Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

18 lipca 2016

Anna Zawisza

Kotom wstęp wzbroniony

Kategoria: Własne doświadczenia
Tematy/tagi: Stephan BielfeldtToni Packerzen

Od Redakcji: opowieść Autorki dotyczy wydarzenia: "Siedmiodniowa Otwarta Medytacja w stylu Toni Packer", która odbyła się w Kazimierzu nad Wisłą w dniach 25 czerwca - 2 lipca 2016, prowadził Stephan Bielfeldt.


Stojący na środku trawnika wysoki klon rzuca długi cień. Pod stopami czuję jędrną, nagrzaną trawę. Sobotnie, gorące popołudnie ciągle jeszcze trwa. Słońce, niczym u van Gogha, wiruje na rozpalonym niebie. Na schowanym w cieniu ganku siedzi kilka leniwie rozmawiających osób.

Pierwsze, w czasie tego odosobnienia, wieczorne medytacje grupy Toni Packer, nazywane przez Jacka „medytacjami bez premedytacji”, powinny rozpocząć się dziś o wpół do ósmej. Uczestnicy stopniowo dojeżdżają, witają się, torby i walizki znikają we wnętrzu domu, słychać otwierane drzwi, podłoga skrzypi w ten jedyny, przynależny temu miejscu sposób. Słychać polskie i angielskie zdania, mamy parę osób spoza Polski.

Skupiamy się dookoła garnka z parującą zupą, postawionego przez Tomka, naszego kucharza, na długim stole w jadalni. Dotykam szeroko rozpostartą dłonią ciepłego, drewnianego blatu stołu. Dociera do mnie przypomnienie zeszłorocznego pobytu, kiedy po raz pierwszy trafiłam do tego przyjaznego, zawsze otwartego dla medytujących miejsca. Znad miseczki z jedzeniem spoglądam przez ogromne okno na odległą, ukrytą wśród drzew i krzewów, salę medytacyjną. Nad wysokim żywopłotem widać okrągły dach, wykładana białymi kamieniami ścieżka prowadzi przez trawnik do japońskiego ogródka - u drzwi do sali.

Pod stołem, między krzesłami, przemyka piękny, jasnorudy kocur. Nie było go w zeszłym roku - mówi Hania, gospodyni – to Leo. Kot łasi się do każdego, kogo spotka na swojej wijącej się, między nogami jedzących, dróżce. Towarzyszy nam, kiedy po posiłku idziemy grupą do sali medytacyjnej.

Sala wita nas ciepłym blaskiem słońca, wpadającym przez szerokie okna. Białe zasłonki prawie niedostrzegalnie falują w lekkim wietrze, na drewnianej podłodze leżą w pozornym nieładzie maty i poduszki do medytacji.

* * *

W sali medytacyjnej powoli, jakby z namysłem, zapada zmierzch. Jasne ściany z ledwo ociosanych belek prawie niezauważalnie szarzeją, oszalały świergot ptaków na zewnątrz przycicha, pod sklepieniem sali gromadzi się zawiesista ciemność. Słychać oddechy medytujących, czasami ktoś westchnie, kaszlnie, czasami można bardziej wyczuć niż usłyszeć, wahnięcie prostowanych pleców, skrzypnięcie drewnianego krzesła, chrzęst poruszonej poduszki.

Nie ma przymusu – nie muszę tu być. To mój wybór, że zmagam się z bólem skrzyżowanych nóg, zdrętwiałych stóp, garbiących się pleców. I nie potrafię odpowiedzieć pytającym mnie, pozostawionym w Warszawie znajomym, dlaczego to robię.

Ale ciągle wraca do mnie ta chwila, gdy ze zmąconym umysłem zbudziłam się po niespokojnej, przemęczonej nocy. Nagły koniec mrocznego snu i równie nagłe otworzenie się cichej, spokojnej, bezkresnej rzeczywistości. Całkowite uciszenie, łagodny bezruch, wygaszone wszystkie żądania, życzenia, pretensje, roszczenia. Tylko jasny, ciepły blask światła na wewnętrznej powierzchni moich powiek. Światło narodzone we mnie, nie przychodzące z zewnątrz. To trwało – nie wiem ile, ułamek sekundy, a może minuty – wystarczająco długo, żebym była w stanie zrozumieć, że właśnie teraz to się dzieje. I - jakby ktoś włączył prąd – w milionowej części sekundy pojawił się nagły wrzask, hurkot, obrzydliwy hałas, do którego brzmienia poczułam wstręt. Ogarnęła mnie ciemność. W moim dotychczas nieobecnym umyśle pojawił się czarny, wrzaskliwy szczęk walczących z sobą, pełnych szaleństwa, wszechświatów. Zaczął się nowy dzień.

Wspomnienie tamtego cichego i jasnego przebudzenia wraca do mnie czasami, gdy zasiadam do medytacji z radosnym oczekiwaniem, że może kiedyś jeszcze mi się to przytrafi. Ale nie, nie pojawia się. Czasami czuję pod powiekami to zanikające wspomnienie, coraz bardziej odległe. A jednak codziennie zasiadam na czarnej, okrągłej poduszce wypełnionej gryczaną łuską, w zapadającym w mojej sypialni zmroku, lub w tej pięknej, otoczonej zielonością, sali. Bo może wróci ta jasność, ten blask, ta cisza.

* * *

Siedzimy w ciszy. W zaułku mojego przymkniętego oka pojawia się rudy, puchaty kształt, przesuwający się bezszelestnie po posadzce. Nie, to nie makyo. Leo wślizguje się przez otwarte drzwi do sali i na przykucniętych łapkach obchodzi powoli siedzących. Cudownie, nie ruszają się, można bezkarnie ocierać się o stopy, obwąchiwać złożone w mudrę dłonie, wspinać się po zastygniętej postaci, a w końcu – cóż za niebywała przyjemność - koniuszkiem puszystego ogonka omiatać twarz. Dalej nikt się nie rusza. Więc Leo kładzie się na środku sali medytacyjnej i powoli, z rozkoszą, liże się po swoim miękkim brzuszku. Oczy obecnych skupiają się na kocie. Nagle Jacek podnosi się z poduszki i chwyciwszy Lea wpół, zdecydowanym ruchem przyciska go do piersi. Wychodzi z sali, zamykając za sobą dotychczas otwarte drzwi.

Leo jednak nie rezygnuje. Korzystając z zostawionych (przez nieuważnych) otwartych drzwi, każdego dnia pojawia się na błyszczącej posadzce sali medytacyjnej. W końcu, wchodząc na poranne medytacje, widzimy na framudze drzwi do sali medytacyjnej przybitą pinezkami kartkę z inskrypcją w dwóch językach: Kotom wstęp wzbroniony! No cats allowed!

Upływają kolejne dni. Moje oczekiwania wobec medytacji i tego, co mi przyniosą, raz za razem stają się nieistotne lub niedorzeczne, lub po prostu głupie. Po raz kolejny widzę, jak nikły jest związek między tym, co roi się w moim wiecznie nienasyconym umyśle, a codziennością. Kiedy po kolejnej medytacji przepływa mi przez głowę refleksja – no proszę, jaka milusia, gładka, przyjemna medytacja, a zapowiadał się taki hardcore – postanawiam spędzić jeden dzień poza salą medytacyjną.

Siedzę na tarasie i wpatruję się w skupione, na krańcu trawnika, różnobarwne drzewa. Ptaki śpiewają, liście szumią, z kuchni dochodzą ciche odgłosy, świadczące o przygotowaniach do posiłku. Kolację zjadam razem z innymi w przytomnej, łagodnej ciszy. Po kolacji powoli, z lekkim poczuciem winy, zdążam w stronę sali medytacyjnej. Zasiadam do wieczornych medytacji. Uspokajam oddech… jeden, dwa, trzy… dziewiętnaście, dwadzieścia, dwadzieścia jeden… dwadzieścia dziewięć. Cholera jasna. Z trudnością wracam na ścieżkę medytacji.

- Po prostu to obserwuj – mówi na prywatnej rozmowie Stephan, opiekun naszej grupy i uczeń Toni Packer. -Tylko i aż - obserwuj. I zastanów – kto obserwuje. Codzienne, południowe mowy Stephana dotykają problemów pojawiających się w czasie medytacji, ale też przynoszą nowe spojrzenie na to, co ci się podczas nich dzieje.

Siedzę przez kolejne dni, zmagając się między rozproszeniem i brakiem uwagi, a chwilowymi przebłyskami świadomości. Czasami przychodzi uciszenie i spokój. Czasami pojawia się rzadkie milczenie, a bezustannie kręcąca się w głowie maszynka, z przewijającym się na okrągło filmem ze mną w roli głównej, zatrzymuje się. Czasami przychodzi zrozumienie, że jest, jak jest. Że nie trzeba być wrogiem codzienności, co tak często mi się zdarza. To rzadkie chwile, ale warto dla nich spędzać dwanaście rund dziennie na poduszce.

* * *

Na dolnej krawędzi otwartego szeroko okna pojawia się ruda łapka. Po chwili druga, a wkrótce nastroszone, trójkątne uszy i złociste ślepia. Leo błyskawicznie przeskakuje przez ramę okna i w ułamku sekundy jest już w sali. Rozlega się czyjeś głośniejsze westchnienie, potem zduszone parsknięcie.

Siedzę na tarasiku na tyle domu, patrzę przed siebie wzrokiem spragnionym - pełnej życia, soczystej - zieloności. Na ścieżce, prowadzącej od strony sali medytacyjnej, po raz kolejny pojawia się Jacek, przytrzymując Lea łokciem. Spokojnie mija taras i znika za rogiem domu. Gdy po godzinie kontemplacji widoku drzew i trawy wchodzę do domu od strony ganku, widzę siedzącego na ławeczce Jacka i rozłożonego u jego stóp Lea. Obydwaj, zgodnie zanurzeni w medytacji, grzeją się w blasku słońca, zmierzającego ku horyzontowi.

Kiedy wieczorem siedzę na ganku, na wysokości moich oczu dostrzegam płynącego przez ciemność świetlika. Dom ucicha i zapada w sen. Ogarnia mnie spokojna zgoda na to, co jest.

I właśnie z tym wyjeżdżam z Kazimierza – zaakceptować to, co jest. Nie walczyć. Być z tym. To trudne. Wracam do zagonionej codzienności, do moich codziennych żalów, do rzeczywistości, z którą tak zacięcie walczę. Czy uda mi się odnaleźć w Warszawie tę wewnętrzną ciszę ?

Korekta przez: ()


komentarze

1. Cudne. • autor: Manna2016-07-18 18:23:13

Pięknie napisane.
I szczególne pozdrowienia dla Jacka i Leo:))
[foto]

2. Alergia na koty • autor: Jacek Dobrowolski2016-07-19 17:05:44

Jedna z dam miała alergię na koty stąd ta akcja.

3. Pozdrawiam tym bardziej, • autor: Manna2016-07-19 19:26:26

Jacku:))
[foto]

4. A już myślałem... • autor: Wojciech Jóźwiak2016-07-19 20:34:43

...Jacku, że Szkoła Toni Packer jest z zasady antykocia. :)

5. Jakaż tam antykocia, • autor: Manna2016-07-20 00:32:35

przecież Leo został ewidentnie skaptowany do medytowania przez Jacka:))
[foto]

6. Leo • autor: Jacek Dobrowolski2016-07-20 11:04:18

Leo jest naszym wielkim nauczycielem.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)