Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

25 kwietnia 2019

Paweł Droździak

z cyklu: Psychologia i polityka (odcinków: 43)

Kropka nad Ypsylonem – o strajku nauczycielek


« Pożar Notre Dame. Czy można przejmować się symbolami? Kto komu może domalować »

Kadr z filmu Dzień świra

Strajk nauczycielek był przegrany zanim w ogóle się zaczął i rzecz to na tyle oczywista, że wydawałoby się, iż nie ma sensu pisać dalej o tym.

Jednak przez czystą sympatię nie tylko dla samych strajkujących, ale i dla wszelkich w ogóle desperatów wołających na puszczy i próbujących dokonać niemożliwego, z wiatrakami walczących, usiłujących lewitować, ćwiczących „walkę bez walki”, organizujących „społeczne protesty” i tam dalej, dla nich wszystkich, którym Stachura swój poemat o kropce nad Ypsylonem poświęcił warto się wysilić na tych kilka słów daremnego zasadniczo komentarza.

Najpierw więc o realiach. Miażdżąca większość strajkujących to kobiety, ponieważ w ogóle miażdżąca większość nauczycieli to kobiety, dlatego tak zabawne jest, jak uporczywie wszelkie media innym razem pchające pod górę jak ten Syzyf różne „ministry”, „naukowczynie” i inne w tym rodzaju językowe dziwożony, tym razem mówią ciągle „strajk nauczycieli” zupełnie pomijając fakt, że oto mamy naprawdę chyba pierwszy raz w 30 letniej historii taki zryw kobiet i niemal wyłącznie kobiet, bo mężczyzn tam się błąka jakieś kilka procent. Więcej ich nie ma w zawodzie. I niemal nikt na to nie zwraca uwagi. Wkrótce powiem czemu, bo to nie przypadek, a nawet rzecz jedna z kluczowych.

Kto bowiem ponosi koszty edukacji naszych dzieci? Chciałoby się rzec „podatnicy”, lecz to nie jest prawda. Podatnicy w Polsce naprawdę wcale źle nie mają. Nawet ci pomniejsi i niewiele znaczący, czyli ta część, co mają firmy w Polsce zarejestrowane, oni też nie mają tak najgorzej w porównaniu.

Koszty edukacji naszych dzieci pokrywają mężowie nauczycielek. Żyć bowiem mogą nauczycielki tylko dzięki zarobkom owych mężów, ewentualnie innej jakiejś rodziny. Bez tego to nie działa. Polska nauczycielka bez męża informatyka, prawnika bądź właściciela smażalni kurczaków nie przetrwa od pierwszego do pierwszego, gdyż jest to po prostu fizycznie niemożliwe. Nie da się. Awykonalne. Da się miesiąc, da się dwa, może i pół roku, ale w końcu trzeba jakieś ubrania wymienić, iść do dentysty, telewizor dotrze do końca gwarancji i padnie, jak to te współczesne mają we zwyczaju, a jeszcze któraś nauczycielka zaszaleje do tego stopnia, że zje obiad w restauracji i sama zapłaci.. Skutki takich decyzji niełatwo później nadrobić.

No nie da się tak żyć. Dlatego polska nauczycielka żyć może tylko w duecie z drugim jakimś człowiekiem, co funkcjonuje zawodowo na całkiem odmiennych, mniej idealistycznych powiedzmy to jasno, zasadach. Co zresztą rodzić może pewne problemy w tych parach, właśnie na styku tego realizmu i idealizmu i naturalnego między nimi dialektycznego napięcia, o których więcej może kiedyś napiszę, ale biorąc pod uwagę realia, nie prędzej niż jak będę na emeryturze. Dość tymczasem powiedzieć, że w tych tragediach par skupia się jak w soczewce nieprzepracowany społeczny problem, o którym tu może więcej za chwilę powiemy. Pewna niespójność idei. Znane i ograne „mieć czy być” w skali społecznej, czyli „jak długo społeczeństwo które chce tylko mieć, może społeczeństwem być?”. Nikt nie wie. Wygląda na to, że jakieś dwa pokolenia. Później coś się wydarzy. I skupia się energia napięć tego skrzypiącego, dudniącego, klekoczącego pojęciowego niedomknięcia neoliberalnej społecznej utopii, skupia się jak w soczewce w tych problemach par, w których ktoś musi „mieć”, by ktoś inny „był” i dla obojga jest jasne, że drugie nic nie rozumie.

Co do strajkujących i ich życia czystą ideą, problem dotyczy zresztą nie tylko nauczycielek. Podobnie mają się sprawy z tą częścią psycholożek, które pracują tylko w państwowej służbie zdrowia, a nie siedzą tam tylko tyle, aby mieć ZUS, tak się ma rzecz z pracownicami socjalnymi, które kompletnie już nie mają ruchu w bok, kuratorkami, pedagożkami, pracownicami muzealnictwa, pracownicami ośrodków pomocy porzuconym psom i z całą masą innych zawodów sfeminizowanych w 99 procentach właśnie dlatego, że to tak wygląda. Tych grup zawodowych jest całkiem sporo i kobiet pracujących w nich za symboliczne stawki jest potencjalnie spora armia. Liczniejsza od polskiej armii zawodowej i policji razem wziętych na pewno i nawet jakby Obronę Terytorialną doliczyć, to tych kobiet i tak będzie więcej, a co dopiero, jak się to przez dwa pomnoży bo doliczy mężów, dzięki istnieniu których to wszystko może trwać już od lat trzydziestu. I wszystkie te kobiety są w tej samej sytuacji. Jeśli chcesz wykonywać taki zawód, musisz znaleźć męża o profesji takiego rodzaju, by dawała Wam jakieś normalne dochody. Inaczej nie przetrwasz, albo przetrwasz, ale wyłącznie dzięki sile i potędze Idei, jak stachurowska kropka nad Ypsylonem, które to odniesienie wielu czytelnikom może nic nie powie, ale w czasach „edukacji ogólnej niepotrzebnej” zawsze w takich razach można sobie przecież wygooglać, kim był niejaki Stachura. Jest Wikipedia. Dzięki niej jeszcze jakoś się dogadujemy, bo tam można zawsze znaleźć jakieś Jedno, co ludzi połączy.

Co niemożliwe w świecie materialnym, zdominowanym przez nieubłagane fizyczne prawa, to w świecie ludzkim się zdarza. Nie wiem jak. Ale właśnie dlatego, że jesteśmy ludźmi, stworzeniami po części z ciała, lecz po części z Ducha, zdarza się. Mimo matematyki, lub wbrew niej i nie tylko dzięki korepetycjom, bo przecież nie są te korepetycje aż tak wielkim biznesem, a poza tym i tak nie w każdym przedmiocie się da.

Czemu zatem nie działa to odwrotnie i czemu nie ma w tych zawodach po połowie mężczyzn, którzy by podobnie przecież mogli czynić – żyć z nauczycielskiej pensji i mieć backup w postaci dochodów żony informatyczki, prawniczki bądź właścicielki smażalni kurczaków? Piotr Ikonowicz, gdy go spytano kiedyś o życie prywatne zadumał się chwile po czym wyrzekł słowa oto takie: żeby być żoną rewolucjonisty, trzeba być rewolucjonistką.

Nie ma co wątpić w to, że człowiek ten zna się na rzeczy. Istnieją na świecie rewolucjonistki. I tylko dzięki temu nieliczni wśród nauczycieli nauczyciele (w sensie – mężczyźni) mogą istnieć i nie tylko istnieć, ale i mogą mieć udane związki. Większość mężczyzn nie mogłaby sobie na to pozwolić, ale jeśli masz niezwykłą osobowość, funkcjonujesz gdzieś w antykulturze, alter-kulturze, lub masz inne jakieś kosmiczne właściwości, albo spotkasz kobietę rewolucjonistkę, kropkę nad Ypsylonem i żywy dowód na to, że nie cała wiedza o człowieku mieści się w socjobiologii, to wtedy możesz być nauczycielem i mieć rodzinę. Możesz sobie wtedy na to pozwolić. I jakoś to działa. Psychologia ewolucyjna nie wie jak, ale psychoanaliza wie, że to możliwe, choć wie też, że rzadko, bo rozumie, że zajmuje się człowiekiem, nie małpą, choć wielu ludzi zasługuje, by ich tylko nazywać małpami.

Czasem się uda. Niektórym mężczyznom też się udaje jakoś żyć będąc nauczycielem. Smutną alternatywą jest to, co się przydarza bohaterowi filmu Dzień świra i niestety tak bywa znacznie częściej, bo bliższe jest twardej rzeczywistości. Na szczęście nie całej. Tak czy siak mężczyźni od takich zawodów stronią jak mogą, wiedząc, że pewnych wyborów może im życie nie wybaczyć. Kobiety owszem, mogą sobie na to pozwolić, bo nie ma, nie było i nie będzie w tych sprawach na świecie żadnej symetrii. Nikt jednak nie idzie na pedagogikę, psychologię, nie wybiera zawodu pracownika socjalnego, ani kuratora, jeśli jego celem są pieniądze. Zawód muzealnika też może wybrać mężczyzna pod tym tylko warunkiem, że jest bohaterem książki Nienackiego dla młodzieży, nazywa się Pan Samochodzik i ma amfibię-samoróbkę z silnikiem Ferrari po dziadku. Dwanaście cylindrów!

Bardzo nieliczni w tych zawodach pieniądze jakieś zarabiają, nikt więc tego nie zakłada z góry do zawodu tego idąc, że zarabiać będzie, bo wiadomo, że się nie da, chyba że wyjątkowo. Dlatego mężczyzn praktycznie tam nie znajdziecie. Dlatego nie pracują w szkołach. Nie mogą. Wiedzą, że nie mogą, przecież nie są szaleni. Świat nie toleruje takich rewolucji na skalę masową. Najwyżej wyjątki. Żeby żyć wyjątkowo, trzeba być kimś wyjątkowym. Stu sześćdziesięciu tysięcy wyjątków nie mamy.

Czemu zatem media głównego nurtu nie nazywają strajku nauczycielek po imieniu? To chyba już jasne. Właśnie dlatego. Żeby nie poruszać niebezpiecznego tematu owej asymetrii, bo to się nie mieści w mainstreamowym przekazie i może się wypsnąć jakieś nieostrożne słowo, niezręczne sformułowanie, kawałek smutnej prawdy w zalewie słodkiego bełkotu wynurzy się i oj, będzie kłopot. Na co to komu takie rzeczy ruszać? Dlatego nauczycielki mają wirtualnie nadaną płeć męską, jak dawna angielska królowa.

Czemu zatem ludzie idą do takich zawodów? Wedle mego rozeznania – żeby nie podlegać regule, której podlega wszystko inne. Regule efektywności rynkowej i zysku. Która jest alienująca. Mówiąc potocznie, idą do tych zawodów, bo nie chcą do korpo. Bo by tam umarli. Chcą żyć w świecie, który się opiera o inne jakieś zasady, niż czysto rynkowe. Czasem jest w tym lęk przed światem opartym na rywalizacji. Czasem większe zainteresowanie ludźmi, niż rzeczami. Czasem jedno i drugie. Tak czy siak, nie są to osoby o typowych dla większości motywach. Kropka nad Ypsylonem. Małpa mówiąca. Lewoskrętny ślimak. Nauczycielki i inne kobiety z tej grupy na całym świecie są podobne. Podobnie nierzeczywiste. Nie mam pojęcia, na jakiej zasadzie istnieją. Skąd się biorą. Jakim cudem przetrwały tak długo. To po prostu nie mieści się w głowie. I co ciekawe, chce im się robić co robią. To niesamowite. Tradycją tego bloga jest polecać filmy, więc i tu z tej okazji skorzystam. Polecam japoński film Niedopasowani. Jest na Netflixie. Pokazuje życie japońskich nauczycieli. Styl nieco groteskowy, jak to u Japończyków, ale mnóstwo mitów upada po obejrzeniu tego materiału. Niedopasowani – tytuł pasuje idealnie.

Rzecz jasna nikt nie popiera nauczycielek dla nich samych. Ludzie popierają je licząc, że po porażkach wszystkich poprzednich prób to wreszcie strajk nauczycielek okaże się tą wymarzoną rewolucją, która pokona PiS. Oczywiście nic takiego nie nastąpi. Nie da się pokonać PiSu bez odebrania mu podstawowej przyczyny istnienia. Ta przyczyna jest zresztą tą samą przyczyną, dla której nauczyciele budzili społeczną niechęć i politowanie. To ta sama przyczyna, dla której niechęć budzili sędziowie, obecnie już jakby trochę zapomniani. Jakaż to przyczyna? Otóż zarówno nauczycielki, jak i sędziny (tu też więcej kobiet, choć nie aż w takim stopniu) nie działają na wolnym rynku. Nie są przez wolny rynek przeczołgani. A zwykli ludzie są przez wolny rynek przeczołgiwani każdego dnia. Życie człowieka który wolnemu rynkowi podlega i życie tego, który mu nie podlega różnią się tak, jak młodość tego co był w wojsku od młodości tego, kto się wymigał. Ten co był w wojsku nie potraktuje poważnie tego, kto nie był. Uważa go za szklarniową roślinkę i patrzy na niego z wyższością i politowaniem, a jego narzekań słucha z mieszaniną wrogości i zniecierpliwienia. Kto był w wojsku, jest dumny że to przeszedł, choć tego nienawidził.

I dalej nienawidzi, ale nie może tego powiedzieć, bo to by znaczyło, że zmarnował kawał czasu. Woli myśleć, że coś zyskał, zamiast więc krytykować powszechną służbę wojskową, traktuje pogardliwie tych, którzy przez to nie przeszli. Analogicznie ten, kto przeczołgiwany jest przez wolny rynek pogardza tymi, którzy żyją w realności budżetówki i nie traktuje ich żądań i narzekań poważnie. Czuje swoja wyższość, bo wytrzymuje coś, czego nienawidzi. Nienawidzi, ale dumny jest, że daje radę znosić. Nie przyzna się, że nienawidzi wolnego rynku, bo wówczas poczułby się mięczakiem. Woli uważać za mięczaków tych, co się kryją w budżetówce zamiast porządnie na rynku walczyć jak lwy. Jak on. Ale jednocześnie on tego nienawidzi, więc popiera PiS w nieświadomej nadziei, ze PiS przywróci socjalizm. Ale tak przywróci, żeby ten człowiek nie musiał przyznać, że tego właśnie chciał. Że nie dał rady. Będzie więc pogardzał tymi, co mają państwowe etaty i jednocześnie popierał partię, która je może przywrócić. Bo ta partia nigdy nie powie tego głośno. Czy zatem jest jakakolwiek nadzieja, że nauczycielki wygrają? W żadnym wypadku. Ludzie zbyt mocno nienawidzą własnej sytuacji na wolnym rynku, by spokojnie obserwować, jak ktoś coś uzyskuje na nim się nie bijąc. Czuliby się wówczas jak zupełni idioci.

Dobra zmiana na protesty różnych grup zawodowych i społecznych reaguje zawsze tak samo. Tak jak reaguje na informację od służbowego kierowcy o tym, że nie da się w tych warunkach jakie są jechać szybciej, albo na informację od pilota, że nie ma jak wylądować, bo nic nie widać. To są wszystko i zawsze podstępy ciemnych sił, pragnących naszą determinację osłabić i na końcu nas zniszczyć. Każdy kto protestuje, lub się czegoś domaga, jest zatem wrogiem, ale nie wrogiem w tej konkretnej sprawie, tylko wrogiem w sensie absolutnym. Wrogiem na zawsze. Zdrajcą w sensie ostatecznym i walka, którą ktoś taki z Dobrą Zmianą zaczął, nie zostanie zakończona nigdy.

Przystępuje się zatem do kontrataku, wykorzystując słabe punkty przeciwnika, czyli takie elementy obrazu danej grupy społecznej, które w odbiorze reszty społeczeństwa są jej ciemną stroną. Kiedy konflikt jest z sędziami, mówi się o tym, że sądy są do reformy, bo łapówki i sprawy długo się ciągną, a poza tym komuna, bo sędziowie byli sędziami także 30 lat temu. Kiedy z lekarzami, podkreśla się, że są do niczego i przekupni. Kiedy konflikt jest z inwalidami i ich matkami, pokazuje się matkę, która zamknęła dłonią synowi usta na znak, że nie wiadomo, do jakich tam niby okropności w zaciszu domowym dochodzi. W niektórych przypadkach to obrzucanie buntujących się ludzi błotem musi odbywać się siłami samej Dobrej Zmiany, często jednak nie musi ona robić zbyt wiele, bo wystarczy, że uruchomi pewne procesy i niedostatki umysłowe przeciwników same zrobią resztę, gdyż oni sami tę zbuntowaną grupę wykończą we własnych goniących za sensacją mediach. Tak jest na przykład z sądownictwem, gdzie w tym samym czasie media głównego nurtu niby to bronią konstytucji i niezależnego sądownictwa i obok tego, dosłownie równolegle, wchodzą w kompetencje sądów dokonując samosądów w medialnych sprawach i orzekając, że sądy zadziałały źle. Media takie same wydają wyroki tworząc w odbiorcach przekonanie, że w zasadzie sądownictwo w ogóle nie jest już potrzebne, bo dziennikarze spokojnie wystarczą, by każdą sprawę samodzielnie ocenić i wydać najlepszy wyrok. Tym sposobem czynią całkowicie bezskutecznymi wszelkie swoje działania, które w innym miejscu wykonują dla ochrony konstytucyjnego systemu, bo przecież wcześniej już uczyniły ten system całkowicie niewiarygodnym w ludzkich oczach. Niewiele osób to jednak łączy, bowiem czasy, gdy łączono sprawy, które z założenia nie miały być połączone, dawno minęły. Dziś znaczenia ustawia się raczej na sztywno.

Podobny problem, jak z sądami, wystąpi za chwilę w sprawie protestów nauczycieli. Rząd zaczął typowo, czyli przygotowuje raport mający sprawdzić, co by można nauczycielkom i szkołom jako całości zarzucić. Szykuje też debatę, która może trwać całe miesiące, by nauczycielki wykończyć ekonomicznie do reszty. Następnie, powołując się na wnioski z debaty „jak zreformować edukację w rok po reformie”, będzie zarzucał to, co może „chwycić”, usiłując rozbudzić w publiczności do protestującej grupy niechęć, a w ślad za tym zniechęcenie do roszczeń, bo przecież nieuzasadnionych, skoro uzasadnioną formułuje się krytykę. Czy się to uda?

Najpewniej tak, a pomoże w tym siła samej drugiej strony, konkretnie zaś najbardziej po drugiej stronie widocznej grupki osób, prezentujących siły lewicy progresywnej i najogólniej rozumianej społecznej postępowości. Co bowiem zostanie szkole zarzucone? To, co zarzuca się szkołom od początku świata. Że zmuszają, że schematycznie, że na pamięć, że nie ma samodzielnego myślenia, no i to jeszcze, że gdzieś indziej można się nauczyć lepiej, choć co właściwie znaczy „lepiej” to to już nie będzie tak jasne.

Po stronie, którą na własny użytek określam skrótem LiP (Lewica i Postęp) zarzuty o to, że coś jest na pamięć, że coś jest wedle schematu, że jakieś rozwiązania są dane z góry, że są wymagania sztywne, że istnieją oceny, że coś jest podzielone w jakiś sposób, zamiast połączone, albo że istnieje gdzieś jakikolwiek aparat przymusu, praktycznie zawsze trafiają na podatny grunt. Istotą przekazu tej opcji jest bowiem jak najszerzej pojęte zwalczanie hierarchiczności, kategoryzacji i uogólnienia, które by cokolwiek określało, lub wartościowało, czyli, jeśli rzecz pociągnąć odpowiednio konsekwentnie, usuwanie ze struktur myślowych wszelkich w ogóle rusztowań, tak aby mózg nie miał w ogóle już żadnych części o funkcjach odrębnych i odrębnej, powiedzmy, gęstości oddzielonej jakimikolwiek granicami, ale by miał strukturę doskonałego już żelu, bo tylko wtedy nie ma oporu przeciw całkowitej logicznej, semantycznej, tożsamościowej, a wreszcie i płciowej, fluencji bo koniec końców tylko o to chodzi. Edukacja, która z samej natury swej jest przemocą w takim sensie, w jakim przemocą jest wszelkie w ogóle kształtowanie, kategoryzowanie, nazywanie, informowanie, dookreślanie i dzielenie na zbiory, czyli wszelkie w ogóle myślenie – taka edukacja jest tu zawsze w jakimś momencie przeszkodą, dlatego Dobra zmiana liczyć może na to, że w odpowiedniej chwili LiP – postępowcy wbiją nauczycielkom w plecy nóż. To pewne.

Póki co mamy wstęp do tego, czyli na poły histerycznie neurotyczne, a na poły czysto kabotyńskie płacze nad biednymi dziećmi, co nie będą mieć na czas klasyfikacji, egzaminów i matur i w tym ich krzywda. Nie bardzo wiadomo, gdzie tu krzywda, skoro będzie to dotyczyć wszystkich dzieci na równi i wszyscy będą wiedzieć, co zaszło, zawsze więc będzie można się na to powołać. No to gdzie tu krzywda? Krzywdy nie ma żadnej, ale krzywdy dziecka nie dostrzec to zawsze rzecz wizerunkowo niebezpieczna, dlatego dostrzegają wszyscy krzywdę na wyprzódki czy jest, czy jej nie ma, a to tylko wstęp do tego co jeszcze nas czeka, jasne jest bowiem, że PiS na krok nie ustąpi. Prędzej Ukraińców i Wietnamczyków zatrudni do uczenia dzieci. Wietnamczyków do nauk ścisłych, a Ukraińców do humanistyki. Nim to się stanie, karmieni będziemy przez całe tygodnie bełkotem o „powołaniu” i „uczeniu z pasją” którego „tak bardzo brakuje”. Mój Boże.. Czy widział kto kiedy osobę, która z pasją zdolna jest wykładać przez osiem lat z rzędu geografię na poziomie klasy piątej i tematem tym się wciąż fascynować? A ludzie naprawdę wierzą, że to właśnie jest warunkiem tego, by się dzieciak czegokolwiek nauczył. To oczywiście nieprawda. Dziecko będzie się uczyć, gdy będzie mu na tym zależeć, a zależeć będzie mu na tym z miłości do rodziców, którym będzie na tym zależało. Dziecko będzie robić to dla nich. Nie ma żadnego innego powodu, a na pewno nim nie będzie nauczyciel, bo to obcy człowiek i dlatego nigdy żadna instytucja człowieka wychować nie zdoła, ani żadnych przekazać wartości. Bo to dzieje się tylko dzięki miłości, a zatem tylko w rodzinie. Inaczej się nie da.

Jak zatem ma uczyć nauczycielka? Normalnie. To w zupełności wystarczy, a cała reszta to tylko z jej strony grzeczność i dobra wola, wyjątek zupełny za te groteskowe stawki, jak nad Ypsylonem kropka i nikt tego nie ma prawa wymagać, ani to zresztą do czegoś niezbędne, bo nie jest rzeczą nauczycielki, by uczeń umiał, ale jest to rzeczą ucznia i tylko jego. Ale tego w dzisiejszym świecie nikt nie przyjmie do wiadomości. Tak jak wierzy się dziś w świat którego nie ma, tak i w nauczycielki które nie istnieją i istnieć nie będą. A te realne nigdy do tego ideału nie zdołają dorównać, bo to niemożliwe, tak jak są niemożliwe dla tej armii kobiet jakiekolwiek w ogóle podwyżki i niemożliwe jest już w dzisiejszym świecie jakiekolwiek w ogóle nauczanie. Nauczanie już się skończyło. Nikt nie wie lepiej, niż ktokolwiek inny i nikt nie ma prawa już uczyć nikogo.

Jakaż dla nauczycielek zatem nasza rada? Co mogą zrobić? Autor Kropki nad Ypsylonem całym swym życiem zaręcza, że możliwy jest zawsze wyjątek. Gdzie większość poniesie klęskę, uda się jednemu, jak to napisał „odeprzeć tłumne armie reguły”.

Oto w roku 1968 nigdzie nie pracujący poeta Stachura napisał do Komisji Ryczałtów Terenowych Związku Literatów Polskich podanie o treści następującej: „Uprzejmie proszę o przyznanie mi ryczałtu terenowego. Chciałbym wyjechać do województwa zielonogórskiego, gdzie zimą 1966/67 pracowałem jako robotnik leśny na zrębie (wieś Grochowice, nadleśnictwo Sława Śląska). Ukończyłem pisanie powieści pt. Cała jaskrawość. Zamierzam pisać kolejną prozę, której akcja toczyłaby się wokół tamtych leśnych, że tak powiem, spraw. W związku z tym chciałbym sprawdzić i uzupełnić posiadane notatki, a także zebrać dodatkowy materiał, a także przeprowadzić szereg rozmów z moimi byłymi towarzyszami pracy i tak dalej”.

I pieniądze, wcale przecież niemałe, otrzymał. Powodzenia!

Psychologia i polityka: wstęp na końcu

Re-publikowane z bloga Autora pod tym samym tytułem.


« Pożar Notre Dame. Czy można przejmować się symbolami? Kto komu może domalować »

komentarze

[foto]

1. Przeczołgiwanie przez rynek • autor: Wojciech Jóźwiak2019-04-25 10:27:31

Radzę przez Ctrl-F "Nie są przez wolny rynek przeczołgani" skoczyć do fragmentu w środku tekstu, gdzie jest najważniejsze: Paweł Droździak pisze o głównym, chociaż powszechnie lekceważonym i pomijanym (i nierozwiązywalnym!) konflikcie, który tli się pod podłogą naszego (i innych) społeczeństw. Jest to napięcie między rynkiem a budżetówką. Między czołganymi przez rynek -- a tymi, których rząd zabrał na pokład i których żywi z podatków, chociaż nędznie (czyli muszą tłoczyć się gdzieś pod pokładem). Ci wzięci przez rząd na pokład i żywieni przezeń za psie przeważnie grosze są w istocie jego zakładnikami. Dlatego ich nie wypuszcza: uporczywie przez 3 dziesięciolecia nie racjonalizuje szkół (ani medycyny, druga podobna branża).

2. Panie nauczycielki • autor: Ylvaluiza2019-04-25 12:11:36

Kobietom płaci się mniej, ponieważ są przyzwyczajone do tego, że trzeba innym służyć bez szemrania, poświęcać się bez oczekiwania na nagrodę. Zmywać, prać, sprzątać, bo ktoś to musi zrobić. Skoro nie dostają lepszej płacy - znaczy nie zasługują. Kobiety rzadko się  buntują. Dlatego nie było strajków wcześniej, choć od dawna były potrzebne. Teraz zbunował się ZNP, a panie potulnie zastrajkowały. Jak związek da sygnał, wrócą do pracy i wszystko zaakceptują. Wybrały ten zawód, gdyż często w okolicy nie było nic innego do wyboru, studia pedagogiczne wiązały się dla nich z awansem społecznym a etat w budżetówce przynosi poczucie bezpieczeńtwa. Sama przez pewien czas (choć nie z wyboru) związana byłam z oświatą i okres ten wspominam ze wstrętem - trzeba nie lada odporności psychicznej, żeby przetrwać na radach pedagogicznych słowotok dyrektorów wykazujących na podstawie wykresów, że ich szkoła jest najlepsza, zainteresowanych tylko tym, żeby wszystko  ładnie wyglądało na zewnątrz, zwłaszcza na papierze. Brakowało mi tylko transparentów: "Wyrobimy 300% normy za darmo!" - tzn. w ramach bezpłatnych godzin karcianych. Moje wzmianki o konieczności strajków zbywane były milczeniem - także przez przedstawicieli związków zawodowych. Wydawało się, że wszyscy są zadowoleni. Koleżanki-nauczycielki miały nieźle zarabiających mężów, a swoją wypłatę przeznaczały na comiesięczne tipsy u manicurzystki, ciuchy i kosmetyki (trzeba jednak podkreślić, że zaniedbane panie w niemodnych strojach były wyszydzane przez uczennice). Niezamężne stanowiły mniejszość i rekrutowały się spośród idealistek poszczących 3 x tygodniowo i żyjących życiem duchowym. Podsumowując: panie nauczycielki są osobami niezbyt skłonnymi do walki i ich obecna postawa wynika raczej z ugodowości wobec ZNP niż agresji
[foto]

3. Tekst bogaty, wielowymiarowy... • autor: Mirosław Czylek2019-04-25 22:01:03

Tekst bogaty, wielowymiarowy i wyskakujący z szufladek my - wy, my - oni, winni - ofiary. Plus mnogość zawiłości. I niejednoznaczność. Z wielką przyjemnością się czytało i z wielką przyjemnością przejrzę pozostałe wcześniejsze (oprócz inspirującego Notre Dame). Klasa.

4. Ciekawe ale • autor: InnyPodpis2019-04-25 23:29:59

Parę miesięcy temu był strajk w LOT. Stewardesy, choć chyba też oficerowie? "Twarzą" strajku jednak kobiety, ze związków zawodowych. Zostało zdjęcie jak klęczy przewodnicząca związku i prezes razem z nią. Tak impas w negocjacjach przelamywali. No i fale czarnych marszów, chyba 3 duże, na przestrzeni 2 lat. Może to takie medialne zagrywki, widziałam jednak że cokolwiek by o tym nie mówić w świadomości kobiet się zmienia sporo - a to tam przecież zaczyna się zmiana. Parę wzorów kultury jeszcze do przepracowania, dla świadomych, z obu płci. 
[foto]

5. Co robili razem klęcząc? • autor: Wojciech Jóźwiak2019-04-26 10:44:19

Co robili, przewodnicząca związku i prezes razem z nią, klęcząc, wtedy?

6. Przy odczytywaniu postulatów.... • autor: InnyPodpis2019-04-26 15:30:43

Przy odczytywaniu postulatów. Rozmowy, jakieś zbiorowe ustalenia, przed kamerami - stąd gdzieś tam uwiecznione fotostory w prasie. Jakiś postulatów nie chciał odpuścić (bądź żadnego, nie znam szczegółów i kontynuacji sprawy). Przewodnicząca ukleknęła, że go prosi. On za nią na kolana. Coś może  do siebie powiedzieli, ale to nie opisane już. 

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)