Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

14 grudnia 2018

Paweł Droździak

z cyklu: Psychologia i polityka (odcinków: 35)

Winter is coming. Cz. 6: Kongres futurologiczny


« Winter is coming. Cz 5: 13 grudnia Winter is coming. Cz. 7: Komu ginu? Komu dymu? »

Jak ja proszę Państwa nie lubię mieć racji. W przedostatnim swoim wpisie wspominałem o Marszu dla klimatu przy okazji szczytu COP24. Napisałem, o ile wypada samego siebie cytować, że jednym z powodów mej nieobecności będzie to, iż wątpię, czy marsz wie, dokąd zmierza, czy marsz tego nie wie. Dopisałem do tego swe skojarzenie z Ijonem Tichym – bohaterem książki Lema pt. „Kongres futurologiczny”. Pisząc to wtedy miałem pewną wątpliwość, czemu w ogóle tego Lema do tekstu pakuję, coś mi jednak kazało tak zrobić i to „coś” okazało się w sumie kluczowe. Nie wiem, czy ktoś w dzisiejszych czasach Lema jeszcze czyta, Kongres jednak, można mi wierzyć na słowo, to dzieło natchnione. Pokrótce naświetlę akcję książki, tak się bowiem stało, że między opowieścią z przywołanego przeze mnie tuż przed marszem dzieła, a rzeczywistymi wydarzeniami na samym marszu, zachodzi zadziwiająco wiele równoległości. Tak dużo, że sam poczułem się trochę futurologiem, a może nawet i trochę Kasandrą. Skąd ja wiedziałem? Nie wiem. Ale wiedziałem. Opowieści – książkowa i realna – toczyć się będą tu też równolegle, co zresztą, znowu, odpowiada nieco konstrukcji lemowskiego dzieła, a też, jak mi się zdaje, strukturze problemu, z którym nam się tu przychodzi mierzyć. Może być ciężko przez te warstwy rzeczywistości i maligny przebrnąć, na pocieszenie napiszę więc ewentualnym czytelnikom, że na samym COP24 wygląda to w sumie tak samo.

Najpierw więc – o czym jest książka Lema, Kongres futurologiczny? Bohater jedzie na kongres futurologów, który ma się odbywać w Hiltonie, Hilton zaś stoi w samym środku południowoamerykańskiego miasta, stolicy kraju pogrążonego, jak to zwykle w tamtych rejonach, w kompletnym politycznym i gospodarczym chaosie. Zgromadzeni w hotelu futurolodzy próbują debatować nad przyszłością świata w miejscu, które najdramatyczniej domaga się jakiejś refleksji, bowiem w książkowej Costaricanie – typowej bananowej republice – nikt niczego już nie kontroluje i nikt już nie myśli, a o przyszłości to najmniej. Ktokolwiek na szczyt klimatyczny wybrał dzisiaj Polskę, uczynił to zapewne z dokładnie tych samych powodów. Gdzież w Europie można robić szczyt klimatyczny dzisiaj, jak nie w Polsce, i gdzież można robić kongres futurologów, jak nie w niebosiężnym budynku Hiltona, stojącym pośrodku wypełnionej slumsami Costaricany. W książce futurolodzy robią to samo, co na klimatycznym szczycie jego uczestnicy. Usiłują myśleć. Wprowadzić refleksję w otaczający ich obłęd. Okazuje się jednak, że obłęd jest od nich silniejszy. Tak jak na realnie odbytym klimatycznym szczycie gości wita górnicza orkiestra i wystawka mydła z węgla, tak do lemowskiego Hiltona pełnego zafrasowanych futurologów co i raz ktoś przysyła paczki z ładunkami wybuchowymi, albo ręką, lub nogą, w dodatku nie wiadomo czyją. Na realnym klimatycznym szczycie prezydent kraju – gospodarza oświadcza, że palenie węglem nie prowadzi do emisji jego dwutlenku, a jeśli nawet prowadzi, to ten dwutlenek na pewno nie prowadzi do niczego złego, a ponadto węgla mamy jeszcze na lat dwieście i musimy cały spalić, bo się zmarnuje. W książce Lema gości Kongresu co i rusz zaczepia zaś w barze brodacz o dzikich oczach, by im zaprezentować Papieżówkę – specjalną strzelbę z lunetą, którą zamierza papieża na serio uśmiercić, by tym sposobem wstrząsnąć sumieniem ludzkości. Równoległości są tu oczywiste.

W książce chaos wkrada się do Hiltona i pokonuje nieszczęsnych futurologów, podobnie jak w prawdziwym życiu groteska i chaos pokonały szczyt i doprowadziły do absurdu ideę marszu. W książce Lema wygląda to tak, że w hotelu, prócz Kongresu, odbywa się kilka innych niezwykłych ludzkich aktywności. Kongres wydawców pornografii, kongres „kontestatorów i dynamitardów”, jakieś chyba kongresy biznesowe i prócz tego gości tam kilka niezwykłych osób. Członkowie tych wszystkich grup stopniowo zaczynają tworzyć coraz mocniejszą kakofonię właściwych sobie szaleńczych aktywności, które splatają się z rozruchami w otaczającym hotel mieście, tak że w końcu dochodzi do regularnej bitwy wszystkich ze wszystkimi. Bitwa ma koniec niezwykły, bowiem na uczestnikach postanawia policja stestować nową broń.  B e m b y.  Czym są bemby? To BMB, czyli Bomby Miłości Bliźniego. Zawierają środek chemiczny, o działaniu zbliżonym nieco do Prozacu w ogromnym stężeniu i jak się okazuje, na skutek bembardowania chaos staje się jeszcze większy. Wszyscy wszystkich kochają i miłość swą okazują w taki sposób, że Kongres Pornografów przestaje w końcu czymkolwiek się różnić od reszty. Mimo to walki, tyle, że tym razem pełne szaleńczej miłości, trwają. Bohater traci przytomność w jakiejś eksplozji i w tym miejscu opowieść dochodzi do swego przełomu, bo dalej zaczyna się całkiem coś innego.

Jak to się ma do marszu? Każdy, kto widział te masy ludzi śpiewające na marszu religijne pieśni o Gai, rozumie oczywistość skojarzenia z lemowskimi Bembami. Trudno powiedzieć, kto je zrzucił, ale działają. Miłość jest powszechna. Zarówno uczestnicy klimatycznego szczytu, jak i marszowi demonstranci przebywają w rzeczywistości zielonej utopii, podlanej solidną dawką endorfin, trudno powiedzieć, jakiego pochodzenia. Twierdzą, że naturalne. Jeśli mówią prawdę, to sam już nie wiem, co mógłbym powiedzieć. Powszechna jest wiara, że problem emisji CO2 da się rozwiązać za pomocą wiatraków, baterii słonecznych, elektrycznych samochodów i filozofii studenckiego minimalizmu. Wśród demonstrujących niewiele jest osób z wiedzą techniczną, co dość oczywiste, bo nikt mający rzetelną techniczną wiedzę nie może w coś takiego naprawdę uwierzyć. Celem tego wspólnego wyznania wiary w zbliżające się zwycięstwo filozofii powszechnej miłości, samoograniczenia, oraz energii ze Słońca i wiatru jest podniesienie sobie samopoczucia i zamanifestowanie wspólnoty osób zaawansowanych duchowo. To nie są złe cele, problem jednak w tym, że tak jak potraktowany bembami tłum z książki Lema żadnych realnych zmian w Costaricanie nie zdoła przeprowadzić, tak wiatraki i słoneczne panele nie obniżą emisji CO2. To po prostu niemożliwe technicznie i jeśli prawdą jest, że do nieodwracalnych zmian mamy dwanaście lat, to pozostało najwyżej kilka miesięcy, żeby ludzie to zaczęli sobie uświadamiać.

Na marszu znalazła się niewielka grupka osób związanych z inicjatywą FOTA4Climate. Przyszli przebrani za białe misie i małpki, jako symbole ginących gatunków, jeden z nich śpiewał Presleya, zresztą bardzo fachowo i przekaz, jaki nieśli był oczywisty i zgodny z naukową wiedzą. Aby faktycznie zredukować emisję CO2, niezbędna jest energia atomowa. Nic innego nie zadziała. Bez energii atomowej się zwyczajnie technicznie tego nie da zrobić. Kropka.

I zostali wyrzuceni. Nie byłem obecny przy tym wydarzeniu, widziałem jednak bezpośrednią transmisję video. Po fakcie uzasadniano wyrzucenie ich z marszu tym, że wnieśli własne nagłośnienie, jednak w trakcie samego wydarzenia uzasadniano to całkiem inaczej. Jeden z organizatorów powiedział wyraźnie: nie możecie brać udziału, ponieważ wasz przekaz jest z naszym niezgodny, bo jeśli pieniądze pójdą na elektrownie atomowe, nie będzie pieniędzy na OZE (tzw. odnawialne źródła energii). Późniejsze internetowe dyskusje o tym wydarzeniu pełne są wypowiedzi nawołujących do spokoju i zgody. Mówi się, że przekaz FOTA4Climate był zbyt konfrontacyjny, przez co nie harmonizował dobrze z przekazem marszu, ani z potrzebami psychicznymi jego pokojowo nastawionych uczestników. Dwanaście lat przed nieodwracalną katastrofą, którą odwrócić mogą tylko procesy gospodarcze w globalnej makroskali co jest najważniejsze? Potrzeba harmonii. Bemby proszę Państwa, lecą z nieba tonami. Komentatorzy pytają – czy naprawdę musimy się spierać? Po co przeciwstawiać sobie jakieś racje, skoro wszystkim nam chodzi o to samo? W tym miejscu pozwolę sobie na oddanie głosu Lemowi. Jak to było z Ijonem Tichym w Hiltonie? Ci, co nie lubią czytać zbyt wiele, lub nie mają czasu, mogą ten fragment opuścić, polecam go jednak, bo tak dobrze ilustruje o czym mowa, jak się go dobrze czyta. Zatem czytamy:

Właściwe obrady wyznaczono dopiero na piątą, było więc dość czasu, by odetchnąć u siebie, toteż pojechałem na setne piętro. Po przesolonych sałatkach odczuwałem silne pragnienie, że jednak bar mojego piętra okupowali twardo kontestatorzy i dynamitardzi ze swoimi dziewczętami, a miałem już dość jednej rozmowy z brodatym papistą (czy antypapistą), zadowoliłem się szklanką wody z kranu. Ledwom ją wychylił, zgasło światło w łazience i obu pokojach, telefon zaś, bez względu na to, jaki nakręcałem numer, łączył mnie wciąż tylko z automatem opowiadającym bajkę o Kopciuszku. Chciałem zjechać na dół, lecz i winda nie działała. Słyszałem chóralny śpiew kontestatorów, którzy teraz już strzelali do taktu; miałem nadzieję, że obok. Rzeczy takie trafiają się nawet w pierwszorzędnych hotelach, przez co zresztą nie są mniej irytujące, tym jednak, co mnie najbardziej, zdziwiło, była moja własna reakcja. Humor, raczej podławy od czasu rozmowy z papieskim strzelcem, poprawiał się z każdą sekundą. Przewracając po omacku sprzęty w pokoju, uśmiechałem się wyrozumiale w ciemność, i nawet kolano, do żywego rozbite o walizy, nie zmniejszyło mej życzliwości dla całego świata. Wymacawszy na nocnym stoliczku resztki posiłku, jakiego zażądałem między śniadaniem a lunchem do pokoju, wetknąłem w krążek masła strzęp papieru, wyrwany z foldera kongresowego, i gdym go zapalił zapałką, uzyskałem kopcącą wprawdzie, ale jednak świeczkę, w której blasku zasiadłem na fotelu, bo miałem wszak jeszcze ponad dwie godziny wolnego czasu, wliczając w to godzinny spacer po schodach (skoro winda była nieczynna).

Moja pogoda duchowa przechodziła dalsze fluktuacje i zmiany, którym przyglądałem się z żywym zaciekawieniem. Było mi wesoło, wprost doskonale. Mogłem w lot wyliczyć roje argumentów na rzecz tego właśnie stanu rzeczy, jaki zaszedł. Wydawało mi się najsolenniej, że apartament Hiltona, pogrążony w egipskich ciemnościach, pełen swędu i kopcia ogarka maślanego, odcięty od świata, z telefonem opowiadającym bajki, jest jednym z najmilszych miejsc na świecie, jakie można sobie wystawić. Ponadto odczuwałem przemożną chęć głaskania byle kogo po głowie, a przynajmniej uściśnięcia bliźniej ręki z głębokim, pełnym serdeczności zajrzeniem w oczy. Ucałowałbym z dubeltówki najzaciętszego wroga. Masło, roztapiając się, skwiercząc i dymiąc, wciąż gasło; to, że „masło” rymuje się ze „zgasło”, wprawiło mnie w atak śmiechu, chociaż zarazem poparzyłem sobie palce zapałkami, usiłując wciąż od nowa zapalić papierowy knot.

Maślana świeczka ledwie pełgała, ja zaś nuciłem półgłosem arie ze starych operetek, nie zważając ani trochę na to, że od swądu krztusiłem się i łzy płynęły mi z piekących oczu po policzkach. Wstając przewróciłem się jak długi, zawadziwszy o walizkę na podłodze, lecz i guz, wielkości jajka, który wyskoczył mi na czole, jedynie polepszył jeszcze mój humor (o ile było to w ogóle możliwe). Zaśmiewałem się, na wpół uduszony śmierdzącym dymem, bo i to nie odmieniło ani na jotę mego radosnego uniesienia. Położyłem się na łóżku, nie posłanym od rana, choć minęło dawno południe; o służbie, wykazującej takie niedbalstwo, myślałem jak o własnych dzieciach: oprócz czułych zdrobnień i pieszczotliwych słówek nic nie przychodziło mi na myśl. Błysnęło mi, że nawet gdybym się tu miał zadusić, byłby to najzabawniejszy, najbardziej sympatyczny rodzaj śmierci, jakiego tylko można sobie życzyć. Ta konstatacja była tak dalece sprzeczna z całym moim usposobieniem, że podziałała na mnie jak pobudka. W duchu mym doszło do zadziwiającego rozszczepienia. Nadal wypełniała go flegmatyczna jasność, rodzaj uniwersalnej życzliwości dla wszystkiego, co istnieje, ręce zaś miałem tak chciwe pieszczenia byle kogo, że w braku osób postronnych jąłem się delikatnie gładzić po policzkach i filuternie pociągać za uszy; podałem też wielokrotnie prawą rękę lewej dla wymiany krzepkiego uścisku. Nawet nogi mi drygały do pieszczot. Przy tym wszystkim w głębi mego jestestwa zapaliły się jakby sygnały alarmowe: — Coś jest nie tak! — krzyczał we mnie daleki, słaby głos — uważaj, Ijonie, bądź czujny, strzeż się! Pogoda ta jest niegodna zaufania! Działaj, nuże! Hejże ha! Naprzód! Nie siedź rozwalony jak jakiś Onassis, zalany łzami od dymu i kopcia, z guzowatym czołem, w powszechnej życzliwości! Ona jest objawem jakowejś czarnej zdrady! — Mimo te głosy palcem nawet nie ruszyłem. Tyle że zaschło mi w gardle. Zresztą serce waliło mi od dawna, ale tłumaczyłem to sobie zbudzoną znienacka wszechmiłością. Poszedłem do łazienki, tak okropnie chciało mi się pić; pomyślałem o przesolonej sałatce z bankietu czy raczej tego stojącego koktajlu, potem zaś na próbę wyobraziłem sobie panów J.W., H.C.M., M.W. i innych moich najgorszych wrogów; stwierdziłem, że oprócz chętki kordialnego uściśnięcia ich dłoni, siarczystego całusa, paru słów bratniej wymiany myśli — nie odczuwam żadnych innych emocji. To już było prawdziwie alarmujące. Z ręką na niklowej główce kranu, dzierżąc w drugiej pustą szklankę, zamarłem. Powoli natoczyłem wody i wykrzywiając twarz w dziwacznym skurczu — widziałem tę walkę własnych rysów w lustrze — wylałem ją. Woda z kranu. Tak. Od chwili gdy ją wypiłem, zaszły we mnie te zmiany. Coś w niej musiało być! Trucizna? Nie słyszałem jeszcze o takiej, która by… Chociaż zaraz! Jestem wszak stałym abonentem prasy naukowej. Ostatnio w „Science News” pojawiły się notatki o nowych środkach psychotropowych z grupy tak zwanych benignatorów (dobryn), które zniewalają umysł do bezprzedmiotowej radości i pogody. Ależ tak! Miałem tę notatkę przed oczami ducha..

Dalej, jak się nietrudno domyśleć, Lem się tylko rozkręca i na realnym marszu dla klimatu jest mniej więcej podobnie. W książce policjant biegnie za uciekającym demonstrantem wykrzykując mu wyznania miłości, na marszu zaś przepełniona miłością do Gai kobieta w czapce świętego Mikołaja przepędza przebranych za misie zwolenników atomu, którzy zagłuszają jej wrzask „nie szanujecie demokracji” śpiewem Presleya. Przepędza, bo w dobie powszechnej tolerancji nie ma jednak zgody na to, by ktoś proponował rozwiązanie techniczne, które się jej źle kojarzy. Misie negocjują. Obiecują, że będą cicho, nie będą śpiewać i ustawią się karnie w szeregu, ale ze sceny słychać krzyki, że nie ma miejsca dla zwolenników atomu. Kręcimy wiatraki, a jak nie wieje, to palimy ruskim gazem. Dyskutowanie o jakiejkolwiek innej opcji nie jest dozwolone. A teraz raz, dwa, trzy, śpiewamy dla Gai, która wszystkich łączy w Jedno. Prócz tych tam paru drabów, rzecz jasna.

Istotną winą atomowych misiów–puczystów nie było to, że weszli z własnym nagłośnieniem. Tak naprawdę nie było nią też to, że zaproponowali niepopularne wśród ekologów rozwiązanie. Nie było nią też to, że gdy pani przebrana za Mikołaja darła się na nich po angielsku „to nie wasza demonstracja, myśmy ją od miesięcy przygotowywali a wy nie szanujecie demokracji”, któryś z nich śpiewał w rytm jej słów, zamiast się z szacunkiem jej pokłonić. Istotną winą misiów było to, że usiłowali przerwać endorfinowe samozadowolenie ludzi, którzy roją, że zdołają pokonać poważny problem za pomocą środków z rodzaju lusterek feng-shui, bo tak zwane „odnawialne źródła energii” są rozwiązaniem właśnie tego rodzaju. Misie próbowały powiedzieć mniej więcej to samo, co lemowski bohater usiłował wywołać w sobie zamknięty w hotelowym pokoju. Przestań się poddawać samozadowoleniu i wróć do rzeczywistości. Zacznij myśleć. Zacznij myśleć krytycznie.

Problem w tym, że bemby są silniejsze. Pozornie, w sensie technologicznym, sprawa jest tak prosta, że nie może być prostsza. Te „odnawialne źródła energii”, które nie emitują dwutlenku węgla, albo nie dają się wszędzie zastosować (bo większość krajów nie ma warunków do geotermy), albo nie działają przez cały czas. Energii na taką skalę magazynować się nie da. Czyli trzeba czymś palić i jednak emitować to CO2 do atmosfery kiedy te wiatraki się nie kręcą i światło jest słabe. A ponieważ moc elektrowni nie daje się łatwo regulować z taką szybkością, z jaką się może zmieniać siła wiatru, w praktyce oznacza to tyle, że i tak trzeba w tych elektrowniach palić czymś bez przerwy prawie tak, jakby tych wiatraków nie było. To rozwiązanie jest fikcją. Nie redukuje emisji w takim stopniu, o jaki chodzi i dlatego Niemcy, mimo tysięcy wiatraków, w ogóle swej emisji nie zmniejszyli, a Francja ma emisję bardzo niską, ponieważ bierze prąd z atomowych reaktorów. Możemy zastawić wiatrakami cały świat, a emisja i tak będzie rosła, bo one muszą mieć backup, który musi wciąż pracować tak czy siak. To naprawdę nie jest aż tak złożone, żeby się tego w ogóle nie dało zrozumieć, problem jednak w tym, że wiele osób w ogóle nie jest zainteresowanych rozumieniem tego. Co ich więc interesuje?

To samo, co interesuje osoby zbembardowane. Żeby dobrze się czuć. To miło mieć własne słoneczne baterie w ogródku i mieć wrażenie, całkowicie subiektywne, że prąd bierze się z niczego. To nie jest prawda. Kiedy ze swej energii się nie korzysta, odbywa się pozór w postaci „odprowadzania energii do sieci”. To pozór, ponieważ elektrownia jest zmuszona ustawowo, by za tę energię wtedy płacić, choć wcale jej nie potrzebuje. Niektórzy właściciele słonecznych baterii mówią o tym „sieć w tym czasie magazynuje twoją energię i oddaje ci ją, kiedy jest ciemno”. To mniej więcej tak, jak powiedzieć, że „Słońce wędruje ze wschodu na zachód”. Prawda subiektywna, uwodząca jak lemowska bemba. W rzeczywistości sieć niczego nie magazynuje, bo to niemożliwe technicznie. Po prostu elektrownia musi kręcić turbiną cały czas tak samo i palić tyle samo paliwa ciągle, niezależnie, czy my bierzemy w danym momencie prąd z własnej baterii, czy z elektrownianej sieci. Tak czy siak do atmosfery uwalnia się CO2. Istnienie naszej baterii niewiele tu zmienia. Na wolnym rynku to rozwiązanie nie miałoby racji bytu, ale dzięki dotacjom, i tylko dzięki nim, działa. Dla atmosfery nie znaczy nic, ale subiektywnie zmienia wiele, bo subiektywnie, podobnie jak lemowski bohater przy swoim maślanym kaganku w Hiltonie, czujemy się świetnie.

U Lema później jest znacznie gorzej, choć najpierw znacznie lepiej. Bohatera zamrażają, bo po wybuchu nie mogą mu pomóc i odmrażają w dalekiej przyszłości, kiedy już da się go leczyć. Budzi się w bogatym świecie, gdzie wszyscy są szczęśliwi i bezpieczni, a w dodatku cały czas pod wpływem jakichś chemicznych środków, które dodatkowo jeszcze polepszają im samopoczucie. Żyje w tym przedziwnym świecie, przypominającym nieco naszą dzisiejszą Norwegię. Norwegia, to z pewnością najbardziej ekologiczny kraj świata, przynajmniej jeśli chodzi o emisję CO2. Z naszej perspektywy trudno w to uwierzyć, ale nawet urządzenia do wydobycia ropy naftowej, z której sprzedaży Norwegia w całości się utrzymuje, są zasilane prądem z geotermy. Można powiedzieć, że to mistrzostwo lemowskiego bembardowania. Wszystko działa bezemisyjnie dzięki temu, że sprzedaje się ropę, którą spalają wszyscy inni. Przywodzi to na myśl postać narkotykowego dealera, który sam nie zażywa własnych produktów, ale nie może porzucić ich sprzedawania, gdyż dzięki temu stać go na kupowanie żywności eko, której jest fanem. Co ciekawe, nikt nie łączy w żadnym rozumowaniu tych dwu faktów – Norwegia nie emituje u siebie CO2 i Norwegia utrzymuje się całkowicie ze sprzedaży ropy naftowej. Mimo źródeł swego bogactwa uważana jest za ekologiczną. W książce Lema szczęśliwy świat przyszłości ma bardzo podobną strukturę. Jak się okazuje z czasem, cały ten świat jest iluzją. W całości zbudowany jest z fikcji, uzyskanej dzięki chemicznym środkom. Rzeczywistość jest straszna, podobnie jak straszna jest rzeczywista fikcyjność i powierzchowność wszystkich naszych klimatycznych usiłowań w naszym realnym świecie. Bohater Lema dociera w końcu do kogoś, kto daje mu sposób, by rzeczywistość dojrzeć za zasłoną, lecz to doświadczenie jest bardzo bolesne.

Oddajmy głos Lemowi raz jeszcze:

Doprawdy nie z rozmysłu podniosłem do nosa fiolkę, którą wciąż trzymałem w palcach — bo zapomniałem o niej. Łzy wystąpiły mi od ostrej woni. Zacząłem kichać raz za razem, a gdy znów otwarłem oczy, pokój się zmienił. Profesor mówił dalej, słyszałem jego głos, lecz zafascynowany przemianą nie pojmowałem ani słowa. Ściany powlekły się brudem; dotąd modre niebo nabrało burosinej barwy; część szyb okiennych była wybita, resztę pokrywał tłusty kopeć z szarymi smugami po strugach deszczu. Nie wiem, czemu szczególnie przeraziło mnie to, że zgrabna aktówka, w której profesor przyniósł kongresowe materiały, stała się spleśniałym workiem. Zdrętwiały, bałem się na niego spojrzeć.

(..)

Ściskając w ręku framugę, patrzałem w perspektywę ulicy, z jej ruchem, cwałem, krzepą, jako jedyny świadek, jedyna para oczu widzących — czy na pewno jedyna para oczu widzących — czy na pewno jedyna? Okrucieństwo tego spektaklu zdawało się domagać innego obserwatora, jego twórcy, bo, nie ujmując niczego tym rodzajowym scenkom, nadawałby im sens jako patron błogiego strupieszenia, więc makabryczny — ale jakiś

(..)

zagryzłem palce, zapomniawszy, że trzymam w nich drugą, nie tkniętą jeszcze fiolkę, i gardło spalił mi żywy ogień. Otoczenie zadrżało, objęła je jasna mgła — bielmo, które niewidzialna dłoń powoli zdejmowała mi z oczu. Patrzałem, stężały, na zachodzącą przemianę, już domyślając się w potwornym skurczu przeczucia, że teraz rzeczywistość złuszczy z siebie następną warstwę — widać to jej fałszowanie szło od niepamiętnych czasów, tak że potężniejszy środek mógł tylko zedrzeć więcej zasłon, dotrzeć do głębszych, ale nic nadto. Zrobiło się jaśniej — biało. Śnieg leżał na trotuarach, zlodowaciały, ubity setkami nóg, koloryt ulicy stał się zimowy, zarazem znikły wystawy sklepów, zamiast szyb — wszędzie przegniłe, na krzyż zbite deski. Zima panowała między brudnymi murami w zaciekach, z nadproży, lamp zwisały festony śliskich sopli, w ostrym powietrzu był swąd gorzki, sinawy jak niebo w górze, pryzmy brudnego śniegu pod ścianami, sterczały z nich kłęby śmieci, tu i tam czerniały jakby
duże tłumoki, kupy szmat, bezustanna fala ruchu pieszego popychała je, skopywała na boki, między zardzewiałe pojemniki, puszki, trociny zlodowaciałe, śnieg nie padał, ale widać było, że sypał i znów sypnie; nagle pojąłem, kto znikł z ulicy: roboty. Nie było ani jednego — ani jedniusieńkiego! Ich ośnieżone kadłuby walały się pod kamienicami, zamarłe, żelazne gruchoty w towarzystwie łachów ludzkich, szmat, spod których wystawały żółtawe oszronione kości; jakiś obdartus siadał właśnie na stercie śniegu, moszcząc się niczym w puchowej pościeli, widziałem jego zadowoloną minę, czuł się jak u siebie w domu, sam w łóżku, wyciągnął nogi, grzebał bosymi w śniegu, więc to był ten ziąb, ta dziwaczna rzeźwość, jakby z daleka nadchodząca od czasu do czasu nawet w środku ulicy, w samo południe słoneczne — już się ułożył do długiego snu — więc tak to było. Ludzkie mrowie mijało go obojętnie, przechodnie zajmowali się sami sobą — jedni opylali drugich, można było rychło rozpoznać po zachowaniu, kto się miał za i człowieka, a kto za robota. Więc i roboty udawali? I skąd ta zima w środku lata — czy zwidem był cały kalendarz? Ale po co? Lodowy sen jako demograficzne antidotum? Więc ktoś jednak uważnie to planował i ja miałbym sczeznąć, nie dotarłszy do niego? Wodziłem teraz oczami po sparszywiałych ścianach drapaczy z powybijanymi oknami, za mną było cicho: skończył się lunch. Ulica — to był kres, moje widzące oczy nie miały zbawiennej wartości, utonąłbym w tym tłumie, a potrzebowałem kogoś, sam mogłem się najwyżej ukrywać przez jakiś czas jak szczur, byłem już poza nawiasem zwidu, więc na pustyni, ze strachem i rozpaczą cofnąłem się od okna, czując, niestety, mróz całym ciałem, bo już nie osłaniała mnie przed nim złuda słonecznego klimatu. Sam nie pojmowałem, dokąd idę, starając się; stąpać cicho; tak, już ukrywałem własną obecność, to przygarbienie, skulenie, szybkie spojrzenia na boki, przystawanie, nasłuchiwanie — podpowiedział mi odruch, zanim powziąłem jeszcze jakąkolwiek decyzję, ale też czułem do szpiku kości, że widać po mnie, co widzę, i że to nie może mi ujść bezkarnie… 

Cóż jeszcze można o tym „klimatycznym szczycie”? Jest ciekawa relacja Rauli Partanena, który krążył tam długo, dyskutował, próbował cucić zbembardowanych jak umiał i na koniec sporo napisał o tym swych spostrzeżeń. Jest tutaj. Jest materiał z OKO-Press o misiach-puczystach, atomowej energii i mitach z nią związanych, no i wreszcie jest krótki filmik, który pokazuje fragment ich działań. Dość faktów. Faktów już za dużo. Dalej w cyklu będzie już tylko czysta filozofia.


Psychologia i polityka: wstęp na końcu

Re-publikowane z bloga Autora pod tym samym tytułem.


« Winter is coming. Cz 5: 13 grudnia Winter is coming. Cz. 7: Komu ginu? Komu dymu? »

komentarze

[foto]

1. Zaznaczę, że Lem pisał 10 lat przed... • autor: Wojciech Jóźwiak2018-12-14 17:36:30

Zaznaczę, że Lem pisał historię o zamachowcu ze strzelbą-papieżówką 10 lat przed zamacham Ali Agcy na Jana Pawła II. Wszystkie jego proroctwa się spełniają, nawet/także te żartem.
[foto]

2. Tak. To może... • autor: Mirosław Piróg2018-12-14 21:21:36

Tak. To może i w końcu Golem XIV w końcu do dziczków przemówi - na zakończenie ich kariery ewolucyjnej. Bo to, co wyprawiają z Ziemią już nawet się do komentowania nie nadaje. 
[foto]

3. Wysadzenie drapacza • autor: Wojciech Jóźwiak2018-12-15 20:39:46

W którejś ze swoich wczesnych grotesek (tak odmieniać?) Lem przewiduje wysadzenie Empire State Building. Wprawdzie ESB stoi, ale ileś lat po nim zbudowano sporo wyższe odeń WTC, i co? -- wysadzone w 2001 r. jak Lem zapowiedział.

4. uczeni swoje, propaganda swoje • autor: Jerzy Pomianowski2018-12-16 19:04:16

Znalazłem ciekawe źródło. Pracę jak najbardziej naukową, z Uniwersytetu Jagiellońskiego. O zmianach polskiego klimatu od 19w do dziś, plus prognozy na przyszłość.
https://www.google.com/search?q=%C5%9Brednia+temperatura+w+warszawie+od+19+wieku&ie=utf-8&oe=utf-8&client=firefox-b

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)