zdjęcie Autora

28 czerwca 2020

Andrzej Gąsiorowski

z cyklu: Dlaczego ludzie wycinają drzewa? (odcinków: 38)

Kapitalizm jako mechanizm klimatycznego wyparcia, czyli jak zostałem foliarzem


« Garść luźnych refleksji

W ubiegłym tygodniu pewien ekspert w swoim temacie (zakresie? obszarze? przedmiocie?), którego skądinąd cenię i którego działania (a tym samym, mimo, iż się z nimi nie zgadzam, poglądy) nawet promuję w swoim skromnym zakresie, nazwał mnie wprost „foliarzem”. Za co mnie tak skrzywdzono?

Nie, nie za atom. Atom jest RiGCz-owy i nauczyli się tego nawet jego antagoniści. Atomu nie da się już dziś racjonalnie atakować, bo wszyscy wiedzą, że z atomem nam się pewnie nie uda wyjść z katastrofy globalnego ocieplenia, a bez atomu jest to więcej niż pewne. (Tak czy siak jest niemal pewne, ale na chwilę to zostawmy, jest w końcu niedziela i to niedziela wyborcza).

Oto ów uznany ekspert nazwał mnie foliarzem za to, że uważam, że kapitalizm jest po prostu manifestowaniem się natury w stosunkach społecznych między bardzo inteligentnymi, choć umiarkowanie mądrymi małpami z gatunku Homo sapiens i jako taki jest częścią natury w ogóle i natury ludzkiej, która jest częścią natury w ogóle. Ostatecznie nieco złagodził stanowisko, wiedząc zapewne, że się zagalopował (zarówno na gruncie nauki i dobrego wychowania) i powiedział mi, że nie opatrzyłem swojego zdania literaturą i bibliografią i jako takie zdanie moje jest już jeśli nie „foliarskie”, to bezwartościowe.

Postawa owego eksperta jest emblematyczna dla naszych czasów.

Rozmawiałem ostatnio z jednym z moim przyjaciół, z którym się bardzo intensywnie spieramy, ale z którym się również szanujemy, który jest teologiem i filozofem (a przynajmniej ja tak uważam) i uzgodniliśmy, iż tym właśnie, co wyróżnia lewicę i prawicę, ich differentia specifica jest stosunek do kwestii natury ludzkiej. Lewica zasadniczo niczego takiego nie uznaje, prawica przyjmuje to w ogóle bez dyskusji. O ile jednak stosunek do natury ludzkiej jest tu dość jednoznaczny, to stosunek do natury w ogóle (którą czasami nazywać będziemy przyrodą) w tych dwu częściach manichejskiego świata ma status – „to skomplikowane”.

I tak obydwie z grup wybierają tu sobie dość dowolnie z przyrody to, co im pasuje. Lewicy pasuje na przykład, że homoseksualizm pojawia się wśród zwierząt (i jako taki jest naturalny), prawica w ogóle wypiera ten fakt, ale już lewica odrzuca na przykład naukę tam wszędzie, kiedy nie jest ona zgodna z jej ideologiczną wizją świata. Nie mam tu ochoty na tak zwaną INBĘ, więc powiem tylko, że odrzuca na przykład to, że agresja między organizmami żywymi istnieje i że jest istotnym motorem ich zachowań. Oczywiście deklaratywnie robi to rzadko, ale zachowuje się, jakby ów fakt nie istniał. Proszę więc nie łapać mnie za słowa.

Piszę obszerniejszą pracę na ten temat, więc na razie go zostawmy i wróćmy do kapitalizmu, który strącił mnie w odmęty foliarstwa.

Otóż jest coś po lewej stronie debaty, coś, co przejęły również millenarystyczne ruchy klimatyczne i co łączy z nimi lewicę, a je z lewicą, co powoduje, że teza – kapitalizm jest ekspresją natury, jej częścią – powoduje dosłowną wściekłość wyznawców tezy odwrotnej (że to jakiś twór kulturowy stworzony przez garstkę złych ludzi, którzy zawłaszczali dusze miliardów ludzi dobrych). Wściekłość ta wskazuje również przy okazji na zasadniczą sprzeczność w stosunku lewicy i millenarystycznych ruchów klimatycznych do przyrody jako takiej, a przede wszystkim pojawiającego się w odniesieniu do przyrody zjawiska wolności, determinacji etc. Otóż ruchy te traktując co do zasady przyrodę i społeczeństwo jako mechanizmy mocno zdeterminowane (przykład – ludzie trafiają do więzień w wyniku braków systemu w sferze społecznej i edukacyjnej), domagają się jakiejś totalnej całkowicie wolności jednostki. Jakiegoś bezwzględnego niezdeterminowania, które porównać można jedynie z chrześcijańskim pojęciem wolności jednostki i człowieka (których zarówno lewica jak i millenarystyczne ruchy klimatyczne są oczywistą i dobrze już przynajmniej w przypadku lewicy, uchwyconą metamorfozą). Domagają się innymi słowy tego, żeby ludzie były aniołami, które swymi skrzydłami odgarniają napływającą zewsząd entropię i zdeterminowanie.

Wolność! Ach, wolność!

Uznanie, że kapitalizm jest zdeterminowaną naturalną konsekwencją natury, że jest naturą per se, jest w tej sytuacji mniej więcej czymś takim, jak wejście w zabłoconych butach do meczetu, a może nawet zbezczeszczenie hostii. To znaczy jest czymś takim, że uznany ekspert rzuca się na anona z prowincji, prawdziwego nowhere mana (my name is Nobody) i wygarnia przerażonej twarzy (w tym przypadku mojej) – jesteś foliarzem!

W swojej książce ”Nowocen” z 2019 r. (nie mam jej, cytuję za artykułem B. Lord We are nature, www.aeon.cu) James Lovelock (ten od koncepcji Gai, pragmatyczny wrażliwiec kochający przyrodę i wspierający potężnie energię jądrową) pisze: Musimy porzucić obarczoną politycznie i psychologicznie ideę mówiącą, że antropocen jest wielką zbrodnią przeciwko naturze – antropocen jest konsekwencją życia na Ziemi; … jest EKSPRESJĄ NATURY [wyróżnienie moje i tłumaczenie też moje]”.

Lovelock nie mówi o kapitalizmie (przynajmniej w tym miejscu, bo całej książki jeszcze nie czytałem), ale można założyć, że skoro kapitalizm tak przeniknął stosunki gospodarcze i społeczne, to częściowo można go utożsamiać z antropocenem, przynajmniej w jego schyłkowej fazie, z którą mamy teraz do czynienia.

Lewica i millenarystyczne ruchy klimatyczne nie są w stanie tej tezy zaakceptować, co jest brzemienne w skutki. Na poziomie opisowym mamy tu bowiem sytuację, w której błędnie ocenia się źródło kryzysu. Przypomnę, że tym razem jest to terminalny kryzys ludzkości polegający na tym, że poprzez spalanie paliw kopalnych i anihilowanie przyrody zniszczyliśmy swój habitat (i nie tylko swój). Jeśli uznamy, że problem jest problemem kulturowym, to z wielkim prawdopodobieństwem będziemy próbowali rozwiązać go rozwiązaniami z obszaru kultury (oczekiwanie na wielką przemianę człowieka, odrzucenie „kapitalizmu”, przemianę aktywności w pasywność i (przeważnie czysto deklaratywną) ascezę. O czymś takim marzymy od dawna. Na moje oko co najmniej od dwóch tysięcy lat, a może u dłużej. Może marzyli nawet o tym szamani w jaskiniach oglądający współtowarzyszy, którzy zakładali pierwsze ogródki i poletka uprawne. O czymś takim lewica i millenarystyczne ruchy klimatyczne marzy tak mocno, że jeśli ktoś (jak ja) mówi, że to piękne acz nierealne marzenie, należy wykrzyczeć mu w twarz – ty foliarzu!

I mnie to wykrzyczano. A moje dyletanckie serce wychowane na gawędziarzu Montaigne’u, nietzscheańskich dionizyjskich tańcach, irracjonalizmach Szestowa, etykach Camusa i pragmatyzmach Jamesa niemalże nie pękło. No ale nie pękło, gdyż piszę te słowa. Ale niemal pękło. Zapewniam Cię, Drogi Czytelniku!

Kapitalizm uczyniliśmy mechanizmem wypierania klimatycznego i ekologicznego kryzysu ludzkości. Problem inżynieryjny i przyrodniczy, problem przekształcania przyrody przez nadmiernie rozwinięty niemający konkurencji gatunek, który oparł swoje działania na energii z paliw kopalnych, od których uzależnił się całkowicie, zamieniliśmy na problem ustrojowy, organizacyjny, społeczny i generalnie konstruktywistyczny. Umieramy grzebiąc przy tych konstruktach, podczas gdy Syberia rozpada się na naszych oczach, płonie i wywala do atmosfery gigatony metanu. Nie, nie grzebiąc. Rojąc, że grzebiemy, bo absolutnie nigdzie na świecie nie mamy mocy aby ową naturalną ludzką aktywność zatrzymać. Można ją nieco złagodzić i przekierować, ale co do zasady to niczego nie zmienia. Emisje jak rosły tak rosną. Nie zatrzymał ich nawet jeździec apokalipsy numer 0 – ostatecznie mało zabójczy wirus SARS-CoV-2, w którym – przyznaję i ja, błędnie – upatrywałem nadziei na zmianę, czy choćby korektę tego, co tu się odczynia.

Mechanizm klimatycznego wyparcia, jakim jest kapitalizm (a dokładniej rola, jaką mu się przypisuje), realny problem podmienia konstruktem, który jak liczą zapewne autorzy owego mechanizmu, łatwiej naprawić, niż wyciągnąć z atmosfery 417 cząsteczek CO2 lub choćby zatrzymać zwiększanie się tej liczby.

Sprzeciw wobec owego fantazmatu, a dokładniej samo już tylko sygnalizowanie jego istnienia, budzi, religijne niemalże, wściekłość i pogardę.

Problem łączy się z wieloma innymi problemami. Z tym, jaki status mają różne nauki w tej układance i w ogóle nauka jako taka. Z problemem eksperckości i rolą ekspertów. Z wyniszczającą debatę tezą i praktyką , że na dany temat mogą się wypowiadać tylko eksperci (ta praktyka niszczy przede wszystkim eksperckość i naukę i prowadzi do wsobności debaty eksperckiej i naukowej), z odrzucaniem wielu nurtów intelektualnych i twórczych (a także a może przede wszystkim filozoficznych), które dla owych neoscjentystów albo pre-apo-scjentystów (muszę wymyślić na to zjawisko lepsze pojęcia, te mają charakter roboczy).

Wszystkie te problemy chcę przed końcem owej tragifarsy opisać, gdyż tam postrzegam swoją rolę w tej historii. Choćbym miał je opisać nie podając literatury (może jej jeszcze nie być bo wyginanie ludzkości, to zjawisko, z którym mamy do czynienia po raz pierwszy i prawdopodobnie ostatni).

Ale – jeśli foliarze z prowincji głoszący ów pogląd, że ów fantazmat istnieje i że jest tak niebezpieczny, są tak zafoliowani i nieistotni – to why so serious?

Pozostaje mi już tylko zadedykować wszystkim, w szczególności eksperckim ekspertom, którzy domagają się ode mnie podania literatury moich tez, poniższej piosenki. Mem stanowiący ilustrację tekstu jest również dla nich przeznaczony!


___________

Mem zrobiłem na https://imgflip.com i stamtąd pochodzi.

Dlaczego ludzie wycinają drzewa?: wstęp na końcu

Teksty re-publikowane z bloga Autora pod tym samym tytułem. W Tarace za uprzejmą zgodą.

Korekta przez: Wojciech Jóźwiak (2020-06-28)



« Garść luźnych refleksji

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)