Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

09 kwietnia 2015

Kasia Emilia Bogdan

Koniec ziemskiego życia
Czyli o tym, czy istnieje życie po śmierci... bliskiej osoby.

Wiedziałam, że się zbliża. Czułam jej chłodny oddech na karku, tuż za mną słyszałam jej ciche kroki. Bałam się. I przyszła. Zachłanna, bezkompromisowa, wielka. Otworzyły się bramy pomiędzy światami, a Mężczyzna, który był Miłością i Cudem mojego Życia, wykorzystał okazję. Porzucił Ciało i przeszedł na drugą stronę lustra... 12 listopada 2010 roku Robert, wspaniały człowiek, który zawsze był jakoś ponad światem, ponad czasem, popełnił samobójstwo, zostawiając mnie w totalnym osłupieniu, jakiegoś rodzaju katatonii.

Gdy odchodzi najbliższy twemu sercu człowiek, ktoś, kogo kochasz całą sobą, życie przemienia się w ciemną otchłań. Pozostaje pustka. Szok. Odrętwienie. Sparaliżowany umysł, roztrzęsione emocje, dusza w mocnym uścisku bólu. Bez ruchu. Otchłań samotności. Mrok. Gdy odchodzi Ktoś, z kim Twoje życie było połączone, a sny splecione niewidzialną nicią, w sekundę wszystko przestaje mieć znaczenie. Życie traci sens. Zamierasz. Masz poczucie, że nie dasz rady postawić kolejnego kroku, bo nie masz siły stać, a co dopiero iść. Nie tylko nie masz siły, zwyczajnie nie masz na to ochoty. Chcesz zniknąć. Przez wszystko przebrzmiewa pieśń bólu. Zanurzasz się w każdej chwili. Każda przytłacza cię swoim ciężarem. I bezsensem. Sekunda po sekundzie. Nie istnieje nic poza rozdzierającym duszę cierpieniem. Słyszysz każde uderzenie serca. Nawet oddech sprawia ci ból. Czujesz przemożne zmęczenie i czekasz na wieczór, żeby móc się położyć i zasnąć. Jedynie sen przynosi ukojenie. Tylko tam jest bezpiecznie, tylko tam znajdujesz Spokój. I nadchodzi kolejny poranek i znów żal zaciska Ci serce, a tęsknota rozbija cię na miliony drobnych odłamków, niczym diament, który przy jednym nieprawidłowym ruchu podczas obróbki obraca się w pył...


Miejsce słów i miejsce ciszy

W chwilach zwątpienia, gdy umiera nadzieja i potrzebujesz wsparcia, opadają wszelkie kłamstwa, odchodzi wszelka sztuczność. Zaczynasz dostrzegać tych, dla których twoje życie ma wartość. Prawdziwą rodzinę, przyjaciół. I to właśnie oni, swoim Byciem pomagają ci przetrwać. W obliczu śmierci nie potrzebna jest mądrość i wyszukane opowieści. W żalu nie masz ochoty na słuchanie bzdur, wszelkie błahe historie przyprawią cię o mdłości. Wystarczą wtedy proste słowa. Jestem. Rozumiem. Kocham. I proste gesty. Trzymanie za rękę. Ciche przytulenie. A przede wszystkim Obecność.

Jedyne, co chciałam wtedy robić, to mówić, opowiadać o Robercie, przeżywać wszystko od początku. Dziesiątki razy, setki, tysiące. Za każdym razem żywiąc nadzieję, że być może, jeśli tylko zagłębię się mocniej w przeszłość, bardzo się na niej skoncentruję to uda mi się cofnąć czas i wszystko będzie jak dawniej. Cofałam się więc pamięcią w czasie i opowiadałam. Jednak, gdy opowieść się kończyła, po raz kolejny uświadamiałam sobie, że tego człowieka nie ma. I już nigdy nie będzie. On nie żyje. Umarł. Pozostał po nim jedynie proch i wspomnienia. W takich momentach nie ma nic cenniejszego od otwartych serc, które płaczą razem z tobą i słuchając cię, ocierają łzy bliskością... Na zawsze pozostanę wdzięczna tym, którzy byli wtedy przy mnie.


Wsparcie pozamaterialne

W tym najciemniejszym czasie ogromnym wytchnieniem okazała się modlitwa. Zanurzenie się w przestrzeni serca, która zawsze jest obecna, mimo bólu i beznadziei, smutku i tęsknoty. Powierzając się Wielkiej Tajemnicy dostrzegłam Prawdę zawartą w buddyjskiej mądrości, z którą wcześniej nie chciałam się zgodzić, a która mówi, że Życie jest cierpieniem. Zrozumiałam też, że oto stoję przed niezmiernie istotnym wyborem, decyzją, która należy jedynie do mnie: mogę do końca życia spijać z ust świata gorycz, zwątpienie i nienawiść lub wybrać dzban ze słodkim nektarem, który prowadzi do poznania Prawdy.

W chaosie, na gruzach mojego życia, zaczęłam szukać nadziei, jakiegoś ukrytego sensu. Wiadomo przecież, że otwierając przed kimś serce zawsze ryzykujemy, że ta relacja się kiedyś skończy. Bo w jakiś sposób na pewno się skończy. I chyba na tym to wszystko polega. Na nieustannym otwarciu, mimo bólu i rozdarcia. Otwieranie się, otwieranie, otwieranie...

Pozwoliłam cierpieniu przepływać przeze mnie, łzom się obmywać i oczyszczać. Otworzyłam wypełnione po brzegi bólem serce. I wtedy zaczęły się dziać cuda. Przede wszystkim usłyszałam cichy głos, który rozpoznałam jako głos Roberta. Mówił, że uwolnił nas od swojego cierpienia i zapewniał, że jest dobrze i wszystko jest na swoim miejscu. Prosił też, żebym teraz żyła za nas oboje. Niemal namacalnie poczułam Jego obecność. Wiedziałam, że jest przy mnie, ze mną. Przychodził też w snach. Były chwile, gdy spływał na mnie przeogromny, wręcz nienaturalny spokój. Schodziłam do miejsca, w którym wszystko jest połączone, w przestrzeń Ducha, który przenika Wszystko. Podczas jednej z medytacji usłyszałam słowa Roberta: „Nauczę cię takiej miłości, jakiej nigdy nie znałaś”, a z każdej strony słyszałam głosy przyjaciół: „Jesteśmy”, „To ważna lekcja”, „Podążaj za sercem”, „Nie słuchaj sceptyków”, „Otwiera się ogromna przestrzeń”.


Droga do gwiazd

Noc przed odejściem siedzieliśmy z Robertem na schodach przed domem mojej cioci w górach Catskills w stanie Nowy Jork. Opowiadałam mu o Keyi, moim przyjacielu i nauczycielu, który wspomniał kiedyś, że po śmierci będzie się ze mną komunikował za pomocą gwiazdy. Dokładnie w tym momencie... spadła gwiazda. Kilka dni po śmierci poprosiłam Roberta o znak, coś, dzięki czemu będę wiedziała, że to On.

W dniu śmierci Roberta Keya siedział na schodach swojego domu w Nowym Meksyku i patrzył na drogę mleczną. Według Indian dusze po śmierci przechodzą na drugą stronę po drodze mlecznej, z północy na południe. Gdy Keya mówił do Roberta, że to jest Jego ścieżka do domu, zobaczył jasną, wielką gwiazdę, spadającą z północy na południe...

W trakcie kilu dni po odejściu Roberta, gdy zupełnie nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, rodzina zabrała mnie na małą wycieczkę po okolicy. Znaleźliśmy się nad rzeką. Wysiadłam z samochodu i szłam w stronę rzeki, gdy zobaczyłam kamień, na którym było wyryte serce, jakby ręką dziecka. W ostatnim momencie postanowiłam go podnieść. Zszokowało mnie to, co zobaczyłam po drugiej stronie. Na kamieniu była wyryta... tak, gwiazda. Tego samego dnia mój przyjaciel Piotr napisał, że widział spadającą gwiazdę, jadąc trasą katowicką. Stwierdził, że nigdy tak wyraźnie nie widział spadającej gwiazdy z samochodu.

Kilka dni wcześniej, gdy przechadzaliśmy się z Robertem ulicami Nowego Jorku, spotkaliśmy muzyka. Staliśmy tam przez jakąś godzinę, gdy On grał na gitarze i śpiewał. Robert wziął jego wizytówkę. Po śmierci Roberta weszłam na stronę internetową owego muzyka i pierwszy kawałek, który włączyłam miał tytuł „Invincible” („Niezwyciężony”). Napisałam do niego, że Jego muzyka dostarczyła nam jednych z ostatnich pięknych chwil z Robertem i opisałam historię z gwiazdami. W czasie, gdy Robert przechodził na drugą stronę, on też widział spadającą gwiazdę. Po raz pierwszy w życiu.

Chyba najmocniejszą historią było spotkanie z pewnym człowiekiem na Hawajach. Cztery miesiące po śmierci podróżowałam po Hawajach i tam podszedł do mnie nieznajomy człowiek, pytając, czy straciłam niedawno kogoś bliskiego. Przytaknęłam, a on mi powiedział, że stoi obok mnie mężczyzna, który chce, żebym wiedziała, że zawsze jestem pod opieką i zawsze jestem chroniona.

Przyjaciele dzwonili do mnie i pisali, że nie wiedzą czemu, bo nigdy tak wcześniej nie mieli, ale przychodzi do nich Robert i prosi o przekazanie mi informacji, która zawsze brzmiała podobnie: Wszystko jest dobrze. Wszystko jest na swoim miejscu. Kocham Cię. Była jedna szczególna osoba, która nawiązała niesamowitą wręcz relację z Robertem i dzięki niej mogłam z nim rozmawiać, jak gdyby siedział tuż obok. Dziękuję Ci Patrycjo.

Działy się cuda, coraz więcej cudów. Zaczęłam koordynować organizację wydarzeń, które manifestowały się w błyskawicznym tempie. Babcie, ceremonie, wykłady, Zgromadzenie. Wiem, że to wszystko wydarzyło się dzięki ogromnemu wsparciu Roberta i istot niewidzialnych.


Zasiadasz w kręgu

Gdy mija pierwszy szok i zaczynasz uświadamiać sobie co się stało, nadzieję dostrzegasz w ludziach, którzy mają podobne doświadczenia i przeżyli. Co więcej wyglądają na szczęśliwych, choć w tym momencie wydaje ci się, że do Ciebie szczęście na pewno już nie przyjdzie. Uświadamiasz sobie wtedy, że każdy człowiek niesie w sobie jakąś bolesną historię. Każdy. Bez wyjątku. Spotykałam się z tymi ludźmi i ich opowieści były jedynymi, których mogłam słuchać. Była w nich prawda i surowość. Oni byli w tym samym miejscu, ale z niego wyszli, więc to było możliwe. To jest możliwe.

Zawsze byłam kopaczem poszukiwaczem, próbującym znaleźć we wszystkim głębsze znaczenie. Śmierć Roberta sprawiła, że zaczęłam sięgać jeszcze głębiej. Rozmawiałam z kobietami, które przeszły przez piekło i nie tylko udało im się przetrwać, ale wydobyły ze swojego doświadczenia mądrość, siłę i wdzięczność. Rozmawiałam z matką, która straciła ośmioletniego syna, z matką, która w tragicznych okolicznościach straciła trzynastoletniego syna, z kobietą, której ukochany mężczyzna odebrał sobie życie po dwudziestu trzech latach relacji, z kobietą, której mężczyzna także popełnił samobójstwo. Wszystkie kobiety słyszały po śmierci głos swoich bliskich.

Rozmawiałam też z Kim, z kobietą, która dwa lata wcześniej straciła sześcioletniego syna. Chłopak umarł na raka. Chorował dwa lata. Właściwie od początku wiedział, że umrze. Gdy matka mówiła, że chciałaby zamienić się z nim miejscami mówił, że on nie należy do tego świata i żadna kuracja mu nie pomoże, ale podda się im, żeby Ona mogła się przygotować, żeby dać jej czas. Mówił jej, że ona sobie poradzi, w przeciwnym razie nie wybrałby jej sobie na matkę. To słowa sześciolatka!!! Gdy umarł w szpitalu personel szpitalny pozwolił Kim zostać przy nim. Spędziła noc, tuląc Jego ciało... Jednocześnie Jego duch unosił się tuż nad nią, wykrzykując, że wszystko jest w porządku, że on jest szczęśliwy, że jest dobrze. Od tamtej pory Kim współpracuje z synem, uzdrawiając ludzi.

Te wszystkie historie utwierdzały mnie w przekonaniu, że świat ducha istnieje, a to, co nas oddziela, to jedynie iluzja gęstego świata materii.


Jaki Sens?

Gdy umiera bliski ci człowiek wszystko przestaje mieć sens, bo jaki sens ma życie, skoro za chwilę może nas nie być? O co tu chodzi? Po co to wszystko? Czy malowanie ma sens? Pisanie? Muzyka? Jedzenie? Co ma sens? Przychodziła tylko jedna odpowiedź: Miłość. Doświadczanie miłości, bycie z drugą osobą i ze światem najpiękniej jak potrafisz. Dzielenie się sobą tak prawdziwie, na ile jest to możliwe. Dotykanie świata sercem, głęboko, bez lęku. Wyobrażam sobie człowieka jako kielich bez dna, przez który nieustannie przelewa się życie, jak wino sączy się przez nas i powraca do Źródła.

Zaczęłam czytać. Zaczytywałam się książkami na temat śmierci, na temat świata duchów. Przekazy z seansów spirytystycznych, z sesji hipnozy, relacje osób, które doświadczyły śmierci klinicznej, opowieści ludzi, którzy twierdzą, iż mają wgląd w swoje poprzednie wcielenia. We wszystkich tekstach dostrzegłam powtarzające się elementy. Można by z tego wnioskować, że albo przestrzeń Ducha rzeczywiście da się rozpoznać i nazwać, przynajmniej po części, albo to wszystko, to projekcje naszego umysłu lub ktoś kiedyś zmyślił historię, a reszta bazuje na tej jednej relacji, podgrzewając ją nieco i podając jako swoje danie. Wolę wierzyć, że to pierwsze jest prawdą. Z naiwności? Z chęci ukojenia bólu? A może po prostu dzięki wewnętrznemu wiedzeniu...

Najważniejszym odkryciem było to, że wszyscy pochodzimy z jednego Źródła, z Miłości i wszystko, absolutnie wszystkie doświadczenia są naszym wyborem. Oczywiście nie jest to świadomy wybór z perspektywy ziemskiej i ludzkiej. To wybór naszej duszy, duszy, która chcąc się czegoś nauczyć, wybiera właśnie taką ścieżkę.

Przed przyjściem na świat z każdą osobą, którą spotkamy na swojej drodze i która w istotny sposób wpływa na nasze życie, zawieramy swego rodzaju kontrakt. Wybieramy wszystkich ludzi, poczynając od rodziców, w taki sposób, żeby wszystkie osoby zaangażowane w daną sytuacją dostały swoje lekcje. Robert i ja dostaliśmy dokładnie to czego potrzebowaliśmy. Jak można wybrać śmierć osoby, którą kochasz? To niedorzeczne. A jednak. Dopiero teraz, po czterech latach, zaczynam widzieć w tym sens i czuć wdzięczność za to doświadczenie. Jeśli sami napisaliśmy taki scenariusz, oznacza to, że nie ma ofiar. Wszyscy jesteśmy Bogiem, doświadczającym Boga/Siebie w Świecie, w którym nie ma przypadków. Często nie znamy sensu pewnych doświadczeń, ale liczy się sposób w jaki coś przeżywamy. Wszystko ma nas prowadzić do Miłości. Każde doświadczenie ma otworzyć nasze serce nieco szerzej. Gdy nie pozwalamy cierpieniu przepływać i zamykamy się w zgorzknieniu i nienawiści coraz bardziej oddzielamy się od swojej prawdziwej istoty, coraz bardziej pogrążamy w ciemności.

Ziemia jest podobno jedną z najtrudniejszych szkół, a jednocześnie jedną z najpiękniejszych. Ziemia to Kraina zmysłowych doznań, w której przewodnikami są emocje i uczucia. Dusza jest Miłością, a każde doświadczenie ma nas do niej zbliżać, a więc każde doświadczenie zbliża nas do miłości. Nie ma drogi na skróty, ale w końcu wszyscy dotrzemy do miejsca, które jest, było i będzie w nas zawsze, miejsca, w którym jesteśmy krystaliczną, czystą i bezwarunkową Miłością, tymczasowo doświadczającą przejawów ziemskiego życia. Jak śpiewa Omkara: „To życie jest piękne. To życie jest straszne. To życie jest wspaniałe. Życie jest tylko snem. Skończy się w mgnieniu oka. Pamiętaj kim jesteś”. Bądź obecna/obecny w każdym jego momencie, w życzliwości i miłości dla wszystkiego i wszystkich wokół, bo wszystko się kończy i nigdy nie wiesz kiedy. Masz tylko tę jedną chwilę. Bądź.

Korekta przez: Radek Ziemic (2015-04-09)


komentarze

1. Jestem Duszą, a Ty... Jestem Przewodnikiem, a Ty? • autor: Nierozpoznany#80162015-04-09 11:50:38

Śmierć służy życiu. Zarówno ta fizyczna jak i ta metaforyczna.

2. Osiągnąć zrozumienie. • autor: Nierozpoznany#67832015-04-09 14:35:12

"Ze zrozumieniem przychodzi wyzwolenie". Udało Ci się to osiągnąć znacznie szybciej niż mi. Ja potrzebowałam aż 7 lat. Bardzo Ci dziękuję za te wszystkie słowa. Właśnie dzisiaj wskazały mi nową Drogę, ktòrej życzę Ci ròwnież, z całego serca. 
[foto]

3. Piękny tekst • autor: Michał Mazur2015-04-09 23:51:49

Piękny tekst... nie jestem w stanie wyrazić wszystkiego co teraz czuję
Przez większość 2011 roku sam niebezpiecznie balansowałem na granicy życia i śmierci... będąc w stanie zbliżonym do depresji klinicznej. Z takiego stanu są tylko dwie drogi, i obie są śmiercią... Jedna jest śmiercią fizyczną (samobójstwem lub zgonem w przypadku gdy podstawowe funkcje organizmu jak jedzenie czy spanie są zaburzone), druga... śmiercią metaforyczną, śmiercią starego ja. Poznaniem. Indywiduacją. Często wiąże się ona ze stanem ekstatycznym.
To, że w moim życiu zadziałała ta druga droga, nie ta pierwsza uważam za szczególne zrządzenie losu. Zacząłem żyć od nowa, wróciłem na studia - studia, które pozwoliły mi zgłębiać, oprócz mojej pasji czyli historii, także pewne aspekty związane z tymi przeżyciami. Oraz dawały mi dostęp do bardzo dobrze wyposażonej biblioteki.A co do zrozumienia - dopiero teraz zaczynam coś rozumieć. 
Z tego co mi jednak wiadomo, to od czasów pradziejowych ludy Eurazji wierzyły też w możliwość... indywiduacji pośmiertnej. Te znaki opisywane przez Panią... właśnie na takową by wskazywały.
  On pewnie jest teraz kimś więcej, niż był za życia
[foto]

4. Revers • autor: Nes W. Kruk2015-04-10 11:58:59


...

5. Śmierć • autor: Piotrdivine2015-04-13 21:58:32

śmierć to nie jest odejście.To jest transformacja.Ta osoba która już tam jest może zawsze patrzeć i opiekować się tobą.
[foto]

6. Kasiu, dziękuję za ten tekst. • autor: Mar Canela2015-04-13 23:42:10

U mnie to dopiero pół roku...
Też czuliśmy, że się zbliża wielkimi krokami.Ten dzień. Dzień przejścia. A raczej noc. Byliśmy razem do ostatniego oddechu. A potem nagle cisza.

Przez ostatni rok Jego życia umieraliśmy razem. Ze smutku, z bólu, żalu. Z bezsilności i niemocy. Aż w końcu On umarł, a ja przeżyłam. Tak myślałam. Tak myślałam do chwili, gdy przeczytałam takie słowa Osho:
"Umierasz każdego dnia. To nie jest zdarzenie, które ma miejsce pod koniec (na koniec) twojego życia. Śmierć jest procesem. Bardzo powoli umierasz każdego dnia i nadchodzi w końcu dzień, kiedy ten proces umierania ustaje".
No właśnie. Teraz wiem, że to On przeżył, a ja umieram dalej...

Mamy kontakt. Dopiero parę dni temu "powiedział" mi z niedowierzaniem: "Będę chyba żył. Wszystko się cofnęło". 
Dopiero teraz udało mu się "pozałatwiać" to, czego nie udało mu się na Ziemi.

Moje życie płynie dalej, choć jest teraz inne. Już nigdy nie będzie takie samo. Wiem, że tęsknota za Jego ludzką postacią będzie mi nieustannie towarzyszyć. Zwykła, kobieca tęsknota za ukochanym mężczyzną, po prostu.

Reszta jest ciszą. Reszta jest milczeniem. Reszta jest Miłością.

7. Przepiękne słowa, ale... • autor: Nierozpoznany#70192015-04-16 00:16:17

Przepiękne słowa, ale zabolały, bo obudziły we mnie to, co od lat staram się w każdym ułamku sekundy "zakopać" w niepamięci... Bo największy ból - to śmierć dziecka, zwłaszcza gdy przeżyło się z nim prawie 18 lat...

Mam w sobie strzępy zamyśleń... Żal, że czas, na który postawiłam, gdy żyła - oszukał mnie... I przerażającą świadomość, że obok bólu, który nie można porównać z żadnym innym - można istnieć i kupować różne rzeczy na następny dzień; uśmiechać się i planować...
Wszystko z kamienia - nawet milczenie.

Tak bardzo brakuje mi Jej przytulenia...

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)