Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

17 lipca 2012

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Auto-promo Taraki 2 (odcinków: 151)

Krótka wycieczka na Mazury z książką Pinchbecka

Kategoria: Projekt Taraka

« Denaturacja i renaturacja, odpowiadam Vintere Co z tym żelaznym wilkiem? »

Daniel Pinchbeck wydał swoją książkę „Breaking Open the Head: A Psychedelic Journey into the Heart of Contemporary Shamanism” w roku 2002, a dzieje się ona w latach poprzednich, nawinięta wokół zwrotnego momentu 11 września 2011, który to sądny dzień zburzenia WTC zastał autora w miejscu zamachu, na jego rodzinnym Manhattanie; w tymże roku zmarł ojciec autora, co wiąże się w jakimś stopniu z niniejszym tematem. Książkę tę pod tytułem „Przełamując umysł” wydał Dariusz Misiuna (przekład wspólnie z Maciejem Lorencem) w swoim jakże dla polskiej alternatywy zasłużonym wydawnictwie Okultura w roku 2010. Fragment, rozdział 11 pt „Szamanizm a Drzewo Życia” zamieściliśmy tu, w Tarace, jeszcze przed Gwiazdką 2009. Tytuł „breaking open the head” trudno spolszczyć, dosłownie mniej więcej znaczy „wyłamywanie głowy tak, by ją otworzyć”; tytuł użyty przez Okulturę nawiązuje do tytułu filmu Larsa von Triera „Przełamując fale” (ang. Breaking the Waves), ale jeśli ktoś Von Triera nie widział, to i tytuł Pinchbecka będzie dla niego mało sensowny. Ale dość dygresji, nie martwmy się za tłumaczy.

Książkę wziąłem, dla odświeżenia poglądu, na krótki wypad na Mazury, nad Śniardwy i Tyrkło, gdzie zajrzałem do Nowych Gut i Wężewa, odwiedziłem rodzinę i wróciłem. Co (prawie) rok, prócz innych zabaw, zbieram tam piołun, tym razem byłem jeszcze przed piołunowym sezonem, roślina jeszcze nie zakwitła i pachnie nie tak jak w szczycie. Coroczny drang nach przyroda... jak w każde lato. Ale ludzie, jadąc złaknieni odmiany nad jeziora, do lasów, nad morze, w góry, wszędzie głodni utraconej i nieobecnej na co dzień anekumeny, zabierają tam ze sobą swoje miasto, zabierają całą swoją miejską otoczkę, cały swój kokon, który ich przed przyrodą izoluje, od niej ich oddziela, od niej chroni. Wszystkie wczasowiska i turystowiska, jak świat szeroki, pokazują tę niemożliwą do usunięcia sprzeczność: wyjeżdżając z miast w poszukiwaniu odrobiny dziczy, ciągniemy miasto ze sobą i chcąc z miasta się wydostać, trafiamy znów do miasta. Może trochę innego miasta, ale przecież wciąż widać obrazki nieodłączne od wczasowania, które pokazują, że przyjezdni robią wszystko, żeby to inne miasto do zwykłego miasta było jak najbardziej podobne.

Nad Tyrkłem banalny obrazek: w lesie pod sosnami 20 m od jeziora stoi samochód, wokół typowa rodzina 2 + 2, ojciecmatka ok. 45, wyciągnęli składany stolik, przekąski na stole, składane fotele, siedzą, delektują się. Drugi samochód właśnie zajeżdżał, zjechał niżej, nad samą wodą (jak tam wykręci?) przy pomoście, wysiadało towarzystwo bardziej karkowe. (Na szczęście mój teść znał inny pomost, głębiej przez las i bez dojazdu, pusto, na golasa można pływać.) Ale zdziwienia i żale, które kieruję tu do tamtych przypadkowych współbywalców znad jeziora stosują się i do mnie. Bo jak wejść w przyrodę, w jej pole, w jej uzdrawiającą moc? Potrzebne tu jakieś zjednoczenie, zlanie się, stopienie. Woda z żywiołów najłatwiejsza jest do zlania się – wystarczy wejść, zanurzyć się, zanurkować, popłynąć. Z ziemią trudniej, chociaż niby wystarczy na niej położyć się lub idąc boso mieć świadomość kolejnych kroków. Do połączenia z ziemią robię na warsztatach specjalne działanie: zakopywanie się do ziemi, właściwie: do jamy, gdzie się jest niby jakieś jamne nocne zwierzęta; spędza się tam noc, porę doby najbliższą żywiołowi ziemi. Do połączenia z ogniem służy chodzenie po ogniu. A może też kupalne skoki przez ogień nie byłyby złe?

W końcu, gdy to przemyśleć, wychodzi na to, że najważniejszy jest stan umysłu. Kontakt z naturą to kontakt z jej żywiołami, ale samo zanurzenie się w odpowiedniej substancji nie wystarczy, konieczny jest odpowiedni stan umysłu. To najlepiej widać z powietrzem, w którym niby stale jesteśmy zanurzeni, więcej: nieustannie powietrze wciągamy do wnętrza swojego ciała; jesteśmy istotami, które wciąż filtrują powietrze jak ryby czy małże wodę. A jednak konieczna jest dla nas sztuka oddychania, czyli jogiczna lub inna praca z oddechem. Bez odpowiedniego stanu umysłu fizyczne czynności będą na nic, pozostawią tylko zmęczenie i niedosyt, którego wielkimi pomnikami są podgórskie i nadmorskie kurorty.

Potrzebujemy specjalnych miejsc i czasów, żeby poczuć przyrodę, ale we właściwym stanie umysłu, z umysłem nastawionym na odbiór, na pobieranie, na chłonięcie. Tu odrobina autoreklamy: taki sens mają warsztaty Twardej Ścieżki! (Najbliższy, za niewiele dni, w Długopolu na Śląsku.)

Nawykowo włącza się albo-albo. Skoro przyroda nieskażona, anekumena, jest taka dobra, to miasto, cywilizacja, nie mogą być inne, jak złe. Oczywisty błąd, bo nie albo-albo tu trzeba myśleć, tylko i-i. Gdy ci duszno w pokoju, otwórz okno lub wyjdź na powietrze, nie musisz od razu burzyć domu. I warto się przy tym zastanowić, jak ten dom ulepszyć i przebudować. To piszę, żeby przejść i wrócić do Pinchbecka. Miód jego szamańsko-psychedelicznych podróży psuje mi dziegieć jego powtarzających się narzekań na zły kapitalizm. Jego gniew na cywilizację konkretyzuje się jako gniew na kapitalizm. Skoro kapitalizm zły, to co manhattańscy i sanfranciskańscy lewacy proponują w zamian? Bo jedną alternatywę my (w Polsce i w okolicy) już przerabialiśmy. Co może być zamiast kapitalizmu, co byłoby inne niż państwowy terror i totalitaryzm? Skoro kapitalizm opiera się na prywatnej własności, to narzucającym się rozwiązaniem jest zabrać wszystkim to, co mają i uczynić niewolnikami. Przerabialiśmy to i o to doświadczenie jesteśmy bogatsi od braci-psychonautów szamanów z Zachodu.

Pinchbeck dochodzi do wniosku, że tradycje otwierania umysłu, wchodzenia w jego poszerzone przestrzenie przy użyciu świętych roślin istniały (i miejscami istnieją) we wszystkich kulturach świata, z jednym oto wyjątkiem: oprócz nowoczesnego Zachodu. Wszędzie jest/było dobrze, tylko „u nas” fatalnie. Szukałem odpowiedniego słowa i nie znalazłem: bo „autodestrukcja” to niszczenie samego siebie. Pinchbeck przedstawia podobną, ale chyba jeszcze nienazwaną postawę: nienawiść do samego siebie. Ma się rozumieć, nie do siebie jako do jednostki, tylko do kultury, cywilizacji, do „macierzystego systemu”. Jest w tym coś z buntu nastolatków przeciw rodzicom. Odrzucenia świata i wartości rodziców, skupionych w „cywilizacji” lub „kulturze”.

Daniel Pinchbeck, gdy pisał tamtą książkę, miał 35 lat. Teraz ma 46 – ciekaw jestem, jak i czy zmieniły się jego (świato)poglądy? Tu jest jego witryna „Reality Sandwich” - trochę podobna do Taraki... :)

Auto-promo Taraki 2: wstęp na końcu

Starsze teksty z tego cyklu w blogu Auto-promo.


« Denaturacja i renaturacja, odpowiadam Vintere Co z tym żelaznym wilkiem? »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)