Tarotowe karty Kochanków i Wieży, obie naznaczone cyfrą 6, zdają się zawierać bezpośrednie odniesienie do ideałów i kłopotów enneagramowej Szóstki. Szóstka - która jest tak naprawdę szóstym etapem alchemicznego procesu, zwanym Coagulatio (Koagulacja), wydaje się leżeć na granicy faz. Tutaj dawny paradygmat obserwacji, reprezentowany przez Piątkę, spotyka się z nowym, humanistycznym w swej naturze paradygmatem uwzględnienia obserwatora. Obserwacja zakładała istnienie obiektywnego przedmiotu, od którego obserwator jest oddzielony. Taki przedmiot nazywałem w moich tekstach kostką. Natomiast uwzględnienie obserwatora wydarza się z chwilą potraktowania zarówno rzekomo obiektywnego obserwatora jak i pozornie obiektywnej kostki, jako podmiotu, a nie przedmiotu. Coagulatio oznacza pewnego rodzaju "zniszczenie" obiektywnej struktury kostki. Działa jak alchemiczny palnik, który transformuje kostkę w wyższy stan - stan przepływu i tao. Oczywiście takie "zniszczenie struktury" nie musi wywoływać bólu i stresu, jakie kojarzymy zazwyczaj z tym słowem. W ideale - następuje tu połączenie, zlanie "ja" i świata w jeden interaktywny, uzdrawiający w swej naturze - "proces". W ideale - jest to czyste uzdrowienie, czysta korzyść.
"Proces" - termin jaki proponuje tu psychologia POP - jest dokładnym przeciwieństwem Procesu jaki opisał w swojej sztuce Franz Kafka. "Proces" w naszym rozumieniu stanowi przeciwieństwo jakiejkolwiek uogólnionej wiedzy, którą można by narzucić lub wygłosić. Jest on spotkaniem i przyjazną rozmową dwóch podmiotów, które nic nie muszą. Nawet niekoniecznie muszą być ludźmi. Podmiot jest czymś - czymkolwiek - co czuje, że chce o tym, co czuje - porozmawiać; jest to coś żywego i nieprzewidywalnego, jak życie. Jeżeli ten warunek jest spełniony - to mamy podmiot, niezależnie czy jest to człowiek, czy nie. Podmiotem może być tak naprawdę wszystko. Istnienie podmiotu wskazuje na humanistyczną a nie naukową naturę rzeczywistości - i taką naturę właśnie przedstawia karta Kochanków. Karta Wieży - przeciwnie. Zatwardziała w poglądzie naukowym, w kostce - doprowadziła do sytuacji, gdy rozdźwięk miedzy jej słowami a czynami (życiem) jest zbyt wielki, aby napięcie pomiędzy tymi dwoma mogło być dalej tolerowane. Nieuzdrowione procesy wewnętrzne Obserwatora ujawniają się nieoczekiwanie, ukazując wyniki jego badań w kompromitującym świetle. Taki nieprzyjemny moment można porównać do zmiażdżenia kostki, czyli rozpadu systemu pojęciowego opartego na chłodnej obserwacji. Wstrząs ten - natura alchemicznego Coagulatio, może jednak mieć także wydźwięk pozytywny. Może stanowić motywację do przejścia na bardziej "ludzki" paradygmat, co jest warunkiem wymaganym do rozpoczęcia procesu alchemicznej transformacji (Tinctura).
W nauce panuje spór między dwoma grupami naukowców: tymi którzy chcą badać, naukowo i racjonalnie, opierać się na dowodach, źródłach i nie dać się zwieść (racjonaliści) i tymi, którzy twierdzą, że przede wszystkim trzeba samemu się rozwijać i do życia podchodzić przede wszystkim humanistycznie. Dla tych ostatnich "rozwijać" znaczy: podchodzić do wszystkiego jak do żywej istoty. Tzn. przede wszystkim traktować swoje myśli, uczucia, stany, rzeczy, innych ludzi, swoje życie i świat - jakby to był żywy podmiot, który ma psychikę tak jak my, i z którym w związku z tym rozmawiamy jak równy z równym.
Racjonaliści śmieją się z tego: "Dziad przemówił do obrazu" - mówią. Lepiej zbadać, o co chodzi, a wtedy dowiemy się dlaczego tak jest i co robić" - twierdzą i zaczynają myśleć. Jednak humanistyczni badacze postępują inaczej. Pytają "Dlaczego?" i milkną. Czekają aż Wszechświat odpowie znakiem. Chcąc wiedzieć "dlaczego" - pytają, i czekają w ciszy na odpowiedź z tej drugiej strony. Najtrudniejsze jest to "w ciszy" bo to oznacza pracę własną - jakiś rodzaj pracy nad sobą. Trzeba wyciszyć własne myśli, bo one same z siebie nie chcą być cicho. Po co wyciszać? Po to aby usłyszeć nieobliczalną z góry pomoc - i poczuć, że się tej pomocy potrzebuje.
Zupełnie na poważnie ludzie z tej kategorii oczekują, że rzeczywistość sama udzieli odpowiedzi na ich pytanie, a jak nie udzieli - to też znak, znak że nie należało pytać. Takie potraktowanie rzeczywistości jakby była "żywa" nie odpowiada racjonalistom. Woleliby to najpierw zbadać - czy ona jest żywa czy martwa. No i badają i wychodzi im, że martwa, że tam nie ma żadnego głosu, który by nam podpowiadał, że jesteśmy sami z własnymi myślami i najlepsze co możemy zrobić to starać się aktywnie zrozumieć nasze położenie. Nie biorą pod uwagę, że zaobserwowali ideę, którą sami zaszczepili. "Badać" można tylko coś, co jest wydzielone, oddzielone - a zatem wyjęte poza kontekst. Skąd zatem wiadomo, jak by się to zachowywało w kontekście, czyli w strumieniu życia?
Humanistyczni badacze podchodzą do rzeczywistości jak do tao - "ja jestem tym" - ja jestem częścią kontekstu. Dopiero na tej bazie, twierdzą humanistyczni badacze - na bazie wyczucia oraz poddania się różnym znakom i niepowtarzalnym prądom w rzeczywistości - oraz oczywiście na bazie poskromienia własnej nadmiernej ciekawości i pewności siebie - można cokolwiek poznać.
Racjonalistyczni badacze twierdzą, że aby poznać, trzeba przede wszystkim obserwować przedmiotową rzeczywistość i rozumieć co jak działa. Odradzają podejście humanistyczne jako zwodnicze, niekompletne lub sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Obawiają się manipulacji. W najlepszym razie odkładają humanistykę na potem, jak już się wszystko racjonalnie zbada. Ich badanie racjonalne, polega oczywiście obserwowaniu, i to - na obserwowaniu "chłodnym". To znaczy, że obserwator widzi przedmiot - i nikt nie pyta jak się obserwator z tym czuje. Pytanie takie uważane jest za niedorzeczne. Nie na temat. Nieciekawe. Nieuczciwe. Przewrotne. Zbyt osobiste. Zadęte. Manipulacyjne. Pytanie takie odkładane jest na kiedy indziej, na potem, wtedy, jak już przedmiot będzie mniej więcej zrozumiały.
Humanistyczni badacze natomiast mówią o "uwzględnieniu obserwatora" (inaczej o "włączeniu obserwatora", lub "połączeniu się z obserwatorem"). Chcą to zrobić już teraz, nie czekając. Według humanistycznych badaczy powinniśmy przez cały czas, również w trakcie czynienia badań i odkryć - zastanawiać się jak się czujemy, kontemplować własne, niepowtarzalne życie tu i teraz. Chodzi tu nie tyle o obserwowanie niezmiennych praw z dystansu, ale "poczuciu" pewnych spajających to wszystko humanistycznych idei, które łączą nas z tym, co obserwujemy w sposób skojarzeniowy, intuicyjny i najczęściej - jedyny w swoim rodzaju. Odkrywanie takich humanistycznych związków siebie samego z daną ideą poprawia poczucie wartości badacza, a zatem jest dla niego samego rodzajem podnośnika nastroju, terapii.
Badacze humanistyczni działają zawsze tu i teraz, intuicyjnie i w relacji do swojego własnego życia. To podejście jest nazywane w alchemii hieros gamos (gr. święty związek). Badacze racjonalistyczni czynią inaczej - dzielą świat na dwie części. Po pierwsze: to, co chcą zbadać. Po drugie: swoje własne samopoczucie. Te dwie części się u nich na ogół nie mieszają i występują w oddzielnym kontekście. Związek pomiędzy nimi nie jest "święty" - w ogóle nie ma pomiędzy nimi związku! Badacz nie może dać się porwać temu co bada, ponieważ - niby z jakiej racji? Badacz jest oddzielony od tego co bada i taki ma, dla dobra badania, pozostać. Natomiast istnieje tu niewątpliwie inny rodzaj związku - tzw. "związek przyczynowo- skutkowy", typowy dla nauki. To już jest całkiem inna sprawa.
Luka paradygmatów
Ta granica miedzy jedną a drugą grupą badaczy - tj. między racjonalistami a humanistami - przebiega właśnie w Szóstce. Szóstka tkwi jedną nogą w paradygmacie obserwacyjnym (dzielącym), a jedną w humanistycznym (łączącym). Kochankowie (hieros gamos) są wskazaniem na paradygmat humanistyczny raczej niż naukowy. Wieża pokazuje, że paradygmat przedmiotu po prostu ostatecznie musi się skruszyć, jak każdy fizyczny przedmiot. Każdy konstrukt musi okazać się tylko konstruktem - musi się rozsypać w kontakcie z rzeczywistością. I to jest Wieża.
Ale dlaczego konstrukt musi się rozsypać? Czy to jest jakiś obiekt wiary, jakaś wiara w wyimaginowaną Apokalipsę? Nie, zawsze będzie ta część rzeczywistości, której konstrukt nie opisuje - po prostu dlatego, że jest konstruktem, a nie rzeczywistością. I ta część będzie póki co zepchnięta - dopóty, dopóki Obserwator nie zechce tam spojrzeć. Jednak spojrzenie tam będzie odbierał jako nieracjonalne, zakłócające elegancję badania, i dlatego odkładał je będzie "na później". W międzyczasie istnieje konflikt obserwowane/kontekst.
Takie hipotetyczne miejsce gdzie ten chwilowo pominięty kontekst został zepchnięty, nazywa się zazwyczaj Podświadomością. Idea Podświadomości (Szóstkowe "jest mnie dwóch") - jest tym, co narusza i sabotuje paradygmat Obserwatora. Bo jeśli jest Podświadomość, to w niej jest uwięzione coś innego niż ja teraz. A jeżeli to jest inne i uwięzione - to można przypuszczać, że prędzej lub później będzie chciało na wolność. To znaczy, że będzie naciskać, będzie chciało dojść do głosu, i to znaczy, że gdzieś kiedyś zrobi BUM! i się wyrwie.
Przykład: Naukowiec będzie dokonywał prezentacji Modelu na konferencji, a jego żona będzie w tym czasie płakać w domu, bo ją wczoraj po pijaku pobił. W końcu ludzie się dowiedzą. W końcu on sam sobie uświadomi, że coś jest nie tak, z tym jego Modelem, skoro jego żona tam płacze pobita. I wtedy cały jego Model zacznie brzmieć niedorzecznie. Ale nie naukowo niedorzecznie. Naukowo to on będzie OK. On będzie brzmiał humanistycznie niedorzecznie. Nastąpi humanistyczna kompromitacja naukowca jako żywej istoty. W ten sposób zajrzy do niego idea Świętego Związku (hieros gamos) czyli ludzkiego, humanistycznego podejścia. Żona płacze? To nie tworzę modeli, tylko zajmuję się żoną!
Oczywiście przykład jest nadmiernie uproszczony, dla przejrzystości. Co jeśli naukowiec nie ma problemu z alkoholem i co jeśli nie jest furiatem? Co jeśli nie ma on w ogóle żadnych problemów, jeśli jest w miarę szczęśliwym, spełnionym człowiekiem? No tak, ale z reguły zapominamy wtedy o jednej rzeczy. Naukowiec nie widzi siebie oczyma innych. Często pytamy znajomych naukowca, co o nim sądzą i oni mówią nam rzeczy, których nasz naukowiec nie jest wcale świadomy. Nawet mówią nam je bez złości - po prostu tak go postrzegają. Że jest taki, siaki, że tu ma dziwnie, a tu nieżyciowo, a tu mógłby przecież... Inni widzą w naukowcu całą masę problemów, podczas gdy sam naukowiec widzi tylko własne, w miarę normalne i spełnione życie. Pytanie - czy inni się mylą? Czy naukowiec rzeczywiście nie chce pewnych spraw widzieć?
Odpowiedź zależy od tego, czy przyjmiemy, że naukowiec może w ogóle "nie wiedzieć" że jego życie mogłoby być o wiele lepsze? W Piątce odpowiedź brzmi "nie" - naukowiec wie o sobie wszystko, co trzeba. To jego sprawa w końcu. W Szóstce jednak dochodzi zdanie innych i wtedy zaczynamy się zastanawiać, czy aby naukowiec czegoś nie przegapił. A może oni widzą coś, czego on widzieć nie chce?
Jeżeli on tego widzieć nie chce, to gdzie trzyma te wszystkie oczywiste sygnały które dzień i noc mu o tym trąbią? To już wyjaśniliśmy - on je trzyma w Podświadomości. Ale, w takim razie, co jak one wypłyną pewnego dnia na wierzch i on się dowie? Hm, wtedy będzie Wieża. Niestety. Taki jest koniec Kostki.
Pojawia się po drodze jeszcze jedno pytanie. Czy Naukowiec mógłby zbadać własną Podświadomość swoimi racjonalnymi metodami? Może mógłby wziąć ją pod mikroskop, znaleźć tam swoje wyparte problemy, zintegrować je - i byłoby po sprawie? Jest z tym pewien problem semantyczny. Bo owszem, załóżmy że naukowiec zaczyna szukać Podświadomości. "Gdzie jest to miejsce, w którym upchnąłem wszystko to, czego nie chcę widzieć?"- pyta. Ale przecież naukowiec NIE CHCE widzieć pewnych rzeczy, jak zatem ma jednocześnie przyznać, że one tam są? Stanowiłoby to sprzeczność. Gdyby je mógł wyjąć i zobaczyć, to by znaczyło, że on CHCE je widzieć, ale on NIE CHCE - dlatego też, całkiem naturalnie, zobaczyć ich nie może. Czyli naukowemu szukaniu Podświadomości stoi na przeszkodzie sama natura problemu, która jest z definicji poza-racjonalna. Jest z tym podobnie jak ze słynną nonsensownością zdania "ja kłamię".
Natomiast próby naukowego szukania Podświadomości prowadzone są pomimo to. Prowadzą je na ogół ludzie, którzy nie odczuwają (lub niespecjalnie odczuwają) rzeczywistego napięcia a nawet bólu towarzyszącego dostosowywaniu się do życia. Ci, którzy choć raz poczuli ten ból, nie wątpią, że istnieje w ich psychice coś więcej niż sama tylko chęć przystosowania. Zobaczenie tego jest równie trudne, jak zobaczenie bez pomocy lustra własnego oka. Okiem przecież patrzymy, więc jakże możemy je zarazem zobaczyć? Cała różnica między enneagramowym punktem Pięć (Obserwator) i enneagramową Szóstką, która tę obserwację kwestionuje, polega właśnie na tym: zobaczyć własne oko. Jeśli nie mogę go zobaczyć, skąd wiem, czy ono nie kłamie? Tak pyta Szóstka w swojej wędrówce do Trójki (kłamca). Szóstka całą słynną wnikliwość Piątki stosuje do samego jej narządu jej postrzegania - do oka. Tu racjonalizm Piątki zostaje zwrócony przeciw niej samej - skąd wiem i jak mogę zbadać, że sam sobie nie kłamię?
Tego, że sam sobie mogę nakłamać w żywe oczy, można tylko doświadczyć na własnej skórze. Jeżeli ktoś nie doświadczył, że sam sobie jest w stanie skłamać, i to niezwykle przekonująco - to taki ktoś swobodnie porusza się w paradygmacie przedmiotu. Ci którzy zawsze byli tylko "dostosowani" i nigdy nie "pękli", zakładają, że dostosowanie jest wszystkim co jest, bo nic innego nie znają. Ci którzy "pękli" - wiedzą, że jest jakieś "pod spodem", i że to jest tam na serio, nie na żarty. I ta "podświadomość" daje o sobie znać w chwilach gdy nasze troskliwie wyhodowane przystosowanie pryska jak bańka mydlana - wtedy nasz tyłek dosłownie skwierczy od Coagulatio. Ale przecież sami tego chcieliśmy, tak? Sami mamy w pewnym momencie dosyć naszego przystosowania. Jest to ewidentny dowód na to, że istniejemy w dwóch wersjach - jedna chce przystosowania, druga go nie chce. Stąd - kryzys (Wieża).
Istnienie zatem Podświadomości (czyli "tego drugiego") jest w tej sytuacji oczywiste. Ci którzy nie przeszli przez stadium Wieży (autosabotażu) - lub przeszli i zapomnieli o tym, co wtedy się w nich działo - trzymają się na ogół paradygmatu przedmiotu. "To co widzę, jest wszystkim, co mam widzieć." Ci od podmiotu zazwyczaj przeszli przez Wieżę. Teraz już nie są tak pewni, czy "to, co widzą, jest wszystkim, co mają widzieć". Przecież już tak kiedyś myśleli, i co? Potem jakiś obcy głos w nich samych kazał im wszystko odwołać. Dlatego pytają siebie - pytają w próżnię - czy jest tam ktoś, kto chce czegoś innego? Pytają szczerze. I milkną - nasłuchując.
K|W
Autor, jego teksty
Aby pisać komentarze zaloguj się lub zarejestruj.
Drukuj