TARAKA
  < poprzedni    1    2    3    4    (5)  
zdjęcie Autora

1. Animator || 2. Guru || 3. Druch || 4. Lama || 5. Medicine-man

28 stycznia 2001

Wojciech Jóźwiak

Moje komuny i sekty
rozdział piąty
Medicine-man

Medicine-mana poznałem za sprawą Psychoterapeutki, osoby, która sama stanowiła (i stanowi) centrum grawitacji pewnej grupy, nie wiem czy bardziej komuny, czy sekty, ale ponieważ ja stoję względem niej z boku, więc zamilczę. W każdym razie to ona zaproponowała mi udział w warsztacie prowadzonym przez Medicine-mana i jego Żonę. Tak zaczął się mój - dość zwiewny - związek z Nim, i jeśli umówić się, że wokół Medicine-mana uformowała się grupa (komunosekta), to ja miałem przyjemność do niej należeć, ale też ta grupa, czy też krąg oddziaływania, byłyby dla socjologa tworem najbardziej z moich dotychczasowych komun i sekt luźnym, ruchomym i niezobowiązującym. A jednak prąd ten chyba najsilniej na mnie oddziałał i najbliższy był mojej własnej ścieżce, którą - jak mam nieustająco nadzieję - kiedyś wreszcie znajdę. Bo niewątpliwie Medicine-manowi najwięcej jak dotąd zawdzięczam, i jeśli miałbym się uważać za czyjegokolwiek ucznia, to właśnie jego. Chociaż, co się okaże dalej, uczniem jestem dość ułomnym.

Był rok 1995, a więc niedawno, a ja miałem lat 44. Zmieniła się terminologia, i to, na czym zbierają się dziwni ludzie żeby robić dziwne rzeczy, zaczęło nazywać się warsztatami. Więc na taki warsztat przyjechałem, spory kawał od Warszawy, dwoma autobusami, co podkreślam, bo wtedy nie miałem sprawnego samochodu, jako że właśnie zaczynałem wychodzić z finansowego dołu. Czy to ważne? Tak. Zauważyłem, że ważne osoby w życiu (nie tylko mniej lub bardziej prawdziwi mistrzowie) pojawiają się właśnie w momentach kryzysu. Czyżby bieda, nie tylko ta materialna zresztą, czyniła nas bardziej otwartymi?

Rozstawiłem namiot, zagospodarowałem się na polu. Był upalny lipiec. Powoli zjechało się kilkadziesiąt osób. Gdzieś mam w zeszycie spisany cały ten pierwszy warsztat; chodziłem z notesem niby pilny reporter. Ale nie ma sensu opowiadać wszystkiego po kolei. Co się działo na tym warsztacie, i na następnych trzech, na których byłem? Medicine-man jest Amerykaninem, Białym, wcale nie native, jak się tam teraz mówi na Indian. Mieszka na Zachodnim Wybrzeżu. W cywilu jest profesorem psychologii. On i jego Żona przekazują coś, co sami nazywają native traditions, indiańskimi tradycjami. Na tym pierwszym warsztacie robili z nami (tzn. z uczestnikami) dwa duże działania. Nazywam to duże, choć tak tylko było z mojego punktu widzenia; być może oni sami widzieli to całkiem inaczej. Te działania to podróże przy bębnie i indiańska sauna, czyli szałas potów. O obu tych rzeczach czytałem wcześniej, ale nie sądziłem, że uczestnictwo w nich będzie aż takim wrażeniem. Ale... były też działania, które mi się zupełnie nie podobały, jak to, kiedy każdy miał podchodzić do każdego, patrzeć temu głęboko w oczy i mówić mu: "w twoich oczach widzę istotę Boga". Wtedy i jeszcze parokrotnie, Medicine-manostwo przekraczali granice prywatności, tak jak ja je widzę. Pozytywów było jednak więcej, a po powrocie z warsztatu czułem się najwyraźniej odmieniony i naładowany.

Jeszcze silniej podziałał na mnie drugi warsztat, rok później i gdzie indziej, na Pojezierzu. Ludzi było mniej, tryb życia bardziej zdyscyplinowany; mniej było chaosu i rozłażenia się, niewątpliwie bardziej skumulowana energia. Przekonałem się wtedy (i wielokrotnie później) jak nieporównywalne, jak odmienne mogą być dwa warsztaty. Ten był dla mnie bardzo owocny. Oprócz szałasu potu Medicine-manostwo przekazywali jeszcze drugą potężną praktykę: Chodzenie Po Ogniu. Nie myślałem wtedy nawet, że niedługo już sam będą prowadził tę praktykę. Ten warsztat pokazał mi, czym jest energia. Czym jest praca z energią. Czym jest podniesienie się na wyższy poziom energii. Czym jest naładowanie się energią. Zobaczyłem, że podobnie jak w fizyce w miarę podnoszenia poziomu tej energii o której mówią fizycy, znikają różnice pomiędzy poszczególnymi zjawiskami i siłami, tak i w miarę podnoszenia tej naszej energii znikają różnice: między świadomym i nieświadomym, między snem a czuwaniem, między logiką a absurdem, wreszcie - o czym jestem przekonany - znika także różnica między kobietą i mężczyzną, i na koniec, co można podejrzewać nie będąc aż tam - różnica miedzy życiem i śmiercią. Może buddysta dopowiedziałby: miedzy samsarą a nirwaną.

Tamtego lata byłem w krótkim odstępie czasu na warsztacie Medicine-mana i na praktyce medytacyjnej (też z gatunku tych potężniejszych) prowadzonej przez Lamę. I w tym zbliżeniu zobaczyłem różnicę pomiędzy buddyzmem a szamanizmem (jeśli ten drugi termin cokolwiek oznacza...). Otóż buddyzm ma do świata, do rzeczywistości zmysłowej, stosunek czysto techniczny. Świat zewnętrzny w buddyjskiej praktyce najlepiej żeby nie przeszkadzał. (Co zresztą nie jest wcale dziwne, skoro świat jest pustką. Można przeczytać słowa samego Siakjamuniego, z wielką niechęcią wypowiadającego się o wrażeniach zmysłowych.) Nawet wadżrajanistyczne, wysokoenergetyczne praktyki odbywają się w samej wizualizacji, więc oczy są zamknięte, widzi się umysłem; świat ma nie przeszkadzać. (Co nie znaczy, że te praktyki nie są potężne. Są.) Za to szamanizm jest wielkim otwarciem się na świat zewnętrzny. Szamanizm to jest praca ze zmysłami. (I to jest ta wiedza, której tak nam brakowało ileś tam lat wcześniej na Górze O.!) Otwarciem nie tylko na świat zewnętrzny. Także na własne uczucia. Na własne ciało, które staje się przeogromnym sojusznikiem. (A buddyjska praktyka je unieruchamia, aby nie przeszkadzało. Co znowu często jest: najlepszym wyjściem.) Na przyrodę i jej mieszkańców - i tych realnych, i tych duchowych. Dla buddysty nie mają znaczenia drzewa, które rosną w miejscu medytacji, co najwyżej mogą rzucać miły cień, ale to równie dobrze zrobi blaszany dach. Krążące w górze ptaki nie mają już zupełnie żadnego znaczenia. Dla szamana (szamanisty?) każdy taki szczegół jest częścią wielkiej mandali, która obejmuje cały otaczający go świat, całą przestrzeń. Medicine-man natychmiast do swoich inwokacji włączył... bociany, które krążyły na polskim niebie; a przecież w Ameryce bocianów nie ma! Jest to jedyna religia, dla której ważna jest - co ja sam czułem odruchowo od zawsze - przyroda. Ale buddyzm i szamanizm sobie nie przeczą. Dopełniają się.

Byłem potem jeszcze na dwóch warsztatach z Medicine-manem [i w roku 2001 na piątym - przypis 2004r.], a szczególnie miło wspominam ten, który był tylko dla mężczyzn. To była nowa jakość, i wtedy powiedziałem sobie, że jeśli kiedykolwiek sam będę coś takiego robił, to właśnie w męskim towarzystwie. Tak się wkrótce stało.

Nie wszedłem jednak, czterema nogami, do ruchu, jaki się zaczął się tworzyć wokół Medicine-mana i jego Żony. Pewnie ćwiczenia czy ceremonie, które oni promowali, wydały mi się dziecinne. Za zupełnie mi niepotrzebne uznałem też działania mające na celu budowanie wspólnoty. Może taka kolejna sekta powstanie, ale mnie w niej raczej nie będzie. Nie przekonałem się do największej indiańskiej świętości: fajki pokoju. Nie przekonałem się w ogóle do całej tej zabawy w Indian. Bo czym się oszukiwać, skoro sam Medicine-man jest Biały, a jego głównym nauczycielem na indiańskiej ścieżce był podobno inny Biały, w dodatku pochodzący gdzieś z naszych stron? Biorąc od Indian, Tybetańczyków czy od innych ludów - którym winniśmy za to wdzięczność - ich praktyki, używamy ich jednak na naszej ziemi, pod środkowoeuropejskim niebem, i nasze, słowiańskie, nie indiańskie dusze poddajemy różnym próbom. Nie da się utrzymać tu ani plemiennej ciągłości, ani tradycyjnej czystości praktyk. Tak samo nie staniemy się w jednym pokoleniu ortodoksyjnymi buddystami i Tybetańczykami na dodatek. Wydaje mi się, że trzeba raczej budować własną ścieżkę. Brać z różnych źródeł, a na to jest własny rozum i własny zmysł estetyczny, aby się nie kłóciły. (W pewnym sensie wróciłem więc do eklektyzmu w praktykach, jaki stosował - co wtedy mi się nie podobało - Guru.)

O takich i innych rzeczach chciałem porozmawiać z Medicine-manem. Ale nasz kontakt polegał głównie na poklepywaniu się po plecach, a z mojej strony - na uczeniu się przez podpatrywanie, co tamten robi. Nie mam właściwie żadnego przekazu od Medicine-mana. O sprawach istotnych nie rozmawialiśmy, choć był kiedyś gościem w moim domu. Bariera językowa była zbyt trudna do przeskoczenia.

Latem 1999 zacząłem prowadzić własne, wysoce eklektyczne warsztaty.

Wojciech Jóźwiak

Milanówek, 28 stycznia 2001

  < poprzedni    1    2    3    4    (5)  

Autor, jego teksty
Aby pisać komentarze zaloguj się lub zarejestruj.

Udostępnij: Facebook   Wykop
drukujDrukuj

Warsztaty Taraki

Promocje

Ogłoszenia

Zamów ogłoszenie/reklamę. Cennik, zasady | Abonament | Jak publikować u nas teksty | Jak założyć i prowadzić blog | Mapa i przewodnik po Tarace

© Copyright by Taraka. Prawo rozpowszechniania zastrzeżone.
wróć na górę wróć na górę

Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)