Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

23 listopada 2015

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Z szuflad starego biurka. Historie rodzinne sprzed wieku (odcinków: 22)

Kallwang czyli słodkie pocztówki z wojny

Kategoria: Obserwacje obyczajowe
Tematy/tagi: cywilizacjaobyczajewojna

« Dydaktyczny smrodek Listy nauczyciela z czasów okupacji »
Mój Dziadek, Benedykt Jacórzyński, walczył w armii austro-węgierskiej w I wojnie światowej i w 1917 roku był ranny w jednej z bitew. Rana była pewnie dość poważna, bo leczył się aż do 1919 roku, początkowo w szpitalu w Kallwang w Austrii, potem w kilku miastach na Węgrzech. Do swoich dzieci, Sławomiry i Tadeusza, mojego ojca, czyli Tadzika i Sławuni, regularnie przesyłał pocztówki ze słodkimi obrazkami bawiących się chłopców i dziewczynek.


Tymczasem prawdziwe Kallwang wyglądało pewnie tak, jak na pocztówce dla dorosłych: krzyż przypominający o cierpieniu.


Choć i były w Kallwang ładniejsze widoczki, sam szpital zapewne pełen był rannych, cierpiących, smrodu i krzyków, ale o tym się do rodziny nie pisało.

Czy dziś się wiele zmieniło? Nie chodzi mi oczywiście o samo miasteczko i szpital, a o współczesne odpowiedniki pocztówek z wojny, z miejsca, gdzie dyskutuje się o zamachach terrorystycznych, nalotach na Syrię, walkach z państwem islamskim, nowej zmianie polityków w Polsce, zalewie elementem muzułmańskim i innym rozumieniu katastrofy smoleńskiej oraz obawach z wszechogarniającym, związanym z tym konglomeratem spraw i ich konsekwencji.

Na FB królują słodkie kwiatki, ptaszki, kotki i pieski, tym więcej, im bardziej przerażają fakty z telewizyjnych i gazetowych doniesień. Osoby uduchowione dyskutują nad pojawieniem się w otoczeniu znacznej ilości duchów, o czym świadczy nadzwyczajnie ciepła pogoda i wzmożenie dziwnych zachowań psów, które, jak wiadomo, widzą duchy. I taki też pojawił się ostatnio w moim domu – przy przeglądaniu z siostrą starych zdjęć mojego dziadka, przewrócił stojącą lampę, tłukąc klosze, a nazajutrz, już przy innej osobie (ale siedzącej na tym samym miejscu i przy tych samych zdjęciach), przewrócił butelkę wódki, choć niewiele zawartości rozlał, na szczęście, co świadczy o tym, że nie chciał wyrządzić krzywdy, tylko zaznaczyć swoją obecność.

Powie ktoś – to dla równowagi. Im więcej zamachów, bomb, trupów i śmierci, tym bardziej ludzie poszukują pocieszenia. Czemu więc oglądalność programów wzrasta w miarę zwiększenia w nich dawek okrucieństwa? Czemu królują filmy w rodzaju „zabili go i uciekł”? Są dni, kiedy wieczorem w telewizji nie daje się odnaleźć żadnego filmu spoza tego gatunku. Jak nie gangsterzy, mordercy, detektywi, szaleńcy, to wojna, bomby, wybuchy, tortury i kaźnie. Za to rano słodkie seriale, w których króluje miłość, wręczanie bukietów, obrączek, wybór ślubnego stroju i problemy finansowe.

Ale kto uznał, że właśnie taka równowaga jest nam potrzebna? Ten sam, kto chce dzieciom pokazywać świat wychowawczo upiększony, nie bacząc na to, że w kanałach filmowych dla dzieci słodkie zwierzątka, międzyplanetarne stworki, roboty i inne mechanizmy poczynają sobie nawet bardziej paskudnie, niż rzeczywiści przestępcy. Zawsze odnosiłam wrażenie, że Bob budowniczy z rozkoszą burzy budowle i używa walca drogowego chętniej do miażdżenia przeciwników, niż do budowania czegokolwiek. Budowanie nie jest ciekawe, rozwalanie bardziej odpowiada naszej naturze. Ale od czasu, gdy mój wnuk oglądał Boba, jest już tylko gorzej.

Czemuż się więc dziwić, że my, duże dzieci, lubimy rozwalać, a nie lubimy remontować, odnawiać, uzupełniać, poprawiać, ulepszać, a zwłaszcza cyzelować.

Gdzieś w zaraniu tej tendencji tkwi zapewne pomysł na pokazanie dzieciom ślicznego, idealnego świata, a dzieci te dorastając odkrywają, że dla zbudowania ideału łatwiej najpierw wszystko zburzyć do gołej ziem, a dopiero potem budować. Później, już niestety, budowanie znudzi się albo przyjdą inni z nową koncepcją świata i znowu zaczną od burzenia.

Nie zdziwmy się więc, kiedy uchodźcy z przyszłej wojny w swoich ajfonach lub smartfonach uniosą pełen komplet pozostawionych w domu kotków i piesków, oraz bawiących się ongiś słodkich, pucołowatych dzieciaczków, aby mieć zajęcie na chłodne noce, spędzane na jakichś granicach, pod jakimiś płotami, czy wręcz w ruinach na szczękaniu zębami i marzeniu o lepszym świecie.

Z szuflad starego biurka. Historie rodzinne sprzed wieku: wstęp na końcu

Z szuflad starego biurka. Historie rodzinne sprzed wieku

Korekta przez: Radek Ziemic (2015-12-07)



« Dydaktyczny smrodek Listy nauczyciela z czasów okupacji »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)