Uwaga! Artykuł dyskusyjny. Skomentuj.
WJ. Dlaczego nie podoba Ci się postmodernizm? Jakie widzisz braki lub niedogodności w tym stylu filozoficznego myślenia? Co Ci przeszkadza powiedzieć, że: "ok, mamy postmodernizm i tego się trzymajmy"?
MM. Rzecz nie w tym, że postmodernizm mi się nie podoba, ale jest to sąd estetyczny. Nie wszyscy o tym wiedzą, ale postmodernizm - jako sposób myślenia, filozofia - wyłonił się z architektury. To zabawa formą, konwencją, w świecie, w którym nie ma już niczego z góry ustalonego. Filozofia postmodernistyczna ma swój nieodparty urok, podobnie jak dziwaczna architektura domu, w którym nie da się mieszkać, chociaż jego bryła jest pełna harmonii. Jest to jednak czysta forma. Problem nie leży w tym, czy postmodernizm mi się podoba, tylko w tym, czy jest taką ścieżką myślenia, które dokądś wiedzie. To nie jest proste. Problemem jest już samo przebrnięcie przez literaturę postmodernistyczną. Lektura Derridy czy Deleuze'a to gąszcz. Niewprawny umysł początkowo nie wie nawet czy autor sobie robi jaja, czy też proponuje rzeczywiście jakieś myślenie. Dopiero wtedy, kiedy czytać ich w kontekście całej filozofii Zachodu wyłania się z tego pewien kształt myślenia.
W dużym uproszczeniu, postmoderniści przekonują, że nie istnieje żaden nadrzędny sens. Nie ma czegoś takiego jak hierarchicznie uporządkowany byt. Wszystko to, co postrzegamy jest konstrukcją ludzkiego umysłu. Najbardziej radykalni postmoderniści twierdzą, że nie ma czegoś takiego jak realność ani prawda, która byłaby niezależna wobec umysłu i wobec niego zewnętrzna. Wiedza, prawda, to tylko dyskursywne praktyki, będące narzędziami władzy - tak twierdził na przykład Michel Foucault.
W powojennym świecie postmodernizm wydawał się być aktem intelektualnego oddechu. Był propozycją myślenia, które nie jest obarczone brzemieniem przemocy, w tym tej przemocy, która jest związana z wiedzą, z dążeniem do Prawdy. W tym aspekcie postmodernizm jest demobilizujący, jest narzędziem wytrącania z ręki niebezpiecznych narzędzi władzy. Postmodernizm proponuje pluralistyczne, emancypacyjne podejście. Oferuje świat, w którym jest miejsce na każdy pogląd, każdą postawę, gdzie wszystko jest jednako równe. Nie ma żadnej hierarchii, nie ma nadrzędnej Prawdy, żadnego sensu, żadnego poziomu -meta, który tłumaczyłby resztę. Każdy akt umysłu, który w postmodernistycznym świecie rości sobie prawo do bycia prawdziwym, tradycyjnym, który próbuje określić jakiś sens jest uprawniony, ale jest pustym gestem, gdyż to jest tylko na niby, nawet jeśli bardzo wierzymy, że tak nie jest. Mamy więc całe rzesze tradycjonalistów, reakcjonistów, ultra-fundamentalnych katolików, polskich buddystów itd. Wszyscy oni są, czy tego chcą czy nie chcą, dziećmi postmodernizmu. Dokonują wyboru w świecie rozmaitości, na globalnym straganie dostępnych tożsamości, ale ich wybór jest pozbawiony znaczenia. Mogą to zrobić i nikogo to nie obchodzi, nie ma to żadnego wpływu na życie polityczne i kształt naszej cywilizacji. Mogę sobie wierzyć w Latającego Potwora Spaghetti i nie ma to żadnego znaczenia. Mogę iść do zakonu katolickiego albo sufickiego, zostać buddystą albo ćwiczyć jogę. Wszystko to jest bez znaczenia, gdyż w świecie, w którym wszystko jest warte tyle samo, nic nie jest ważne. Jako taki postmodernizm, który wyrósł z potrzeby uwolnienia się od brzemienia wiedzy-władzy, ideologii i pełnej przemocy Prawdy, stał się wężem pożerającym własny ogon.
Świat, w którym się urodziliśmy i w którym zostaliśmy wytresowani, jawi się jako miejsce zbędności. Paradoksalne jest to, że najsłynniejszy polski postmodernista prof. Zygmunt Bauman jest wielkim krytykiem cywilizacji, która czyni człowieka zbędnym, a nie ma jednocześnie świadomości, że zbędność pojawia się tam, gdzie postulowana jest równość, emancypacja i gdzie każdy ma prawo stać się tym, kim zechce, w dowolny sposób. Zbędność to brzemię świata egalitarnego, w rzeczy samej zbędność jest bezpośrednią konsekwencją postmodernistycznego myślenia. I w tym upatruję grozy postmodernizmu - w powszechnej otchłani zbędności.
Wiem jak to zostanie odebrane, ale uważa, że egalitaryzm, emancypacja, postulat równości dla wszystkich i dla wszystkiego, obracają się właśnie przeciw nam. Nasza cywilizacja zginie, a zanim się to stanie zanurzymy się w przerażającej otchłani cierpienia, któremu nic i nikt nie będzie w stanie przynieść ulgi. Zalewająca nas egalitarystyczna nijakość, brak żywych mitów i Prawdy porządkującej życie w skali całej cywilizacji, to ostatnie stadium naszych dziejów. To jest zaiste Kaliyuga. Dlatego chociaż postmodernizm ma swoje piękno i uwodzącą aurę anarchii intelektualnej jest tylko ślepą uliczką myślenia, bo nie jest w stanie zaradzić naszym problemom.
WJ. Ale czy nie stało się tak, że oto mamy to, czego chcieliśmy? Coś sobie wymarzyliśmy i wypracowaliśmy i teraz to mamy? Mamy wolność, nikt nas nie przymusza do jakiejś ideologii, jakiejś religii, ani do jakiejś jedynej słusznej prawdy i drogi. No nie całkiem może jeszcze dokładnie, jeszcze jest jakaś presja religii (zwłaszcza w Polsce), administracja przypodobuje się Kościołowi, zabrania się aborcji i wlicza oceny z religii do średniej. Ale w zamian możemy wybierać w duchowych ofertach. Co w tym złego?
MM. Twoje pytanie jest źle postawione. Są pytania do tego stopnie źle postawione, że uniemożliwiają od razu wejście myślenia na właściwą ścieżkę. Pytasz bowiem: "co w tym złego", od razu kierując myślenie w kierunku oceny moralnej bądź aksjologicznej. Tymczasem tej kwestii nie da się rozpatrywać na gruncie etyki. Być może nic w tym złego, że ludzie dzisiaj mogą wybierać w ofertach tożsamości, w urynkowionych zestawach wartości. Nie ma w tym nic złego, że w ciągu jednego dnia możesz nie wychodząc z domu, na serwisie aukcyjnym, zakupić cały zestaw do bycia buddystą: od mali, przez odpowiednie posążki, poduszki medytacyjne, po kadzidełka i specjalne tybetańskie meble oraz szaty. Nic w tym złego, że na każdym osiedlu możesz poćwiczyć jogę, uprzednio zakupując specjalistyczną matę. Wreszcie nie ma nic w tym złego, że pewnego dnia ktoś postanawia zostać homoseksualistą. Tutaj też rynek wychodzi mu naprzeciw, oferując okulary słoneczne na pół twarzy, specjalny żel do włosów, ale też silikonowy żel do stosunku analnego. Jeśli jednak taki gej uzna, że zgrzeszył, pojedzie na specjalne rekolekcje do jezuitów lub benedyktynów i za kilka stów pozbędzie się tej tożsamości, zostając radykalnym katolikiem. Rynek i Internet też go w tym wspomoże. Czegokolwiek nie zechcesz zrobić, jest już na to oferta, a jak jej nie ma, to ktoś od Ciebie kupi twój wzorzec tożsamości i sprzeda go z zyskiem. Co w tym złego? No właśnie nic. Niemniej taka sytuacja dla niewytresowanego człowieka jest czymś nie do zniesienia. Jeśli w tym świecie uruchamiasz myślenie, autentyczne myślenie, stajesz się obcy. Nasza cywilizacja, będąca owocem dwudziestu pięciu wieków, przy pomocy własnych metod sprawiła, że świat ten, chociaż tak bezpieczny, tak przyjazny i tak sterylny, w którym możesz dożyć dziewięćdziesięciu lat w dobrobycie, jest jednocześnie miejscem nieludzkim. Pytanie czy postmodernizm jest temu winien. Wydaje mi się, że nie. Postmodernizm jest tyko zjawiskiem współtowarzyszącym znacznie głębiej zachodzącym procesom. Jednak są one niedostrzegalne, bo sami pozbawiliśmy się możliwości ich doświadczenia. Postmodernizm - albo szerzej rzecz ujmując, całe Oświecenie, bo postmodernizm jest bezpośrednim skutkiem epoki Oświecenia - sprawił, że niedostrzegalny i nieosiągalny stał się cały wymiar, na który nie możesz się dzisiaj powołać bez popadnięcia w śmieszność, groteskę. Tales z Miletu pięknie ujął tę perspektywę, mówiąc, że "wszystko jest pełne bogów" (panta plere theoon einai).
Natomiast presja religii, o której mówisz, to tylko pozór. Kościół katolicki już dawno stał się martwy. Ponadto samo chrześcijaństwo, wraz ze swoim Pawłowym postulatem egalitaryzmu, uniwersalizmu, docenienia, wręcz apoteozy ubóstwa i cierpienia, przyczyniło się w pewny sensie do klęski naszej cywilizacji, której twórcy opacznie pojmując idee Pawła z Tarsu, postawili na miernotę, troskę o ubogich i kalekich, tych, co sobie nie radzą, czyniąc z nich w końcu suwerena, który, wykorzystując narzędzie demokracji, uczynił ten świat płaskim i wyzbytym sensu. Spójrz, z jaką miłością odnoszą się do osoby Pawła z Tarsu współcześni ideologowie lewactwa, jak Alain Badiou na przykład.
Jeśli więc pytasz o to, czy to wszystko jest dobre czy złe, to podkreślam, że nie jest to kwestia aksjologiczna tylko ontologiczna. Kwestia egalitaryzmu wzięła się z aksjologicznego postulatu litości, które zastąpiło współczucie, którego nie można pojąć etycznie, ale wyłącznie ontologicznie. Nasz współczesny świat, przepełniony fałszywą litością, lewactwem, socjalizmem, wypełniony krzykiem postulującej wiecznie tłuszczy, jest światem wyzbytym autentycznego współczucia. Jako taki jest światem pozbawionym sensu. Jeśli nawet ten sens gdzieś istnieje, my już w zasadzie nie mamy do niego dostępu. Sens wycofał się z naszego świata. Postmodernizm to tylko język opisu tego wycofania. Język bardzo autentyczny. W postmodernistycznym dyskursie nie ma zafałszowania. Takie doświadczenie było udziałem postmodernistów i oni tylko dali mu wyraz. Katastrofa polega na tym, że ja sam, mówiąc teraz to wszystko, jestem postmodernistą. Jestem reakcjonistą w pełni świadomym postmodernistycznej perspektywy mojego myślenia.
WJ. To nie będę pytać, co w tym jest złego. Popatrzmy na to inaczej. Weź Tatry. Wspaniałe góry. Każdy chce tam wejść i przeżyć swoją przygodę. Jedni chcą spacerować, drudzy wspinać się po urwiskach, trzeci chodzić po jaskiniach, czwarci pasać owce, piąci jeździć na nartach, szóści się leczyć. Przyjeżdżają wszyscy naraz i okazuje się, że się nie mieszczą, że trzeba ustalać regulaminy, najmować strażników, którzy będą pilnować i wlepiać mandaty, przy czym miłośnicy Tatr nie dość ze niszczą same Tatry, to jeszcze przeszkadzają jedni drugim, powiedzmy miłośnicy narciarstwa miłośnikom orłów. Początek był w dobry: "w góry w góry, miły bracie, tam przygoda czeka na cię", a koniec (teraz) żałosny, kiedy prawdziwy miłośnik Tatr w ogóle tam nie powinien jeździć, żeby tamtejszych resztek natury nie zadeptać. Podobnie jest z Wenecją, z Akropolem, z rafami koralowymi, z rekinami, których płetwy jedzą Azjaci, z sokołami, które na całym świcie skupują, niszcząc gatunki, wzbogaceni Arabowie. Ale nie można westchnąć, że "wszystko się kończy", bo świat jakoś sobie radzi bez Tatr i bez rekinów. Jakiś świat dalej będzie "szedł". Tradycyjne wartości, wśród których spacerowali filozofowie, zostały przebrane (jak kalafiory na bazarze), wszystko co zostało (mówię o tych treściach które pociągają intelektualistów!), jest obmacane i nieświeże. Obsuwę Tatr spowodowała propaganda ("w góry w góry") plus taniość transportu i ułatwienia na miejscu: drogi, kolejki, hotele. Obsuwę "sfery sensu" spowodowało samo poznanie sfery sensu plus popularyzacja. Ale z brakiem sensu jakoś trzeba dalej żyć. Pytanie: JAK? Co będzie po sensie?
MM. Cały czas nasze myślenie zbacza z kolein i staje się myśleniem o wartościach. Jeśli coś jest coś warte, to znaczy, że można to użyć, zużyć. Coś, co nie jest coś "warte" staje się bezużyteczne. Jeśli coś jest tyle warte, że wszyscy to mogą mieć i mają, to staje się nic nie warte. Weźmy na przykład Karpaty Rumuńskie, gdzie wchodząc, ryzykujesz życiem. Gdzie w czasie biwakowania pod namiotem może cię zabić niedźwiedź, albo mogą zatłuc włóczędzy. Takie góry nie są cokolwiek "warte", tam można po prostu "być", to znaczy doświadczyć swego bytu w bezpośredniej bliskości żywiołów i bogów. Tatry, Bieszczady zostały odarte z całego ryzyka wynikającego z nieprzewidywalności. Podczas ostatniej mojej wyprawy w Bieszczady widziałem grupkę dziewczyn, które wchodziły na Tarnicę w szpilkach. Na szczycie było poniżej zera a one szły. Ostrzeżone odburknęły, że mają komórki i zawsze mogą wezwać pomoc. Na Połoninach ludzie idą gęsiego. Na moim osiedlu w Białymstoku jest większe odludzie niż w Bieszczadach. Natomiast Karpaty Rumuńskie to jest jeszcze groza żywiołów. Jeśli złamiesz nogę gdzieś tam w górze, a nie istnieje tam pojęcie szlaku, to giniesz, bo nie ma zasięgu sieci telefonicznej, nie ma zbyt wielu turystów, ale jest Niedźwiedź. Ten świat też już się kończy. Tam jest tak, jak kiedyś było w naszych Bieszczadach. Ale już niedługo tak będzie. Jeśli chcesz zobaczyć prawdziwe góry wybierz się do Rumunii albo na Ukrainę, za kilka lat zadepce je euro-tłuszcza spita coca colą.
Szczyt marzeń Europejczyka ogarniętego gorączką podróżowania w poszukiwaniu tajemnicy, inicjacji przez kontakt z innością, Indie, są odległe dla mnie o dziesięć godzin lotu wygodnym samolotem w cenie stanowiącej połowę mojej pensji. Pierwsza turystyczna wycieczka wysokogórska odbyła się 26 kwietnia 1336. Wtedy to na górę Ventoux wszedł Petrarka. Uważa się, że był to symboliczny początek epoki Renesansu. Coś, co było wcześniej rzeczą niebywałą - bezcelowe wejście na szczyt góry - stało się początkiem ery turystycznej, ery zadeptywania świata. Weźmy też takiego Jamesa Cooka, ojca zorganizowanej turystki - on mógł zapoczątkować ideę komercyjnych wycieczek dzięki warunkom, jakie stwarzała epoki kolonialnej. Używanie świata, zużywanie krajobrazu. Dzisiaj mamy efekt taki, że nie ma na świecie miejsca, gdzie człowiek nie nadepnął swoim buciorem. Nikt z nas już nigdy nie zostanie Herodotem albo Marco Polo. Świat się skończył. Nie uważam przez to, że nie należy podróżować, wychodzić w góry. Uważam, że nie należy tego robić w taki sposób, jak to dzisiaj jest powszechnie praktykowane. Należy tak chodzić, podróżować, aby nie zadeptywać świata, zdobywać go. Raczej podróż, wejście na górę, jest sposobem na to, aby Przestwór wziął nas w posiadanie. Abyśmy doświadczyli bogów. Dzisiaj mało kto już tak podróżuje. Ponadto nie ma za wiele miejsc już, gdzie można pójść nie napotykając zadeptującej świat tłuszczy. Podróże się na dobra sprawę skończyły, śmieszy mnie, jak taki pan pogodynka, Krecik albo Martyna Wojciechowska mówią o sobie, że są podróżnikami. Są turystami, paskudnymi turystami zadeptującymi świat, podczas gdy kamera ten proceder perwersyjnie rejestruje.
Dalsze dwie drogi ekspansji człowieka to, po pierwsze, do wnętrza istoty ludzkiej - ale nie chodzi mi wcale o tzw. rozwój duchowy, tylko o technologię, badania ludzkiego DNA, mózgu, całej cielesności, poszukiwanie w układzie nerwowym ośrodków odpowiedzialnych za doświadczanie sacrum, ostateczna demitologizacja człowieczeństwa. Drugi kierunek ekspansji to kosmos, ale na razie pozostaje to poza naszymi możliwościami. Kiedyś jednak, o ile przetrwamy, pokonamy bariery technologiczne i ekonomiczne i zacznie się używanie przestrzeni pozaziemskiej. Na razie to ludzkie ciało będzie przedmiotem ekspansji, kolonizacji. Naszym przekleństwem jest idea postępu i historyczna wizja cywilizacji. To, że musimy się rozwijać, że musi być wzrost, że jest historia, a to, co teraz, jest lepsze od tego, co było, a to będzie, będzie lepsze od tego, co jest teraz. Czy to jest złe? Nie to nie jest złe. Ale czy to jest bycie? Jeśli nasze myślenie pyta ciągle o zło, to ja nie chcę go pojmować w sensie moralnym tylko metafizycznym. A jeśli pytam o metafizyczne podłoże zła, to jedna ze ścieżek mojej myśli wiedzie mnie ku uznaniu, że taki świat, taka historia, takie plugastwa są efektem działania zła metafizycznego, jakichś demonów. Diabli wzięli ten świat w posiadanie. Chyba, że zrezygnujemy z pytania o zło, a wtedy uznajemy je tylko za konwencję językową. Być może wszytko to nie ma żadnego znaczenia. Nie-sens też jest jakąś odpowiedzią na te pytania.
Co do epoki po-sensie, to przecież właśnie w niej żyjemy. To już się stało. Jesteśmy zanurzeni w nie-sensie. Co będzie po-sensie? Rozejrzyj się dookoła. To już jest. Czy można żyć bez sensu? Można. Jakoś żyjemy i nic się nie dzieje, przynajmniej na razie. Co będzie potem? Znowu źle postawione pytanie. Zadajesz je z perspektywy, po pierwsze, postępu, po drugie historii. Ów sens, który mogę tylko przeczuwać, jest rzeczywistością ahistoryczną. Co ujawni tę ahistoryczną rzeczywistość? Przychodzi mi do głowy tylko jedna odpowiedź - katastrofa. Według mitologii indyjskiej kaliyuga zakończy się potworną wojną. Wtedy objawi się kolejny avatara Wisznu, Kalakin i zrobi porządek. Przekładając język mitu na język ludzki, co samo w sobie jest śmieszne bo radykalnie nieadekwatne, myślę, że jedyne, co jest w stanie zmienić losy ludzkości, to wielka katastrofa, ujawniająca fundamentalną potworność. Fundament bytu, Prawda, musi być czymś potwornym, wszelako nie w takim znaczeniu, do jakiego wytresowały nas amerykańskie horrory, ale w takim, że ujawniający się ze skrycia Byt, owi Bogowie, których według Talesa "wszystko jest pełne", ujawnią coś, na co nie jesteśmy przygotowani. Jeśli mitologia jest opisem rzeczywistości ahistorycznej, to Złoty Wiek, Satyayuga, nie może być rozumiany ani jako przeszłość, ani przyszłość. Być może złoty wiek jest, poza historią, poza naszymi pytaniami. Jeśli, językiem buddyzmu czy też advaita vedanty, naszą kondycję opisać mianem niewiedzy, samsary, to przecież dostęp do niej może być natychmiastowy! Być może oświeceni obcują z Bogami. Bo przecież ta ścieżka rozpoczyna się od neti neti (nie to, nie to) , a kończy tat tvam asi (ty jesteś tym). Wyjaśniając zaistniałe w mojej wypowiedzi sprzeczności: z naszego, racjonalnego, historycznego poziomu nie ma żadnego sensu, żadnej nadziei, poza perspektywą katastrofy, ale z poziomu ahistorycznego, transracjonalngo, wszystko nadal "jest pełne Bogów". Jest jeszcze trzecia możliwość, że bredzę, że wszyscy bredzimy, że jesteśmy przypadkowymi, materialnymi formami obdarzonymi przekleństwem świadomości. W takim razie jedynym powodem, dla którego żyję jest to, że w każdej chwili mogę się zabić. Żyję zaś z ciekawości. To są słowa Emile'a Ciorana, ostatniego mistyka-filozofa. Tę ostatnią perspektywę muszę brać najpoważniej do serca. To, o czym mówiłem wcześniej, to co najwyżej "mit regulujący", coś na wzór Kantowskiej koncepcji Bóg, jako "idei regulatywnej" - nie ma ona żadnego uzasadnienia na gruncie czystego rozumu, ale na gruncie rozumu praktycznego bardzo pomaga uporządkować myślenie.
WJ. Kiedyś pisałeś: "Tym, co funduje porządek jest mit - ahistoryczna rzeczywistość". Czy musi być jakiś mit? Czy ludziom nie wystarczy sam rozum - czyli nauka i rozsądek? A jeśli nie wystarcza rozum i trzeba go wspierać mitem, to dlaczego tyle wysiłku idzie w obalanie mitów. Skąd ta dwuznaczność samego pojęcia mitu? Z jednej strony tęskni się do mitu, z drugiej wściekle go zwalcza.
MM. Wokół pojęcie mitu narosło wiele nieporozumień. Ostatnio mówi się o katastrofie pod Smoleńskiem jako nowym micie wspierającym polskość. Tyle, że to nie jest żaden mit, tylko co najwyżej "wydarzenie" w rozumieniu Heideggerowskim (das Ereignis). Coś, co jest na tyle znaczące, że zamyka jakąś epokę i tworzy następną, otwiera perspektywę predefiniowania pewnych spraw. Jednakowoż nie jest to mit. Czym jest zatem mit? Sprawa nie jest prosta. Jeśli bowiem mit opisuje jakąś rzeczywistość "pełną Bogów", to czy ja wierzę w tych "Bogów"? Nie! Wiara jest pojęciem chrześcijańskim. Jeśli gdzieś na świecie mówi się jeszcze o "prawdziwych Bogach", to tylko w Indiach. Zobacz siłę tej cywilizacji. Oparła się Persom, Mongołom, tabunom misjonarzy chrześcijańskich i przede wszystkim Brytyjczykom. 3000 lat bezpośredniej ciągłości kulturowej. Padnie pewnie dopiero teraz pod naporem socjalistycznej demokracji, kapitalizmu i amerykańskiego syfu, który niszczy wszystko, gdzie tylko się pojawi, zatruwając ludzi coca colą. Ale przed coca colą niestety nic nie jest w stanie się obronić. Taki sam potencjał miała kiedyś Grecja, ale zaprzepaściła go bezpowrotnie i przestała istnieć. Pozostała tylko w tekstach i myśli filozoficznej, wszelako nie przez coca colę, ale przez to, co ją poprzedzało, czyli wytworzenie się społeczeństwa jako grupy potrzeb ekonomicznych, jako podmiotu politycznego i co za tym idzie demokracji ludowej.
Wracając jednak do kondycji Zachodu. Już Mircea Eliade przestrzegał, że po epoce rozwoju technologicznego, erze wojen, nastanie era okropnego ontologicznego spustoszenia i ludzkość będzie przypominać wielką, nieludzką, owadzią kolonię stworzeń tylko z wyglądu przypominających istoty ludzkie. Ta straszliwa "owadzia" degeneracja już staję się widoczna. Zobacz takie "owady", jak Lady GaGa, Madonna, Michael Jackson, czy nasi rodzimi jak Jacyków, Wojewódzki czy też tabuny sztucznych nastolatków w typie emo z poprzebijanymi stalowymi gwoździami językami, sutkami i członkami; z czaszkami wytatuowanymi na mosznach i pośladkach. To perwersyjne i obrzydliwe ikony owadziej cywilizacji, zwiastuny przerażającej katastrofy. Upodlone dzieci ery obłędu. Ta owadziość będzie wspomożona technologią implmentowaną w człowieczeństwo - w ciało i świadomość. Zaprzepaszczone zostanie wielkie dziedzictwo kultury, filozofii, sztuki, polityki - na długie, mroczne wieki. Gdzie tu jest rozum? To już nie jest walka rozumu z mitem. To jest coś innego. Musimy poza tym pamiętać, że wiara w rozum jako ostateczną instancję, porządkującą świat i świadomość, też jest mitem. Mamy mity Oświecenia, popperyzmu, scjentyzmu itd. Powiem ci, że świat, w którym rządziłby rozum nie byłby jeszcze taki zły - nie tak zły, jak ten, gdzie wyparto i mit i rozum. Spójrz, gdzieś tam są naukowcy posługujący się rozumem, ale kto ich rozumie? Oni sami siebie jedynie. Dla humanizujących studentów współczesnego polskiego uniwersytetu opowiadania o fizyce i ekonomii to tyle samo warte, co cytowanie Mahabharaty lub Gilgamesza. Dla nich to jedno i to samo. Fizyka kwantowa to dla nich to samo, co Harry Potter. Zresztą nie tylko studenci. Zobacz niektórych piszących na Tarakę. Sam wiesz, jakie bzdury wypisują niektórzy autorzy o fizyce kwantowej. Dla nich zasada nieoznaczoności Heisenberga oznacza tyle, że aktem obserwacji można przesuwać krzesło... - Oto masz świadectwo pomieszania mitu z rozumem na zasadzie intelektualnego obłędu. Nie o taką wizję zgody mitu i rozumu mi chodzi. Mit i rozum się wzajemnie nie wykluczają, przeciwnie - nie można deprecjonować roli rozumu kosztem mitu i odwrotnie. Mit, ten, o którym ja myślę, jest przede wszystkim rzeczywistością ahistoryczną. Na razie mogę ją tylko postulować. Jeśli jednak owa ahistoryczna rzeczywistość mitu gdzieś "trwa", to kiedyś znów ujawni się ze skrycia. To "trwa", tylko jest zakryte. Budzić się z iluzji, stawać się oświeconym, to dostrzegać TO, co wyłania się ze skrycia. Grecy nazywali Prawdę aletheia - "nie-skrytością". Kaliyuga to wiek kłamstwa, czyli całkowitego skrycia się/zakrycia prawdy i niezdolności ludzi do jej doświadczania.
WJ. Kalijuga kończy się katastrofą. [Piszesz o tym wcześniej.] Wróżenie globalnych katastrof jest od dawna modne i łatwe. W mówieniu o grożących katastrofach, końcach, rozpadach, destrukcjach i innych klęskach widzę, po pierwsze, łatwiznę. Po drugie - to że ktoś, kto prognozuje katastrofę, tkwi w starej jerozolimskiej opozycji: albo idzie zagłada, albo świetlana przyszłość. Czy widzisz wyjście z tego albo-albo?
MM. To nie jest wróżenie, prorokowanie, tylko kwestia obliczalności. Cywilizacja nastawiona na postęp, odcięta od życiodajnych źródeł, jest skazana na samozagładę, na "samozjedzenie" się, o ile nie wypracuje metod niwelowania skutków postępu, wzrostu. Policz liczbę ludzi, którzy chcą mieć domek z ogródkiem i szambem, własny samochód albo dwa, kanalizację z czystą wodą, chcą spędzać urlop pijąc wódkę do nieprzytomności i żrąc jedzenie, wielkie wołowe steki, których wyprodukowanie generuje tony gazów cieplarnianych i pożera hektolitry wody. Ile makdonaldsów zniesie jeszcze ta ziemia? Bez samoograniczania się nie przetrwamy. Postęp wyklucza samoograniczanie się. Historia ma swój początek i koniec. Końcem naszej historii nie będzie zbawienie. Koniec jest konsekwencją fałszywego mitu zbawienia w czasie linearnym. To jest jerozolimska lekcja, którą musimy odrobić. To nie jest kwestia albo-albo. Koniec ów to nie będzie "koniec" w sensie takim, jak chcą judeochrześcijanie. To będzie koniec historii, tej wymyślonej przez Europę, ale też nie tak, jak chciał paręnaście lat temu Fukuyama. W swojej IX tezie historiozoficznej Walter Benjamin pisze o obrazie Angelus novus namalowanym w 1920 roku przez Paula Klee. Według Benjamina postać z tego obrazu uosabia "anioła historii" wpatrującego się w zniszczenia, w ruiny pełne trupów, skutki katastrofy wywołanej "wichrem". "Wicher" ów jest dla Benjamina alegorią postępu właśnie. Mesjanista, mistycyzujący materialista Benjamin to wiedział, ale nic poza tym. Nie wyszedł poza tę diagnozę i szukał odpowiedzi w najgorszym bagnie Zachodu, jakim jest lewica, jakkolwiek pojmowana. Mesjanistyczny wydźwięk lewactwa jest właśnie jaskrawe widoczny u Benjamina i innych członków Szkoły Frankfurckiej i ich pogrobowców. Oni dobrze diagnozowali cywilizację, ale ich propozycja zaradzenia kryzysowi jest tak samo odrażająca, jak cała reszta lewactwa. Komunizm, całe lewactwo, to immanentyzacja idei zbawienia osadzona wewnątrz historii.
WJ. Wspomniałeś o Heideggerowskiej czwórni: "Ziemia, Niebo, Istoty Boskie i Śmiertelni". Ale co to jest to "niebo" - atmosfera? Przestrzeń kosmiczna? Śmiertelni są, ale gdzie masz te Istoty Boskie? Co mogłoby wynikać z tej "poczwórnej geometrii" Heideggera?
MM. Heidegger miał wgląd w sprawy Zachodu. On wiedział, że tym, co zabija ducha Europy jest między innymi technologia, która wszystko, nawet człowieka, nawet jego religijność, czyni surowcem. Tego już oczywiście nie pisał, ale zobacz, że jerozolimska teologia to zawieranie kontraktu z Bogiem, to jest układ handlowy. Chrześcijaństwo kościelne to zmodyfikowało i zamiast bezpośredniego kontraktu z Bogiem, zawiera się zapośredniczony układ handlowy z jego kapłanami - "ty nam płać i napełniaj nasze wielkie brzuchy smacznym jadłem i napitkiem wyprodukowanym w pocie twego czoła, a my zapewnimy ci bilet do nieba... Ale reklamacji nie przyjmujemy". Religie abrahamowe to jest handel, tam wszystko jest kwestią handlu. Wiara, zbawienie to towar, kwestia układu kupieckiego.
Wiedza i religijność są dzisiaj kwestią handlu a nie, jak tradycyjnie było, Zacności (skt. dharma) czy Cnoty (gr. arete). Idea postępu jest tego pośrednią konsekwencją. Współczesny świat odrzucił judeochrześcijańskiego Boga i handlowanie z nim, ale zostawił sobie ideę postępu i ideę człowieka jako surowca, którym można handlować. W końcu ofiara z Mesjasza to rodzaj okupu - oddał się on w ręce rzymskich i faryzejskich katów handlując, "odkupując" ludzkie niegodziwości. Ja tego nie jestem w stanie zaakceptować. To budzi mój największy sprzeciw. Nawet jeśli byłbym, może nawet jestem w stanie przyjąć niektóre propozycje chrześcijan, to idea odkupienia poprzez egzekucję Mesjasza poprzedzoną torturami budzi mój najgłębszy opór.
Czym jest Heideggerowski Czworobok złożony z Ziemi, Nieba, Śmiertelników i Istoto Boskich? Ano tym, co wyłania się z tego tekstu. Niczym mniej niczym więcej. Trzeba czytać Heideggera. Jego nie da się na dobrą sprawę interpretować, transponować. On zachęca do podjęcia ścieżki myślenia. Jeśli ta koncepcja Cię pobudza, idź nią na własnej ścieżce. Nie ważne co Heidegger myślał, ważne co ty pomyślisz. W ten sposób się filozofuje po Heideggerowsku - idąc własną ścieżką myślenia.
WJ. Heidegger pod koniec życia stwierdził, że "tylko Bóg mógłby nas uratować". Czy to znaczy, że znów wracamy do mitu (bóg jest istotą mityczną!) i do kwestii, jak ten mit można uchwycić, ożywić? I do innych pytań o mit?
MM. Heidegger udzielił w 1966 roku wywiadu czasopismu Der Spiegel, wszelako z zastrzeżeniem, że może być on wydrukowany dopiero po jego śmieci. Mówi tam tak: "Filozofia nie będzie mogła spowodować żadnych bezpośrednich zmian w obecnej kondycji świata. Dotyczy to nie tylko filozofii, lecz także każdych ludzkich dociekań i domniemań. Tylko Bóg może nas uratować. Jedyną możliwość ratunku widzę w tym, ażeby w myśleniu i twórczości pisarskiej stworzyć warunki na objawienie Boga lub też na jego nieobecność w upadku, a wszystko po to, abyśmy, mówiąc wulgarnie, nie zdechli, lecz zginęli w obliczu nieobecnego Boga". Przyznam, że trudno jest zinterpretować tę wypowiedź, zresztą przed chwilą o tym problemie mówiłem. Heidegger był pesymistą jeśli chodzi o przyszłość Zachodu. Największego zagrożenia upatrywał w Sowietach i Stanach Zjednoczonych - tych drugich bał się nawet bardziej, co doskonale rozumiem. Jego zdaniem lepiej jest "zginąć" niż "zdechnąć". To zdychanie sam sobie interpretuję, nie wiem czy zgodnie z tym, co Heidegger myślał, jako powolne konanie w otaczającym nas gównie współczesności. Być może lepiej niedługo będzie palnąć sobie w łeb, niż patrzeć na to wszystko dookoła. Na razie jednak ciekawi mnie to, jak daleko ludzkość się jeszcze posunie w swym obłędzie. W tym aspekcie od Heideggera lepszy jest Emile Cioran. Ten najskrajniejszy pesymista współczesnej filozofii, wielki smakosz napawania się smakiem perspektywy samobójstwa, był jednocześnie najradośniejszym i najtrzeźwiejszym filozofem XX-wiecznej Europy. Słodyczy jego pism nie da się wyrazić, ale jest to jednocześnie lektura dla wybranych. Weźmie ją ktoś nieprzygotowany i strzeli sobie w łeb zbyt wcześnie. Nie polecałbym jest wszystkim.
Wiem, że w dobie lewackiego egalitaryzmu nie wolno takich rzeczy wygłaszać, ale ludzie niestety dzielą się na pewne kategorie. Według hinduskiej dharmy są bramini - intelektualiści i nosiciele mitu, kszatrijowie - wojownicy i administratorzy, wajśjowie - rolnicy i rzemieślnicy oraz siudrowie - kasta posługiwaczy. Każda z nich realizowała swoją Zacność (dharmę). Na Zachodzie tego nie ma i nie da się tego zaprowadzić, nie po to jednak o tym wspominam. Kasta nie jest odpowiednikiem klasy społecznej. To pomysł lewaków. W Indiach bramin mógł być i często bywał biedniejszy od wajśji. Kastowość nie jest podziałem ekonomicznym! My mamy za Zachodzie własne kategorie ludzi. Ktoś je kiedyś celnie określił jako: "stare dusze", "chodzące klątwy" i "mięso armatnie". Mnie ostatnio interesuje tylko to, gdzie są te wszystkie "stare dusze". W tym aspekcie niektórzy nazwą mnie reakcjonistą. Jestem wprost za nierównością, niesprawiedliwością społeczną i nierównym podziałem dóbr, zarówno materialnych jak i duchowych. Jestem za elitaryzmem, arystokracją ducha, choćbym w tym świecie miał być siudrą, wolałbym być nim z możliwością realizowania swojej Zacności siudry. "Mięsa armatniego" nie wolno było nigdy dopuścić do władzy. Niestety to oni teraz rządzą. To, że nie jestem za równością, to jednak nie kwestia postulatu politycznego, tylko stwierdzenie faktu, wezwanie do stwierdzenia prostego faktu, że równość i sprawiedliwość ekonomiczna w świecie polityki nie istnieją, są złowrogą fantazją generującą cierpienie.
Imperium "mięsa armatniego" to USA, nie tylko jako państwo ale jako propozycja pseudo-kultury. Sto razy wolałbym mieć za wroga ruskiego komunistę niż amerykańskiego Kena obżartego hamburgerami. On jest nie do zneutralizowania. Każde dziecko dzisiaj marzy o urodzinach w hamburgerowni i nie możesz mu tego odmówić, bo go koledzy zatłuką w szkole na przerwie, albo zgnębią tak, że się sam powiesi w ubikacji. Nawet jak masz w domu małego arystokratę, wielką, "starą duszę", pani w szkole i koledzy w szkole urobią go do konsystencji "mięsa armatniego" zanim zda maturę. Takie "mięso armatnie", które miało zadatki na bycia arystokratą ducha, "starą duszą", to właśnie "chodząca klątwa". Rozpoznasz je po snującej się za nim aurze, pewnego rodzaju intrygującej idiosynkrazji. Ilu ludzi zostało w naszej kulturze zmarnowanych. Aby ratować resztę ludzi, należałoby zacząć od likwidacji przymusu nauki. Zgładzić cały nasz system edukacji na poziomie szkoły podstawowej i gimnazjum. Popatrz na przeciętny pokój nauczycielski w polskiej szkole. To siedziba patologii. Tam się rodzą nasze problemy. Patrz na dzieci - do szóstego roku życia to cudowne, ciekawe świata, pełne życia i radosne istoty. Licea zaś pełne są odmieńców, przetrąconych dziwadeł przerażonych życiem, zgnębionych przez głupie panie po marnej polonistyce. To wszystko ofiary tego systemu.
Amerykański Ken, w dużym suvie, z domkiem na suburbiach, z pracą od 8:00 do 16:00, to marzenie milionów ludzi. Znany amerykański konserwatysta Dinesh D'Souza, Hindus z pochodzenia pisał, że pytał kiedyś znajomego ziomka z Indii, dlaczego od wielu lat z taką determinacją stara się o amerykańską wizę? Po co chce jechać do kraju, gdzie nie ma nawet śladu tradycji, sensu? On mu odpowiedział, że "chce żyć w kraju, gdzie biedni ludzie to grubasy". Ruski komunista był jawnie odrażający. Dzieci się nim straszyło. Nikt normalny nie chciał być ruskim komunistą. Ken zaś to marzenie wszystkich lasek z dyskoteki. W takim świecie nawet nie da się gadać o Bogu. Pozwól więc, że nie będę komentował poglądów Heideggera w kwestii, o której on sam wolał raczej milczeć.
WJ. Wrócę do tych demonów. ("jeśli pytam o metafizyczne podłoże zła, to jedna ze ścieżek mojej myśli wiedzie mnie ku uznaniu, że taki świat, taka historia, takie plugastwa są efektem działania zła metafizycznego, jakichś demonów. Diabli wzięli ten świat w posiadanie." - MM) A może nigdy go nie wypuściły z rąk? Demonem jest entropia, ciągły rozpad form, erozja porządku i informacji. Ziemskie życie istnieje dzięki masowej śmierci osobników, która przepuszcza dalej odporniejsze geny. My też mamy swoje geny, dzięki którym żyjemy i odnosimy ewolucyjne sukcesy, ale i które nas męczą: weź genetycznie zdeterminowany pęd do dominacji i genetycznie wykształcone zachowania wojenne i okrucieństwo. [Mógłbym wiele o tym mówić.] Może trzeba na to patrzeć jak półpełną szklankę: tak, żyjemy w okrutnym świecie, wcale nie zaprojektowanym jako wygodne locum dla nas, przeciwnie! - ale jakoś żyjemy. Osobnicy krócej, cywilizacje dłużej. Czy nie jest to jakiś grunt dla filozofii?
MM. Odp: Agresja, walka, nie są demoniczne. Demoniczne jest dystansowanie się od mordowania za pomocą techniki. Dlatego Holokaust, I i II wojna światowa były epifanią zła, jakkolwiek je pojmujemy. Gazowaniem, bezsensownym mordowaniem milionów ludzi zajmowali się "mordercy zza biurka". Entropia nie jest demonem, jest to aktywność "Boga Śivy" - jeśli wyrazić to innym językiem. Cykliczność świata, materii, całego uniwersum, nie jest demoniczna. Nie odpowiem ci natomiast wprost, czym są demony, bo jakkolwiek to ujmę będę śmieszny - już jestem śmieszny ględząc o tym wszystkim za pomocą skrajnie nieadekwatnego języka. Niemniej, kiedy patrzę na świat, widzę ich działanie, widzę jak się manifestują, oglądam je czasami w telewizji i wyczytuję w naszej prasie. Widzę jej w twarzach ludzi żrących łapczywie i bezmyślnie fast food i popcorn. Ludzka natura, geny, emocje, to tylko zadanie dla człowieka. Po to wymyślono na Wschodzie Jogę, aby te rzeczy powściągnąć, ujarzmić, zintegrować. To jest przewaga wschodnich religii dharmicznych nad abrahamowymi. Tam człowiek realizuję swoją dharmę (Zacność) podczas gdy na Zachodzie zaczęto "handlować" zbawieniem. Rozszczepiono duszę i ciało, gnojąc to drugie, tępiąc i w końcu traktując jako surowiec. Kiedy więc za czasów Nietzschego ostatecznie "Bóg umarł", został nam tylko ten cielesny "gnój". Zobacz też, że mitologia indyjska, buddyjska nie dysponują ideą szatana na wzór chrześcijański. Wedyjskie czy buddyjskie demony to nie szatany. Kiedy mówię o demonach, to oczywiście stosuję metaforę, bo inaczej nie umiem zakomunikować tego, co chcę powiedzieć. Ale nie oczekuj ode mnie konstruowania bestiariusza współczesności. To jest daremne zadanie. Kiedy mówię "demon" to komunikuję to właśnie - nic mniej i nic więcej. Albo to czujesz i wspólnie ze mną tego doświadczasz, albo nie - jak nie, to nie mogę ci nic więcej powiedzieć.
WJ. Przyzwyczaiłem się do idei, że filozofia to jest praca z i nad językiem, trochę jak poezja, a jej zadaniem jest nazwanie tego, czego do tej pory nie zauważaliśmy, bo nikt nie nazwał. Wymyślenie języka, w którym można będzie mówić o czymś, co wcześniej było poza mową-dyskursem. Po tym wstępie zgłoszę propozycje pod adresem filozofii: brakuje mi języka do mówienia o stanach świadomości. Zwłaszcza tych które pojawiają się przy medytacji. Gdy nie ma takiego języka, ten kto medytuje, popada w samotność, bo nie powie, co robi, co się z nim dzieje, ani nie poinstruuje tych, co by chcieli iść za nim. To jest to zlecenie dla filozofii. Ale żeby tym się któryś filozof zajął, sam musiałby być jako tako biegły w medytacyjnych stanach świadomości.
MM. Filozofia to między innymi praca z językiem. Przede wszystkim jednak filozofia to agon, walka, to zmaganie się z myślą, słowem, rzeczywistością. Filozof zawsze postawi to jedno niewygodne pytanie więcej, akurat wtedy, kiedy reszta zachwyci się wcześniejszą konkluzją. Filozof to niewygodny człowiek, mąciciel, ktoś, kto nie zna granic, ktoś, kto nie boi się demaskować iluzji i szydzić z samozadowolenia innych ludzi. Nie ma strefy zastrzeżonej dla filozofii. Co do języka mówienia o stanach świadomości, to cała historia filozofii jest dziejami stanów świadomości. Jeśli zamkniemy pojęcie filozofii tylko do Europy, to jest ona zaiste uboga jeśli chodzi o sprawy, o które pytasz. Ale jeśli włączymy do historii filozofii Indie, to masz tam nieprzebrane bogactwo opisu tych stanów: Upaniszady, Arnayaki, buddyjskie Sutry i teksty wielkich mahasiddhów. Ten język już jest, tylko nie dla nas filozofów Zachodu, gdzie zajmowanie się Wschodem ciągle jeszcze może skazać myśliciela na marginalizację w świecie akademickim. Z drugiej strony dobrymi przykładami Schopenhauer, Kant czy Francis Bradley. Ten ostatni ciągle w Polsce nieznany, bo to brytyjski idealista, a, wiadomo, dla polskich uczonych brytyjska filozofia to "tylko filozofia analityczna". Bradley żył w latach 1846 - 1924. Był wielką postacią. Nawet skolonizowani Hindusi uznali, że filozofię Bradleya można porównać w pewnym stopniu do systemu Adi Śiankary. To jest język głębokiego wglądu. Podobnie jest z Schellingiem i Heideggerem - nie da się napisać takich dzieł bez szczególnego rodzaju doświadczeń. Myślę więc, że nie tyle nie wytworzono takiego języka, co nie został nawet poznany, bo kursy filozofii na polskich uczelniach ograniczają się co najwyżej do lektury Tatarkiewiczowego podręcznika w trzech tomach. Uważna lektura Schellinga, Schopenhauera, Kanta i Heideggera to dobrych kilka lat wytężonego wysiłku. Tam są liczne propozycje języka, o który pytasz. Mówi się, że Heidegger tylko myślał i nigdy niczego nie robił. Tylko, że on pół życia spędził w górskiej chacie w Todtnaubergu i ciągłe wędrował po górach. Te wędrówki są widoczne w jego tekstach. On uprawiał medytację w ruchu. Przypadek Heideggera to sztuka właściwego wychodzenia w góry. Kiedy czytasz jego dzieło Drogi lasu (Holzwege), wiesz, że niczego nie tam zadeptał.
WJ. Powiedziałeś: "Postmoderniści przekonują, że nie istnieje żaden nadrzędny sens." I dalej: "Sens wycofał się z naszego świata. Postmodernizm to tylko język opisu tego wycofania." I dalej, że kiedy zanika sens, to przychodzi: "powszechna otchłań zbędności". Czy tego przykrego rozpoznania nie da się zamienić na pozytywny program? Mianowicie, GDZIE ten sens odnaleźć i JAK to zrobić? Plus jakieś terapie na regenerację sensu? Czy to nie jest zadanie dla filozofów?
MM. Myślę sobie teraz, że to nie jest nawet tak, że ten sens sie wycofał w tym znaczeniu, że kiedyś był obecny bardziej. Myślę, że problem w tym, że przestano go szukać. Nigdy na dobrą sprawę nie udało się go odnaleźć i utrzymać, bo odkrywanie sensu to proces. Ale teraz nikt nie chce nawet słuchać gadania o sensie. Spróbuj pogadać rano w sklepie z ludźmi o sensie życia. A w ogóle nie jest to możliwe wśród młodzieży. Współczesne nastolatki to już "owady". Zobacz, że mógłbyś być moim ojcem, dzieli nas różnica jednego pokolenia. Nie mamy jednak problemu z porozumieniem. Komunikujemy w podobny sposób. Ja nawet z moim dziadkiem się dogadywałem. Śmieszyły mnie jego dowcipy a moje jego. Moja prababcia była dla mnie w pełni czytelna i ja dla niej. Ale ja ze współczesnymi nastolatkami już nie mam o czym gadać. To jest dla mnie UFO. Ontyczna przepaść. Nie rozpoznaję w nich cech istot ludzkich, w tym znaczeniu, że nie dręczą ich żądne pytania, ich potrzeby zaś dadzą się zaspokoić kieszonkowym w wysokości przeciętnej pensji. A nawet jak mają jakieś pytania, to nie są w stanie ich wyartykułować. Oni już nie mają języka. Oni mają jakieś kody, jakieś znaki, pomruki, ideogramy. Sens więc wycofał się jako możliwość poszukiwania go. Po nas już nikt nie będzie go szukać. Przywrócenie sensu jako zadanie dla filozofów? W żadnym razie! Filozof nie ma żadnych zadań, a już na pewno takich. Filozof może zapraszać do wspólnego myślenia, ale ktoś musi chcieć to z nim robić. Ja nie mogę pójść i narzucać komuś myślenia. Mogę coś napisać, ale kto będzie to czytać, jak 30-40 % absolwentów liceum nie umie czytać w ogóle, a ci co może umieją, nie są w stanie zrozumieć tego, co czytają. Żeby filozofować, trzeba być do tego przygotowanym. Nikt dzisiaj nie przygotowuje do myślenia. Współczesna szkoła uczy tylko wypełniania instrukcji, procedur. Filozofia nie ma dzisiaj już żadnych zadań. Filozof to dzisiaj zabytek. Ja czuję jeszcze ciągłość aż do Talesa z Miletu, a nawet dalej. Współczesny nastolatek już mnie ma za obcą cywilizację, a Tales do dla niego to samo co Miś Uszatek - zamierzchła przeszłość. Co prawda już Seneka narzekał na młodzież, ale dzisiaj to nie to samo. Młodzież, na którą można prawdziwie narzekać, to po prostu pokolenie ruchliwości drażniącej starców - taki jest zwykły porządek rzeczy. Dzisiejsi starcy są jednak pełni życia, w przeciwieństwie do współczesnej młodzieży.
11. (Poza historią)
WJ. Wrócę do tego, o czym wspomniałeś - o "ahistorycznej rzeczywistości. Co jest poza historią? Jedno to obiekty matematyki. Nikt nie powie, że np. zbiór Mandelbrota, ten dziwaczny rozgałęziający się fraktalny żuczek, POWSTAŁ w 1978 roku, a wcześniej go nie było. Nie, wtedy tylko ludzie uzyskali dostęp do tego obiektu! No więc "byty" matematyki to jedno. Drugie to stan "teraz", to co jest w medytacji. Pewnie jest ich więcej. Co właściwie masz na myśli mówiąc o ahistorycznej rzeczywistości?
MM. Przede wszystkim najważniejsza uwaga: matematyka to nie filozofia. Co do obiektów matematycznych, to jest kwestia tzw. platonizmu matematycznego. Do dzisiaj toczy się spór na temat, czy obiekty matematyczne: liczby, zbiory, figury geometryczne, fraktale, istnieją naprawdę, tzn. czy są autonomiczne wobec umysłu człowieka czy też nie. Spór toczył się między innymi między dwoma filozofami Popperem i Penrosem. Pierwszy twierdził, że są one wytworem aktywności ludzkiej, chociaż zyskały pewien stopień autonomii. Drugi zaś w, ślad za Platonem, uważał, że świat idei jest autonomiczny wobec świata empirycznego. Penrose uważa, że struktura tych obiektów "istnieje w sposób niezależny od naszych umysłów, z czym wiąże sie fakt niemożność jej kompletnego zbadania". Ponieważ filozofia to nie matematyka, można wejść na taką ścieżkę myślenia, która jest zgodna z własnym sposobem doświadczania rzeczywistości. Nie wiem czy obiekty matematyczne mogą być uznane za mieszkańców świata idei. Czy one stanowią ową ahistoryczną rzeczywistość. Myślę, że te obiekty to "myśli bogów", ale nie każ mi doprecyzowywać, co mam na myśli mówiąc te słowa. Mnie wszystko mówi, że Platon miał rację, że Tales miał rację i że "wszystko jest pełne Bogów". Ale trójkąt to nie Bóg. To nas łączy, Bogów i ludzi, to możność kontemplowania czystych idei, w tym obiektów matematycznych. Ostatecznie jeśli uznamy poglądy vedanty, że atman jest tożsamy z brahmanem i że "ty jesteś Tym" (skt. tat tvam asi), to oczywiste jest to, że nasze myśli mogą być myślami boskimi.
Wracając do pytania. Co jest poza historią? Wspomogę się znów vedantą: sat-cit-ananda, trzy pojęcia opisujące absolut. "TO" jest nieznane, wszechobecne, niezniszczalne, czego ludzka świadomość wiecznie szuka. Poszukuje w swej świadomości i zmysłowości, percepcji i działaniu. Sat to byt, istniejące; cit to świadomość, ananda zaś to rozkosz, błogostan, stan ponadczasowej szczęśliwości. Sat to więc "istniejące", a bhava to sposób bytowania "tego czegoś". Bhava, bycie, odnosi się do rzeczywistości, która ujawnia się w sposób przedstawieniowy i zawsze dynamiczny. Według wedyjskiej filozofii świat jest w stanie permanentnego tworzenia się, ujawniania się, w którym to akcie uczestniczy świadomość. Wszystko zaś wyłania się ze stanu pierwotnego. Z tym że natura tego stanu pierwotnego nie może być oddana żadnymi zdaniami asertorycznymi, tzn. cokolwiek o tym powiemy, nie oddaje stanu faktycznego, nie jesteśmy w stanie orzec, że jest to takie właśnie i nie inne. Możemy jedynie z poziomu doświadczenia wskazać, że to coś jest z tego poziomu doświadczane. Dlatego w religiach dharmicznych tyle uwagi poświęca się stanom świadomości, oczyszczaniu świadomości oraz świadomości czystej, boskiej. Istoty ludzkie mogą brać udział w procesie tworzenia się wszechświata o tyle, o ile są świadomi, buddhi - przebudzeni, jak powiedziałby Budda Śakyamuni. Mamy więc dwa poziomy - epistemiczy i metafizyczny. W tradycji indyjskiej filozofii te dwa poziomy się dopełniają, w Zachodniej zaistniał między nimi konflikt. Stan pierwotny, sat, jest tym samym, co grecka filozofia nazywała arche, które to pojęcie odnosi się do zasady konstytuującej całą rzeczywistość, jej stanu pierwotnego oraz całej rzeczywistości w ogóle. W późniejszym okresie filozofii arche oznacza już tylko samą zasadę i nie jest tym samym, co rzeczywistość jako taka. W Indiach te aspekty cały czas przenikają się nawzajem. Dynamiczny proces ciągłego stwarzania, ujawniania się rzeczywistości, jest związany nie tylko z czystą świadomością, ale także z ananda, błogostanem, stanem czystej, boskiej szczęśliwości. Praindoeuropejski prefiks "ar-", który występuje w takich słowach, jak ar-che, ar-istoi (arystokracja), ar-ya (Ariowie, arystokracja praidoeuropejczyków), ar-ete (cnota) jest także obecna w indyjskim pojęciu ar-tha, oznaczającym bogactwo, a raczej Dobrostan. Jest to jedno z czterech zadań do wykonania w życiu przez świadomego człowieka, obok dharma (zacności), kama (miłości erotycznej) i moksa (wyzwolenia z długu karmicznego). Artha to zatem dobrostan wypływający z właściwego kontaktu z rzeczywistością źródłową, z którą mamy łączność z poziomu bhava, czyli doświadczenia, gdyż inaczej jest skryta, zakryta przed naszą zwykłą percepcją. Ów niepokojący mnie prefiks ar- pojawia się wszędzie tam, gdzie coś odnosi nas do rzeczywistości pierwotnej, do źródła. Być człowiekiem świadomym, uczestniczącym w procesie stwarzania świata, to być Aryą, arystokratą ducha. "Ar" oznacza w języku praindoeuropejskim korzeń, zasadę, coś, co daje początek, coś będące siłą sprawczą. Teraz powiem coś bardzo niepokojącego i przyznam, że, z uwagi na reżym poprawności politycznej, z lekką obawą jak może to być odebrane przez tych, co nieuważnie czytają. Nazistowski gest uzurpacji aryjskości jako idiotyczny koncept polityki rasowej, pogrzebał na wieki wielki indoeuropejski mit i "Aryów" - szlachetnych nosicieli mitu. Teraz na wieki władzę przejmie "mięso armatnie", ludzie wyzbyci świadomości, nieświadomi sat-cit-ananda. Na tym właśnie polega kaliyuga, że nie ma komu uczestniczyć w świadomym procesie ujawniania stanu źródłowego i współtworzenia świata. Nie ma arystokracji ducha! Czuję tę straszną dziejową złowrogość naszego wieku. Ileż naziści zmarnowali symbolicznego potencjału! Teraz każde odwołanie się do tej symboliki będzie zakrzykiwane przez polityczne siły jako faszyzm, lub reakcyjny neofaszyzm. Jakież demony musiały zostać spuszone z łańcucha, że siłę arche i mit fundujący obecność Aryów w świecie został zaprzęgnięty do ludobójstwa i rozpętania wojny, do zadawania niewinnym ludziom cierpienia w masowy sposób. Jeśli szukasz demonów, to znajdziesz je w latach 1933 - 1945 w Niemczech.
Bez kontaktu ze źródłem giniemy. Tymczasem prawda jest taka, że bez arystokracji ducha, bez restauracji porządku arya, bez odtworzenia ładu opartego na obecności ludzi z przebudzoną świadomością, nie wyjdzie żaden polityczny program reform tego świata, ponieważ nasi politycy, jako że z nieświadomego ludu wybrani, są pogrążeni w głębokiej ignorancji i bezsensie - mogą tylko pogłębiać bezsens egzystencji i masowe cierpienie, niezależne od PKB. PKB to nie Dobrostan! To jest kłamstwo! Polityka jest teraz opanowana przez demony bezsensu, rozpaczy i destrukcji. Myślę, że kaliyuga miała swoją kulminację w nazistowskich obozach zagłady. Nie dość, że narodowi socjaliści (a akcentem na socjaliści, bo od z natury zbrodniczych komuchów różni ich tylko nacjonalizujący i rasowy szyld) wymordowali miliony niewinnych ludzi, to jeszcze zrobiono to w aurze pradawnej symboliki Aryów, tak, aby upokorzyć świat do końca. To, co byłoby być może potencjalnym ratunkiem dla świata, stało się źródłem jego winy i wstydu. Nazizm to w najwyższym stopniu wytwór świadomości "mięsa armatniego" - ludzi, dla których życie jest bez znaczenia, dla których człowiek może być surowcem, a nawet odpadem. Którzy sami siebie nie szanują, którzy są wyzbyci ze współczucia. Najgorsze jest to, że świadomość nazistowska przetrwała niezauważenie w świecie Zachodu. Małym dowodem na to jest tablica na jednym z rządowych budynków w Warszawie na ulicy Tamka 3 - jest na niej napisane Centrum Rozwoju Zasobów Ludzkich. Ktoś, kto takie nazwy nadaje prawdopodobnie nie ma nawet świadomości tego, co robi! Nikt dzisiaj nie gazuje zbędnych ludzi, ale pierwotny gest jest ten sam - uczynienie z człowieka zasobu, surowca, biomasy. Cały świat stał się dzisiaj obozem koncentracyjnym. Piszę o tym całkiem przenikliwie w miarę trzeźwy, chociaż lewicujący, włoski filozof Giorgio Agamben w książce Homo sacer. Kiedy uważnie przeanalizować symboliczną warstwę współczesnego świata, to kipi ona od nazizmu. I nie chodzi wcale o swastykę czy czarne orły - to są tylko pradawne symbole ukradzione bezwstydnie przez hitlerowców, którym brakowało symbolicznego wystroju w ich nihilistycznej rzeczywistości zorganizowanej zbrodni. To jest znacznie subtelniejsze oddziaływanie. Nazizm jest obecny w kinie, reklamach, architekturze, języku i gestach władzy. Przeraża mnie to, jak chętnie korzystamy z tego, co wymyślili Hitlerowcy. Może kiedyś będzie czas o tym jeszcze porozmawiać, bo to bardzo złożona i ważna kwestia. Ludzie panikują na widok swastyki na starożytnych buddyjskich tankach i hinduskich świątyniach, uważając, że Dalajlama i Hindusi to faszyści, a nie widzą prawdziwej natury tego sposobu zarządzania światem, którego Hilter był perwersyjnym prekursorem.
12. (Kaliyuga)
WJ. A więc, trzeba się uzbroić, otorbić, uodpornić na Kaliyugę? Może doświadczenia z przetrwania komuny, z emigracji wewnętrznej będą tu pomocne?
MM. Chyba nic nie da się zrobić, poza emigracją wewnętrzną. Dopóki politycy nie zastosują maszyn kontrolujących myśli, możemy wygrywać w sobie samych. Potem trzeba będzie się wziąć ostro za jogę i nauczyć się te maszyny przechytrzać. Jest to możliwe, bo maszyna, nawet tak zaawansowana technologiczmnie, zawsze jest "głupia" i nigdy nie pokona umysłu. Tak więc możemy wygrywać w sobie samych. Ale nikt się o tym nie dowie, że jesteś zwycięskim Aryą, tylko twoi bogowie. Jeśli jednak jest prawo karmy i cykle się powtarzają, rób to, co każe ci twoja zacność (dharma), a w czystej przestrzeni to przetrwa i w lepszych czasach zaowocuje. Nawet teraz, w kaliyudze, musimy wypełniać swoje dharmy. Jest to jedyny przebłysk możliwego sensu, aby wbrew zalewającemu mnie bezsensowi, nawet z poziomu zatrutego postmodernizmem umysłu, jakiego jestem ja sam przykładem, regulować świadomość ideą arche, źródła, i nie popełnić samobójstwa, które w innym wypadku byłoby naturalną konsekwencją tego, co muszę oglądać dzień w dzień za oknem mojej pustelni.
WJ. Dziękuję - od Taraki i od siebie - i widzę, że to pewnie nie koniec, bo kilka spraw, o których wspomnialeś, aż prosi się by je pociagnąć dalej!
Mirosław Miniszewski
pytał Wojciech Jóźwiak
2. Odpowiedź • autor: Mirosław Miniszewski 2010-07-22 14:39:07
3. Propozycja pseudo - kultury • autor: Terravis - Wiktor Rumocki 2011-04-08 02:11:38

4. Entropio, miłościwa Pani, która gasisz gwiazdy... • autor: Nes W. Kruk 2011-04-09 04:01:32
Autor, jego teksty
Artykuł dyskusyjny. Napisz komentarz
Drukuj
1. Kilka pytań do wywiadu • autor: Paweł Brągoszewski 2010-07-22 11:39:05
Zajmujący tekst, jeden z najważniejszych od kilku lat w Tarace. Kilka pytań.
Myślę o Heideggerze, działającym w NSDAP, popierającym nazizm i współpracującym z gestapo. Czy można oddzielić jego filozofię od jego uwielbienia dla nazizmu? Może tak, a może właśnie przeciwnie, nazistowskie ciągoty dają znak, że gdzieś w myśli Heideggera jest zatrute ziarno.
Ważne pytanie, które pozostało niewypowiedziane, chyba, to czy i jak można znaleźć (albo stworzyć) sens swojego działania. Poczucie sensu i celowości może być tylko subiektywne, ale musi być. Analizując zbyt głęboko i zbyt dokładnie można utracić to poczucie i nie zyskać nic w zamian. Przerażająca myśl, że może właśnie płytkie dążenie do podmiejskiego raju, pełnego płytek ceramicznych, wielkich telewizorów, urlopu w Egipcie i grilowanego mięsa, daje poczucie sensu. Bo innego sensu już nie ma. A nurkowanie w głębokich wodach i uważne przyglądanie się rzeczywistości to poczucie odbiera, nie dając nic w zamian.
Nie jest również rozwiązaniem naiwny powrót do natury i złotego wieku naszych przodków, mleka od krowy, wstawania o świcie, jabłek prosto z drzewa i swojskiej kiełbasy. To taka sama naiwność jak podmiejski raj klasy średniej. A przesuwanie się dalej w czasie - w przeszłość - nie przynosi prawdziwej zmiany. Nawet gdy cofniemy się do paleolitu, czy tam jest prawdziwy sens? Bogowie, wielkie czyny i świat pełen wartości (nie mam na myśli "wartości" z sensie "wartości katolickich" czy "wartości demokracji"). A może przeszłość nie daje odpowiedzi, a przyszłość przeraża. Podłe "teraz" jest wszystkim co mamy.