Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

18 lipca 2012

Wojciech Jóźwiak

Kłopot z psychointegratorami


Tabu

W artykule o tabu, Agnieszka Kowalińska pominęła jedno tabu oczywiste: substancje zmieniające świadomość. Już samo to, że aby „to coś” nazwać, nie mówię wprost, ale używam opisowego określenia z trzech długich słów („substancje... zmieniające... świadomość...”) pokazuje, że tabu aż bije po oczach i uszach. I w dodatku używając tego określenia, wiem, że wyrażam się nieprecyzyjnie i że mówię nie to, co bym chciał powiedzieć. Z tymi „S.Z.Ś.” jest jak z penisem lub zwłaszcza z vulvą. Każdy wie, co to jest i kiedy trzeba powiedzieć, to jakoś krzywiąc się, kręcąc i pogwizdując tę rzecz zasygnalizuje. Nawet oficjalna naukowa medyczna nazwa tego narządu jest po polsku taka, że z trudem przechodzi przez usta: srom. Więc (wracając) nawet w tym formalnym określeniu „S.Z.Ś.” jest nieadekwatność, ponieważ niekoniecznie muszą to być „substancje”. Słowo „substancja” zakłada i narzuca jakąś chemiczną ekstrakcję oraz to, że przedmiot o którym mowa jest określonym (pojedynczym, jednoznacznym) związkiem chemicznym, więc naturalne roślinne produkty, jak suszony kaktus Lophophora williamsii lub ayahuaska, która jest wywarem z dwóch roślin, już nie całkiem podpadają pod „substancje”. Jak z narządami płciowymi jest problem, jak o nich mówić, żeby nie używać brzydkich słów ani nie popadać w naukowo-medyczną pretensjonalność ani w śmieszność - tak podobny jest problem z tymi „substancjami”: jak o nich mówić, żeby już na starcie nie deprecjonować ich słowem „narkotyki”. Zwłaszcza że narkotykami nie są. Co to w ogóle jest narkotyk? Problem jest szczególnie polski, bo angielskojęzyczni mają słówko drug, na nasze nieprzekładalne, bo obejmuje i „narkotyki” jak heroina, i zwykle lekarstwa z apteki (drugstore) i w ogóle wszystko co się „bierze”, „przyjmuje” lub „zażywa” - kolejny problem, jak tę czynność adekwatnie i elegancko nazwać. Gdy przejść do mówienia o Indianach i innych ludach „pierwotnych”, to w angielskim jest jeszcze słówko medicine, i ta opozycja słów drug i medicine się tam pojawia - tłumacze na polski przeważnie w takich razach głupieją.

Coś dziwnego stało się w języku: narzucił się słownik, w którym o „substancjach” nie można mówić (po polsku) tak, żeby od razu nie nazwać ich „narkotykami” lub z „n.” nie skojarzyć, a „n.” to słowo-klątwa, coś jak „poganin, pogański” w słowniku chrześcijańskim, lecz gorzej. Podobno w języku arabskim nie można sensownie mówić o bogu tak, aby od razu nie wielbić Allaha. Coś podobnego stało się w języku polskim: nie można mówić o „substancjach” tak, żeby od razu nie przeklinać ich jako „narkotyków” (domyślnie: ogłupiających, odbierających rozum, zabójczych, niosących zło i zagładę, handlowanych przez złowrogie mafie...), a na używających nie ściągać odium społecznych wyrzutków. Daliśmy na siebie klątwę rzucić...


Nazwy

Drugą stroną problemu są powtarzające się próby, jak „to” nazwać, żeby było i właściwie i ładnie.

Witkacy (w broszurze pt. „Narkotyki”, w późniejszych wydaniach zblokowanej z esejem „Niemyte dusze”) jeszcze swobodnie używa słowa narkotyki na wszystko, co zmienia świadomość niekoniecznie uzależniając lub powodując „glątwy” czyli zespoły pozatruciowe. Gdy to pisał, w latach 1930-tych, nie znano jeszcze LSD, którego działanie Albert Hofmann odkryje dopiero za kilka lat. Przy LSD zauważono, że środków działających podobnie jest więcej, bo także meskalina z Lophophory i psylocybina z grzybów, wkrótce poznano DMT. Pojawiła się nazwa halucynogeny - słownik Harpera twierdzi, że w 1954 roku. Nazwa techniczna, z brzmienia należąca się środkom, które powodują halucynacje. („Wrażenia zmysłowe nie mające oparcia w świecie rzeczywistym, chociaż wyglądające całkiem realistycznie” - jak definiuje je angielska Wikipedia.) Problem w tym, że wiele z nich nie powoduje halucynacji, nie w każdej sesji lub nie halucynacje są tym, co w ich działaniu najważniejsze. Zapewne ta nazwa wyszła od badaczy-klinicystów, którzy swoje subiekty („przedmioty badań”) obserwowali i wywiadowali, ale sami tych środków nie brali.

Wkrótce w 1956 (znów za Harperem) pojawiła się nazwa psychedelic – wymyślił ją Humphry F. Osmond, brytyjski psychiatra, przyjaciel Aldousa Huxley'a. Termin urobiony od... – jak pisze Harper - from Gk. psykhe- "mind" + deloun "make visible, reveal," from delos "visible, clear." Psychedelik, lub częściej po polsku psychodelik, miał więc oznaczać coś, co „czyni duszę-psychikę widoczną lub przejrzystą”. Wraz z kryminalizacją LSD w Stanach od 1970 roku (niektórzy podają wcześniejsze lata, trudno w tym się zorientować...), a w świecie wkrótce potem, także sama nazwa psychedeliki, ściśle kojarzona z LSD, popadła w niełaskę.

W odpowiedzi wymyślono nazwę „enteogen, -y”, ang. entheogen, -s. Stało się to w 1979 roku, szczegóły w Wikipedii, nazwa miała sławnych ojców. Dosłownie znaczy: „wytwarzający to co boskie wewnątrz” (po ang. zgrabniej: "generating the divine within"), intencjonalnie znaczy: psychoaktywna substancja używana w kontekście religijnym, szamańskim lub duchowym. Nazwa ciekawa, bo nie wskazuje na domniemane (halucynacje przy halucynogenach) lub oczekiwane („odkrywanie duszy” przy psychedelikach) działanie, ale na obiektywny społeczny kontekst w którym „to coś” jest stosowane. Kontekst, dodajmy, wzniosły, wysoki.

Jednak wadą tego słowa jest to, że swój przedmiot umieszcza „poza”, czyni go obcym, etnograficznym. Słowa enteogen spokojnie użyć może etnolog relacjonując obyczaje obcej kultury, ale ktoś „od nas” pracujący z tym samym, ma już jakby mniejsze prawo nazywać to „enteogenem”. Zwłaszcza gdy jest naukowcem-psychologiem, a nie od razu szamanem. Zapewne dlatego wymyślono kolejny termin, po angielsku psychointegrator, często w zestawie psychointegrator plant(s), co po polsku brzmi mniej szczęśliwie: roślina psychointegracyjna? W każdym razie w artykule Luny tak ten termin usiłowałem przyswoić.

Do każdego z tych kolejnych terminów dowiązana jest legenda. Słowo „narkotyk” ostatecznie pochodzi od greckiego narké – odrętwienie, które jakoby ma następować po zażyciu „Halucynogen” sugeruje halucynacje, czyli - po zażyciu - widzenie, słyszenie itd. czegoś czego faktycznie nie ma. W słowie „psychedelik” zawarte jest szczytne oczekiwanie, że to coś wreszcie pozwoli widzieć duszę lub pozwoli tej duszy wreszcie się ukazać spoza zwykłych zasłon. Enteogen to coś, co pozwala szamanom widzieć coś boskiego w sobie (szczęśliwi angielskojęzyczni, że mają słówko the divine – my nie mamy!) Wreszcie do zgrzytliwego słowa „psychointegrator” dowiązana jest legenda, iż środki o które tu chodzi integrują psyche, a właściwie scalają, jak pisze Luna, zwyczajną, konceptualną i linearną warstwę umysłu z warstwą lub warstwami „nadzwyczajnymi”, intuicyjnymi i kwantowymi. Tak więc co słowo, to (cała wręcz...) kosmologia.

Ciekawe też, że wszystkie te nazwy są pochodzenia naukowego, urobione od rdzeni greckich, jedna „halucynacja” z łaciny. Ani w angielskim, ani w innych idących jego śladem językach, nie próbowano nawiązać do jakichś rodzimych językowych tradycji, skojarzyć z jakimś starym germańskim lub innym ludowym czy historycznym słowem oznaczającym „to coś”. Na tym tle ciekawe miejsce znajdujemy w „Etymologicznym słowniku” Andrzeja Bańkowskiego, gdzie słowo „bies” zostało uznane za pokrewne słowu „biały” i sanskryckiemu bhasa – 'jasność', i hipotetycznie miało pierwotnie w starosłowiańszczyźnie oznaczać „środek rozjaśniający myśl, wprowadzający szamana w trans” - co później skręciło znaczenie na „diabła”. Argumentem jest tu słowo biesiada, które pierwotnie oznaczałoby „ucztę rytualną pogańskich kapłanów-szamanów z użyciem środków 'rozjaśniających myśl'” - czyli „jedzenie biesów”. Potwierdzałoby tę etymologię (o czym Bańkowski już nie pisze) to, że jest słowo „biesiada”, a nie ma ani „czarciady” ani „diablady”, więc biesiada od biesa urobiła się wcześniej, zanim biesa skojarzono z diabłem. W innym miejscu Bańkowski „bedłkę” kojarzy z „budzeniem”, więc znów grzyb byłby nazwany od tego, że był środkiem służącym budzeniu umysłu lub czuwaniu i jasności umysłu, bo takiego było pierwsze znaczenie rdzenia bud-.


Strażnicy

Kryminalizacja „psychoaktywów” około 1970 roku była przesadną i neurotyczną reakcją kręgów władzy, najpierw w USA, wkrótce (prawie) wszędzie, na rozrastający się w latach 1960-tych wolny rynek handlu i brania (głównie) LSD. Zachód nie miał tradycji postępowania z psychoaktywami. (Znów mam kłopot jak to nazwać, bo psychoaktywne są przecież też wódka i papierosy.) Stąd ta rzucawka po skrajnościach: albo wolny rynek, albo totalny zakaz i kryminalizacja. Ale przecież mogło być inaczej i w pewnym momencie wydawało się, że będzie inaczej. Enteogeniczne kultury mają zwykle strażników, którzy „trzymają” te pełnomocne (bo pełne mocy) substancje czy rośliny, obudowując je rytuałem i czcią bliskimi religijnym, więc zarazem rodzajem tabu. Zwykle i technicznie przyjęło się nazywać ich szamanami. Na Zachodzie takiej tradycji nie było i przez jakiś czas działa się przypadkowa gra - „proces” - o to, kto, jaka grupa społeczna lub zawodowa, tę rolę ewentualnie zajmie. Ponieważ zapoznawanie się z psychoaktywami szło od strony medycyny i (w niej) psychiatrii z udziałem farmakologów, wydawało się, że model, w którym pieczę nad tymi środkami trzymają ludzie z tego kręgu: naukowcy i lekarze, utrzyma się i utrwali, stanie się obowiązujący. Podobnie jak trzymają kontrolę nad truciznami, od poczciwego metanolu po cyjanki i rycynę. Mogło tak być, że utrwali się model, w którym przez swoje pierwsze lata, jeszcze w Czechach, pracował Stanislav Grof: naukowcy-lekarze dysponują LSD, meskaliną, psylocybiną, które dawkują swoim subiektom, ale wpierw testują ich działanie na sobie. Od badawczo-medycznego użycia w którymś momencie zaczęto przechodzić do zastosowania tych środków w psychoterapii, tak robił m.i. Grof... Po czym przyszła burza hippisowskich lat 1960-tych, która dragi rozdała w ręce ludu, czego establishment przełknąć nie mógł i tak przygoda Zachodu z enteogenami zakończyła się gwałtownym zatrzaśnięciem drzwi percepcji zaraz po tym, jak tylko zostały ledwo uchylone. Tak jakby to, co średni człowiek Zachodu zobaczył po ich drugiej stronie było zbyt jego poglądom na świat i jego „całości” zagrażające – zbyt groźne na to, żeby lustra nie stłuc, drzwi nie zabić.

Można zabawić się w wyobrażanie, jak te środki mogłyby funkcjonować u nas tak, żeby zadowolić biurokratów. Oferentom urząd wydawałby licencję? Trzeba by było zrobić kursy i zdać egzaminy przed państwową komisją? Wymagano by ukończenia studiów, to pewne, ale jakich? Medycyna, psychologia, farmacja? Albo zaprowadzono by specjalny kierunek studiów, dla magistrów psychointegracji. Tylko kto by tam wykładał? Oferent, już z licencją, musiałby butelki z ayahuaską i papierki z LSD trzymać w sejfie. Prowadziłby księgę zużycia substancji, z której musiałby rozliczać się przed urzędem kontrolnym. Brrr... Gdzieś w tym znika całe set and setting, robi się coś takiego, jakby seks był na kartki.

Na szczęście pozostała Południowa Ameryka, ojczyzna większości enteogenów, wiekowe tradycje, lasy pełne magicznych roślin i stamtąd dochodzą nowe prądy.

Wojciech Jóźwiak



komentarze

1. Reklama • autor: Nierozpoznany#85202014-09-11 17:59:19

Dobry tekst. W końcówce swojego ostatniego wpisu też o terminologii pisałem. Niezły w niej jest bałagan, stąd niepotrzebne nieporozumienia.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)