zdjęcie Autora

28 marca 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Jeszcze o rytuałach, niekoniecznie Wielkanocnych

Kategoria: Twórczość

« Teorie spiskowe Samotność z żyrandolem »

Obserwując niektóre rodziny odkrywamy, że panuje w nich wiele zwyczajów, wydających się nam dziwnymi lub nieracjonalnymi. Niektóre wyglądają wręcz jak jakieś rytuały. Nasza ciekawość, co do ich źródeł raczej nie zostanie zaspokojona, ponieważ rozmowa o nich wydaje się czasem przekroczeniem jakiejś niewidocznej bariery, czymś w rodzaju pierdnięcia przy gościach – wszyscy udają, że pytanie nie padło, więc trudno byłoby oczekiwać odpowiedzi na nie. Jednocześnie gość nie stosujący się do tych reguł (a w skrajnych wypadkach gospodarz do reguł narzuconych przez gościa) jest przedmiotem edukacyjnych zabiegów, ale takich, gdzie nikt niczego nie wyjaśnia, tylko oznajmia, że należy postępować tak a tak. Najgorzej z tym mają dzieci, ponieważ najłatwiej je sztorcować i nie uchodzi to za towarzyski nietakt, chociaż często robi im wodę z mózgu.

         Miałam wiele przykładów takich dziwnych zabiegów niektórych osób do organizowania przestrzeni i czasu wszystkim innym, którzy znaleźli się w ich zasięgu.

         Najwięcej obserwacji czerpałam z pobytów znajomych na mojej działce. W lecie wiele osób znajomych i z rodziny zapraszałam do pobytu na niej i korzyści były obustronne. Czyjś pobyt chronił otoczenie przed dewastacją, włamaniami i kradzieżami, lepiej więc było, żeby domek był zamieszkany. My z mężem przyjeżdżaliśmy tylko w soboty i niedziele, poza tym rodziny te rządziły się same.

         Zawsze zaczynały od przemeblowań. Przesuwanie, przestawianie, organizacja przestrzeni według własnych koncepcji. Nasze działkowe meble pochodziły z tzw. przydasiów i czasami próba ich przesunięcia kończyła się katastrofalnym rozpadem. Nie lubiłam tych przemeblowań, nie zawsze mieliśmy czym zastąpić zniszczony mebel, a często nawet, jeśli by był odpowiednik, wchodziło w grę kłopotliwe organizowanie transportu, ale godziłam się z tym, bo wiedziałam, że niektóre osoby tak mają. Moja mama na przykład kilkakrotnie w roku przemeblowywała mieszkanie (a już przed Wielkanocą obowiązkowo) stale będąc z dokonanych zmian niezadowolona. Chociaż ona miała solidniejsze meble.

         Bardziej dolegliwy był zwyczaj zmiany miejsc przechowywania różnych rzeczy. Na działce lekarstwa były zawsze w moim pokoiku (żeby dzieci się nie dobrały), półki w kuchni zapełniały naczynia w porządku: najniżej najczęściej używane (ponieważ jestem niewysoka), w kąciku między kuchnią a piecem stołeczek, na którym siadałam rozpalając w piecu, czy opróżniając go z popiołu.

         Przyjeżdżając wszystkiego musiałam na nowo szukać. Stołeczek mókł gdzieś na deszczu pod krzakiem porzeczek, lekarstwa w pojemniku bez przykrywki wywędrowały do łazienki i tabletki zamoczone zostały przez prysznic, kieliszki poszły na najniższą półkę kosztem talerzy, które powędrowały najwyżej, przyprawy do potraw w torebkach, którymi (poza solą i pieprzem) nie umiano się posłużyć, wyrzucono do śmietnika. Łyżeczki znajdowały się na trawniku, gdy zeszły śniegi wiosną następnego roku, albo tępiły noże kosiarki, czasami nawet dwa czy trzy lata później przy przerzucaniu pryzmy kompostowej. Po każdorazowym czyimś pobycie musiałam na nowo wszystko układać „po swojemu”. Denerwowało mnie to, bo uważałam, że skoro ja w cudzym domu odkładam przedmioty na miejsce wyznaczone przez gospodarzy (niezależnie od tego, co sądzę o wyborze tego miejsca) to w moim domu ludzie powinni też stosować się do tej reguły. Niestety, większość osób nie miała pojęcia, że taka reguła w ogóle istnieje. Żeby spacyfikować jakoś swoją złość i nie dać gościom do zrozumienia, że ich szarogęsienie się mnie nie zachwyca, zaczęłam analizować dokonane zmiany pod kątem ich uzasadnienia. Niestety, bardzo rzadko zmiany te miały jakikolwiek sens (poza stawianiem kieliszków najbliżej ręki, jak się dało, żeby zbytnio nie męczyć się z ich wyciąganiem). Reszta miała sens wyłącznie wówczas, jeśli znało się upodobania przejściowych mieszkańców lub w ogóle nie miała żadnego sensu.

         Mogłam na przykład zrozumieć, dlaczego moje szklanki chowano głęboko i w niedostępne rejony półek, a stawiano w ich miejsce obrzydliwe grube kubki reklamowe z jaskrawymi nadrukami. W niektórych rejonach Polski herbaty nie pija się w szklankach, co uważane jest za „rusycyzm” tylko w filiżankach. Ale w innych rejonach pija się zamiast herbaty kawę w kubkach, więc do herbaty filiżanki można zastąpić ciężkimi kubasami. Tak czy inaczej szklanki, jako pochodzące mentalnie od zaborcy, są źle widziane. Ja lubię widzieć co piję i jakie jest natężenie barwy napoju, więc preferuję szklanki.

         Wielu ludzi „nienawidzi” kminku, cebuli, majeranku, a „kocha” oregano i czosnek, no może jeszcze pieprz (w mojej młodości raczej „nienawiść” dotykała właśnie czosnku, ale czasy się zmieniają). Co nie znaczy, że powinni wyrzucać do śmieci cudze przyprawy.

         W skrajnej postaci z dominacją nawyków miałam do czynienia u mojej koleżanki, która z uporem maniaka przekładała moje sztućce po zmyciu włożone do osączarki  trzonkami do dołu na pozycję trzonkami do góry. Ja nawykłam do tego, bo lubiłam widzieć co biorę: łyżkę czy widelec, ona zaś udowadniała mi, że nóż ustawiony ostrzem do góry może skaleczyć, mało tego, wymuszała na mnie właściwe jej zdaniem ułożenie sztućców. Ustępowałam jej dla świętego spokoju, bo poza tym była całkiem sensowną kobietą i lubiłam ją.

         Moja synowa natomiast nawet w czasie krótkiej wizyty robiła swoje „porządki” w mojej lodówce. Wyjmowała wszystkie wędliny i sery z opakowań i wykładała na talerzyki, które ustawiała jeden na drugim (bo lodówka była mała). Po jej wyjściu musiałam przywracać swój ład, ponieważ uważałam, że odsłonięte wędliny i sery obsychają. No i miałam niewiele małych talerzyków.

         Kiedyś w mojej pracy zmienił się prezes i straszliwie grzmiał na panie, które w kuchence myjąc szklanki najpierw myły ręce nad zlewozmywakiem. Uważał to za straszliwe horrendum (od mycia rąk jest umywalka) ale nie przyszło mu do głowy, że mycie szklanki brudnymi rękami nie jest najlepszym pomysłem z punktu widzenia higieny. Oświadczał nam, że za taki okropny zwyczaj jego żona zwolniła już niejedną pomoc domową, każąc nam w podtekście zastanawiać się nad naszą przyszłością w tej firmie, jeśli będziemy kultywować coś, czego nie tolerowała jego małżonka.

         Dlatego z zachwytem przeczytałam gdzieś rozpracowanie takiego zwyczaju dokonane przez naukowca – psychologa czy socjologa, już nie pamiętam.

         Zwrócił jego uwagę zwyczaj karcenia przez panią domu członków rodziny kładących po powrocie do domu płaszcze na łóżku. W dodatku nikt nie wiedział dlaczego czyn ten jest stawiany prawie na równi z jakimś o wiele gorszym przestępstwem. Osoby te miały niewielkie mieszkanie i malutki przedpokój, czasem więc gdy przychodzili goście starano się zostawić im miejsce na wieszaku w przedpokoju. Sprawa płaszczy na łóżku wywoływała wiele rodzinnych awantur i naukowiec ten postanowił zbadać początki tego zwyczaju. I czego się dokopał?

         Pradziadek i prababcia pani domu byli lekarzami i pracowali w szpitalu zakaźnym. Mieli też praktykę prywatną w swoim domu. Zwyczaju tego, aby ubrań wierzchnich nie przenosić do sypialni przestrzegali rygorystycznie z powodów higienicznych, co nie sprawiało zresztą kłopotu, ponieważ mieszkali w willi i mieli służbę. Zwyczaj ten przetrwał co najmniej dwie wojny i równie rygorystycznie był przestrzegany w malutkim mieszkanku pracowników biurowych. Bez żadnej świadomości, skąd się wziął. Matki uczyły córki, córki swoje dzieci i tak doszło do współczesności.

         W jakim celu to piszę? Jeżeli się będziemy bardzo nudzić w czasie Świąt w gościach u kogoś lub przyjmując gości, rozmawiając na przykład o tym, co ostatnio prasa napisała, a telewizor doniósł, a wszyscy już wcześniej przemielili, proponuję miłą, nieobciążającą zabawę: popatrzmy na zwyczaje panujące przy niektórych stołach i starajmy się wytropić ich źródła. Jeśli nam się to uda – satysfakcja murowana. No i wierzę, że podzielicie się ze mną swoimi odkryciami. Pozdrawiam świątecznie i miłej zabawy!

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Teorie spiskowe Samotność z żyrandolem »

komentarze

[foto]

1. Polecam, na podobny temat... • autor: Wojciech Jóźwiak2013-03-28 13:32:02

[foto]

2. Różnica • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-03-28 14:32:20

Tak, istotnie, historie są podobne. Tyle, że dzieli je pewna, istotna różnica: uczniowie guru byli przyzwyczajeni do odprawiania przez mistrza rozmaitych rytuałów i nie wyobrażali sobie "tam i wówczas" rzeczy przyziemnych, nie będących rytuałami . Zwyczajni ludzie z opisywanych historyjek nie mieli pojęcia, że powtarzając jakąś czynność dlatego, że "zawsze tak się robiło" odprawiają faktycznie rytuały. Czy więc w podobnych wydarzeniach nie można dopatrzyć się źródeł wszystkich rytuałów? 
Co więc dzieli powtarzalne gesty od faktycznych rytuałów? Czyżby tylko brak zdroworozsądkowego uzasadnienia? Idąc dalej: jeśli spytać kogoś dlaczego klęka do modlitwy, a on odpowie, że "wszyscy tak robią" - to tylko uprawianie powtarzalnej czynności. Jeśli zaś na przykład odpowie, że ukorzył się przed Bogiem - wówczas odprawia rytuał. A może się mylę?
[foto]

3. Coś a propo • autor: Przemysław Kapałka2013-03-29 09:11:12

No to jeszcze jedna anegdota na temat, i przy okazji odnośnie postawy "tak mnie nauczono":

Młody mąż z młodą żoną przystępują do kiszenia szynki (jeśli szynki się nie kisi i coś pomyliłem, to przepraszam, nie znam się). Mąż dziwi się, że żona szynkę obkraja, i pyta, dlaczego. "A bo tak robiła moja matka". "A dlaczego tak robiła?" "A wiesz, że nie wiem". "I nigdy nie zapytałaś?" "A jakoś nigdy nie przyszło mi to do głowy." 

Dzwoni żona do swojej matki. "Mamo, jak kisiłaś szynkę, to ją obkrajałaś." "Tak, obkrajałam." "A dlaczego tak robiłaś?" "Bo tak robiła moja matka, czyli twoja babcia." "A nie wiesz, dlaczego tak robiła?" "A jakoś nigdy jej o to nie zapytałam."

Dzwoni teraz do babci. "Babciu, dlaczego ty obkrajałaś szynkę przed kiszeniem?" "A, bo miałam taki mały garnek, nie mieściło mi się."


[foto]

4. Dobra historyjka • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-03-29 09:35:22


Bardzo dobra historyjka. Przygotowywaniu przetworów towarzyszy wiele takich opowieści, które w warstwie racjonalnej mają niby powodować lepszą trwałość przetworu, naprawdę zaś były wynikiem jakichś okoliczności towarzyszącej komuś przygotowującemu potrawy kiedyś. Niektóre rytuały są dość dziwne. Opowiadano mi kieyś, że przed wojną na Bródnie ggospodynie kiszące kapustę w beczkach najpierw musiały beczkę "okrzyczeć", żeby wypłoszyć z niej złe duchy.

Przy okazji: świąteczną szynkę się marynuje w zalewie albo marynacie z zawartością saletry, soli i przypraw. Potem można ją wędzić albo gotować albo to i to.. Kisi się albo kwasi warzywa: ogórki, kapustę, paprykę, marchew, bakłażany, cukinię i kabaczki albo jabłka i grzyby takie jak gąski czy rydze. 

 

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)