zdjęcie Autora

06 lutego 2008

Alina Michalik

Kaszubski Medicine Walk
O tym jak wiele wydarzyć się może kiedy się wyjedzie z domu

Kategoria: Twarda Ścieżka

Podjęłam decyzję, że pojadę w środę, jedenastego lipca. Spakowałam się w ostatniej chwili, w pośpiechu sprawdzając kolejową rutę. Prognoza pogody zapowiadała kolejny deszczowy, choć wreszcie nieco cieplejszy od poprzednich, dzień. Zostawiłam Pawłowi zapas nadziewanych papryk w pikantnym sosie i komplet świeżych ubranek dla Samborka. "Poradzą sobie, muszą! - zagłuszałam kwilące wątpliwości. Przyznaję, że czułam się nieswojo, zdobywając się na pierwszą po długim czasie, samotną podróż. Wiedziałam jednak dobrze, że jest mi to teraz bardzo potrzebne.


Droga

Na dworcu w Ch., skąd za chwilę miał wyruszyć pierwszy pociąg, wyznaczyłam sobie wyjątkowo tylko jeden azymut: niczego nie oczekuję i otwieram się na wszystko, co dostanę! A zatem nie ulegnę poirytowaniu spotykając nieuprzejmych ludzi, a wszelkie "niespodzianki" w podróży i na miejscu - zniosę ze spokojem. Śledząc wychodzące nieoczekiwanie zza chmur słońce - pomyślałam, że chciałabym spotkać się ze sobą taką, jaką właśnie jestem, a nowe doświadczenie będzie tym, którego akurat potrzebuję.

Poprosiłam Duchy: "Obdarujcie mnie "Medicine", które w tym momencie życia będzie dla mnie najlepsze!".

Wsiadłam do wagonu, pociąg potoczył się na północ.


Drgający w brzuchu niepokój, szybko ustąpił podnieceniu, jakie towarzyszy człowiekowi, gdy stawia on pierwsze kroki na nieznanym, albo od dawna zapomnianym szlaku. Krajobraz za oknem rozkwitał przede mną, okolica zmieniała się i odsłaniała w coraz piękniejszych szatach. Przegryzając kukurydziane pieczywo, którego niemały zapas wypełnił ostatnią szczelinę plecaka, zaczytywałam się w "Zwierciadle". Zabawne, ten numer zawierał takie treści, które doskonale uzupełniały luźne ciągi moich przemyśleń. A było ich, jak na początek wycieczki, całe mnóstwo! Podróż przebiegała zgodnie z rozkładem jazdy, rytmicznie i równo niczym stukot stalowych kół na torach. Jeszcze wtedy myślałam, że wyjątkowo opiekuńczy konduktorzy, czysta (!) toaleta ulubionego "piętrusa" i przesiadki wypadające akurat (!) w czasie "niepadania" są po prostu przypadkowym łaskawym rzutem z boskiej dłoni.

Jak w powieściach Kerouac'a, jechałam przed siebie, biorąc co dostaję i notując w świadomości każdy najmniejszy ruch we Wszechświecie, który tylko z zewnątrz wydawał się nic nie znaczącą cząsteczką czasu...


Miasteczko M. okazało się ostatnim kolejowym odcinkiem drogi. Najbliższy autobus PKS odjeżdżał za dwie godziny, postanowiłam więc nie tracić czasu i dostać się na "wylotówkę" w kierunku B. Z plecakiem na plecach i namiotowym rulonem w dłoni, rezolutnie przemaszerowałam przez całe to nieznane mi, a jednocześnie dziwnie sympatyczne miasto. Po drodze kupiłam wodę mineralną, słońce świeciło bowiem, wbrew zapowiedziom, całkiem trwale i konkretnie! Czułam, że sprzyja mi jakaś dobra aura - bez cienia wątpliwości zrzuciłam więc przy drodze bagaż i zabawiłam się w autostopowiczkę! Nie minęło piętnaście minut, jak zatrzymał się nieco oschły starszy pan, który potem przez całą drogę wychwalał uroki Kaszub. A widoki były takie, że ledwie słyszałam, co mój wybawiciel mówi! Zakochiwałam się właśnie w krajobrazie łagodnych fal, wyrzeźbionych w ziemi i ześlizgujących się raz po raz w wielkie jeziorne oczy...

- Właściwie to mi wcale nie po drodze, - burknął w pewnym momencie emeryt. - ale zawiozę Panią do tej wsi... Trudno, najwyżej zjem zimne...

- Dziękuję! Nie zapomnę o Panu! - krzyknęłam, zatrzaskując drzwi starego golfa.


Wysiadłam pośrodku uroczej, zadbanej wioski, nieopodal zupełnie "zakopiańskiego" przystanku, dookoła drzemały urocze domostwa, w których po chwili rozpoznałam domki letniskowe. W oddali skrzyło się wielkie jezioro, które zdarzyłam już podziwiać na trasie. Nawet kolorowy rządek kontenerów na śmieci nie zakłócał tej bajki (w końcu była to ekologiczna bajka!). Zaciągnęłam się uroczyście miejscowym powietrzem i z komórkowego "walkie-talkie" nadałam komunikat z prośbą o podanie bliższych współrzędnych, dotyczących celu mojej wycieczki.


Na Alasce świeci słońce i rosną poziomki!

Folklorystycznie rozklekotanym pojazdem przyjechał po mnie młody facet z dredami, przywożąc tumany kurzu i serdeczny uśmiech. Kilka minut turbulentnej jazdy w kierunku baśniowych lasów i pól - upewniło mnie ostatecznie, że wylądowałam w miejscu, o które nawet nie śmiałam prosić... Nie śmiałam też pomyśleć, że to dopiero dziedziniec krainy, do której przyjdzie mi wkroczyć!

Studencki camping, jak opisał to miejsce na internetowej stronie właściciel, inspirowane znanym u nas niegdyś serialem, nazywa się ... "Przystanek Alaska".

"Jestem na miejscu, tutaj przyjechałam!", uśmiechałam się do siebie rozglądając dookoła. Na głównym dziedzińcu, w cieniu starej lipy stał piękny drewniany dom, dalej duża stodoła z drzewa i kamieni oraz kilka ceglanych i drewnianych budynków, w zagajniku chowały się gliniane domki, udostępniane bardziej wymagającym obozowiczom. Było już późne popołudnie, niebo coraz dłużej pozostawało zasnute chmurami, od czasu do czasu deszcz odnawiał panującą dookoła wilgoć. Jacek, właściciel i pracowity opiekun tego czterdziestohektarowego "rezerwatu" pomógł mi znaleźć odpowiednio spokojne miejsce na rozbicie namiotu. Ostatecznie zdecydowałam się zamieszkać pod lasem, tak jak w swoich ulubionych wizjach, gdzie dom patrzy na osadę, a ogród w czeluść ciemnego boru. Zaczęłam rozstawiać namiot. Już wcześniej zauważyłam, że ten wyjazd nosi znamiona niezwykle "fartownego" , nie zaskoczyło mnie więc, że dopiero kiedy wbiłam w ziemię ostatnią szpilkę mocującą tropik, kiedy odymiłam okolicę, witając tubylcze Duchy, aby wreszcie wejść na kolanach do ortalionowej jaskini - spadł ulewny deszcz! Zaprzyjaźniliśmy się z tym deszczem bardzo, przez cały czas dbał uważnie o to, abym zawsze zdążyła dojść, schronić się i zabezpieczyć ekwipunek przed wodą.

Pierwsze chwile w namiocie przywróciły słodkie wspomnienia dawnych "indiańskich" obozów, kiedy jako starsza nastolatka przestałam wreszcie (!) mieszkać z rodzicami w tipi i przeprowadziłam się do swojej panieńskiej pałatki (była czerwona, rosyjska i nieznośnie śmierdziała gumą!). Niczym psotny berbeć bawiłam się teraz namiotowym zamkiem, raz po raz odświeżając ukochany dźwięk. Ostatnie krople uderzały w napięty dach namiotu, aż nagle słońce rozświetliło przestrzeń dookoła. Zamieniłam mokre trampki i skarpetki, na plastikowe "japonki" i wybrałam się na pierwszy zwiad!


Okoliczny teren z każdym krokiem odkrywał przede mną swoją różnorodność. Dookoła las, krzaki, a na horyzoncie pagórki, porośnięte łąkami, albo przystrzyżone w pola. Zstępując leśną drogą, przypominającą wąwóz z "Robin Hood'a" dotarłam do jeziora. Czułam się, jakbym wkraczała do magicznego świata, wolna od codziennych napięć, obowiązków i namolnych myśli. Powoli oswajałam się z sytuacją, która niczego ode mnie nie wymaga, nigdzie nie muszę się spieszyć, nikt mnie nie woła, nie potrzebuje.

Przystanęłam nad wodą, po chwili wyszło słońce, w którego świetle zachłannie ogrzewałam dłonie. Mój wzrok zatrzymał się na martwym konarze, wyrastającym z żywego drzewa. Pochylone nad taflą wody, czarne i śliskie ramię parowało intensywnie, tworząc wyjątkowe, choć nieme widowisko! I ze mnie uchodziła para, czułam to, choć niczego nie widziałam ... Kiedy wracałam w stronę obozu znowu lekko zakropił deszcz, wtrąciło się słońce, ... na niebie rozlała się najprawdziwsza tęcza! Roześmiałam się na te "występy". Tak wiele na moją cześć?! Wielkie dzięki!

Już prawie złapałam się na tym, że próbuję planować wieczór.

- Stop! Żadnych pomysłów i projekcji! - surowo ganiłam samą siebie! Kiedy czułam, że mam ochotę gdzieś iść, po prostu szłam, kiedy chciałam zatrzymać się, przystawałam w miejscu. Zupełnie nowe doświadczenie, które wciąż z euforią odkrywałam! Za każdy swój krok mogłam odpowiadać tylko przed sobą. Z czasem i to zdawało się być nadmiernym obciążeniem. Każda chwila stawała się okazją do ćwiczenia tego, co wydaje mi się być zwierzęcym stanem świadomości. Pilnowałam siebie, aby niczego nie szukać, o nic nie pytać, chłonęłam piękne "tu" i niezobowiązujące "teraz".


Na terenie campingu gościła akurat liczna grupa pasjonatów tajemniczej gry w "GO", nie czułam jednak żadnej potrzeby integracji, choć były to istoty nader sympatyczne. Wolałam im się tylko poprzyglądać. Nieme obserwacje stały tu się z resztą jednym z moich ulubionych zajęć. Wyjątkowo nie zadawałam sobie trudu definiowania rzeczywistości (cóż znaczą nasze subiektywne nazwy i oceny?). I tak rozkoszując się wiecznością, którą przeznaczałam na picie kawy (niech będzie błogosławiony szwagier mój i "prymus" jego!) śledziłam na przykład los kropel deszczu, spadających jednostajnie na trawę z zielonych modrzewiowych gałązek. Pac, pac, pac ...

Zapach płynu na komary i smak glazurowanych pierniczków odprowadził mnie pierwszego wieczora w świat snu. Spałam głęboko, od czasu do czasu wydawało mi się, że budzę się pod ziemią, jakbym znowu przeniosła się do owej norki, nazywanej chyba trochę niefortunnie "grobem Sancheza".


Rano obudziłam się o nieznanej mi godzinie i w leniwym, spontanicznym trybie kontynuowałam bycie w tym czarodziejskim miejscu. Nie przejmowałam się tym, co będę jadła, dokąd pójdę, co zrobię. Wszystko działo się zgodnie z przypływem i odpływem deszczowych chmur oraz moimi wewnętrznymi potrzebami, rodzącymi się w dopiero we właściwiej chwili. Wszystko, co posiadałam to namiot, płaszcz przeciwdeszczowy, ciepłe skarpetki w śpiworze, do tego napoczęta książka, dobra passa i wyjątkowo mądre przemyślenia - nie trzeba mi było więcej! Spacerując radośnie po terenie znajdowałam najróżniejsze źródła swojej mocy, a było ich tak wiele! Niektóre miały oblicze rozległych pagórków i błyszczących jezior, inne właziły mi mrówką do ucha i podgryzały delikatnie.


Po niespodziewanej drzemce, wypełzłam z namiotu i w towarzystwie świeżo umytego słońca - ruszyłam na swój najdłuższy spacer. Widoki, których częścią mogłam stawać się z każdym krokiem - były tak piękne, jakby ktoś wyciął je z moich marzeń, pomnożył i rozpostarł dookoła! Idąc leśną ścieżynką, mijałam pełne ziół pobocza, szerokie pola i ciasne zagajniki, czasem pomiędzy drzewami migotała odległa tafla wody... Wspięłam się na plecy dzikiej łąki i wsłuchiwałam w jej szum. Za każdym razem, kiedy niebo zasnuwało się chmurami, bzyczenie cichło, a gdy słońce wystawiało swój miodowy uśmiech - koncert rozbrzmiewał na nowo! Z wzniesienia widać było całą okolicę, wykonałam zamaszysty wydech, aby po chwili do opróżnionych płuc - wciągnąć tę małą część wielkiego Wszechświata! Czułam się cudownie!

Schodząc natknęłam się na mały krzaczek poziomek, ale kiedy pochyliłam się, aby skraść smaczne znalezisko - okazało się że przyklękłam w samym środku poziomkowej polanki! Roześmiałam się głośno! "Czyżbyś mnie Kojocie, niecnoto jedna - na próby wystawiał?!". Kto pamięta test psychologiczny z poziomkami w jednej z odsłon, zrozumie moje rozbawienie. W każdym razie poziomki na dobre zagościły w mojej świadomości i postanowiłam szybko nie uwalniać się spod ich słodkiego uroku!

Idąc przed siebie wielokrotnie zatrzymywałam się w miejscach, które zdawały się mieć coś interesującego do powiedzenia. Raz przywołał mnie taki zaułek... Gapiąc się w spróchniały pień i drzemiące dookoła kamienie, rozmyślałam o starości, także tej swojej. Gdzieś w szarym ubarwieniu najstarszych mieszkańców Ziemi i w kącie mojego prostego umysłu pojawiło się pouczenie: Żyj tak, abyś na starość mogła światu długo dziękować! Zabrałam tę wiedzę, jak każde inne "lekarstwo" z drogi.

Potem zgłębiałam jeszcze życie mrówek, zamieszkujących wielki kopiec, wędrowałam po polach, zbierałam kwiaty i nasłuchiwałam skrzydlatych drapieżników...


Do obozu przygnała mnie nadchodząca burza i warczący z głodu żołądek. Przypadkiem trafiłam na godzinę otwarcia sklepikowego okienka, zaopatrzyłam się w słoik okrutnie smakowitych pulpetów oraz piwo Specjal (posiadające wartość nostalgiczną)! Tym razem obiektem moich obiadowych obserwacji były genialne rozwiązania sanitarno-gospodarcze "Przystanku Alaska", wkomponowane w odtworzone tutaj z pasją i humorem filmowe miasteczko Sisseley.

Pod wieczór wybrałam się na kolejną przechadzkę, tym razem maszerowałam wzdłuż brzegu jeziora, w kierunku najbliższej wsi. Obszczekiwana przez stróżujące psy, podglądałam obejścia licznych domków wczasowych, tak rozczulająco romantycznych, jakby przeniesiono je tutaj ze szwajcarskich stron. Wracając polną drogą spotkałam małą mysz, była tak zajęta poszukiwaniem czegoś w piasku, że nawet mnie nie zauważyła! Pozdrowiłam tego małego Opiekuna szczegółów i zapobiegliwości, i konkretnie już zmęczona poczłapałam na spoczynek.


"Tu" i "teraz"

Następnego ranka starałam się nie myśleć o wyjeździe. Jako że chciałam wyruszyć dopiero koło 13.00, pozostało mi jeszcze sporo czasu! Zaprzyjaźniona pomocnica właściciela terenu, zaproponowała mi przejażdżkę konną. Wahałam się odrobinę, ale w końcu z radością przyjęłam zaproszenie. Iza poinstruowała mnie krótko, jak bezpiecznie trzymać się w siodle, chwyciła za uzdę i ruszyłyśmy leśną ścieżką w kierunku jeziora. Klacz prowadziła mnie ostrożnie, jakby czując na grzbiecie niewytrawnego jeźdźca. Rozmawiałam z maszerującą obok dziewczyną, milknąc raz po raz na cześć mijanych krajobrazów. Mimo młodego wieku, Iza miała w sobie jakąś szczególną siłę i mądrość, co tak wyraźnie komunikowały jej piękne oczy, przez chwilę więc i ona stała się moją przewodniczką w tym świecie. Na przymocowanych do drzew deskach widniały słowa Desideraty. To wszystko układało się w jedną bardzo pomyślną całość...


Podróż powrotna przebiegła równie sprawnie i spontanicznie, jak w dzień przyjazdu. Cieszyłam się, że znowu mogę zobaczyć Pawła i Sambora, przytulić ich mocno do siebie...


Te kilkadziesiąt godzin było czymś więcej, niż zielone sanatorium dla młodych matek. Indianie powiedzieliby, że odbyłam wspaniały "Medicine walk". Nie przypuszczałam dotąd, że tak ważną jest harmonia pomiędzy "tu" i "teraz". Pojęłam to na kaszubskiej ziemi. "Tu" to miejsce i okoliczności, a "teraz" to nasze myśli i intencje. Kiedy w pięknym "tu" nie jesteśmy "teraz", wybiegając w przeszłość lub przyszłość, możemy wiele stracić...


Chowam więc swoje leki do woreczka, przydadzą się w dalszej drodze! Ho!


Alina Michalik
earthchild@gazeta.pl




* Medicine Walk - w tradycji Indian Północnoamerykańskich oznacza "świętą wędrówkę". Wybierając się na taki spacer (najczęściej jednodniowy, w nieznanym terenie) prosi się Duchy o poradę w życiowej sprawie, otrzymanie mądrości, znaków ...




Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)