Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

14 września 2015

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia mniej ezoteryczna (odcinków: 82)

Kobieta w delegacji – lata 60-te


« Matka rodzicielka rozładunkowa Biurwy »

         W poprzednim odcinku opisywałam ciężką pracę robotników rozładunkowych na stacjach kolejowych, a swoje z nimi kontakty nazwałam „szwendaniem się”. Oczywiście to było z punktu widzenia mojego ówczesnego JA, nawykłego do rozmaitych przeszkód i trudności i doświadczonego w samodzielnym dawaniu sobie rady. Moje obecne JA uważałoby, że niektóre przeszkody są horrorem nie do przyjęcia i zapewne nie zdołałoby im sprostać. Wówczas jednak każda młoda dziewczyna czy kobieta zdawała sobie sprawę, że wyłącznie własnej ostrożności i przemyślności zawdzięczać może unikanie zgwałcenia w razie konieczności nocnego powrotu, niechcianego obmacywania w trolejbusie jeżdżącym wówczas Krakowskim Przedmieściem, pod bramy Uniwersytetu (dziewczyny, które nie protestowały lub protestowały za cicho, nazywano w naszym środowisku trolejbusowymi babkami), czy wreszcie obrażania i chamskich żartów, zwłaszcza w pracy takiej, jaką wykonywałam – wyjazdach terenowych.

         Pewne rzeczy są dziś nie do pomyślenia we wszystkich tych sferach kontaktów między ludźmi różnych płci. Ośmielę się twierdzić, iż pod tym względem blisko nam było do dzisiejszego Egiptu czy Indii  na przykład. Także te wszystkie afery „seksualne” w mniejszych miejscowościach, pośród tamtejszych notabli, nagłośnione dziś przez telewizję, jako nadzwyczajne sensacje, były na porządku dziennym i każda szanująca się kobieta musiała znać sposoby obrony i odparcia ataków, nie licząc na czyjąkolwiek pomoc i nie przejmując się zbytnio tymi incydentami; inaczej trudno byłoby żyć, wiecznie myśląc o zagrożeniach.

         Na początek jeden z codziennych „żartów”, które serwowali nam, inspektorkom transportu i księgowości, włodarze miast i powiatów, w przytomności swoich pracowników, na konferencjach omawiających wyniki kontroli. Dodam że dla bezpieczeństwa zawsze jeździłam z koleżanką.

         Kiedyś kupiłyśmy sobie od koleżanki z paczki z USA prawdziwe amerykańskie dżinsy. Ja musiałam mieć spodnie, bo skakanie po wagonach w spódnicy było niewygodne, zaś z powodu zetknięcia z brudem na rampach rozładunkowych i w magazynach musiały to być rzeczy nadające się do łatwego przeprania w misce zimnej wody i w różnych warunkach. Do tej pory nosiłam polskie „teksasy”, przy ogromnej dozie dobrej woli przypominające nieco dżinsy, za to sztywniejące po włożeniu do wody tak, że w warunkach delegacyjnych, bez tary i dużej balii nie dawało się ich uprać. Tak więc kupiłam sobie owe dżinsy, cudownie modne, praktyczne, tylko nieco (jak na ówczesne standardy) za małe, bo dość obcisłe. Moja koleżanka, ta od księgowości, pracowała w biurze kontrolowanej jednostki, spodnie nosiła rzadko i tylko w podróży, zresztą była szczuplejsza ode mnie, miała chłopięcą figurę i według dzisiejszej mody one wręcz na niej wisiały.

         Pojawiamy się więc na rozpoczęcie kontroli w biurze dyrektora oddziału, w obecności księgowego/ej i paru pracowników. Na nasze przywitanie pan dyrektor wybucha żartobliwym rechotem i serwuje „dowcip”.

         — Widzę, że pani ubrała się na wizytę do nas według warszawskiej mody. Cóż, podziwu godna taka dbałość o wygląd. Proszę mi tylko powiedzieć, jak wy, kobiety, w takich obcisłych strojach, drapiecie się? Nie zastanawiając się zbytnio odpaliłam: — Bo my, proszę pana, w przeciwieństwie do mężczyzn, myjemy się.

         Sądzicie, że zrobiło mu się głupio? Bynajmniej. Pan ten, o czym wcześniej nie wiedziałam, miał w szufladzie biurka magnetofon (szpulowy jeszcze) i nagrywał wszystkie rozmowy o których sądził, że mogą się do czegoś przydać. Szczególnie lubił nagrywać kontrolujących. Podobno niektóre osoby były szantażowane i musiały rezygnować z pracy, gdy było to dla niego wygodne. Nasz dialog też został nagrany; czy upubliczniony, nie wiem. Wiem tylko, że poskarżył się moim przełożonym, że poderwałam jego autorytet wobec pracowników odpowiadając na niewinny żart sugestią, że jest brudasem. Na szczęście moi przełożeni tylko pouczyli mnie o koneksjach, jakie ma ów pan w powiecie i rzecz umarła śmiercią naturalną. Pan ów więcej już nie żartował w ten sposób, a ponieważ był dobrze gospodarującym włodarzem, nasze stosunki do końca mojej ośmioletniej pracy układały się poprawnie i kulturalnie. Im dłużej zresztą pracowałam tym mniej nieprzyjemnych incydentów mnie spotykało – jak zawsze nowy pracownik był wypróbowywany, na ile można sobie z nim pozwolić.

         Bardziej niebezpieczne progi czyhały na nas w miejscowych hotelach. Przede wszystkim przybytki te dalekie były od standardów wymaganych od czegoś innego niż zwykłych noclegowni. Korzystali z nich głównie panowie w delegacji, panie spotykało się rzadko. Pokoje zamykane były na klamki, wyposażone w miednicę, dzbanek i wiadro na brudną wodę. Wychodek typu wiejskiego z pociętymi gazetami na gwoździu mieścił się najczęściej na podwórzu. Tylko w kilku miasteczkach znajdowały się hotele z prawdziwego zdarzenia: ja zapamiętałam dwa: Płock z Petropolem i Siedlce z prywatnym, ale przyzwoitym lokum. Najgorzej wspominam Garwolin, gdzie były dwa, niezamykane wejścia do hotelu, jedno do pokoju prowadziło prosto z ulicy (lokal po dawnym sklepie z kilkoma schodkami w dół). Tam moja koleżanka od księgowości najadła się wstydu, gdy pojechała raz sama, z powodu mojej choroby. Ale o tym opowiem później.

         Specyfiką tych noclegowni był delegacyjny tryb życia panów. Wieczory delegacyjni panowie spędzali knajpach i wracali do hotelu mocno podpici. Z tego też powodu z braku kluczy w zamkach (standardem tamtych czasów był pełny dostęp do pokoi hotelowych gości, a może też chodziło o to, że goście klucze mogą zgubić po pijaku) należało zabezpieczyć się przed przypadkowym (albo mniej przypadkowym) wtargnięciem do pokoju intruza. Wieszałyśmy więc krzesła na klamkach, pod poduszką trzymałyśmy pojemnik z solą zmieszaną z pieprzem, aby było czym sypać w oczy, no i jak się dało, w pobliżu posłania jakiś ciężki przedmiot. Ja pożyczałam na noc w kontrolowanym oddziale dziurkacz – był znakomity do tego celu, ciężki, stalowy, z wygodnym uchwytem; łatwo było nim zakręcić młynka. I nieduży – mieścił się w torebce. Bywały noce, gdy krzesła spadały kilkakrotnie, ale byłyśmy młode i bezsenną noc łatwo odsypiało się potem w domu. Z powodu jakości hoteli często robiłyśmy przekręty. Zamiast korzystać z hotelu w bliższych miejscowościach, skracałyśmy do jednego albo dwóch dni trzydniową lub dłuższą delegację i brałyśmy ryczałt za noclegi. Delegacje wizytujących wówczas podpisywało się bez zaglądania w nie, taki był zwyczaj. Nie mogłyśmy oficjalnie pracować do oporu jeden dzień zamiast przypisanych na kontrolę trzech, ponieważ w zakres obowiązków miałyśmy wpisane 15 dni w terenie (od czego zależało nasze zaszeregowanie i wysokie jak na tamte czasy pobory). Wiele takich rzeczy było milcząco tolerowanych i nie uważano ich wówczas, jak dziś u posłów i polityków, za jakieś nadużycia.

         Przyczyny niebezpieczeństwa noclegów w prywatnych hotelikach objaśniła mi pewna pani w Sokołowie Podlaskim. Jej córka pracowała w oddziale, który kontrolowałam i okazało się, że miała jakieś mgliste wspomnienia związane z moim nazwiskiem (panieńskim), które jest rzadkie i bardzo charakterystyczne. Okazało się, że jej matka przed wojną chodziła do jednej klasy liceum z moim ojcem i doskonale znała całą rodzinę. Jako jej znajoma odtąd nocowałam tylko u niej, jako jej prywatny gość. Od tej pani dowiedziałam się całej historii rodziny mojego ojca, o której bardzo niewiele wiedziałam od rodziców. Ona też objaśniła mi sekret prywatnych hotelików w małych miejscowościach i przyczyny niebezpieczeństw na jakie narażała się dziewczyna tam nocująca.

         Otóż miejscowości zazwyczaj były zbyt małe, żeby opłacało się utrzymywać coś, co dzisiaj nazywamy „agencją towarzyską”. Dlatego też burdele były objazdowe – każdego dnia panie nawiedzały jedno miasto. Miejscowi i delegacyjni panowie znali ten harmonogram i jeśli akurat zdarzyło się, że w dniu przypisanym rozrywce, w hoteliku pojawiły się jakieś kobiety, z automatu traktowano je jako panie zarobkujące. Jeśli pojawiły się w innym dniu – część panów uważała że po prostu zmieniono harmonogram.

         W ogóle hotele były uważane za siedlisko rozpusty. Nikt zameldowany w danym mieście nie mógł wynająć pokoju w tym mieście i dlatego na przykład ja w życiu nie byłam wewnątrz jakiegokolwiek hotelu w Warszawie, a mieszkanki Płocka nie miały okazji obejrzeć uchodzącego za krzyk nowoczesności hotelu Petropol. Urzędniczkom z tego miasta chęć zwiedzenia go spędzała sen z powiek. Kiedy się okazało, że kontrolę przeprowadza kobieta, nabrały śmiałości i wprosiły się z wizytą do mnie po południu. Przyniosły tort i kawę w termosie – nie miałyśmy wszak zamiaru wydawać pieniędzy w restauracji. Było bardzo miło i swobodnie, panie opowiadały o swoich wczasowych przeżyciach seksualnych (hotele zawsze przywodziły na myśl romanse i inne nieprawomyślności) i znakomicie się przy tym bawiłyśmy. W pokoju znalazłam zawieszkę z napisem „nie przeszkadzać”, więc powiesiłyśmy ją, ciekawe, co będzie dalej. Oczywiście personel natychmiast zainteresował się nami i stale ktoś zaglądał (przepraszając oczywiście). W hotelu tym mieszkałam trzy noce i z reguły dla ćwiczenia każdej nocy zamykałam drzwi i opatrywałam je wspomnianą zawieszką. No więc i w nocy otwierano drzwi hotelowym kluczem, bardzo za to przepraszano, ale tłumaczono, iż muszą sprawdzić, czy nie nocuje ktoś przypadkiem niemeldowany, za co personelowi grożą kary. Sen mam i miałam taki jak zając pod miedzą, a więc i w tym renomowanym rzekomo hotelu, nie za bardzo nocą wypoczywałam.

         Pewnej zimy zasypało drogi do jednego z miast powiatowych i nie mogłyśmy z koleżanką wrócić do domu, ponieważ akurat do tego miasta od pewnego miejsca prowadziła odnoga drogi trzeciej kolejności odśnieżania. Utkwiłyśmy z koleżanką na dwa tygodnie – bez pieniędzy na hotel ani wyżywienie. Dyrektor oddziału zlitował się nad nami i mimo, że było to zabronione, dał nam zaliczki oraz załatwił, chwilowo bezpłatny nocleg u jednej z pracownic – do zapłaty z przysługującego nam ryczałtu za noclegi po powrocie. Kiedy wreszcie drogi odśnieżono, nie było żadnej możliwości kupienia w kasie biletów na kursy autobusów do Warszawy. Podwieziono więc nas nocą do zajezdni PKS i zapakowano do autobusu, który o piątej rano miał wyruszyć do Warszawy. Zanim jednak podjechał na dworzec, w zajezdni wjechał na parę szyn, tkwiących na słupach w powietrzu (odpowiednik garażowego kanału) celem sprawdzenia czegoś tam w podwoziu. Niestety, kierowca albo był zaspany albo nieuważny, a szyny oblodzone i autobus najpierw zaczął staczać się do tyłu, a potem przewrócił na bok. Mojej koleżanki w nim nie było, akurat poszła do toalety zostawiając mnie z rzeczami. Trochę się potłukłam ale niezbyt groźnie, dopiero w Warszawie poszłam do lekarza i na zwolnienie. Zapakowano nas w drugi autobus i tym już dojechałyśmy w niesamowitym ścisku (ale na siedząco) do Warszawy. Podróż blisko 100 km trwała około trzech godzin

         Najbardziej stresujące przeżycie miałam jednak w stosunkowo bliskiej delegacji, w zasięgu codziennego powrotu. Tym razem nie jechałam sama, tylko z kolegą od kontroli BHP i jednym z członków zarządu, który miał w tym oddziale coś do załatwienia, a więc jechaliśmy samochodem służbowym. W tym czasie mój mąż przebywał na kontrakcie za granicą, a moje dzieci uczęszczały do pobliskiego przedszkola, skąd przychodziły do domu same, ponieważ było blisko i nie było konieczności przechodzenia przez jezdnię. Przedszkole było czynne do 18-ej, więc zawsze zdążałam przed ich wyjściem. W razie wyjazdu w dalszą delegację przychodziła do nich moja mama. Tym razem nie było to potrzebne, oddziały pracowały do 15-ej, trzy godziny na powrót z Radzymina (siedziby oddziału wołomińskiego) było aż nadto.

         Niestety, gdy coś może pójść źle zawsze idzie źle. Zwłaszcza, gdy ludzie lekceważą potrzeby innych. Tym razem po skończeniu pracy dyrektor oddziału zaprosił moich szefów i mnie oczywiście też, do restauracji na obiad. Obiad przeciągał się. Szef uspokajał mnie, że do osiemnastej na pewno zdążymy, ale po jakimś czasie zauważyłam, że kierowca samochodu służbowego, siedzący przy innym stoliku, pije alkohol. Wiedziałam już, że mój szef robi wszystko, żebyśmy zostali na noc, a od dworca autobusowego i kolejowego dzieliła nas zbyt duża odległość, żeby pokonać ją pieszo. Wyszłam na chwilę i na zapleczu restauracji znalazłam kobietę, która miała kontakt do miejscowego taksówkarza (na postojach TAXI nie było wówczas jeszcze telefonów i taksówkarze nie zawsze je w domu mieli) i poprosiłam o przyjazd pod restaurację. Kiedy mój szef zobaczył, że jestem zdecydowana wyjechać wpakował się ze mną do taksówki, a ja, w głupiej nadziei, że pokryje za nią połowę kosztów, nie protestowałam. Tak dojechaliśmy do mojego domu i zobaczyłam moje kilkuletnie przedszkolaki cichutko szlochające na rogu ulicy. Szef wysiadł ze mną i zaprosił się na herbatę, a ja znowu, mu nie odmówiłam. Jednak zajęłam się dziećmi, wykąpałam je, przebrałam, położyłam do łóżek, zaczęłam czytać książeczkę, więc znudził się albo doznał wyrzutów sumienia i po prostu wyszedł. Zwrotu kosztów oczywiście nie było, a taksówkarzowi zapłaciłam blisko jedną trzecią mojej pensji. Od tej pory wiceprezes ograniczył się do przysyłania mi wierszowanych (ale nie podpisanych) listów miłosnych.

         Minęło kilka lat, dzieci poszły do szkoły, a ja dalej jeździłam w delegacje. Którejś jesieni, wracałam (tym razem z innym szefem) samochodem służbowym i zatrzymaliśmy się na chwilę przy drodze. Okazało się, że las jest pełen podgrzybków i zielonych gąsek, nazbieraliśmy razem z kierowcą cały bagażnik. Panowie jednak nie chcieli grzybów i cały plon dostał się mnie. Przyniosłam z domu wiadra i zanieśliśmy urobek do mieszkania. Było już dość późno, ale kiedy dzieci zobaczyły, że zabieram się do mycia zapiaszczonych gąsek, domagały się swojego udziału w tej czynności, jako, że uwielbiały taplać się w wodzie. Umyliśmy gąski, a właściwie z powodu wbitych ziarenek piasku szorowaliśmy je szczoteczkami, obgotowałam je, zostawiając do następnego dnia i czyściłam podgrzybki krojąc je i nabijając na patyczki do suszenia. Tę ostatnią czynność także zmonopolizowały moje dzieci, więc kiedy skończyliśmy było już dobrze po północy.

         Kilka dni później dzieci pisały w szkole wypracowanie „Najpiękniejszy dzień mojego życia”. Obaj napisali, że tym dniem był taki dzień, kiedy mamusia pojechała ze swoim szefem w delegację służbową i przywieźli cały bagażnik grzybów, a mamusia kazała im całą noc obierać te grzyby i płukać w wodzie, a potem posprzątać i wytrzeć podłogę. Wypracowanie to zostało odczytane przez wychowawczynię na zebraniu rodzicielskim, jako dowodny przykład, jak szczerość dzieci może obnażyć niemoralność oraz niepedagogiczne postępowanie ich matki i jako nauczkę, że dzieci są szczere i wszystko zawsze wyjdzie na jaw. Miało to posłużyć daniu mi nauczki, a że działo się to w czasach słusznie minionych, gdy każdy kolektyw był we własnym mniemaniu zobowiązany do prostowania postępowania swoich członków, wszystkim zebranym rodzicom wydawało się to słuszne i normalne. Ale, oczywiście, opinię miałam w szkole mocno zepsutą. Zaś moje dzieci już w pierwszych klasach szkoły podstawowej, gdy coś im się w moim postępowaniu wobec nich nie podobało albo nie chciały wykonać jakiegoś polecenia, używały argumentu: „to jest niepedagogiczne”.

         I na koniec obiecana historyjka mojej koleżanki, która pojechała kiedyś do Garwolina beze mnie. Gospodyni tego hoteliku oprócz zbiorowej sali z piętrowymi łóżkami dysponowała jednym pokojem dwuosobowym z podwójnym tapczanem. Problemu nie było gdy jechałyśmy obydwie, powstał jednak, gdy koleżanka pojechała sama. Oczywiście gotowa była zapłacić jak za droższy pokój, jednoosobowy, ale gospodyni miała inne plany. Opowiedziała jej, że ma drugą panią, która przyjechała w sprawach rodzinnych i z tego powodu późno wróci, więc żeby kładła się śmiało i nie zdziwiła się, gdy obok niej na tapczanie późno położy się druga pani. Rano okazało się, że nie była to pani, tylko pan. I był on chyba jeszcze bardziej zmieszany niż moja koleżanka. Dodam tylko, że nie był to rzadki trick. Kiedyś nocowałyśmy z koleżanką w dwuosobowym pokoju i w nocy właścicielka dostawiła polówkę rzekomo dla jeszcze jednej pani, która okazała się panem. Tym razem było nas dwie więc zrobiłyśmy dziką awanturę, jako że pan nie był zbyt grzeczny, gdy zobaczył jak rano się myjemy.

         Dodam jednak, że to wszystko rekompensowała duża, jak na ówczesne czasy, pensja. Jako starszy referent zarabiałam 1250 zł, kiedy zostałam inspektorem, moja pensja wzrosła do 3700 zł plus to, co przyoszczędziłam na dietach i ryczałtach za noclegi, plus premie i odrębne wynagrodzenia za prowadzenie szkoleń i wykłady. Nie spotkałam wówczas kobiety, która zarabiałaby więcej.

         Poniżej: Hotel Petropol na starym zdjęciu:




« Matka rodzicielka rozładunkowa Biurwy »

komentarze

1. biedni zawsze mieli w plecy • autor: Jerzy Pomianowski2015-09-14 21:56:25

Słabo pamiętam problemy kobiet w latach 60. Panował wówczas terror mody. Wszystkie musiały nosić spodnie "rybaczki", i takie szerokie paski z klamrą. Cen i płac nie da się porównać do dzisiejszych. Aparat fotograficzny marki "Druch" kosztował 50 zł, i to była zawrotna suma, inżynier zarabiał 1400, z kolei opłaty stałe były śmiesznie niskie. Zupełnie inny świat. Aha, stary samochód kosztował 25 tysięcy.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)