Oto oniryczne podróże kapitana Bzika i jego wesołej drużyny. Wszelkie podobieństwa do osób i zdarzeń prawdziwych i prawdziwszych są nieprzypadkowe.
Jesienią Kapitan Bzik jak co roku
odwiedził swojego starego przyjaciela. Beneares, bo o nim mowa, miał już, jak
to się mówi, swoje lata. Zwykł mawiać, że dobrze jest mieć swoje lata, choć
dobrze jest też nimi się dzielić.
Chadzał swoimi ścieżkami. Kapitan
Bzik poznał je dobrze, choć nie tak dobrze, jak Beneares. W końcu to
były jego ścieżki, a sam Kapitan Bzik był towarzyszem drogi i poniekąd gościem
w krainie Beneares.
Te kilka dni w roku spędzali w
towarzystwie swoim i wszelkich duchów, które spotykali na drodze, a które
ukazywały im się w formie deszczu, ognia, wiatru, kamieni i drzew. Nie wiele
rozmawiali. Tego roku Kapitan Bzik był w nastroju chwiejnym i mniej spokojnym
niż zwykle. Nurtowały go sprawy, które nie nachodziły go od dawna, i choć był w
stanie odpoczynku, zaczął zastanawiać się, czy by nie wrócić do czynnej służby.
O tym też chciał porozmawiać z Benearesem.
Trzeciego dnia ruszyli o świcie w
kierunku przesmyku, który zgrabnym wcięciem uwalniał światło wschodzącego
Słońca. Gdy mijali sporej wielkości kamień łagodnie okryty porostem,
przywitali się z nim jak ze starym znajomym. Obaj dobrze go znali, choć nie
wiedzieli, że kamień zna ich o wiele lepiej, niż mogliby podejrzewać.
- Ben - przerwał milczenie
Kapitan Bzik - czy się potykasz? - jak zwykle błądził gdzieś myślami i koniec
myśli zamieniał w słowa.
Beneares rzucił na niego
przelotne spojrzenie i odpowiedział:
- Potykam się.
Kapitan Bzik zatrzymał się i
podniósł z drogi kawałek granitu.
- Dlaczego? - zapytał - Dlatego,
że nie widzisz?
Beneares, jak już wspomniałem wcześniej, miał swoje lata, a jego wzrok
dawno przestał być orli. On sam nie martwił się tym. Gdy namawiano go do
korzystania z okularów, oczywiście w dobrej wierze, odpowiadał zwykle,
że swoje już przeczytał i wciąż odróżnia dzień od nocy. Więc i to, co
ma, wystarcza mu w zupełności.
- Widzę, ale zdarza mi się
zapatrzeć w niebo zapominając o ziemi - odpowiedział Beneares, gdy znowu
ruszyli dalej.
- Jak możesz zapomnieć o ziemi? -
zdziwił się Kapitan Bzik. Zawsze wydawało mu się, że Beneares należał do tych
ludzi, którzy twardo stąpają po ziemi z głową w chmurach.
- Zdarza mi się to tylko wtedy,
gdy nie pamiętam o niebie.
- Masz problem z pamięcią? -
Kapitan Bzik zaczął wykazywać typową dla przyjaciół troskę o kondycję
towarzysza.
- Nigdy nie mam problemu z
pamięcią - odpowiedział z uśmiechem Beneares.
- Ale przecież przed chwilą
powiedziałeś, że zapominasz - zdziwił się Kapitan Bzik. Znał Benearesa
wystarczająco długo by wiedzieć, że ten nigdy nie kłamie i nie unika
odpowiedzi. Tym bardziej zdziwiło go to, co powiedział.
- Tak, ale nigdy nie mam problemu
z pamięcią.
Beneares wziął od Kapitana Bzika
kawałek granitu i schował do torby. Zwykle po takiej podróży przynosi kilka
kamieni, które przez jakiś czas mieszkają z nim, a potem znikają. Nikt nie wie
co z nimi robi. Wiadomo, że niczego z nich nie buduje. Przynajmniej żadnej
budowli o zwartej konstrukcji, jakie zwykle buduje gatunek ludzki.
- Więc dlaczego zapominasz? -
zapytał Kapitan Bzik.
- Odpocznijmy - Beneares
zatrzymał się i usiadł na zwalonym pniu.
Wyciągnął z torby termos. Wlał do
dwóch kubków gorącej kawy i podał jeden przyjacielowi. Kapitan Bzik usiadł obok
niego choć nie czuł zmęczenia. Wędrując z Benearesem nauczył się czerpać
przyjemność z samej podróży. Dotarcie do celu jest tak samo nieuniknione, jak
sama droga, więc nie ma się po co śpieszyć.
Wyjął ze swojego plecaka chustę.
Zapachniało chlebem i serem. Zostało im jeszcze pół bochenka chleba i kawałek
sera. Powinno wystarczyć do następnego dnia. Odkroił dwa kawałki, resztę
zawinął w chustę i schował. Jedząc popijali gorącą kawą, która ogniem w wodzie parzyła
język.
Przez jakiś czas siedzieli w
milczeniu chłonąc zapachy, dźwięki, obrazy. Milczenie było tą formą aktywności
i współistnienia, które Kapitan Bzik upodobał sobie szczególnie w towarzystwie
przyjaciela. Słowami stawał się wiatr, który przemawiał przez szelest liści
drzew. Bywało, że Kapitan Bzik słyszał każdy pojedynczy liść, każde źdźbło
trawy, każdy ruch i bzyczenie pojedynczego owada, każde uderzenie skrzydeł
przelatującego ptaka. Nigdy nie był w stanie osiągnąć tego stanu, gdy nie
inicjował go Beneares. To dziwne uczucie, gdy przestaje się mówić, myśleć. Ma
się wrażenie, jakby roztapiało się we wszystkim, a jednocześnie przemawiało
samą rzeczywistością wokół. Tego roku Beneares zapewnił go, że już niedługo sam
nauczy się mówić językiem rzeczywistości. Brakuje mu jeszcze trochę spokoju,
ale jest blisko źródła współistnienia.
Beneares westchnął i wszystko
jakby przycichło, choć wciąż przemawiało szeptem, szelestem, migotaniem światła.
- Lubię się dziwić - Beneares włączył
się do rozmowy.
Normalnie ludzie przerywają
milczenie. Benares wręcz przeciwnie, jakby słowa dopasowywał do wszystkich
dźwięków wokół, nie zagłuszając ich współtworzył z nimi harmonijną melodię.
- Gdy zapominam o ziemi,
potykając się przypominam sobie, że po niej kroczę – Benares wstał i spojrzał w
Słońce. - Czy ciebie to nie dziwi?
Kapitan Bzik nic nie
odpowiedział. Nie pomyślał. Tak, wszystko wskazuje na to, że zbliża się do
krainy, którą od tak dawna próbuje zrozumieć i poznać.
Podziękowali zostawiając kilka
okruchów chleba. Bez pośpiechu ruszyli dalej tą samą drogą. Słońce było w
połowie swojej dziennej wędrówki. Obaj dobrze znali ścieżkę, która miała ich
zaprowadzić do celu, lecz nie wiedzieli nic, co ich spotka po drodze.
Nes W. Kruk