) wymaga specjalnej, prywatnej diagnostyki. Namówił moich rodziców, aby zapisali mnie do Pałacu Kultury na zajęcia z filatelistyki, które prowadził (a które mnie wcale nie obchodziły, pragnęłam zapisać się na malarstwo), a potem przekonał mnie, że rodzice zlecili mu, aby mnie zbadał. Zrobił to na zsuniętych krzesłach po zajęciach.

Uciekłam mu wówczas, gdy w wyniku „badania” odczułam ból i zaczęłam krwawić. Dziś wiem, że pozbawił mnie tak ważnej cechy identyfikującej porządną dziewczynę – dziewictwa. Opisałam to doświadczenie w powieści o dojrzewaniu, nagrodzonej główną nagrodą w konkursie literackim, ogłoszonym pod patronem Ministerstwa Kultury. Jednak historia kroczy swoją drogą, odmienną od doświadczeń ludzi (a zwłaszcza kobiet) Ich czasy się nie imają, baby to zawsze powód podśmiewania się – socjologiczny, polityczny i medyczny. Podówczas zmienił się prąd z lewicowego na prawicowy i wydawnictwo, wypłaciwszy mi stosunkowo wysokie odszkodowanie, odstąpiło od publikacji, Wszak był rok 1989. Osiągaliśmy wolność ( oczywiście rozumianą na swój, potem obowiązujący sposób). Mój świat zmienił się z lewoskrętnego na prawoskrętny i podobno tak powinno było być.

Tak, jak zapamiętałam tę historię dziś – najważniejsze znaczenie miał brak zaufania rodziców do mojej opowieści. To znaczy nie jest tak. iż uważali, że kłamię, ale usiłowali siebie samych przekonać, że coś tam konfabuluję, aby uniknąć obowiązku interweniowania i narażenia się władzy. Przeżyli II wojnę światową i chcieli żyć nadal. Warunkiem ich przeżycia było dostosowanie się. Lekarz z państwowej przychodni był taką samą władzą, jak każda inna władza komunistów. Własne dziecko lepiej było zakneblować, niż narazić się władzy. Pamiętam przeczytaną w dzieciństwie powieść o ludziach pierwotnych, brnących przez bagno, w ucieczce przed napastniczym, silniejszym plemieniem, gdy płaczące niemowlę mogło zdradzić pozycję uciekinierów. Matka dziecka po prostu zdjęła je z pleców i utopiła w bagiennej wodzie, żeby przestało płakać. Przeżycie plemienia było ważniejsze niż los jakiegoś niemowlaka.

Przeżycie w ówczesnych warunkach rodziny było ważniejsze niż odczucia nieważnej czternastolatki, której pan doktor włożył ręce w majtki, pchając do oporu. Potem życie już mnie nauczyło, że sprawą przeżycia jest stosowanie uników, a nie otwarte przeciwstawienie się, co zrobiła w trolejbusie moja koleżanka.

Jeszcze raz przeżyłam traumę próby „dobierania się” do mnie (jak to nazywano wówczas), gdy w mojej pierwszej pracy, w Bibliotece Narodowej szef, docent doktor habilitowany, przewrócił mnie, pomoc bibliotekarza, na stertę książek przygotowanych do oprawy. Pierwszym, co nawinęło mi się wówczas pod rękę był ciężki, metalowy dziurkacz, którego użyłam. Nie zdziwicie się pewnie, że zwolniono mnie, a nie docenta doktora habilitowanego, przekonując, iż tylko mojej młodości i głupocie mogę zawdzięczać, że nie zawiadomiono prokuratora. W dodatku „dla mojego dobra” skłoniono mnie abym to ja wystąpiła z wypowiedzeniem. Mogłam przecież zabić tym człowieka!

Z tamtych, studenckich czasów zapamiętałam, że ogromne powodzenie wśród koleżanek mieli chłopcy – geje. Z takim można było porozmawiać, iść na tańce bez obawy. Mówiono: gej najlepszym przyjacielem dziewczyny.


Rozdział mojej niewydanej powieści „Taniec kury”, opowiadający o molestowaniu bohaterki i podejściu do niego rodziców, zamieszczam, jako dodatek, na moim blogu: http://babciaezoteryczna.pl/?p=931 Zainteresowanych zapraszam do lektury.




« Asymetria istnienia Pożegnanie »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)