Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

09 listopada 2015

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Czytanie... (odcinków: 185)

Jonasa i innych. Ciężko nie być gnostykiem

Kategoria: Gnoza i hermetyzm
Tematy/tagi: BuddafilozofiagnozaHeideggerhermetyzmkwantoweLeśmianmity w nauce

« Bramy Penrose'a: Smutek fizyki »

Książka „Religia gnozy” Hansa Jonasa jest jedną z niewielu, które czytam w kółko odkąd nabyłem. Książkę po polsku wydano w 1994 roku i pewnie wtedy ją kupiłem, autor już nie żył, zmarł w 1993. Nawet niedawno znalazłem kontakty do wydawcy, czyli Wydawnictwa Platan, ale tamta firma zapewne w głębokim uśpieniu, bo mimo podtrzymywania strony internetowej nikt mi nie odpowiedział. Chciałem ich zgodę na e-przedruk fragmentów w Tarace. Hans Jonas żył 1903-1993, był uczniem – lub pod jego „przemożnym wpływem” – Martina Heideggera, ale nie mając aryjskich papierów w 1933 roku, wyemigrował najpierw do W. Brytanii, wkrótce do Palestyny (która jeszcze nie była Izraelem). Walczył w armii brytyjskiej, po wojnie stwierdziwszy, że jego matkę zamordowano w Auschwitz, nie wrócił do Niemiec, ale zatrzymując się w Izraelu, potem w Kanadzie, w końcu osiadł w Nowym Jorku. „Religię gnozy” napisał po angielsku. Więcej o nim przeczytasz np. tu: „Hans Jonas o boskiej wszechmocy i niemocy Boga”.

Wiele razy w Tarace deklarowałem swoją niechęć do gnozy i gnostycyzmu. (Gnoza to jest pewien typ religijno-filozoficznego myślenia; gnostycyzm: konkretne wydanie tego typu w postaci „rodziny” późno-starożytnych religii i sekt.) Oraz, że staram się nie być gnostykiem. Chociaż to ciężkie zadanie, a gnostyckie myślenie wciąż na nowo się reanimuje i narzuca. Nie jako kompletny system ani religia, ale w częściach i motywach – tak. „Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?” – stwierdzał i pytał Leśmian w iście gotyckim wierszu zaczynającym się od słów: „Dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony”. Gdzie pojawia się nuta, że „niedobry świat”, a zwłaszcza gdy „czemu innego nie ma świata?”, tam już gnostycka ścieżka jest otwarta. I gdzie świat rozumiany jest jako coś złego, zagrażającego, niszczącego, pełnego cierpienia i niewygód, i miejsca nietrwałości. Budda („ten” Budda, Śakjamuni) rozpoczął swoją drogę ku Obudzeniu od czterech spotkań: starca, chorego, umarłego i medytującego jogina. Pod wieloma względami buddyzm i gnostycyzm są zgodne. Różnica w tym miejscu jest taka, że jogę gnostyk natychmiast by odrzucił, uznając jej praktyki za całkiem bezsensowne. Dlaczego? Bo w jodze pracuje się z ciałem, a ciało, cielesność i w ogóle materia w gnostyku budzi wstręt, jako „ciemność” i więzienie dla duszy – ale nie duszy-psyche, bo ta jest stracona jako należąca do świata i oddana jego namiętnościom i szaleństwom, tylko duszy-pneuma, czyli poza-światowej iskry. Oczywiście świat został stworzony przez takiego lub innego antyboga, którym gnostycy brzydzą się i gardzą, tak jak gardzi się i brzydzi ludzkimi tyranami-mordercami, a ich prawdziwy bóg jest spoza tego świata, doskonale z nim niezmieszany.

Dziwnym nie-trafem gnostyckie myślenie odżyło jako część lub nawet jeden z filarów Oświecenia. (Oczywiście Oświecenia jako nowożytnego prądu kulturowego, który zaczął się mniej więcej od Pascala, Kartezjusza i fizyki Newtona i dobrze się ma do dziś – a nie oświecenia jogicznego lub buddyjskiego.) Kartezjusz oddzielił nieprzeniknioną kurtyną świadomość (res cogitans) od materii (res extensa). Z fizyki Newtona wynikło zaś, że materia jest czysto mechaniczna i znakomicie sobie radzi, będąc napędzana kilkoma siłami i jednym równaniem ruchu. Zniknęły jako niepotrzebne wszelkie poruszające dusze dla różnych bytów (wtedy też odrzucono astrologię, co jasne, skoro planety okazały się bezduszne), a ruch materii okazał się być sztywno zdeterminowany. Ten pogląd najlepiej sprawdzał się w praktyce w astronomii, gdzie właśnie planety były zdeterminowane czysto po newtonowsku, ale chętnie rozciągano tamten determinizm na „wszystko” w przekonaniu, że odkrycie odpowiednich równań dla, powiedzmy, rośnięcia roślin i zachowania się zwierząt (jako „kartezjańskich automatów”) jest tylko sprawą czasu i cierpliwości. Jakikolwiek bóg w tym obrazie świata znikał, przestawał być potrzebny, co oddał Pierre-Simon Laplace w zdaniu, które rzekomo wygłosił do cesarza Napoleona, gdy ten go pytał, gdzie w jego systemie astronomicznym jest miejsce dla Boga: „Ta hipoteza nie jest mi potrzebna”. Rzekomo, bo czytamy, że ta anegdota jest apokryficzna. (Link do Laplace'a daję angielski, bo punkt o nim w polskiej Wikipedii jest haniebnie ubogi.) Dziwnym nieprzypadkiem ten sam Laplace przy okazji wykładów o rachunku prawdopodobieństwa wymyślił „próbną istotę” nazwaną później Demonem Laplace'a, która znając położenia i pędy wszystkich cząstek wszechświata i mając odpowiednią rachunkową biegłość, mógłaby z rachunków mechaniki obliczyć stan wszechświata w dowolnej przyszłej chwili, a więc, w pewnym sensie, czas dla niego by nie istniał. Chociaż od początku odzywały się protesty – od Williama Blake'a (u którego Urizen jest typem gnostyckiego archonta, który zmusza świat do ruchu jak nakazują prawa) przez romantyków, teozofów i new-age'owców – to ten mroczno-ciężki niby ołowiana (lub saturnowa, po astrologicznemu) pokrywa światopogląd nasuwał się na myślenie Europejczyków i przygniatał kolejne jego dziedziny. Rupert Sheldrake w swoich książkach pokazuje, jak w XX wieku tamten mechaniczno-deterministyczny redukcjonizm wprawdzie zesłabł w swoim centrum, czyli w fizyce, ale tym bardziej przygniótł chemię, biochemię i najbardziej biologię.

To doświadczenie, szczególnego przygniecenia obrazem świata bez ducha, bez świadomości (która tylko zdmuchliwym epifenomenem) i bez życia, wyliczalnym i mechanicznym, gdzie żywe doświadczenie można zastąpić rachunkiem – światem sztywnych brył, jak go sam kiedyś nazwałem, odchorowując mentalnie swoje studia fizyki, jest jednak kluczowe dla przejścia umysłem przez pewną bramkę. Bramka ta bywa nazywana „doświadczeniem Oświecenia”, oczywiście znów w sensie oświecenia-prądu nowożytnej Europy, a nie buddyjskiego lub jogicznego. Ta myśl właśnie uderzyła mnie w wykładzie pewnej znawczyni kultury Brazylii (z przykrością nie zapamiętałem jej nazwiska), która mówiła na którejś konferencji Enetei: że Brazylijczycy nie przeszli przez owo doświadczenie Oświecenia, które jakoś ich ominęło lub jak po gęsi spłynęło. Dlatego ich praktyki religijne są żywe i barwne, a w ich miejsko-komputerowym świecie nikomu nie przeszkadzają wróże, uzdrowiciele, media, zdejmowacze klątw i w ogóle wszelcy szamani. Dodajmy, że Brazylia jest światowym centrum legalnego i religijnego brania ayahuaski. W innych post-iberyjskich krajach na południe od Rio Grande jest podobnie.

Być może w ogóle to gniotące doświadczenie Oświecenia jest udziałem tylko Europy plus jej anglosaskie peryferie, bo i o muzułmanach pisze się, że pozostali w przed-oświeceniowym dziewictwie. Tak samo z Hindusami i zapewne dlatego profesor fizyki z tej nacji potrafi pisać takie bezwstydne „baśnie kwantowe”.

Baśnie. Doświadczenie Oświecenia odbajkowiało, odczarowywało świat, pozbawiało go znaczenia. Przy tym dokańczało robotę chrześcijaństwa (a także islamu), które likwidowało pogańską świętość i dziwność rzeczy z tego świata. Doświadczenie Oświecenia odczarowywało również tamten świat, czemu dawał wyraz pseudo-Laplace (tak trzeba tamtą postać nazwać z grecka...) mówiący, że „ta hipoteza nie jest mi potrzebna"; także Nietzsche wołający głosem gromkim, że „Bóg martwym jest” (...dass Gott tot ist) i nasz skromny Leśmian, skarżąc się w imieniu poległych Dwunastu Młotów: „I runął mur... / Lecz poza murem - nic i nic! Ni żywej duszy, ni Dziewczyny! … / Bo to był głos i tylko - głos, i nic nie było oprócz głosu! / Nic - tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata!” – a dalej tak jak cytowałem wyżej. Leśmianowi trzeba tu oddać, że gnostykiem był strasznym. Zaatakował, jako sensu niemającą, nie tylko materię, ale i – jako równie bezsensowny i beznadziejny – Głos, który w tym miejscu wygląda na inne imię Logosu („Słowa”), największej świętości religijnie nastrojonych filozofów. Na tle prawdziwych starożytnych gnostyków Leśmian jawi się gnostykiem nie-dualnie bezkompromisowym: istnieje tylko zło, zarazem będące pozorem i nicością. Nie ma nic, same złudzenia tylko jakoś napędzają się w niekończącym się wirze. A potrójnie śmiertelna przygoda Dwunastu z tamtego wiersza pokazuje gnostyków, którzy wprawdzie usłyszeli Głos, wyglądający na głos Posłańca-Parakleta, i poszli za nim, ale ten okazał się w końcu, jak wszystko, bolesną i zabijającą nicością. Leśmian gnostyckie stanowisko jednocześnie wypowiada – i obala.

Gdzie wyjście? Na pewno nie w uwierzeniu na nowo w baśnie-fantazje, nawet jeśli są nowoczesne i kwantowe. (Chociaż ta sprawa jest poważna: co zmieniają w naszym „samopoczuciu duchowym” teorie nielokalne: kwantów i pól morficznych? Gdybym miał mniej roboty, właśnie śledzeniem tego bym się pilnie zajął.) Wyjście najbardziej mi się widzi w tym samym miejscu, co na początku całej tej historii. Budda (Śakjamuni, Siddharta, Gautama) dostał przekaz z kanału świata (termin POP-owski, Mindella) w postaci problemu wraz z rozwiązaniem. Starzec, chory i trup poinformowali go o problemie. Medytujący jogin informował o możliwym rozwiązaniu. Jak pisałem wcześniej, gnostyk by odrzucił ten przekaz. Pominąłby, bo wg niego wyzwolić-zbawić go zdolna być mogła tylko wiedza (gnosis), a nie praktyka, ta z konieczności uwikłana w użeranie się z ciałem, z emocjami (jako psyche) i w ogóle z budzącą wstręt materią. Gnostycy wprawdzie z zapałem uprawiali ascezę, ale w innym celu niż buddyści: nie żeby osiągnąć duchowe wyzwolenie, ale żeby znieczulić się na truciznę świata, odmawiając jej przyjmowania. Do Buddy jako postaci historycznej mam podobne wątpliwości, jak do Jezusa: że być może nie istniał, a jego historyczny (tylko domyślny) pierwowzór mógł z postacią mitu niewiele mieć wspólnego. Jednak ta myśl, która wynika z jego przygód, jest atrakcyjna: że jednak w tym świecie i zarazem w uwikłanym weń umyśle, są bramy, większe i mniejsze. Opowiadać o nich warto, choćby po to, żeby ktoś nie musiał po raz kolejny wyważać drzwi, które ktoś już kiedyś otworzył. Ale mówienie-o tym nie zastępuje robienia. Tu przerwę.


Czytanie...: wstęp na końcu

Czytanie różnych książek i internetów, i uwagi o nich.


« Bramy Penrose'a: Smutek fizyki »

komentarze

[foto]

1. Ciężko nie wyznawać... • autor: Aleksandra O-J2015-11-09 20:55:36

 Ciężko nie wyznawać idei panującej nad współczesnym światem. Nie być czołobitnym do cna, nie ukorzyć się.Nie wyznawać z drżeniem jedynej Religii Panującej.Brak postawy wyznawcy-fanatyka grozi odrzuceniem :)) Zwłaszcza ze strony tej Władczyni Dusz, której religią się nie nazywa.....A chodzi o Naukę, której oświeceniowe początki tak ładnie powyżej zostały opisane. Gloryfikacja matematyki, statystyki, logiki, metodologii naukowej oficjalnie uznanej,skutkuje ciasnotą nie tyle umysłową,(choć może również)co psychicznym niedorozwojem całych środowisk .Dla niektórych nie do pojęcia jest nie być technokratą. Odważyć się interesować alternatywnym światem protonauk (nauk statystycznie słabo zweryfikowanych, choć historycznie z nauką związanych ) Dywagować na temat teorii paranaukowych (były nauką w swoich początkach,lecz zarzucono kontynuowanie...)Może gdzieś, za górami,za morzami pisze ktoś bezwstydne bajki kwantowe, lub też bada uniwersalne stany świadomości.Tam gdzie Technokracja nie jest jedyną religią, stowarzyszenia naukowe słabiej pachną sanchedrynem, soborem i  zjazdem partii w Korei Północnej, rzadziej się piętnuje, itd...  Dziękuję za Leśmiana:) Nie zgadzam się z pesymistycznym zakończeniem poszukiwania wyjścia...Sporo o życiu wiedzieli poeci. Jak Leśmian, bywali genialni,bywali depresyjni....Inni podnosili na duchu  pogodnymi pomysłami, na przykład, że..a dlaczegoż to  właściwie na pewno nie można w coś po prostu wierzyć:) Bo?A jeśli bogini nauka staje bezradna?(z braku pieniędzy na badania, czasu, lub dostatecznie zdolnych myślicieli) Co wtedy?Może każdy z nas jest  swego rodzaju szaleńcem "Wierzę,że jest gdzieś punkt, w którym się przecinają nawet na zawsze rozdzielone sny...Szaleńcza geometria, dzięki której żyję" (A.Kmieńska)
[foto]

2. Zapomniałem dodać • autor: Wojciech Jóźwiak2015-11-09 21:30:31

że ja jestem najdalszy od anty-scjentyzmu, od "psów wieszania" na Nauce. Brońcie mnie Bogowie od tego! Nauka jest fascynująca i bez niej bylibyśmy idiotami bezradnymi. Ale Nauka, jak każda Moc, wymaga tego, żeby jej sprostać. Wymaga nie tylko intelektu, ale i odpowiedniej siły ducha. Być może za słabo podkreśliłem coś, co dla mnie jest oczywiste: że "doświadczenie Oświecenia" jest nieodwołalne, jak nieodwołalne jest wyrośnięcie z dziecięctwa i wejście w dorosłość. I jak nieodwołalna jest każda inicjacja. Nie można na nowo stać się dziewicą. Jako cywilizacja dostaliśmy taką inicjację. I wciąż dotąd ją oswajamy, integrujemy. Na tych, którzy jej nie doświadczyli, patrzę jak na dzieci, na istoty infantylne. Na tych, którzy uważają (różnie to nazywając) że tę inicjację sobie cofną, patrzę, niestety, jak na naiwnych.
[foto]

3. Leśmiany • autor: Wojciech Jóźwiak2015-11-09 21:44:44

W YouTubie znalazłem "Dwunastu braci" w wykonaniu Kuby Michalskiego:



I zespołu Bez Jacka:



Przy okazji proszę zauważyć zapożyczenia z Kartezjusza: "Łka więc jest", i z tytułu książki Nietzschego "Jak filozofuje się młotem".
[foto]

4. Gnoza i Oświecenie • autor: Przemysław Kapałka2015-11-11 09:01:23

Nie wnikałem w gnozę. Odrzuciła mnie już na wstępie mniej więcej z takich powodów, o jakich pisze Wojtek w tym artykule. Podobnie Leśmian odrzucił mnie na samym początku jako zupełny pomyleniec.

A mówiąc o Oświeceniu i odrzuceniu przez niego magii i tym podobnych, należy pamiętać o tym, w jakim czasie się pojawiło. Przecież wtedy szalały polowania na czarownice, szalały zabobony, ciemnota była nie wiem, czy nie gorsza niż w średniowieczu. Temu wszystkiemu trzeba było się przeciwstawić, i to właśnie zrobiło Oświecenie. A że przy okazji wystąpiły daleko idące efekty uboczne - trudno, coś za coś. I tak trzeba było to zrobić. 

A znajomość matematyki jest bardzo ważna. To się przydaje we wszystkim. Gotów jestem zaryzykować tezę, że na duchowej ścieżce znajomość matematyki jest równie ważna, jak wiedza duchowa, głównie przez to, że wprowadza porządek w myśleniu i eliminuje bzdury.

5. ostanio gdzieś spotkałem tezę • autor: Nierozpoznany#61032015-11-11 09:30:42

że Chrześcjaństwo, postać Jezusa, Biblię nową stworzyli...Flaviusze, tak, Vespazjan, Tytus, Domincian i naturalnie Józef który użyczył swojej kreatywności i wiedzy aby napisać czteroksiąg, współpracował z nim niejaki Philo z Alexandrii.

Ta teoria ma trochę luk, ale też mocne strony. Np. pokazuje jak postacie i wydarzenia opisane w ST znalazły swoje nowe życie w NT. Teoria twierdzi że gospels byly napiasne po upadku Jerozolimy i zniszczeniu Swiątyni przez Tytusa więc przepowiednia Jezusa dotycząca tych wydarzeń raczej proroctwem nie była.

Jaki by tego cel? Zneutralizowanie nurtu Zelotów, oczekujących Mesjasza, przez podstawienie wymyślonej pacyfistycznej postaci mesjasza ktory juz przybył.

Do tej pory sądziłem że wiedzę przekazalo jakieś Biale Bractwo ale Flaviusze???

Tak czy inaczej kawał dobrej pracy:)

P.S Konstantyn był też Flaviuszem, ale czy rzeczywiście był związany z oryginalną rodziną F? Jest niwątpliwe że wiedza Indii przenikała do Europy np. przez Grecję. Czy kompozyt postaci Jezusa jest częściowo też Buddą?
[foto]

6. Robotem była? • autor: Wojciech Jóźwiak2017-11-28 22:01:06

"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!"
--- Czyżby Leśmianowa Dziewczyna była robotem?

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)