Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

10 września 2007

Aleksandra Nimue Kosakowska

Kobiece ciało bolesne i rozpuszczanie go
Myśliciel i Ciało Bolesne wg Eckharta Tolle

Kategoria: Kobiece a męskie
Tematy/tagi: Tolle

Spojrzenie eksperymentalne

Punktem wyjścia musi tu być pewien rodzaj eksperymentu, hipotetycznego - bo początkowo nie znajdującego oparcia w osobistym doświadczeniu - założenia, że nie wszystko, co przez siebie przejawiam jest mną. Do wejścia w tę eksperymentalną przygodę popycha mnie intuicyjne przeczucie, że jestem kimś o wiele cudowniejszym niż na co dzień doświadczam i postrzegam siebie. Rodzi ono ciekawość i chęć poznania, każe drążyć w poszukiwaniu prawdy o sobie i głębi doświadczania jej, budzi odwagę i otwartość na to, by zostawić po drodze wszystko, co obciąża w podróży, nawet jeśli do tej pory wydawało się cenne, pomocne a nawet niezbędne do życia. To wewnętrzne prowadzenie otrzymuje wsparcie dzięki głosom z zewnątrz. Wielu jest przecież tych, którzy odnalazłszy pełnię siebie potwierdzają, że prawdziwą istotą każdego z nas jest głębia spokoju, miłości i radości.

Co przeszkadza mi żyć z tego miejsca i doświadczać tej nieuwarunkowanej siebie - radosnej i pełnej spokoju? Eckhart Tolle [1] mówi tu o dwóch postaciach, którym bardzo zależy na tym, bym całą swoją uwagę poświęciła właśnie im, a przede wszystkim ich problemom, cierpieniom i nieszczęściom, zapominając tym samym o prawdziwej sobie. Myśliciel i Ciało Bolesne - bo tak Tolle określa bohaterów a zarazem twórców mojego życiowego dramatu - żyją w mojej przestrzeni wewnętrznej już tak długo, że trudno mi sobie wyobrazić życie bez nich. Czasem tylko przypominam sobie o ciszy jaka mnie przepełnia, gdy w mojej głowie nie brzęczy wieczna gadka Myśliciela i o radości, jaką emanuję, gdy nie wchodzę w szarpaninę emocjonalną wywoływaną przez Ciało Bolesne. Mój związek z nimi stał się tak bliski i - wydawać by się mogło - naturalny, że odczuwam ich obecność tak, jakby byli częścią mnie, bezrefleksyjnie godząc się na to, by to oni reagowali, decydowali i przejawiali się przeze mnie.

Myśliciel to umysł. Jego główną pasją, poprzez którą uzasadnia swoją niezbędną władzę, jest tworzenie "problemów" i namiętne zajmowanie się nimi. Ponieważ teraźniejszość (w sensie dosłownego tu i teraz) stanowi zbyt wąską przestrzeń, by jakikolwiek problem mógł się w niej pomieścić, umysł neguje ją lub ucieka od niej, by żyć we wspomnieniach przeszłości i wyobrażeniach o przyszłości. Tylko w tych wymiarach znajduje się dla niego miejsce, nieustannie nakłania mnie zatem bym właśnie tam ulokowała całą swoją uwagę i świadomość. "Kurde, tak było fajnie na tej wczorajszej imprezie, ale ten Zdzisiek to normalnie poleciał, no jak on mógł, naprawdę, na takie zachowanie nie mogę się więcej godzić, coś trzeba zrobić z tą naszą relacją, następnym razem gdy go spotkam, to mu powiem, co o nim myślę i żeby sobie więcej nie pozwalał i bla, bla, bla, bla...."

Przyzwyczajona do obecności Myśliciela, moja świadomość podąża za tym monologiem, a co za tym idzie - ja sama daję się przekonać, że mam problem. Z problemem trzeba coś oczywiście zrobić, najlepiej zamartwiać się nim odpowiednio dużo i szarpać w poszukiwaniu rozwiązania. Myśliciel jest tu specjalistą zawsze gotowym do pomocy. To nic, że Zdziśka spotkam prawdopodobnie nie wcześniej niż za miesiąc i być może oboje będziemy już wtedy zupełnie innymi ludźmi. To nic, że w tej właśnie chwili jem sobie zwyczajnie pyszny obiad a w moim obecnym otoczeniu nie istnieje nic, co zakłócałoby mi wewnętrzny spokój. Myśliciel ponad wszystko pragnie bym utożsamiła się z nim, a zatem nie zajmowała się tym, co jest, lecz poświęciła całą swoją uwagę kreowanym przez niego problemom.

Gdy istniejących w danej chwili warunków nie można zaliczyć do nastrajających pozytywnie, umysł tym bardziej służy pomocą. W sytuacji, gdy ta wredna baba w okienku na poczcie niemiłosiernie długo obsługuje klienta przede mną albo gdy ten głupi pies już od godziny szczeka za oknem, Myśliciel znajduje pełne uzasadnienie, by nienawidzić chwili obecnej i stawiać jej opór. Nie musi już nawet uciekać w przeszłość ani w przyszłość. To, co jest daje mu wystarczający powód do emocjonalnej negacji. Każdy akt takiej negacji staje się natomiast źródłem cierpienia.

Utożsamiając się z umysłem i angażując swoją uwagę w jego osądzanie i odrzucenie rzeczywistości, oddaję się cierpieniu. Energia, którą inwestuję w przeżywanie go zasila wówczas Ciało Bolesne - ukochaną siostrę Myśliciela. Tolle opisuje je jako rodzaj bytu energetycznego, który powstał w wyniku nagromadzenia emocjonalnego bólu i karmi się energią o tej wibracji [2]. By przetrwać, szuka cierpienia. Zadaje ból i prowokuje innych, by go zadawali. Tolle zauważa, że u większości ludzi żyje ono w pewnym cyklu - utajenia i aktywności. Część czasu trwa wówczas w uśpieniu, dając o sobie znać jedynie w postaci podskórnej irytacji, zniecierpliwienia czy przygnębienia. Co jakiś czas ujawnia się jednak nagłym wybuchem gniewu, agresji, rozpaczy lub choroby. Niektóre osoby, głęboko utożsamione ze swoim ciałem bolesnym, większość życia przeżywają wyłącznie za jego pośrednictwem, doświadczając nieustannego poczucia nieszczęścia, krzywdy lub nienawiści.

Kobiece ciało bolesne i cykl cierpienia

Według Tollego, poza osobistymi ciałami bolesnymi, które ukształtowały się w wyniku indywidualnego cierpienia każdego z nas, istnieją zbiorowe ciała bolesne określonych grup, które doznały szczególnych prześladowań czy traumatycznych doświadczeń w historii. Przedstawiciel takiej grupy, będąc z nią utożsamionym, jest najczęściej w mniejszym lub większym stopniu związany z ciałem bolesnym swojej zbiorowości. Ma zatem tendencję do reagowania poprzez to ciało i przeżywania wciąż na nowo zgromadzonego w nim bólu. Będąc w związku z ciałem bolesnym swojej grupy dana osoba "przyciąga" zdarzenia i odgrywa schematy zachowań pozwalające umacniać się grupowemu cierpieniu i poczuciu krzywdy.

Do grup posiadających silne zbiorowe ciało bolesne należą między innymi kobiety. Tysiące lat życia w podporządkowaniu wobec mężczyzn, doświadczania wyzysku, gwałtów, przemocy fizycznej, jak też bólu związanego z rodzeniem i traceniem dzieci przyczyniło się do nagromadzenia ogromnych pokładów poczucia krzywdy, bezsilnej wściekłości i cierpienia, które formują obecnie zbiorowe ciało bolesne kobiet. Tolle twierdzi, że ciało to uaktywnia się szczególnie w czasie przed menstruacją, dając o sobie znać w postaci tzw. napięcia przedmiesiączkowego. Dolegliwości fizyczne, rozdrażnienie i nadwrażliwość jakich wówczas doświadczamy są przejawem ulegania władzy ciała bolesnego.

Miesiączka to uruchomienie przepływu. To przedarcie się żywej energii przez blokady nagromadzone w wyniku niszczycielskiej działalności ciała bolesnego. Ten proces także bywa źródłem bólu, odczuwanego przez wiele kobiet podczas pierwszego dnia krwawienia, ból ten ma jednak inny charakter. Odkąd kilka lat temu przestałam łykać tabletki przeciwbólowe by go zabić, bardzo wyraźnie doświadczam jak właśnie tego pierwszego dnia przedziera się przeze mnie ogromna fala uzdrawiającej energii. Czuję wtedy, że dół mojego brzucha to wielka bryła blokad i napięć, w której fala ta szuka sobie dróg przejścia, przełamując zastoje, otwierając na nowo skurczone kanały energetyczne. Źródłem bólu jest właśnie to pękanie blokad, po każdym pęknięciu przychodzi jednak cudowne uczucie ulgi i uwolnienia. Aż wreszcie krew płynie swobodnie a moje ciało wypełnia radosna siła.

Aby w pełni poddać się temu procesowi, potrzebuję dystansu i spokoju. Najczęściej wymaga to ofiarowania sobie możliwości kilku godzin leżenia i obserwowania bólu oraz uwalniającej go energii. Dopiero gdy porzucam walkę z bólem, dostrzegam poza nim obecność ogromu przepełniającej mnie żywej mocy - źródła siły i radości. Zazwyczaj jednak tylko potężny ból jest w stanie skłonić mnie do wejścia w ten stan uważnej obecności i spokojnej obserwacji. Czas przed okresem, gdy moje kobiece ciało bolesne budzi się by wyruszyć na żer, spędzałam dotychczas najczęściej w błogim z nim utożsamieniu - mniej lub bardziej zirytowana, rozżalona lub nieszczęśliwa. Pierwszy dzień miesiączki, choć bolesny w sensie fizycznym, wraz z falą żywej energii przynosił w tym przypadku wyzwolenie.

Dostrzegam tę prawidłowość nie tylko w odniesieniu do okresu. Moje osobiste ciało bolesne ma swój niezależny rytm żerowania i także w tym przypadku udawało mu się dotychczas w pełni angażować mnie w wyprawy po ból. Zatrzymywałam się dopiero u szczytu jego nasycenia, gdy cierpienie nie pozwalało już zrobić ani kroku dalej, uniemożliwiało kontynuację szarpaniny i wierzgania. Wtedy dopiero zamierałam w bezruchu i zaczynałam trzeźwo patrzeć na to, co jest. W tym miejscu byłam już zazwyczaj chora fizycznie lub pogrążona w stanie depresji wywołanej jakimś dramatycznym uwikłaniem życiowym. Ten stan unieruchomienia pomagał mi jednak w odnalezieniu drogi powrotnej do siebie. Ból stopniowo odchodził, a ja odkrywałam w sobie siłę do radosnego życia.

Myślę, że powtarzalność tego schematu można tłumaczyć dwojako. Z jednej strony widzę w nim określoną naturę mojego ciała bolesnego, które - jak już pisałam - żywi zapotrzebowanie na określoną dawkę bólu, a nasyciwszy się, przechodzi w stan uśpienia. Z drugiej strony dostrzegam potężną moc świadomej obecności. To ona pozwala mi porzucić pragnienie walki z bólem, chęć tłumienia go czy poszukiwania od niego ucieczki. Ostatecznie te dwa czynniki pozostają ze sobą splecione - gdy ciało bolesne ustępuje, łatwiej jest trwać w swej naturalnej, radosnej obecności i vice versa - świadoma obecność rozpuszcza ciało bolesne, pozwalając przyglądać mu się ze spokojem jak szamoczącemu się na wietrze strachowi. Problem polega na tym, że mimo powracającej świadomości wciąż na nowo odtwarzam schemat cyklu - przebudzenie ciała bolesnego - ból - apogeum bólu - nasycenie ciała bolesnego - świadomość - stopniowe usypianie ciała bolesnego - stopniowa utrata świadomości - przebudzenie ciała bolesnego - ból.

Wśród duchowych twierdzeń istnieje i takie, że cierpienie potrzebne jest do rozwoju. Myślę, że wynika ono z obserwacji powyższego schematu. Przy każdym wynurzeniu się świadomości z bólu poszerza się bowiem niejako przestrzeń widzenia i pojawia się poczucie zrozumienia mechanizmów, według których dotąd nieświadomie działałam. Prawda jest jednak taka, że zrozumienie to nie chroni mnie wcale przed wikłaniem się w ponowne przeżywanie cierpienia. Pamiętajmy bowiem, że moją przestrzeń wewnętrzną wciąż zamieszkuje Myśliciel - zawsze spragniony borykania się z nowymi problemami - i Ciało Bolesne - głodne kolejnych porcji bólu. Choćbym nie wiem ile zrozumiała na temat swoich uwarunkowań, dopóki pozwalam by to oni rządzili moim wewnętrznym światem, cierpienie powraca.

Wyjście z cyklu

Tolle podsuwa dwa rozwiązania pozwalające wyrwać się z tego obłędnego cyklu. Pierwszym jest utrzymywanie świadomej obecności tu i teraz. Opisywana przez Tollego potęga teraźniejszości zasadza się na tym, że skupione przebywanie w każdej kolejnej chwili obecnej pozbawia umysł przestrzeni do przeżywania problemów, a co za tym idzie - nie daje ciału bolesnemu okazji do nasycenia. Aby "tworzyć" problem umysł potrzebuje przeszłości i przyszłości. Jeśli wszystko, co mam w tej chwili to miotła w ręce i brudna podłoga, którą zamiatam i jeśli potrafię w pełni oddać się tylko temu, umysł nie znajduje miejsca, by karmić mnie przekonaniem jakobym zbyt długo już (przeszłość) dawała się wykorzystywać w tej cholernej pracy i napawać zmartwieniem, że tak już będzie zawsze (przyszłość), tudzież sycić buntowniczym nastawieniem jakobym nie mogła dopuścić, by tak było dłużej, w którym to celu powinnam coś przedsięwziąć (przyszłość).

Nie jest łatwo. Nawykła do słuchania niekończących się monologów Myśliciela i podążania za nimi, nieustannie gubię miotłę i podłogę. Siła przekonań umysłu jakobym koniecznie powinna mieć jakiś pomysł na życie i jakiś jego ogląd, jest doprawdy potężna. Jakże to tak - poddać się temu, co jest? I co potem? Przecież wtedy nie wiadomo co z tego będzie (tak, jakby w innym przypadku było wiadomo ;) Należy przecież mieć jakąś diagnozę sytuacji, po czym stworzyć rozsądny plan i konsekwentnie go realizować i bla, bla, bla... Najskuteczniej udaje mi się od niego uciec, gdy jestem w przestrzeni przyrody, która niczego nie oczekuje, lub gdy poddaję się żywym przejawom ciała, pragnącego bez żadnej przyczyny i celu tarzać się lub biec. Większość czasu słyszę jednak w głowie nużący głos prześladowcy.

Słyszę jednak. I to - zdaniem Tollego - stanowi drugie rozwiązanie. Widzieć i słyszeć. Władza Myśliciela i Ciała Bolesnego nad moją wewnętrzną przestrzenią opiera się tylko i wyłącznie na tym, że utożsamiam się z nimi. Popadam zatem w przekonanie, że to Ja mam problem i to Ja cierpię, a wobec tego Ja muszę coś z tym zrobić. Gdy zaczynam po prostu widzieć pojawiające się we mnie myśli i emocje, nie utożsamiając się z nimi, okazuje się, że Ja jestem tylko cichym świadkiem zdarzeń rozgrywających się na scenie wewnątrz mnie. Świadkiem, który cieszy się zwyczajnie swoim istnieniem i nie ma żadnej potrzeby angażowania się w dziejące się przed nim dramaty.

Według Tollego kobiety i mężczyźni napotykają inny rozkład trudności na drodze do uwolnienia się od władzy umysłu i ciała bolesnego. Kobiety są z natury bliższe swemu ciału i życiu, łatwiej im zatem pozostawać w świadomej obecności i przyjmować to, co jest. W porównaniu do nich, mężczyźni o wiele łatwiej oddają się władzy umysłu. Jak stwierdza Tolle "umysł nadaje na częstotliwościach, które sprawiają wrażenie z gruntu męskich: stawia opór, walczy o władzę, wykorzystuje, manipuluje, atakuje, usiłuje pojmać i posiąść itd. (...) Do tego, żeby wykroczyć poza umysł i odbudować więź z głębszą rzeczywistością Istnienia, potrzebne są zupełnie inne cechy: uległość, bezstronność, otwartość, która nie opiera się życiu, lecz pozwala mu trwać, zdolność brania wszystkich rzeczy i zjawisk w kochające, "wiedzące" objęcia. Przymioty te pozostają w znacznie bliższym związku z zasadą żeńską. Podczas gdy umysł ma energię twardą i sztywną, energia Istnienia jest miękka, uległa, a mimo to nieskończenie potężniejsza od energii umysłu. Umysł rządzi naszą cywilizacją, natomiast Istnienie ma pieczę nad życiem na naszej planecie i wszędzie poza nią. Istnienie to Inteligencja, która w sposób widzialny przejawia się pod postacią fizycznego wszechświata. Kobiety są jej z natury bliższe, ale mężczyźni też mogą do niej dotrzeć w sobie". [3]

Żeby nie było jednak nam, kobietom za łatwo, będąc bliższe Życiu, mamy jednocześnie swoje rozbudowane, zbiorowe ciało bolesne. To ono jest główną przeszkodą na naszej drodze do doświadczania radosnego, przepojonego spokojem i miłością Istnienia. Praca nad rozpuszczaniem go umacnia nas jednak w świadomej obecności. Zasadza się ona na obserwowaniu wszelkich sygnałów poczucia krzywdy, niezadowolenia, irytacji, symptomów fizycznych itp. przejawów cierpienia z zachowaniem świadomości, że pochodzą one z ciała bolesnego i to ja decyduję, czy pozostanę od nich wolna, czy uznam je za swoje. Ciało bolesne karmi się moją energią życiową, którą przekazuję mu utożsamiając się z nim, a więc godząc się na uwięzienie mojej energii w bólu. Porzucenie tego toksycznego związku jest jak wyjęcie wtyczki. Podłączone do niej ciało bolesne nie od razu oczywiście pada martwe, ba, początkowo zaczyna nawet silniej szamotać się i wić w rozpaczy, stopniowo jednak słabnie.

Czas przed okresem jest szczególną okazją, by skupić się na tym odłączaniu zasilania. Będąc kobietą możesz być niemal pewna, że właśnie wtedy ciało bolesne da o sobie znać. Tolle daje w tym przypadku następujące wskazówki: "Kiedy wiesz, że nadchodzi czas menstruacji, zanim jeszcze poczujesz pierwsze oznaki tak zwanego napięcia przedmiesiączkowego, zwiastującego rychłe przebudzenie zbiorowego ciała bolesnego kobiet, wzmóż czujność i bądź jak najbardziej obecna we własnym ciele. Gdy pojawi się pierwszy znak, musisz być na tyle czujna, żeby go rozpoznać, zanim ciało bolesne tobą zawładnie. Takim znakiem może być nagła i silna irytacja, fala gniewu albo jakiś czysto fizyczny symptom. Niezależnie od tego, jaką sygnał ten przybierze formę, zauważ go, zanim dostaniesz się we władzę ciała bolesnego. Musisz w tym celu po prostu skupić uwagę na dostrzeżonym objawie. Jeśli będzie nim emocja, poczuj ukryty za nią silny ładunek energii i wiedz, że jest to ciało bolesne. Jednocześnie bądź tą wiedzą, czyli uświadamiaj sobie swoją przytomną obecność i czuj jej moc. Każda emocja, którą obdarzysz swoją obecnością, szybko osłabnie i ulegnie przeistoczeniu. Jeśli zaś sygnał przybierze formę czysto fizycznego symptomu, skupiając na nim uwagę nie dopuścisz, żeby przedzierzgnął się w emocję lub w myśl (...) Kiedy ciało bolesne całkiem zbudzi się z uśpienia, przez pewien czas możesz odczuwać w swojej przestrzeni wewnętrznej znaczne wzburzenie, trwające nawet i kilka dni. Niezależnie od formy, jaką ono przybierze, pozostań obecna (...) Obserwuj to wewnętrzne zamieszanie. Wiedz o nim. Trwaj w tej wiedzy i sama nią bądź (...) Dzięki wytrwale podtrzymywanej uwadze, a więc i akceptacji, dokonuje się przeistoczenie. Ciało bolesne przemienia się w promienną świadomość, podobnie jak kawał drewna położony w ogniu lub blisko niego sam ogniem się zajmuje. Miesiączka staje się wtedy nie tylko radosnym i satysfakcjonującym przejawem twojej kobiecości, lecz także świętym czasem przeistoczenia, kiedy to rodzi się z ciebie nowa świadomość". [4]

Eksperymentalna praktyka rozplątywania uwikłań

W teorii brzmi pięknie. W praktyce jest to niezła gimnastyka. Ciało Bolesne posiada wielki komplet haków, linek i przyssawek, którymi usilnie wczepia się w moją świadomość. Jednym z jego ulubionych tricków jest wciąganie mnie w wewnętrzną walkę. W tej rozgrywce pomaga mu oczywiście Myśliciel. Zaczyna się to mniej więcej tak: widzę pojawiającą się irytację. No dobra. Ja jestem tutaj, tam jest irytacja. Ale chwila, chwila - tu włącza się Myśliciel - czyż nie miałam być wolna od irytacji? Z całą pewnością nie powinnam czuć tej irytacji, przecież nie ma powodu, tak naprawdę wcale jej nie czuję. Jestem tylko trochę przygnębiona, bo ja nie wiem czemu wciąż tak jest, że ten świat się na mnie wyżywa. Ale nieważne, po prostu pójdę spać i nie będę się do nikogo odzywać i niech sami sobie radzą. I bla, bla, bla... już jestem po drugiej stronie....

Współpracujący z Ciałem Bolesnym Myśliciel uwielbia wykorzystywać moją intencję życia w wolności od bólu. Jest to dla niego kolejna cudowna okazja, by przeczyć temu, co jest i tłumić to, kumulując jeszcze więcej cierpienia. Wierzcie mi - łatwo jest pomylić obserwowanie ciała bolesnego z jego tłumieniem. Myślę, że szczególne zagrożenie stanowi to dla osób introwertycznych, które mają tendencję do skrywania emocji i utykania w swoim wewnętrznym świecie. Gdy ciało bolesne przejawia się na zewnątrz, nietrudno je dostrzec, dopóki zmagamy się z nim samotnie, wewnątrz siebie, łatwo stajemy się jego łupem. Wywala wtedy zazwyczaj w postaci symptomów fizycznych lub depresji. Wyzwalająca jest w tym przypadku pamięć, że nie chodzi o to, by nie doświadczać istnienia w swej wewnętrznej przestrzeni irytacji lub innych bolesnych emocji. Nie chodzi też o to, by nie komunikować ich istnienia. Ani o to, by dzielnie znosić coś, czego zmiana leży w naszych możliwościach działania. Kluczem jest, by w głębi siebie pozostać radosnym obserwatorem wszystkiego, co się pojawia i nie angażować się wewnętrznie w te nieszczęsne rozgrywki.

Równie łatwo jak w tłumienie negatywnych emocji daję się wciągać w ich uzasadnianie. W tym przypadku, by wyrwać mnie ze stanu świadomej obserwacji pojawiającego się uczucia, umysł, zamiast przeczyć mu, dostarcza mi całego zestawu twierdzeń tłumaczących dlaczego to mam pełne prawo, a wręcz obowiązek być wściekła, rozżalona, czy obrażona. W odniesieniu do pojedynczych sytuacji stosunkowo łatwo go przyłapać. Prawda jest jednak taka, że noszę w sobie całe złogi tego typu nieuświadomionych przekonań, które budują moje ogólne podejście do życia. Ich istnienie sprawia, że nieświadomie uznaję mój związek z ciałem bolesnym za potrzebny, a nawet korzystny. Czyż nie jest ono moim bodyguard? Czy nie stałabym się bezbronna, gdybym przestała korzystać z jego gniewu i agresji? A co z tym słodkim cierpieniem, które uzasadnia moją bezradność, budzi u innych litość (a zatem zainteresowanie) i pozwala zatopić się w błogim poczuciu krzywdy, uwalniając tym samym od ciężaru współodpowiedzialności?

Gdyby mnie spytać czy pragnę doświadczać bólu, odpowiedziałabym oczywiście, że go nie chcę. Okazuje się jednak, że w swoje ciało bolesne zainwestowałam tyle energii, że porzucenie z nim związku jawi mi się niemal jak utrata podstaw bezpieczeństwa i tożsamości. Schemat cierpienia, jakkolwiek bezsensowny wydawałby mi się na poziomie świadomym, podświadomie pociąga jako przytulnie znajomy, za zatem bezpieczny. Tolle twierdzi, że porzucenie związku z ciałem bolesnym jest szczególnie trudne, jeśli ulokowaliśmy w nim nasze poczucie tożsamości i zaczęliśmy postrzegać siebie w kategoriach "nieszczęśliwego ja". Odcięcie się od ciała bolesnego oznacza w tym przypadku utratę tożsamości, a zatem całego zestawu samookreśleń, wytrenowanych zachowań i podtrzymujących je uzasadnień. W sensie psychicznym jest to rodzaj śmierci ego, a zatem coś, czemu ten najgłębszy rdzeń umysłu stawia bezwzględny opór.

Jakby tego było mało, widzę, że moja osobista tożsamość ofiary znajduje swoje wzmocnienie w zbiorowym ciele bolesnym kobiet. Wytwarza ono specyficzny rodzaj kobiecej solidarności opartej na wspólnocie cierpienia, krzywdy, żalu oraz gniewu i buntu przeciwko krzywdzicielom i wyzyskującym. Siłą tej bolesnej tożsamości posługuje się w dużej mierze ruch feministyczny. Także jednak codzienne, nieformalne relacje kobiet budowane są w mniejszym lub większym stopniu w odwołaniu do wspólnego cierpienia i utyskiwania na mężczyzn, którzy, jacy są - każda z nas wie ;). Jak stwierdza Tolle "dopóki kobieta hołubi w sobie gniew, urazę lub potępienie, kurczowo trzyma się ciała bolesnego. Może jej to wprawdzie dawać kojące poczucie tożsamości, solidarności z innymi kobietami, zarazem jednak przykuwa ją do przeszłości i nie pozwala dotrzeć do całej pełni własnej istoty i prawdziwej mocy". [5]

Dostęp do tej mocy wymaga podjęcia całkowitejodpowiedzialności za własną przestrzeń wewnętrzną. "Tożsamość ofiary stoi [bowiem] - jak przypomina Tolle - na wierze, jakoby inni ludzie byli odpowiedzialni za to, że jesteś tym, kim jesteś, że doznajesz bolesnych emocji lub nie umiesz być prawdziwą sobą". [6] Prawda jest tymczasem taka, że cierpienie odbywa się zawsze wewnątrz mnie i w tym sensie tylko ja posiadam całkowitą władzę utożsamiania się z nim lub bycia od niego wolną. Praktykując to podejście, eksperymentalnie otwieram się na nowe postrzeganie samej siebie. Eksperymentalnie przyjmuję za prawdę przeczucie, do którego wyrywa się moje serce i które stopniowo znajduje oparcie w moim osobistym doświadczeniu - że moja prawdziwa istota mieści w sobie jedynie radość, miłość i spokój, a każde cierpienie to tylko sygnał oderwania od niej.



Aleksandra Kosakowska
zorka.ja@interia.pl



Przypisy

[1] E. Tolle, Potęga Teraźniejszości, Kraków 2003.

Eckhart Tolle jest oświeconym nauczycielem duchowym. Oświecenie przytrafiło mu się dość nieoczekiwanie i nietypowo. Do 29 roku życia uznawał siebie za wielce nieszczęśliwego człowieka i żył w depresji. Nie interesował się też w żaden sposób jakimkolwiek rozwojem duchowym. Pewnego ranka obudził się z poczuciem, że ma już naprawdę dosyć życia i siebie samego. Wtedy to, nagle zrodziła się w nim refleksja: "skoro JA mam dosyć SIEBIE, to znaczy, że jest nas dwóch". Ta refleksja uruchomiła w nim rozbłysk. Gdy ocknął się z omdlenia nie miał pojęcia co się z nim stało, był jednak po prostu bardzo szczęśliwy i zachwycony światem. Przestał pracować i prowadzić tzw. normalne życie i w zasadzie 2 lata przesiedział na ławkach w parkach uśmiechając się do ludzi. Z czasem ludzie zaczęli przysiadać się do niego i zadawać pytania i tak został nauczycielem duchowym. Dopiero wtedy, dzięki lekturze i spotkaniach z różnymi mistrzami, zrozumiał, że tamtego ranka pod wpływem silnego cierpienia porzucił nagle i całkowicie utożsamienie ze swoim nieszczęśliwym "ja" i wszedł w bezpośrednie doświadczanie Siebie.

Eckhart Tolle ma swoje obszerne hasło w Wikipedii angielskiej i niemieckiej; jest też jego witryna www.eckharttolle.com. Mieszka w Vancouver w Kanadzie. (Przyp. Taraki)

[2] Tamże, s. 52.

[3] Tamże, s. 195.

[4] Tamże, s. 200-201.

[5] Tamże, s. 199.

[6] Tamże, s. 198-199.





komentarze

[foto]

1. fajny artykuł • autor: Arkadiusz2015-07-14 11:04:45

Dzięki.

Jeden cytat-wyzwanie: "Kluczem jest, by w głębi siebie pozostać radosnym obserwatorem wszystkiego, co się pojawia i nie angażować się wewnętrznie w te nieszczęsne rozgrywki." 
Ale to brzmi wręcz jak mission impossible. Jak ciało bolesne zostaje pobudzone, to już machina ruszyła, całe ciało przyśpiesza, krew pędzi, myśli pędzą. Krzyczą "I znowu to samo, nic się nie nauczyłeś!", albo "Znajdź rozwiązanie, szybko!", albo jeszcze "Schowaj się gdzieś, przeczekaj, przejdzie, włącz sobie komedię, napij się piwa, nie myśl!". Ale kto by chciał się delektować z radością stanem wkurwienia lub bezradności?
Albo jeszcze bardziej przebiegły sposób ucieczki od emocji, który podpowiada ostatnio mój Myśliciel (a może Spryciarz-Rozwiązywacz-Problemów): "Ciąg przyczynowo-skutkowy to fikcja, on nie istnieje, więc nie rób z siebie ofiary! Też masz w tym udział". Wtedy można trochę spokojniej odczuwać emocje. Ale obserwować je z radością?
Może to następny etap, którego doświadczę? To byłaby rewolucja!

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)