Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

05 lutego 2015

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Ja, złodziejka


« Dzień po Jak zapisałam się do ZMS (Związku Młodzieży Socjalistycznej) »

         Wspominałam wcześniej, że zaczęłam dzienne studia na polonistyce UW, nie mając jeszcze 16 lat, a z powodu trudnej sytuacji materialnej (brak jakichkolwiek dochodów poza łaskawością otoczenia i ponawiane stale nakazy eksmisji z mieszkania) zaczęłam pracować na drugim roku studiów, nie mając jeszcze lat 18. Oczywiście robiłam to w tajemnicy, bo wyniki na uczelni miałam zbyt słabe, żeby uzyskać zezwolenie rektora. Poza tym byłam niepełnoletnia i nie miałam dowodu osobistego, ale czasy były takie, że starczyło kłamliwe oświadczenie i Wydział Oświaty Rady Narodowej zatrudnił mnie jako nauczycielkę na zastępstwach za osoby przebywające na urlopach macierzyńskich. Udzielałam też korepetycji, uczyłam pisania i czytania w szkole dla dorosłych przy Hucie Warszawa (były tam specjalne klasy dla dorosłych analfabetów!), w wolnych chwilach rozbijałam drewniane palety na deseczki, pracowałam na godziny w wypożyczalni książek; jednym słowem, dwoiłam się i troiłam, żeby coś zarobić. W ferie i w wakacje wyjeżdżałam na kolonie i obozy jako wychowawczyni. W ten sposób łączyłam miłe z pożytecznym: zarobek z czasem, gdy nie musiałam martwić się, co zjem. Na ogół mam z tamtych czasów miłe wspomnienia i wiele życiowych doświadczeń, przez które przeszłam zadowalająco, mimo że wychowywano mnie „pod kloszem”. Poza jednym.

         Muszę na wstępie zaznaczyć, że w mojej rodzinie hierarchia wykroczeń była zupełnie inna, niż przeciętnie uznawana. Na jej czele, jako najgorsze przestępstwo, jawiła się kradzież, potem było kłamstwo, z kolei nieposłuszeństwo. Wszelkie inne zbrodnie, jak zabójstwo, bluźnierstwo itp. były traktowane ulgowo. Wiadomo, w czasie wojny się zabija i często bluźni Bogu, a moja mama tych wojen przeżyła aż trzy. Z kolei w rodzinie ojca jakiś praprapradziadek zabił chłopkę pańszczyźnianą z błahego powodu, i choć za ten czyn został potem wykluczony z rodziny, męskie zrozumienie dla jego życiowych problemów przeważyło nad osądem moralnym. W każdym razie żaden z członków rodziny J. (oprócz mnie) nie splamił się służbą reżimowi i dlatego tylko ja poniosłam karę wykluczenia z rodziny, za zapisanie się do takiej organizacji, jak ZMS (o czym będzie w następnym odcinku).

         Można te wszystkie opresje zrozumieć — jeśli ktoś kilkakrotnie tracił dorobek swojego życia (jak moja mama), bywał głodny, zmarznięty i zdany na czyjąś łaskę, a chciał zachować odrobinę godności własnej, szukał tego, co dawało mu przewagę moralną nad światem — na przykład nie kradł; wolał umrzeć z głodu, a nie ukraść.

         Inną moją wadą, która miała ogromne znaczenie, była wielka i naiwna wiara w autorytety. Zawód nauczycielki postrzegałam idealistycznie i wszystkie moje koleżanki  nauczycielki z prawdziwego zdarzenia traktowałam prawie jak świeckie święte. Pełniły MISJĘ, a ja czułam się bardzo daleka od poziomu ich kwalifikacji zawodowych i moralnych. Moja rodzina ze strony ojca z dziada pradziada uprawiała ten zawód najwyższego zaufania, a mój dziadek, zamieszkały w Mielnicy Podolskiej, miał uprawnienia do nauczania w kilku językach: polskim, niemieckim, rumuńskim, ukraińskim; tłumaczył wiersze łacińskie i greckie oraz teksty niemieckich filozofów, zwłaszcza fascynował się Nietzschem. Czułam się przy nich głupia, mała i nieważna, w dodatku córka niewykształconej matki, sierotki z sierocińca, wżenionej w rodzinę dla opieki nad umierającym na gruźlicę ostatnim potomkiem rodu, któremu niespodziewanie uratował życie wynalazek antybiotyków.

         Miejscem, gdzie poniosłam pierwszą, poważną życiową klęskę i nie potrafiłam się wywikłać z sytuacji ani obronić przed oszczerstwem, było skądinąd ładne miasteczko: Giżycko.

         Na obozie miałam pod opieką grupę najstarszych dziewcząt, teoretycznie do 14 lat, ale i były też nieco starsze. Nie zdarzyło się to po raz pierwszy i nic nie wskazywało na to, że nie dam sobie rady. Zazwyczaj nauczycielki unikały najstarszych grup, bo miały problemy z dyscypliną, ale ja jakoś nigdy nie narzekałam. Robiłam z nimi różne ciekawe rzeczy, np. ćwiczenia z makijażu (trochę w ukryciu), przedstawienia (a każda nastolatka chciała być zazwyczaj aktorką) i tym podobne. Sama w tym czasie uczyłam się aktorstwa w studenckim teatrzyku, pisałam wiersze i teksty piosenek, rysowałam i malowałam, sama szyłam sobie stroje, więc po prostu przenosiłam to wszystko na zajęcia. Do tego piękna pogoda, plaże, słońce, leniwe opowieści „z życia wzięte”  naprawdę nigdy nie było problemów z dyscypliną. Dziewczyny same dbały o to, żeby nikt do naszej grupy nie miał się o co przyczepić. Ale problem przyszedł z całkiem innej, nieoczekiwanej strony, koleżanek nauczycielek.

         Prowodyrka wszystkiego, nauczycielka klas początkowych w ostatniej mojej szkole, nazwijmy ją Zosią, na kolonii w Giżycku wychowawczyni najmłodszych dziewczynek, pięknie grała na gitarze, więc miałyśmy z nią stały kontakt. Robiłyśmy przedstawienia bajek dla najmłodszej grupy, a ona często akompaniowała naszym piosenkom, które układałyśmy razem do tych przedstawień. Poza tym Zosia prowadziła „kasę” – zbierała składki na wycieczki, przechowywała pieniądze dzieci, wypłacała im w razie potrzeby, gdy szły do sklepu. Kasa mieściła się w dużej blaszanej puszce i zdarzało się, iż czasami puszka zostawała bez opieki, gdy Zosia na chwilę odchodziła od dzieci.

         Pewnego dnia zauważyłam, że moje koleżanki nauczycielki zachowują się wobec mnie dziwnie. Unikały mojego wzroku, nie kontynuowały rozmów w mojej obecności, unikały bezpośrednich rozmów ze mną. Wyczułam to od razu, ale nie miałam specjalnego powodu, żeby się tym przejmować; z nikim nie miałam konfliktu i oczywiście niczego na sumieniu, no i byłam bardzo naiwna, sądząc, że mogę z tych powodów spać spokojnie.

         Po kilku dniach jednak sytuacja tak nabrzmiała, że zażądałam wyjaśnień. Usłyszałam w odpowiedzi, że kadra koleżeńska uważa, iż ukradłam pieniądze z puszki, którą chwilowo zostawiono w sypialni najstarszych dziewcząt. Po stronie argumentów wymieniono fakt, że moje dochody kontrolowała Opieka Społeczna i część z nich przekazywano jako alimenty na rzecz matki i siostry (ojciec ich nie płacił, a ja pracowałam) oraz moją reakcję na oskarżenie, nieadekwatną do sytuacji.

         Tu muszę wyjaśnić, że ja w sytuacjach stresowych reagowałam nieprzewidywalnie – co wytoczono tu jako argument. Na pogrzebie ojca dusiłam się ze śmiechu (choć bardzo go przeżyłam), w szkole, gdy byłam zła na dzieciaki, mówiłam cicho, prawie szeptem (co powodowało, ze nie miałam problemów z dyscypliną), w stresie nieruchomiałam i traciłam jakiekolwiek odczucia, byłam zimna, kamienna i opanowana. Kiedy więc usłyszałam, że mają mnie za złodziejkę, nic nie powiedziałam, nie oburzyłam się; po prostu wyszłam i postanowiłam się utopić. Miesiąc wcześniej przeżyłam sercowy zawód, gdy mój ukochany na moich oczach przespał się z niejaką Tańką, tuż po tym, jak poręczyłam za niego (w postępowaniu sądowym o zabójstwo, jako przedstawiciel organizacji ZMS). Od tamtej pory czułam się kamieniem na drodze wszystkich przechodniów, a moje reakcje dalekie były od przewidywań. Wcześniej naiwnie żywiołowa, otwarta na otoczenie, skamieniałam; nieporadnie próbowałam odnaleźć swoją drogę wśród filozoficznych doktryn, intelektualnych wygibasów i wszelkich dostępnych lektur. Ale w tym momencie, w Giżycku, zrezygnowałam z poszukiwań intelektualnych i postanowiłam zakończyć życie, z którym nie dawałam sobie rady. Uznałam, że moje ulubione doktryny filozoficzne, a zwłaszcza egzystencjalizm, nie dają odpowiedzi na pytanie: co robić, gdy się jest ostatecznie upokorzonym i nie ma się pola manewru. W Giżycku zabić się było łatwo. Nasz ośrodek mieścił się tuż przy porcie jachtowym i starczyło dojść najdalej jak się da wśród drewnianych pomostów i tam właśnie zaczynała się głębia.

         Uratowano mnie (a przy okazji nauczyłam się pływać). Przeżyłam jakoś do końca obozu, potem wróciłam 1 września do szkoły, w której miałam zastępstwo i tam dowiedziałam się, że już nie jestem podejrzana o kradzież, bowiem prawdziwa sprawczyni została złapana na gorącym uczynku w autokarze, w drodze powrotnej, gdy penetrowała torebkę pani Zosi, wychowawczyni.

         Oczywiście nikt mnie nie przeprosił. Koleżanki uznały, że to ja ponoszę winę za podejrzenia, które mnie dotknęły, z dwóch powodów: po pierwsze byłam w jakiś nieuchwytny sposób inna, niż wszyscy normalni ludzie, po drugie reagowałam na oskarżenie w dziwaczny sposób: zamiast się oburzyć, ryknąć silnym głosem, możliwe że rzucić się na oskarżycielki z pięściami, nie powiedziałam nic; poszłam sobie spokojniutko na koniec molo i skoczyłam na głęboką wodę. Zapomniałam dodać, że miałam wieczorny dyżur przy odtwarzaczu, nadającym muzykę z płyt na system głośników w porcie i akurat płyta się zacięła na mojej ukochanej melodii (pozwólcie że ukryję, na której), co uruchomiło poszukiwania i sprawiło, iż wybawiono mnie od wielogodzinnego trzymania się drewnianych podpór mola i w konsekwencji uratowało mi życie.

         To był czas, w którym uznałam, że coś chroni mnie bardziej, niż sama bym chciała i potrafiła. Z pierwszej próby samobójczej uratował mnie kolejarz z nieistniejącej już stacji Warszawa Główna, z drugiej dozorca-ratownik z Giżycka. Potem już zbyt bardzo bałam się śmierci, żeby próbować kolejny raz.

         Jednak elementy życiorysu człowieka powtarzają się, jak echo chichotu w kiepskiej komedii. Wiele lat później starsza sąsiadka z działki, moja przyjaciółka, osoba ze wszech miar zasłużona bohatersko w czasie wojny i okupacji, ulegająca wszak starczej demencji, oskarżyła mnie o kradzież jej klejnotów, a nikt z otoczenia nie stanął po mojej stronie. Po jej śmierci okazało się, iż klejnoty znalazły się w poduszce poniewierającej się na werandzie domku letniskowego. Prawdopodobnie oglądała je i gdy ktoś obcy pojawił się w bramie, szybko upchnęła je do poduszki, na której siadywała, a potem zapomniała o tym. Odkryto to później, w czasie remontu domu, gdy z rozlazłego starego, werandowego kredensu wyciągnięto ową poduszkę, na której zwykła siadywać. Gdybym wierzyła w karmę, może by mnie ten zbieg okoliczności zastanowił, ale tak czy siak, nie oddał mi nikt sprawiedliwości. Tyle, że to już wtedy tak bardzo nie bolało.

         Uodporniając się na poszczególne rodzaje opresji zaznawanych od ludzi, bynajmniej nie zyskiwałam profitów dla mojej duszy, przeciwnie, traciłam coś nieokreślonego, co wiąże się jednak z ufnością wobec świata. Nie rozwijałam się więc duchowo, a przeciwnie karlałam, a zbliznowacenia pokrywające powierzchnię mojej duszy utwardzały ją, odbierały delikatność i dużą część współczucia dla innych. W procesie socjalizacji traciłam swoje wewnętrzne dziecko, czułe na cudzą krzywdę — wiedziałam już, jak łatwo można manipulować otoczeniem, jak bardzo oszukiwać, ukrywając swoje prawdziwe emocje i przyprawiając sobie zewnętrzne objawy uczuć akceptowanych i uznanych przez otoczenie. Oskarżona o złodziejstwo, łatwo mogłam pozbyć się tego oskarżenia. Starczyło narobić wrzasku, bić się w piersi i przysięgać na wszystkie świętości, że to nie ja, pałać tak wielkim oburzeniem, że usprawiedliwiono by nawet posunięcie się do rękoczynów. Miałam zaprawę teatralną, potrafiłam mdleć i padać na ziemię, nie robiąc sobie żadnej krzywdy, potrafiłam odgrywać dramatyczne sceny, ale nie chciałam lub może nie umiałam korzystać z tego arsenału w sprawach dotykających mnie osobiście. Oddzielałam wówczas sztukę od życia. W walce pozorów przegranym był i jest zawsze ten, kto nie umie lub nie chce posługiwać się nimi, a więc ten, czyje reakcje odbiegają od przyjętego standardu. Na pogrzebie trzeba płakać, na weselu cieszyć się, przyjaciółkę pocieszać, wroga opluwać. Na moich oczach, w ciągu siedemdziesięciu paru lat mojego życia, te ludzkie reakcje stały się jeszcze bardziej teatralne i standardowo przejaskrawione. Stworzyły kanon społecznych zachowań.

         Zastanawiam się, czy stąd nie bierze się mój krytycyzm wobec pewnych tekstów czy prezentowanych poglądów. Bowiem jedynym zyskiem z moich problemów stała się intuicyjna umiejętność rozpoznawania fałszywych tonów w mowie i w piśmie, co wydaje się być zaprzeczeniem duchowości. To, że stroi się ona bardzo często w fałszywe piórka, rzadko spotyka się z rozpoznaniem.

Korekta przez: Radek Ziemic (2015-02-05)



« Dzień po Jak zapisałam się do ZMS (Związku Młodzieży Socjalistycznej) »

komentarze

[foto]

1. Nie rozumiem • autor: Radek Ziemic2015-02-05 23:55:23

Dlaczego "intuicyjna umiejętność rozpoznawania fałszywych tonów w mowie i w piśmie" miałaby być "zaprzeczeniem duchowości"? To duży dar, choć często utrudniający "obdarowanemu" życie. 
[foto]

2. Sceptyku • autor: Katarzyna Urbanowicz2015-02-06 08:09:51

Masz rację w teorii. Praktycznie rozpoznanie fałszywych tonów pociąga liczne działania przeciwko rozpoznającemu. W życiu prywatnym nie muszę ujawniać swojego rozpoznania, w życiu służbowym (kiedyś) i w swoich tekstach (obecnie) nie kryję tego i spotykam się ze zmasowanym atakiem obrońców "duchowości". Zazwyczaj nie dyskutują merytorycznie z moim "rozpoznaniem" (staram się uzasadniać swoje twierdzenia) za to wybuchają wielkim oburzeniem za szarganie świętości. (np. Osho, Megre itp). Bierze się to stąd, iż wiele osób zainteresowanych duchowością podchodzi do wszystkiego bezkrytycznie, wręcz nie chce patrzeć rozsądnie, wiara i idee przesłania im świat. 
[foto]

3. To nie zawsze jest naiwny entuzjazm • autor: Radek Ziemic2015-02-06 12:39:19

To bywa też zwykła hipokryzja. I wiem, z doświadczenia, że można dostać za to po głowie. Jestem właśnie w trakcie przepracowywania takiej sytuacji. Ale to, co nazywasz duchowością właściwie nią nie jest. Perfuma o zapach róży nie jest jeszcze różą, że pozwolę sobie na banalne porównanie. Duchowość chyba boli, nie tylko, ale również. Poza tym - myślę, że tu, na Tarace, niejedna osoba nie tylko zgadza się z wieloma Twoimi opiniami, ale cieszy się z tego, że gdzieś są też inni, którzy nie dają się nabrać, których wrażliwość jest może nieufna, ale nie jest na pokaz. To wspaniałe odkryć, że gdzieś w kosmosie żyją ludzie... 
[foto]

4. Trzeba mieć niemałą... • autor: Michał Mazur2015-02-06 20:18:20

Trzeba mieć niemałą odwagę cywilną by przyznać się do prób samobójczych. W sumie nawet przyznanie się do depresji jest "złe" zwłaszcza w epoce na siłę wciśniętego z zachodu do Polski "Keep smiling". Natomiast teatralizm, sztuczność zachowań były cechą kultury polskiej chyba od zawsze (po raz pierwszy opisują je XVI i XVII-wieczne źródła podróżników zachodnich) - i jako takie od zawsze mnie wkurzały. Od małego wiedziałem że się z czymś takim identyfikować nie będę.
Nie umiałem dostosować się do nich. Od niektórych znajomych, ba, nawet od Matki słyszałem czasem "...bo to tak trzeba grać czasem", moja odpowiedź była zawsze "Ale ja nie będę grać!". Pewnie dlatego "system" mnie w końcu "wypluł" albo raczej wydalił nie mogąc przetrawić - na emigrację. I dobrze, bo tak bym się pewnie dłużej męczył w którymś z poprzednich miejsc pracy, w skostniałej strukturze i formach..
 Zresztą maski i tak spadają: gdy człowieka dopada choroba (przez to rozumiem także np. depresje), starość, albo gdy po prostu poziom tłumienia tego wszystkiego w sobie zostanie przekroczony (wówczas mamy do czynienia z mega destrukcyjnym efektem "przerwanej tamy"). I koniec końców może wyjść jeszcze gorzej. Więc po co?
[foto]

5. @Michał Mazur • autor: Radek Ziemic2015-02-06 20:39:05

Myślę, że więcej osób, niż byśmy przypuszczali, ma na swoim koncie próby samobójcze. W końcu, jak to ujął Marek Hłasko, co cytuję żartobliwie, ale pewnie i niedokładnie, bo z pamięci: "Samobójstwo - jedyna rzecz, o jakiej może myśleć uczciwy człowiek".

6. W mojej rodzinie... • autor: Nierozpoznany#10542015-02-15 11:53:30

W mojej rodzinie hierarchia wykroczeń też była inna niż powszechnie przyjęta. Za najgorszą rzecz pod słońcem uchodziło kłamstwo. Gdy nawet w zabawie, inne dzieci zarzucały mi, że kłamię, dostawałam cholery. Podobnie rzecz się miała, gdy byłam już dorosła i w sumie tak zostało do dziś. Czuję wręcz fizyczne obrzydzenie, gdy widzę osobę, która kłamie. A gdy ktoś podejrzewa mnie o kłamstwo, wstępuje we mnie diabeł. Była to dla mnie sprawa honoru, czego wiele osób niestety często kompletnie nie rozumiało.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)