Lubię czasem w niedzielne wieczory słuchać w programie trzecim
polskiego radia audycji Dariusza Bugalskiego pt. "Jestem feministą".
Lubię, bo budzi on moje emocje, angażuje mnie - a myślę, że właśnie o
to autorom tego programu chodzi. Z tym, że choć ja też jestem m.in.
"feministą", moje emocje nie zawsze są zgodne z tym co jest na antenie
prezentowane. Czegoś mi czasem brakuje.
Generalnie mamy teraz taki oto obraz w którym wciąż podkreśla się niższy społeczny status kobiet i ich wielowiekowe zepchniecie na drugi plan w życiu publicznym człowieka. A także obecny strach mężczyzn przed uwolnieniem i przejęciem władzy przez żądne zemsty feministki. W programie udowadnia się, że jesteśmy sobie równi - co słuchając niektórych dzwoniących do studia faktycznie wydaje się wciąż potrzebne.
Jesteśmy w ciekawym okresie społecznego przewrotu w temacie dominacji płci. I dobrze bo ja osobiście mam wrażenie, że już od dość dawna wszyscy żyjemy w pewnej niejasności. Albo ujmując to ściślej w podwójnych sygnałach społecznych. Tzn. twierdzimy jedno robimy drugie. Nie wiem czy się zgodzicie, ale ja odnoszę wrażenie, że kobiety już dawno przejęły w stadzie władzę. W domach czy w szkołach, gdzie wychowuje się przyszłe pokolenia rządzą kobiety. Przyszłość może do nich należeć, co mnie tak specjalnie nie martwi, ale wolałbym jednak równouprawnienie:)
Patriarchat się wypalił niszcząc nie tylko kobiety, ale powiedziałbym, że przede wszystkim mężczyzn. Wzmacniając sztywność, konceptualność, twardość zabił w nas to, co wolne, nieokiełznane i naturalne. Kobiety zaś musiały zejść do podziemia z którego teraz wychodzą. Są jak "Solidarność" przełomu lat 80. Mają za sobą Ducha Wolności, siłę buntu. Jest im łatwiej, bo atakują z drugiej pozycji niczym Justyna Kowalczyk na 30km klasykiem w Vancouver...A mężczyźni...nie wiedzą czego mają bronić, bo sami już w to nie wierzą. Patriarchat zabił w nich zew wolności, łowcę słuchającego lasu, pokornego ale odważnego zdobywcę.
Która kobieta nie chciałaby, aby jej mężczyzna wspiął się dla niej na najwyższe drzewo i zerwał z samego jego czubka najsłodszy owoc, a następnie jej podarował? Który mężczyzna nie chciałby tego dla swej kobiety dokonać? Teraz korporacja zarządzana zarówno przez mężczyzn jak i kobiety, żeby zerwać owoc zetnie drzewo, zbierze owoców skrzynkę i je sprzeda, a z drzewa zrobi meble...
Mężczyźni choć często chcieliby być większymi romantykami, boją się śmieszności. Choć czasem chcieliby iść na łowy, odkryć Nowe, stanąć w obronie, być odważnym, nie wiedzą jak. Upadek autorytetów męskości był w zeszłym wieku tak totalny, że trudno się dziwić naszemu wspólnemu odwrotowi od chęci poczucia bycia mężczyzną. To strach i wstyd. Teraz w modzie jest mężczyzna wrażliwy...rozumiejący kobiety i ich potrzeby, chodzący na warsztaty rozwojowe:), umiejący nazywać swoje uczucia, wyrozumiały, słuchający, miękki. To wspaniałe cechy, jednak z czasem ich przewaga sprawia, że mężczyźni w swoich zachowaniach i upodobaniach zaczynają przypominać kobiety. Trudno się w zasadzie temu dziwić. Skoro brak jest nam właściwych wzorców męskości, brak mądrej starszyzny wprowadzającej chłopców w męską inicjację, mężczyźni przerażeni wizją tego, co do tej pory prezentowało się jako męskie, odwracają się od tej części siebie i wchodzą w jej przeciwieństwo.
Każdy z nas ma w sobie i kobietę i mężczyznę. To właśnie w
wewnętrznej kobiecie współczesny mężczyzna szuka najczęściej ratunku.
Jeśli widzieć w tym niezbędny etap powrotu do właściwego mężczyzny w
każdym z nas, to bardzo dobrze! Nietzsche powiedział kiedyś, że
mężczyźnie, który nie umie tańczyć, nie powinno się dawać broni do ręki.
Tak więc etap bycia feministą jest niezbędny w reintegracji wewnętrznej męskości - temu między innymi poświecone są nauki hinduskiej Tantry. Bycia feministą w znaczeniu odkrycia i uszanowania przede wszystkim wewnętrznej kobiety w sobie.
Robert Bly w "Żelaznym Janie" opowiada historię o podróży chłopca ku własnej męskości. Zaczyna się ona od wydobycia z dna jeziora dzikiego człowieka, który na koniec zamienia się w wielkiego Króla. Bly utożsamia dno jeziora z dzikością, naturą, podświadomością.
Dodałobym jeszcze, że woda, wilgoć, to co nisko i tam gdzie ciemno, przynależą energii yin, czyli żeńskiej. Co może oznaczać, że podróż do odkrycia Króla w mężczyźnie zaczyna się od zejścia w głąb swojej energii żeńskiej. Dotarcia do wewnętrznego chaosu, nieokiełznanej natury, dzikości i nieprzewidywalności. Dzikość i chaos, to żeńska energia Kali, która pokonuje męskie ego, dopiero dzięki niej może zrodzić się energia tańczącego Śiwy. Wolnego mężczyzny. Przetransformowanej i zintegrowanej mocy połączonych wewnętrznych pierwiastków męskości i kobiecości.
Ale jaka do tego wiedzie droga?
O etapie odkrywania w sobie
wrażliwej strony już pisałem. Wielu mężczyzn dąży do tego jak do
spełnienia. Często wychowani przez kobiety rozumieją kobiety, albo
przynajmniej tak im się wydaje. Czują się wrażliwi i z wyższością patrzą
na mężczyzn typu macho. O macho pisać nie będę, bo oni raczej tego
artykułu nie będą mieli okazji przeczytać. Jednak wielu wrażliwych
rozwijających się mężczyzn tak.
Czy etap porozumienia z kobietą w środku i tą na zewnątrz jest dla
nas końcem rozwoju męskości czy raczej jej początkiem?
Sam
zadawałem sobie nieraz to pytanie. O ile na tym etapie - od biedy -
uczyć się możemy od kobiet, o tyle w poszukiwaniu wewnętrznego mężczyzny
uczyć powinniśmy się już zdecydowanie od mężczyzn. A tu krucho. Wielu z
pośród naszych ojców nie spełniło tego zadania. Porządnych nauczycieli w
szkole też często brakowało. Czasem mamy szczęście w trakcie poszukiwań
spotkać świadomego mężczyznę, ale ci należą do wyjątków.
Zadając sobie to pytanie stwierdziłem, że podpowiedzi mogę szukać we własnym ciele. Bo nawet jeśli moja psychika jest - paradoksalnie - mocno sfeminizowana, to moje ciało jest efektem milionów lat ewolucji. Marne 3 tysiące lat patriarchatu nie było w stanie wpłynąć na moje podstawowe instynkty, na moją męską seksualność, budowę mięśni, ścięgien, czy wreszcie na budowę mojego męskiego mózgu. Moje ciało jest męskie, jestem mężczyzną. Zejście w głąb siebie, na dno jeziora, powrót do najniższego miejsca, wejście w miękkość i wsłuchanie się, jest śmiercią dla wyszkolonego patriarchalnego mężczyzny. Dzikość Kali urywa mu głowę, tak aby z tej otchłani chaosu miał okazję narodzić się od nowa.
I tu mamy wrażliwy punkt. Wielu interpretatorów, nie dochodząc rzeczywiście do tego miejsca, stawia się wtedy ponad byciem mężczyzną, mówi: jestem człowiekiem, albo świetlistą istotą. To miejsce poczucia siebie jako oceanu. Miejsce w którym czujemy się rozpuszczeni w całym stworzeniu. Jesteśmy falą na oceanie. Piękne uczucie. Przez ostatnie lata kultywowałem je w sobie niezmiennie. Kim jesteś? - "Wszystkim". Znam to miejsce z doświadczenia. Jak łatwo się na nim zawiesić!
Podczas ostatnich warsztatów wyciągnąłem z tali tarota Osho kartę pt.
"Niech się dzieje". Widnieje na niej źródło nad którym zwisa duży
zielony liść lotosu. Jednak najważniejszym elementem tego obrazka jest
mała kropla wody która niby z rosy zebranej na liściu spływa właśnie w
dół wprost do źródła.
Opis tej karty w dołączonej do talii
książeczce sugeruje punkt bez powrotu - oto mała kropla wody rozpuści
się za chwilę w wodzie zatracając granice swego ego, co oznaczać ma
wejście w niewinność.
Częścią pracy z tymi kartami jest to, że można odnajdywać własne interpretacje na podstawie skojarzeń wynikłych z uważnego oglądania obrazka. Czym dla mnie jest w danej chwili spadająca kropla wody?
Oczywiście podstawową interpretacją jest to, że kropla wody ukazuje
naszą wewnętrzną izolację. Iluzję oddzielenia od rzeczywistości dokoła.
Symbolizuje nasze sztywne ego, którego śmierć otwiera w nas świadomość
bycia energią, a wszystko jest energią. Wpadając do wody rozpoznajemy w
sobie ocean. Jesteśmy oceanem, a nie tylko kroplą...
Znamy tą
interpretacje jeśli nie z własnego doświadczenia to przynajmniej z
tysiąca książek o duchowości.
W tej interpretacji nie
jestem Dawidem, nie jestem mężczyzną, a nawet nie jestem człowiekiem.
Jestem chwilą, puszczonym bąkiem, zapachem kwiatu, lotem klucza żurawi.
Oczywiście jestem też miłością, źródłem, a nawet bogiem.
Z takiego miejsca jednak trudno znosi się uczucia krzywdy, zranień,
trudno jest też postawić komuś granice, poczuć złość, gniew. Pozwolić
sobie na wkurwienie, płacz, smutek.
Przecież jesteśmy ponad takie
niskie wibracje, przecież współczujemy bliźniemu, a nie podnosimy na
niego głos. Jesteśmy dobrzy, a nie źli. Poza tym przecież dobra i zła
nie ma...br> Mnie też nie ma więc nie powinienem się wściekać, bo kto
się wścieka? Jak ktoś wejdzie mi do domu i wszystko z niego wyniesie, to
przecież tak miało być, a my niczym mistrz zen powinniśmy spojrzeć w
księżyc i rzec: "Nic to, przecież tego co mam najcenniejszego nie da się
ukraść..."
I choć to piękna i prawdziwa wizja, wielu z nas czytając o mistrzach, chce od razu takim być. Pominąwszy etapy pośrednie wybaczamy wszystkim, otwieramy się na duchowość odwracając się od przyziemności. Stajemy się bezpłciowym aniołem zaprzeczając kobiecości bądź męskości w sobie.
Ostatnio ponownie odkrywam, że jestem też kroplą. Interpretując kartę Osho widzę, że ta spadająca kropla do wody dąży do własnej śmierci. Jak my wszyscy na koniec zanurzymy się w oceanie świadomości. Rozpuścimy się na powrót w źródle z którego się wyodrębniliśmy. Czy jesteśmy święci czy nie, wrócimy do domu. Jednak przez ten krótki moment jesteśmy wyodrębnieni! Jesteśmy indywidualni, niepowtarzalni. Krótki lot kropli wody przed zanurzeniem się w otchłani, to nasze życie! Życie Dawida, życie mężczyzny, życie człowieka! O jak dobrze być człowiekiem, jak dobrze być mężczyzną!
Ta krótka chwila to Ja. Tak jestem wodą z oceanu świadomości, ale przez krótki czas mam szansę być wyodrębnioną świadomością w męskim ciele. Dlaczego miałbym temu zaprzeczać?
Wróćmy więc do miejsca spotkania z energią Kali. Czym ono jest? Pisałem kiedyś w Tarace o filmie "Antychryst" Larsa von Triera, jak to dzika natura zwyciężyła nad szaleństwem patriarchatu. Teraz dodam, że w obrazie tym pojawia się właśnie energia Kali. To ona próbuje poprzez nieszczęsną kobietę uziemić mężczyznę. Nieszczęsną ponieważ w niej też toczy się wewnętrzna walka. Z miejsca patriarchatu widzi we własnej energii zło. Okalecza się, słuszne widząc źródło energii w swojej seksualności. Zadaje też rany mężczyźnie. Wspomniany już tu Robert Bly pisze, że w niektórych kulturach przedchrześcijańskich kapłani (kobiety i mężczyźni) składali ofiary z młodych mężczyzn często ich przy tym kastrując. Potem obrzęd ten przeszedł w formę inicjacji chłopca w mężczyznę w której ten zadawaną ma ranę (Bly 1993, s.243). Pisze dalej, że rana ta jest zadawana w imieniu natury stając się jakby łonem z którego urodzić się ma dojrzały mężczyzna. Z rany w udzie Zeusa urodził się Dionizos kojarzony z Hinduskim bogiem Śiwą.
W "Antychryście" mamy chyba dość dosłowne nawiązanie do tego mitu. Kobieta zadaje ranę najpierw w genitalia, a potem w udo mężczyzny "uziemiając" go. Czyli sprowadzając jego świadomość z przeintelektualizowanej głowy pełnej wrażliwych koncepcji psychologicznych do tu i teraz, do Ziemi. Ciekawe jest też to, że nasz bohater uciekając przed szaleństwem chowa się głęboko pod ziemię. Schodzi w dół, zapada się pod grunt, wchodzi do jamy, do łona. Tak więc chowa się w czystym Yin. Jest pozbawiony swoich koncepcji, ścięto mu głowę. Zadano ranę która miast go wykastrować budzi w nim energię Śiwy. Tylko równoważna energia szaleństwa, gniewu i mocy jest w stanie stanąć naprzeciw Kali. Tu nie pomogą słowa, wybaczenie i miłość. Tu pojawia się czysta moc przemiany. Śmierć.
Don Juan Castanedy mówił, że w "widzeniu" obserwuje dwie energie przenikające wszystko. Jedna niesie życie (Miłość), druga je odbiera (Śmierć). Trudno jest nam przyjąć taką optykę. Przecież bohater filmu zabija człowieka, zabija własną żonę, którą kocha. Ale kiedy spróbujemy zobaczyć ten przekaz nie z miejsca osobistych historii, ale z miejsca mitu, o który niewątpliwie chodziło von Trierowi, to przypomnijmy sobie inne mity, hinduskie, greckie, indiańskie. Wszędzie tam giną jedni, a rodzą się drudzy. Pokazana jest w sposób alegoryczny odwieczna przemiana. Być może u von Triera jest to przemiana w mężczyznę. Najpierw energia Kali zabija jego skostniałe ego, wyzwalając w nim energię Śiwy, potem on zabija w niej demona. Śiwa jest przedstawiany jako bóg Miłości - Tworzenia i Śmierci - Przemiany. Jest kompletny i jako Nataradźa tańczy na właśnie zabitym demonie!
Tak więc mamy współczesnego mężczyznę, który poprzez kryzys męskości, szukając siebie potrzebuje spotkać się z Ziemią. Potrzebuje zejść ze swych skostniałych patriarchalnych koncepcji na Ziemię. Z braku pozytywnych wzorców bądź z konieczności, czyni to poprzez odkrywanie własnej kobiecości. Najpierw jej jasnej strony, w postaci wrażliwości, delikatności, empatii. Ale to spotkanie z wewnętrzną kobietą prowadzi niechybnie i do jej ciemnej strony. Tam mężczyzna trafia na jej dzikość - pojawia się chaos, gniew, pierwotna seksualność, zjawia się Kali. Energia ścinająca koncepcje dobra i zła. Jej moc jest tak silna, że aby przetrwać mężczyzna musi sięgnąć najgłębiej jak tylko potrafi w głąb siebie i z samej czerni wydobyć promyk światła. Ale aby wyciągnąć blask na wierzch, który zaprowadzi go na szczyt góry musi wpierw odpuścić swoje koncepcje i odnaleźć dzikość, swoją moc, swój gniew. Tylko wtedy może zmierzyć się z okrutną i wspaniałą Wielką Kali. Gdy tego dokona pokonuje w sobie lęk, budzi odwagę i zaufanie do siebie. Rodzi się Król, który może spokojnie - ponieważ znalazł swoją moc, zna swoje granice i umie ich bronić - zrywać sobie jeżyny w zgodzie z dzikością w świetle słońca na szczycie wzniesienia, uwolniwszy wszystkie skołatane dusze...
To ważne aby zaznaczyć, że proces ten nie jest przeciwko kobietom, podobnie jak Kali nie jest przeciwko mężczyznom, choć Ci się zwykle boją jej przebjawów. Jest w tym procesie raczej energia buntu niewolnika przeciwko ciemiężcy. Potrzebuje on poczuć siłę, aby wyzwolić się z miejsca ofiary i aby móc postawić swoje własne granice. Jest to wyjście ze stagnacji.
Taki człowiek, w tym wypadku mężczyzna nie musi już krzywdzić, bo krzywdzimy z lęku, a kompletny mężczyzna - choć wciąż ma prawo się bać - potrafi stawiać czoła swoim lękom. Zna swoja wartość, ma poczucie swojej siły i słabości. Zasmakował też bólu i głębokiego zranienia. Jest świadomy, że Życie idzie w parze ze Śmiercią. Jeśli przeżywa ekstazę to w pełni, bo wie, że nic nie trwa wiecznie.
Procesy te mogą wyglądać różnie i nie muszą przybierać tak drastycznego wyrazu. Czasem mogą przychodzić pod postacią kryzysów, wszędzie tam, gdzie życie wchodzi nam w drogę z naszymi wyobrażeniami. Energia Kali zjawia się nam z pomocą w chwili, gdy mamy poczucie, że oto utknęliśmy. Czujemy, że potrzebujemy zmiany, choć wciąż tkwimy w starym układzie. Kiedy czujemy, że się już dusimy i ...e zaraz wybuchniemy. Niektórych ogarnia strach przed tym uczuciem, boją się, że jak puszczą to zabiją...Boją się swojej nieznanej im siły, często wtedy wolą się od niej odwrócić, przytłumić się używkami i telewizją. Inni zaś ryzykują i podejmują wezwanie. Konsekwencje bywają nieraz poważne. Bywa, że rozpadają się związki, tracimy pracę, zmieniamy mieszkanie. Ale jeśli poprzedni układ nam nie służył, to nie służył nam jako mężczyznom z duszą. Zwykle wtedy taki kryzys zwiastuje przemianę. Przy czym pamiętać warto, że takich przemian w życiu bywa czasem wiele...
W każdym z nas czy to w mężczyźnie, czy to w kobiecie na polu walki staje, że tak powiem nasza "psychika" z naszą "psyche". Psychika poraniona, pełna lęków i uprzedzeń, niosąca zapis kultury i wychowania, ściera się z naszą duszą dążącą do Wolności i integracji z Duchem. Gdzie szukać siły w tej walce?
Mity podpowiadają, że mężczyźnie potrzebne jest uziemienie. Dla mnie
oznacza to osadzenie świadomości w ciele. Być może jako etap, jak ta
kropla spadająca do oceanu, ale etap niezbędny. W męskim ciele znajduję
odpowiedzi na pytanie co to znaczy być mężczyzną. Gruntując się w nim
docieram do ciemnych i jasnych mocy mojej istoty. A także do
wyodrębnienia i wzmocnienia męskiego i żeńskiego pierwiastka, które
prowadzi do powstania wystarczającego napięcia uwalniającego proces
wewnętrznej alchemii z którego może zrodzić się istota transcendentna,
tańczący Śiwa.
Bez przejścia przez cały proces, możemy ulec iluzji,
że oto już doszliśmy, chociaż z szerokiej perspektywy nie ma to
znaczenia, bo z nikąd przecież nie wyszliśmy.
Dawid Rzepecki
2. O byciu mężczyzną krótko • autor: Wojciech Jóźwiak 2010-03-24 22:46:58
Dawid, nadzieja w genach! Piszesz:
„Teraz w modzie jest mężczyzna wrażliwy /.../, umiejący nazywać swoje uczucia, wyrozumiały, słuchający, miękki. /.../ mężczyźni w swoich zachowaniach i upodobaniach zaczynają przypominać kobiety.”
Nawet jeśli jest taka moda, to jednak genów nie da się oszukać. Problem i.m.h.o. nie polega na tym, że „mężczyźni niewieścieją” i „kobiety dominują”, tylko na tym, żeby umieć dostrzec, na czym naprawdę polega „męski czynnik”, który wyraża się dzisiaj, w naszym czasie, a nie 200 lub 2000 lat temu.
Nie ma sensu przymierzać się do bycia „łowcą” (osobiście brzydzę się myśliwymi i chętnie wzbudzę takie obrzydzenie u innych), ani „wojownikiem” - chociaż cenię ludzie, obu płci, którzy umieją się bronić i potrafili włożyć wysiłek w naukę np. karate.
Wyróżniki męskiej płci pozostają, chociaż nie polegają na tym, że mężczyźni polują, podczas gdy kobiety gotują. Takim współczesnym wyróżnikiem męskiej płci jest np. informatyka: branża prawie w 100% męska.
Masz jednak rację w tym miejscu, że „być mężczyzną” jest trudniej niż „być kobietą”, ponieważ kobiety potrafią dobrze realizować się w rzeczach średnich i powszechnych. Kobiece czasopisma zajmują się tematami powszechnymi i średnimi a przez to dostępnymi każdemu (każdej), takimi jak dom, higiena, zdrowie, ubranie, psychologia na codzień. Kobiecy ideał w dużym stopniu polega na: „wystarczy być” (że zacytuje tytuł książki Kosińskiego).
Mężczyzną być jest trudniej dlatego, że (chociaż dawno padły wzorce łowcy i wojownika (czyli rzeźnika i bandyty)) to pozostaje wciąż imperatyw „bycia wyjątkowym”. Sam ten ideał wymieniasz, kiedy piszesz:
Która kobieta nie chciałaby, aby jej mężczyzna wspiął się dla niej na najwyższe drzewo i zerwał z samego jego czubka najsłodszy owoc, a następnie jej podarował?
Chodzi mi właśnie o to „najwyższe”, „z samego czubka” i „najsłodszy”. Na tym polega ten ideał czy imperatyw wyjątkowości. Oczywiście, ktoś może tu zarzucić, że chodzi o „zwykłą” rywalizacyjność, a mężczyźni, wiadomo, są rywalizacyjni, a wg różnych postępowców, powinni nimi być przestać. No wiec łatwo nie przestaną, bo tak wyrażają się ich (czyli nasze) geny. Ale to nie tylko rywalizacyjność, ale genetycznie wdrukowany pęd do penetrowania pobrzeży, do sprawdzania, co dalej, co za tym zakrętem, do szukania i znajdywania. Do czynienia wynalazków. Do robienia rzeczy nietypowych, wykraczających poza to, co przyjęte. Do siania niepokoju, nawet jeśli jest to „tylko” niepokój twórczy.
Warsztaty, które Ty prowadzisz i ja prowadzę, właśnie to mają za wskazówkę: żeby na nich zrobić coś, co wykracza poza rzeczy „średnie” i powszechne.
Ja bym się na twoim miejscu nie martwił o miejsce dla tych, którzy chcą „być mężczyzną” (czyli dla nas). Znajdziemy je sobie.
re-komentarz Autora:
3. Addendum • autor: Dawid Rzepecki 2010-03-26 11:36:04
4. * * * • autor: Danuta 2010-03-26 23:07:02
re-komentarz Autora:
Autor, jego teksty
Aby pisać komentarze zaloguj się lub zarejestruj.
Drukuj
1. Ósemka kielichów • autor: Maria Borkowska 2010-03-24 19:41:29
re-komentarz Autora:
Dawid Rzepecki --- autor