Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

10 maja 2019

Paweł Droździak

z cyklu: Psychologia i polityka (odcinków: 45)

Kto komu może domalować
O upadku wiedzy o znaczeniu, symbolu, języku i sensie


« Kropka nad Ypsylonem – o strajku nauczycielek Porozmawiajmy o cenie pietruszki »

obrazek.jpg

Stałych czytelników bloga mogę zapewnić, że obiecany cykl o bioetyce wcale nie został zapomniany i ciągle jest w drodze. Obserwuję jednak w ostatnim czasie tak duży natłok materiału, dającego asumpt do rozważań o upadku wiedzy o znaczeniu, symbolu, języku i sensie nawet, że jako psychoanalityczny komentator czuję się w obowiązku, jak to mówią, zatykać cieknący kran palcem, biegać jak ten wilk z rosyjskiej zabawki, protoplasty Game Boya, co to w lewo, w prawo rzucał się w koszyk spadające jajka łapać kierowany kciukami dziecka. Tak i ja biegam, choć złudzeń nia mam żadnych, że te jajka i tak w końcu spadną. Tak bowiem, jak temat energetyki i zmian klimatycznych jest tematem przegranym i jest to rzecz pewna, tak i przegrana ostatecznie, co do tego nie mam żadnych wątpliwości, jest walka o utrzymanie zdolności tej kultury do trzymania się jakiegoś sensu. Splot Realnego i Symbolicznego został zerwany i nic nie powstrzyma na dłuższą metę tego skutków, a najmniej ta prywatna moja tu inicjatywa. To rozpad. Niechże więc to pisanie będzie kroniką rozpadu.

Kilka zdarzeń inspiruje tekst niniejszy, najpierw więc chwilę o tych zdarzeniach, a następnie ich analiza i generalne wnioski.

Pierwsze, to słynna „awantura bananowa”. Ktoś kazał ponoć usunąć z Muzeum Narodowego dzieło, na którym kobieta zjada (z kilku względów na później zostawię sobie użycie słówka „pożera”) banan, a też i inne wiktuały o formie czemuś podłużnej. Usunięto dzieło przez skojarzenie, jakie nasunąć się musi, a które przepełniło tam kogoś zabobonnym lękiem. Z rozpędu usunięto też pracę Rajkowskiej, gdzie ona w stroju seks-dominy batem ćwiczy znanych filozofów, poprzebieranych zgodnie z regułami takich osobliwych gier za świnie. To usunięcie nie wzbudziło jednak wielu komentarzy, wszyscy bowiem skupili się na bananie.

Druga afera nie dała na siebie długo czekać. Oto jakiś ksiądz postanowił Grób Pański przystroić w kartony, na których wypisał hasła takie jak „gender”, „lgbt” i parę jeszcze grzechów sobie nienawistnych. Instalacja, choć w pewnym sensie przecież artystyczna, wzbudziła mniej więcej te same pragnienia w odbiorcach, co Rajkowska i jej koleżanka, bananistka – zapragnęli usunąć, bo obraża i źle się kojarzy. Była nawet jakaś próba oflagowania tej instalacji w kolorach lgbtowskiej tęczy, ksiądz ciałem własnym niczym Rejtan zasłonił, jakaś się tam zrobiła awantura, kogoś z kościoła wyprowadzono i tak dalej. I dalej poszedł artystyczno szekspirowski odwet. Stworzono obraz Matki Boskiej Częstochowskiej z tęczową aureolą i obraz ten rozklejono wokół kościoła nocą w strojach wojowników ninja rozklejające działały. Wieści niosą, że także na toi toiu, oraz na śmietniku. Autorkę obrazu i inicjatorkę rozlepiania policja zatrzymała i przedstawiono jej zarzut obrazy religijnych uczuć, co się odbiło poważną aferą i spektaklem bronienia swobody wyrazu.

Tyle, w skrócie, co do faktów, przejdźmy zatem do myśli. Wróćmy teraz na chwilę myślą do jednego z poprzednich mych wpisów, gdzie opisywałem reakcje na pożar Notre Dame i specyficzną po lewej stronie narrację o tym, że pożar katedry nie ma znaczenia, gdyż katedra to tylko budynek. Budynek to budynek, dach to dach, drewno to drewno i tak dalej. Czemu zatem przypisuje ktoś znaczenie paleniu się drewna, skoro dajmy na to drewno kominkowe palimy codziennie i się nikt nie przejmuje. Różnicy między drewnem kominkowym, a dębowymi elementami dachu Katedry nie da się zmierzyć fizycznie, a zatem jej po prostu nie ma i cały lament – tak dowodzili niektórzy postępowo lewicowi krasomówcy – cały zgiełk o ten budynek jest furą nonsensu, bowiem budynek to tylko to co widać i jak się spalił, no to trudno. Ważne, czy się aby nie spaliły gołębie, im bowiem winni jesteśmy współczucie, gdyż o ile nie ma nadawania znaczeń, o tyle cenimy wciąż empatię. W odpowiedzi na to, nie wahajmy się nazwać, szaleństwo, dałem tu diagnozę, że frakcja zwana przeze mnie LiP (Lewica i Postęp) ma jakiś problem z symbolicznością jako taką i to symboliczność jako taka jest jej prawdziwym wrogiem, którego ona zwalcza we wszelkich przejawach. Stąd próba odbierania znaczenia wszystkiemu temu, co znaczenie posiada, a celem tego jest, jak pisałem, uzyskanie struktury myślowej otwartej nieskończenie na wszelką seksualną fluencję tak doświadczeń, jak i tożsamościowych identyfikacji. Skoro bowiem nie ma znaczenia płonący dach katedry, a przynajmniej nie ma większego znaczenia niż płonące cokolwiek innego, to jakież znaczenie ma, czy my z chłopakiem, czy z dziewczyną chodzimy i czy w sukience, czy w spodniach? I o to chodzi i tylko o to jedno. Ktokolwiek Gombrowicza czytał i pamięta w Transatlantyku opis salonu Gonzala, ten chwyta w czym rzecz. Salon ten, część domu bogatego argentyńskiego homoseksualisty, wypełniony jest masą bibelotów, nie tworzących żadnego porządku. Różne przedmioty mieszają się tam w różnych, zupełnie dowolnych kontekstach i nic tego nie krępuje i podobnie różne istoty – zwierzęta i coś pomiędzy – także spółkują tam w sposób dowolny, no i nic nie ogranicza tego także. Gombrowicz znał się na rzeczy, ponadto był genialny, więc w pełni możemy mu wierzyć.

Diagnoza, którą dałem na temat zwalczania symboliczności jako takiej wydać się może nieco zaskakująca, ale w kolejnych dwu aferach pojawia się podobny wątek. Oto w aferze pierwszej, bananowej, masa komentatorów, niemalże wszyscy którzy protestowali przeciw ocenzurowaniu tego głęboko oralnego dzieła, dają do zrozumienia, że banan to tylko banan i to jest w zasadzie główna linia krytyki. Banan, to po prostu banan. Co ocenzurowano? Banana. Co przedstawia dzieło artystki? Kobietę jedzącą banana. Mnożą się więc zdjęcia osób jedzących banany na znak solidarności z artystką, pokazywane są banany w milionie kontekstów, nawet jest akcja wspólnego jedzenia bananów pod gmachem muzeum – wszystko po to by pokazać, że cenzor zwariował, bo przeszkadza mu banan. No banan. Po prostu banan. Taki owoc żółty, co na drzewie rośnie.

Problem w tym, że istotą dzieła nie jest przecież banan, ani jego zjadanie. Nikt, kto dzieło obejrzał nie może mieć najmniejszych wątpliwości, że nawiązuje ono do uprawiania seksu oralnego i to właśnie seks oralny, oraz związane z nim skomplikowane znaczenia artystka tu bierze na warsztat.  Tytuł dzieła „sztuka konsumpcyjna” należy tu traktować ironicznie. By tego dowieść nie trzeba nawet wskazywać na rzecz natychmiast się narzucającą – modelki pożerające wszystkie podłużne przedmioty w tej instalacji są topless. Samego tego starczy, ale przecież i bez tego dość spojrzeć raz, by wiedzieć o co chodzi. To przecież widać gołym okiem. Trudno powiedzieć, czy modelki są całkowicie nagie, bo widać je tylko od pasa w górę, ale od pasa w górę nie mają na sobie nic. Chciałbym tu być dobrze zrozumiany. Nie oceniam w tym momencie tego, czy to dobrze, że to dzieło tak wygląda. Nie oceniam także tego, czy to dobrze, że je wyrzucono z muzeum. To w ogóle nie jest wywód na ten temat. Tu stwierdzam jedynie, że sprowadzenie tego przedstawienia do jedzenia bananów jest mniej więcej czymś takim, jakby ktoś na pytanie „co jest w tej książce” odpowiedział „literki”. W zasadzie zgodnie z prawdą, ale jakaż to prawda? To jest prawda idioty, albo prawda kpiarza. To karykatura prawdy, która może wywołać najwyżej rozbawienie, wiadomo bowiem, że nikt nie wydaje książek w celu umieszczania w nich literek, tak jak nikt nie umieścił obrazów kobiet jedzących banany po to, by pokazać, że można zjadać banany. A jednak nagminnie mamy tu do czynienia z sugestią, że cenzurującym nie przeszkadzało przedstawienie seksu oralnego, tylko przeszkadzał im banan, ujęty całkowicie dosłownie jako po prostu owoc. To powtarza się tak często, że w zasadzie w dyskusji o ocenzurowaniu tego dzieła nie sposób już dopatrzeć się jakiejkolwiek wzmianki o jego prawdziwym sensie. Ostatnio zdaje się nawet któraś z posłanek wspominała coś o „dziwnym kraju w którym jedzenie owocu jest widziane jako akt perwersji”. Jest zatem tak, jakby broniący instalacji sami ją ocenzurowali znacznie mocniej, niż ocenzurowała ją dyrekcja muzeum. Ta bowiem zrozumiała instalację jako w oczywisty sposób seksualną i usunęła ją właśnie z tego powodu – jako seksualną, zaś rzekomi obrońcy pozornie bronią jej, reprodukując w milionie prywatnych bananowych autoportretów, ale reprodukują dzieło całkowicie odarte z seksualności, tak jak ich portrety z bananami są z niej całkowicie odarte, zatem w istocie reprodukują wersję stuprocentowo ocenzurowaną, bowiem całkowicie odebrali jej sens. Tak naprawdę to oni zatem są o wiele surowszymi cenzorami, niż dyrekcja muzeum, bowiem dyrekcja otwarcie przyznaje, co widzi i reaguje na to, co widać, oni zaś idą w zaparte twierdząc, że nie widzą nic i że po prostu niczego tam nie ma. W dyskusjach o tym zdarza się nawet, że zaprzecza się wprost temu, iż modelki z instalacji są topless twierdząc, że to tylko wyobraźnia komentatora, w rzeczywistości bowiem wcale nie muszą być topless, bo być może są w sukienkach bez ramiączek, a resztę sam komentujący im przypisuje na zasadzie własnej projekcji i seksualnej fiksacji. Gdy w odpowiedzi pokazuje się zdjęcia modelki, na którym widać co widać pada kuriozalna odpowiedź, że ta akurat modelka w tym akurat momencie nie zjada przecież banana. Odpowiada się więc umieszczając kolejne zdjęcie, na którym na pewno już ta modelka nie ma na sobie nic i na pewno już właśnie w tym momencie zjada banana i dopiero to kończy sprawę, ale widać wyraźnie ileż tu fałszywego zaprzeczenia w tej rzekomej obronie otwartości i swobody sztuki.

Na wszelki wypadek powtórzę, obawiam się bowiem, że postępowo i aktywistycznie nastawionemu czytelnikowi łatwo będzie w tym miejscu spozycjonować mnie po określonej stronie, co by go niechybnie wyprowadziło na manowce. Nie – mnie to nie przeszkadza, że te panie wyglądają jak wyglądają i nie przeraża mnie tak zbudowane dzieło. Ale wmawianie sobie i innym, że instalacja o której mówimy nie nawiązuje do tematów seksualnych i sugerowanie, że jest to dzieło na temat bananów, tudzież publiczne rzekome solidaryzowanie się z tym dziełem przez zjadanie bananów w sposób, który nijak się ma do oryginalnego przekazu artystki, jest zadziwiającym przykładem wykrzywiania rzeczywistości. Oto najpierw mamy jakiś seksualny znak, następnie znak ten zostaje odebrany i prawidłowo zrozumiany, widzimy na niego jakąś reakcję, w tym wypadku klasycznie neurotyczną, a w odpowiedzi strona, która znak wysyła wypiera się jego sensu twierdząc, że cały odbiór tego znaku i cała interpretacja jest tylko w głowie odbiorcy, zatem to on jest ogarnięty obsesją, bo przecież żadnego znaku nie było, tylko produkty spożywcze i jedna czy druga pani, co ich sobie próbowała. Nasuwa się tu analogia ze zjawiskiem tak zwanej biernej agresywności, kiedy to ktoś zachowuje się w sposób pozornie bardzo spokojny, jednak czyni to tak sprytnie, że doprowadza drugą stronę do furii. I kiedy ta druga strona wreszcie tą furią wybuchnie, ten biernie agresywny człowiek używa tego faktu przeciw temu, który wybuchł. Twierdzi, że cała agresywność jest w tamtym, on bowiem przecież „tylko spokojnie zapytał” albo „tylko sobie tu siedzi”. W tym wypadku nie mamy biernej agresywności, tylko jakby bierną agresywność symboliczną. Wysyłam znak o oczywistym znaczeniu, wypieram się jednak tego znaczenia, a wszelkie konsekwencje znaku przeżywane są przeze mnie za pośrednictwem odbiorcy, z którego reakcją, jak utrzymuję, nie miałem nic wspólnego. Tymczasem dyrekcja muzeum, czy ktokolwiek kto dzieło ocenzurował, zareagowała jak typowy neurotyk. Widok obrazu wywołał lęk, wstyd i wreszcie oburzenie, więc dzieło schowano, bo neurotyk sobie z tymi uczuciami nie poradził. Jak zatem zachowują się jego obrońcy, twierdzący, że „nic nie widzą”? Podkreślmy – oni nie mówią, że widzą to samo, co cenzor. Nie twierdzą, że widzą nawiązanie do seksu oralnego i że nic w tym nie ma złego. Nie. Oni twierdzą, że nie widzą nic. Nie ma symbolizacji. Banan, to banan. O ile więc cenzorów można opisać jako tych, którzy dążą do większej neurotyzacji kultury, o tyle obrońcy dążą raczej do jej psychotyzacji. Widzi się po prostu to, co widzi oko i nie daje się nadać temu żadnego znaczenia. Nie da się tego w niczym osadzić, tak jak nie da się w niczym sensownym osadzić pożaru Katedry. Tam po prostu „się pali coś” a tu po prostu „coś pani je”. I nic więcej. Tak widzi świat człowiek umieszczony poza światem symbolicznych struktur i poza światem ludzkiego języka.

Czemu współcześni, tak przecież postępowi obrońcy okazują się w istocie tak pruderyjni, że zaprzeczają wymowie dzieła, które w latach siedemdziesiątych mogło zostać stworzone przez ludzi z tych samych, wydawałoby się, kulturowych rejonów? Co się stało z tą frakcją przez te czterdzieści lat, że tam gdzie wówczas był seks oralny niemal bez osłonek, dziś jest banan i tylko banan, a reszta musi być przypisana do wykrzywionej fantazji złych cenzorów? Pytanie jest dość istotne. Czy ta postępowa część świata się upsychotyczniła i przestała rozumieć, czym jest symbol, czy stała się bardziej pruderyjna, niż sama przyznaje, czy nauczyła się zasad biernej symbolicznej agresywności i sprytnie nią gra? Powiedziałbym, że stało się po trosze każde z powyższych. Przede wszystkim jednak publiczność współczesna nie radzi sobie z zasadniczym tematem Sztuki konsumpcyjnej – z tym mianowicie, że seks oralny i fantazje o nim zawierać mogą komponent sadomasochistyczny, a być może seks w ogóle sam w sobie taki komponent agresywny zawiera. Na obrazie z muzeum modelki „pożerają” podłużne spożywcze produkty, niejako odwracając sytuację, w jakiej najczęściej seks oralny jest przedstawiany. Są one proaktywne, zaś pożerany przedmiot jest bierny. To odwrócenie bardzo rzuca się w oczy, natychmiast przywodząc na myśl to, co tu jest odwrócone. I o tym jest dzieło. Rzecz w tym, że w dzisiejszych czasach łagodnego i słodkiego przekonywania nas, że „seks jest normalny” i że można go uczyć w szkołach tak, jak się uczy przepisów ruchu drogowego, nie ma absolutnie miejsca na dotykanie takiego aspektu ludzkiej seksualności. Jest on łagodnie, miękko otulony w gąbczastą zasłonę całkowitego przemilczenia, ponieważ takiego aspektu nie da się zracjonalizować i „unaukowić”, nie bardzo jest jak uczyć o nim na „równościowych” zajęciach z „wychowania seksualnego” (swoją drogą Oskar za tę nazwę), a propozycje takie, jak wprowadzenie seksualności jako przedmiotu nauczania w szkole do tego właśnie zmierzają. Stąd lepkie współczesne wywody o dziele artystki jako „przedstawieniu naturalnej przecież potrzeby ciała”. Na czym polega tu zakłamanie? Ano na tym, że to owszem jest o pewnej potrzebie, ale to nie jest potrzeba ciała. W żadnym razie nie. Jak musiałyby zatem wyglądać happeningi w obronie tego dzieła, jeśli by miały same nie cenzurować jego sensu? Ano powinny one odważnie brać się za ten sam temat, za który się wzięła artystka, nie można bowiem protestować przeciw cenzurze samemu będąc cenzorem. Nie powinny zatem takie happeningi brać się za temat zjadania bananów, tylko za temat sadomasochistycznego komponentu ludzkiej seksualności. Czy można go odwrócić? Czy można się go pozbyć? Zmienić w pastisz? Wyeksponować tak silnie, że stanie się własnym zaprzeczeniem..? Współczesna racjonalnie – postępowa populacja jest zbyt ugrzeczniona, by się z czymś takim mierzyć i jest lata świetlne od takich tematów, czy nawet od przyznania, że one w ogóle istnieją. Promowany dziś równościowy projekt niesie seks na sztandarach, ale jest to taki seks, w którym o temacie omawianego tu dzieła absolutnie nic nie słyszano. To seks poprawny niczym muzealne bambosze w Tretjakowskiej Galjerei, dlatego dzisiejszej progresywnej części sceny pozostaje w ręku tylko banan i jego obrona. Banany jednak, drodzy państwo, nie muszą znajdować się w Muzeum Narodowym. Są w warzywniaku naprzeciwko dostępne w dowolnej ilości.

Przyjrzyjmy się teraz drugiej historii. Znów mamy obronę wolności wyrazu, ale tylko takiego wyrazu, który niczego zgoła nie wyraża. Najpierw co do faktów. Uporczywie w mediach lansuje się tezę, że autorka akcji, zatrzymana za obrazę uczuć religijnych, została zatrzymana za stworzenie wizerunku Matki Boskiej z aureolą zamiast tęczy. To jest nieprawda. Została zatrzymana, fakt. Za obrazę uczuć religijnych, fakt. Ale nie za stworzenie wizerunku z tęczą. Zatrzymano ją dlatego, że ten wizerunek naklejono na śmietniku i na przenośnej toalecie i prokurator uważa, że to ona zrobiła. Nie dlatego ma więc kłopoty, że obraz był z tęczą, tylko dlatego, że go umieszczono w tym miejscu. O to jest oskarżona. Nie o tęczę. Czemu zatem nikt o tym nie rozmawia, a wszyscy mówią o tęczy? Bo tęcza jest łagodniejsza. Wizerunek Matki Boskiej z tęczą wokół głowy może oczywiście obrażać wielu nastawionych pryncypialnie katolików, ale dla postronnego obserwatora ten obraz plastycznie wydaje się łagodny. Tęcza pozytywnie się kojarzy, pomijając kontekst flagi LGBT wydaje się ona ocieplać wizerunek Matki Boskiej i kiedy się zestawi ten obraz z opisami aresztowania nad ranem, rewizji osobistej itd. tworzy się wizja państwa, w którym zapanowało kompletne szaleństwo. Bo taki obraz, co by o nim nie mówił katolik, plastycznie jest po prostu ładny i wcale nie wygląda jakoś agresywnie. Przywodzi na myśl różowe figurki pluszowych Buddów, albo bombek choinkowych w kształcie posągu Buddy, jakie gdzieniegdzie można kupić. Mnóstwo jest w pop-kulturze obrazów religijnych form z różnych okresów historii, które poprzerabiano zmieniając czasem ironicznie ich wymowę. Jezus śpiewający na krzyżu „allways look at the bright side of life”, hinduscy bogowie z gitarami i wiele innych tu można pokazać przykładów. Tu jednak mamy inny przykład. Ktoś coś robi – nakleja obraz na śmietnik i na toaletę – po czym zostaje o to oskarżony, a następnie wszyscy twierdzą, że został oskarżony o coś zupełnie innego, a mianowicie o to, że domalował do obrazu tęczę. Nasuwa się tu analogia z bananem. Mamy symboliczny obraz oralnego seksu, jakiś neurotyk go cenzuruje, po czym dowiadujemy się, że ocenzurowano banan.

Jeśli chodzi o drugą historię, tę z obrazem i tęczą, przekłamanie dotyczące istoty oskarżenia to tylko pierwsza część dramatu. Bo oto w fazie drugiej dowiadujemy się, że tęcza, będąca symbolem ruchu LGBT i doklejona do obrazu Matki Boskiej to w istocie wcale nie ta tęcza, tylko całkiem zwykła tęcza. Po prostu tęcza, tak jak po prostu banan, albo po prostu płonące dębowe drewno w konstrukcji dachu. Bo oto zalewani jesteśmy masą historycznych przykładów sakralnych obrazów, gdzie znalazł się jakiś element tęczy, albo które choćby były kolorowe. Mamy klub Tęcza z Misia, tęczę na jakiejś starej ikonie i tak dalej. Czyli znów – sugeruje się nam, że tęcza która w tym kontekście była symbolem czegoś, w rzeczywistości nie była symbolem niczego, tylko po prostu tęczą. Zjawiskiem fizycznym rozszczepienia koloru. I tyle. I przecież nie można zwalczać tego, że się rozszczepiają kolory w pryzmacie. Klasyczne biernie-agresywne „przecież ja tu tylko sobie stoję”. I znów – chciałbym być w tym miejscu dobrze zrozumiany, bo bardzo łatwo będzie czytelnikowi pomyśleć, że stoję tu po stronie tych aresztujących katolików. W istocie nie stoję po żadnej stronie, lub może inaczej – stoję po stronie, o której żadna ze stron sporu zdaje się, nic nie wie. I z tego miejsca widzę, że pokazywanie w tym kontekście różnych przykładów tęcz, które nie były symbolami niczego, jest właśnie zaprzeczaniem możliwości adekwatnego używania symboli. Orzeł w godle nie jest ptakiem. Tęcza jako symbol LGBT nie jest zjawiskiem fizycznym rozszczepiania światła. Czerwoną gwiazdą na czołgu nie zajmują się astronomowie. Widzenie tego inaczej charakterystyczne jest dla psychozy.

Wszystkie te przykłady wydają się pod tym względem podobne. Mamy tu symbol, mamy jakieś jego użycie, a następnie zaprzeczenie jego symboliczności przez sprowadzenie do konkretu. Czy to oznacza, że osoby to czyniące są psychotykami? Niekoniecznie. Prawdopodobnie w większości opanowały one doskonale reguły używania biernej agresywności symbolicznej – używam symbolu agresywnie, doczekuję się reakcji, a następnie zaprzeczam temu, że moja akcja miała jakikolwiek sens symboliczny, przez co pozostawiam tego, kto zareagował w pozycji paranoika reagującego na coś neutralnego tak, jakby miało znaczenie, podczas gdy rzekomo tylko on to znaczenie nadaje. Jednak na poziomie społecznym konsekwentne działanie w tym rodzaju prowadzi do tego, że kultura jako całość zaczyna funkcjonować jak psychotyk. Nie rozumie symboliczności. Nic nie ma stałego znaczenia, znaczenia nie pozostają ze sobą w związkach, symbole są konkretami, a konkrety symbolami całkowicie dowolnie i nieprzewidywalnie. Na przykład tęcza doklejona do obrazu jest po prostu zjawiskiem fizycznym, ale kiedy kibole palą tęczę na Placu Zbawiciela, nie podpalają zjawiska fizycznego, tylko symbol LGBT. Podobnie banan, kiedy jest elementem ocenzurowanego dzieła, jest po prostu bananem, ale jeśli w identycznym użyciu znajdzie się na reklamie wypożyczalni elektronarzędzi z Wąchocka, to wówczas przestaje być bananem i staje się narzędziem patriarchalnej opresyjności wobec kobiet. Które jednakowoż jakimś innym razem w ogóle nie są kobietami, bo płci jest nieskończenie wiele, a tożsamości stanowią kontinuum. I żeby nie skupiać się tylko na jednej stronie, po drugiej widać dokładnie takie same przykłady, jak choćby kuriozalne orzeczenia, że swastyka namalowana na murze sprayem w Polsce w XXI wieku, to ta sama swastyka, która jest „starohinduskim symbolem szczęścia”, albo orzeczenie, że umieszczenie czyichś fotografii na szubienicach jest po prostu formą krytyki.

W takiej przestrzeni nic nie może być obrazą i obrazą w dowolnym momencie może stać się wszystko, wszystko może bowiem być znaczące, albo nie być znaczące w zależności od woli tego, kto znaczenia nadaje. I skoro to już powiedziano, odejdźmy na chwilę od tych przykładów i skupmy się na samym temacie obrazy. Czym jest obraza? Jak w ogóle możemy ustalić, kto został, a kto nie został obrażony?

Zgodzimy się na pewno, że obrażać ludzi nie należy. Lepiej, byśmy byli dla siebie mili i się wzajemnie szanowali, prawda? Po co się obrażać wzajemnie, skoro można nie? Też jestem tego zdania i cieszę się, że się Państwo ze mną tu wszyscy zgadzają. Kiedy jednak do tematu obrazy ma wkroczyć prawo, potrzebne są definicje. Te zaś niemożliwe są bez filozofii, a gdzie jest filozofia, tam prędzej czy później przycupnie i psychoanaliza. Co więc z tym obrażaniem?

Pierwsza definicja jest najzabawniejsza. Obraża to, co jest obraźliwe zdaniem tego, kto poczuł się obrażony. Czyli jeśli ja uważam, że ktoś mnie obraził, bo się czuję obrażony, to znaczy, że zostałem obrażony. Bo tak czuję. Jest, jak czujesz, że jest. Współczesna psychoterapia w typie „feel your feelings” na pewno mogłaby temu przyklasnąć, przyczyniając się do produkowania podmiotów czysto histerycznych, tym bowiem jest ten proces oduczania myślenia i budowania czci do samego tylko „czucia”. Jeśli czujesz, że tak jest, no to tak jest. Jeśli czujesz, że ktoś ci zrobił krzywdę, to zrobił. Jeśli czujesz, że jesteś kobietą, jesteś kobietą. Jeśli czujesz strach, to znaczy, że ktoś cię celowo straszy. Jeśli czujesz, że coś jest dla ciebie obraźliwe, to znaczy, że cię obrażono. I tak dalej. Ten absolutny solipsyzm, bo przecież w takim obrazie świata jesteśmy zupełnie informacyjnie samowystarczalni, wynika trochę z filozofii psychoterapeutycznych gabinetów, gdzie terapeuci są z pacjentem sam na sam i nie mają żadnej możliwości zweryfikowania co on do nich mówi, jednocześnie jednak nie rozumieją do końca, że zawsze pracują tylko z jego wewnętrznym światem i przyjmują, że mowa o obiektywnej rzeczywistości, albo chcą tę rzeczywistość jakoś weryfikować. Widuje się nawet psychologów, którzy w sądach potrafią powiedzieć, że coś miało miejsce, ponieważ tak im powiedział pacjent w gabinecie. To niewiarygodne, ale naprawdę tak bywa. W życiu społecznym tego typu podejście skutkuje absolutnie histerycznym rozumieniem pewnych przepisów prawa, wedle których samo subiektywne odczucie podmiotu, niezależnie od jakichkolwiek obiektywnych warunków, czy intencji drugiej strony ma status ostateczny. Na szczęście nie dotyczy to praw własności. Jeśli czuję, że dany samochód jest mój, to póki co wciąż jeszcze nie wystarcza to, by nim odjechać, bo ktoś jeszcze musi dać mi kluczyki i dowód. Przynajmniej na razie tak jest.

Druga definicja jest podobnie ksobna, jest jednak dokładnym odwróceniem tej pierwszej. O tym, co jest obraźliwe, decyduje intencja nadawcy i tylko ona. Czyli jeśli mój komunikat, albo moje działanie były przeze mnie świadomie obliczone na to, by kogoś obrazić, to znaczy, że były obraźliwe, nawet jeśli obrażany o tym nie wie, nie rozpoznał tego i wcale nie czuje się obrażony. Jest obraźliwe, bo miałem intencję obrażenia. Jeśli jednak nie miałem intencji obrażenia, to nawet jeśli on czuje się obrażony, obrazy nie było. Bo nie chciałem. Nie miałem zamiaru. Przykładowo, jeśli nakleimy komuś ukradkiem na plecach kartkę z obraźliwym napisem, aby go ośmieszyć, a on o tym wcale nie wie, nie podejrzewa tego wcale, to wedle pierwszej definicji nie jest obrażony – bo nie wie – a wedle drugiej jest. Podobnie, jest obrażonym ten, z kogo sobie dworują, a on nie jest zdolny tego zauważyć, bo nie wychwytuje tych subtelnych drwin. Ale my wiemy, mamy intencję, więc go obrażamy, choć on wcale nie zdaje sobie z tego sprawy. Wedle pierwszej definicji „feel your feelings” – obrazy nie ma. Chyba, że on jednak coś wyczuje. Ta definicja rodzi kilka problemów. Po pierwsze problem intencji, bowiem może istnieć coś takiego, jak intencja nie do końca uświadomiona. Powiedzmy, że idę do szpitala w odwiedziny do kogoś i kupię mu kwiaty, ale wybrałem chryzantemy. Chryzantemy kojarzą się z cmentarzem. Mnie być może nie, nie wiedziałem o tym skojarzeniu, ale komuś innemu kojarzą się tak i on się czuje urażony, choć ja niby nie miałem zamiaru. Ale czy na pewno nie miałem? Bo może nieświadomie wyparłem pamięć o znaczeniu chryzantem, albo nie nieświadomie, tylko całkiem świadomie, a teraz się wypieram? Niefortunne użycie symbolu jest bardzo częste w takich sprawach, dlatego wielkie międzynarodowe koncerny, albo rządy państw zapewniają sobie pomoc ekspertów, którzy podpowiadają, jak się poruszać na nieznanym terenie, by nieświadomie nie wywołać dyplomatycznej katastrofy.

Trzecia definicja obrazy bierze jako punkt wyjścia opinię Innego. Zewnętrzny obserwator ocenia, co kogoś obraża, a co nie. Oto dramatyczny przykład sytuacji sprzed lat, której byłem świadkiem. Beskidzka wieś, w tej wsi karczma. Grupa podpitych górali w różnym wieku i opóźniony w rozwoju umysłowym mieszkaniec tej wsi, znany ogólnie z tego, że nie rozumie wielu społecznych sytuacji, na oko mniej więcej trzydziestoletni mężczyzna. Prosi tę grupę, by kupili mu wódkę. Oni są już mocno pod jej wpływem, są rozbawieni, nagle jeden z nich wpada na pomysł, by ten umysłowo opóźniony mężczyzna zapracował na wódkę szczekaniem. Zaszczeka, to mu kupią. On szczeka, śmiejąc się, oni śmieją się także, wódka ląduje na stole. On wypija i szczeka śmiejąc się, by dostać więcej. Widowisko to, wręcz obrzydliwe z punktu widzenia zewnętrznego obserwatora, nie było jednak obrzydliwe dla uczestników. Mężczyzna nie czuł się urażony, pozostali też nie czuli, że kogoś urażają, a jednak zewnętrzny obserwator czuł, że do obrazy dochodzi, do tego stopnia, że obecni na sali przyjezdni grupowo zdecydowanie zareagowali, by sytuację przerwać. Linia obrony górali była oczywista. On nie protestuje, więc o co wam chodzi. My tak tu zawsze robimy i jemu to pasuje, bo ma wódkę. A tak by nie miał. Co gorsza, sam zainteresowany był podobnego zdania, na szczęście jednak (bo nie ukrywam, że w tym przypadku definicja oparta o punkt widzenia Innego jest mi najbliższa) turyści byli nieprzejednani i zagrozili wezwaniem jeszcze większego Innego w postaci (wówczas jeszcze) milicji.

Tego typu problematyka jest bardzo istotna choćby dla praktyki psychoterapii, o ile ktoś próbuje rozumieć, co robi. Dlaczego? Bo zawsze zachodzi pytanie, z jakiego miejsca terapeuta ma działać. Czy z miejsca Innego, czy z miejsca podmiotu, czy z własnego miejsca? Z jakiego miejsca odpowiadać na niekończące się pytania „czy to normalne” albo „czy mam (albo on/ona ma) prawo”? Jest to rozróżnienie także bardzo istotne z punktu widzenia prawa. Kto ma oceniać, czy kogoś coś obraziło, jeśli jeden się czuje obrażony, a drugi twierdzi, że nie obraził wcale?

Oczywiście w kwestiach religijnych mamy ostatnio do czynienia z iście hunweibińskim postulatem, by obrazę na gruncie religii w ogóle państwo i prawo ignorowało. Czyli „nie ma czegoś takiego, jak obraza uczuć religijnych”. Albo jeszcze dalej idąc – nie ma czegoś takiego, jak obraza w ogóle jakichkolwiek uczuć. Nie ma prawnie. To interesujący postulat, choć chyba formułujący go nie do końca uświadamiają sobie, że pragnąc oczyścić w ten sposób świat z religii w istocie staczają się w iście korwinowski redukcjonizm, w którym w ogóle już „nie ma niczego”.

Nie jest tu naszym zadaniem określać, które uczucia powinny być przez prawo chronione, a które nie, a przynajmniej, które „powinny” być chronione z perspektywy Innego, za którego byśmy się tu wówczas usiłowali przebierać i w tych jego szatach to tubalnym rykiem ogłaszać niczym Krzak Gorejący – że to „być powinno”, tamtego zaś „być nie powinno”. Analityk w gabinecie może czasem takiej pozycji użyć, o ile to czyni świadomie i wie po co, a to choćby w odniesieniu do pedofilów, niemniej na co dzień nasza rola na tym nie polega i także nie jest funkcją tego bloga, by tego rodzaju „zalecenia dla świata” tu wlepiać po uprzednim wyssaniu ich z palca. Możemy jednak inaczej uczynić. Przypuśćmy, że miano by mnie, piszącego te słowa dla Państwa, poprosić o konsultację w takim oto zakresie: co się wydarzy, jak tego rodzaju przepis, a mianowicie o „obrażaniu uczuć religijnych” będzie, a co się stanie, jak go nie będzie? Jaki jest najbardziej prawdopodobny scenariusz dla jednej i drugiej wersji?

To możemy śmiało tu uczynić i to jak najbardziej nam wolno. Jeśli taki przepis będzie istniał, co pewien czas będzie ktoś biegał do sądu z absurdalnych dla obserwatora powodów i się będzie skarżył, a sprawy te generalnie będą umarzane, lub będą się kończyć jakimś niewielkim mandatem. Będą jednak generalnie powstrzymywać ludzi przed tym, by kogoś obrażać nad miarę, bo po co komu kłopot, jak można nie mieć kłopotu. Co się jednak stanie, jeśli taki przepis usuniemy? W wyobrażeniach społecznych reformatorów jest chyba tak, że jeśli państwo nie będzie jakichś uczuć brało pod uwagę, to ich po prostu, tych uczuć, nie będzie. One znikną. Śmiem wątpić. Religia jest drugą z pięciu, po seksualności, chciwości, przemocy i zatruciach psychodelikami, odpowiedzią człowieka na wiedzę o nieuchronności własnej śmierci. Religia i seks to dwa najczęściej w sieci wyszukiwane tematy. Dla religii ludzie zabijali się częściej, niż z miłości i chyba częściej, niż dla pieniędzy. Te uczucia nie znikną tylko dlatego, że państwo się nimi nie zajmie. Kto się poczuł upokorzony, dalej się będzie tak czuł, tylko nie mogąc iść do sądu załatwi sprawę na własną rękę. I skończy się tak, że te grupy religijne, które zdecydowane będą za obrazę swojej religii własnoręcznie mordować bez względu na koszty, nie będą obrażane i wszyscy wokół będą z nimi obchodzić się bardzo ostrożnie, zaś wszystkie pozostałe religijne grupy, które nie będą gotowe w obronie swej godności stosować przemocy, albo będą bały się za tę przemoc odwetu, wszystkie te grupy będą obrażane coraz bardziej i bardziej i będą cierpieć w milczeniu, aż w którymś momencie ta bańka pęknie i dojdzie do czegoś, czego już się nie da powstrzymać. Dlatego wprowadzenie przepisu, wedle którego nikt nie może obrażać czyichś uczuć religijnych jest oczywistym środkiem społecznego bezpieczeństwa. Łatwiej dać mandat jednemu artyście, albo go upomnieć, niż udawać, że nic się nie dzieje, a później zbierać z podłogi redakcji satyrycznego pisma kilkadziesiąt trupów. Przewaga tych, którzy będą gotowi w obronie swoich religijnych uczuć uciekać się do przemocy będzie oczywista. Tylko ich uczucia będą respektowane, ponieważ organa ścigania, jako działający w terenie praktycy, nie będą chciały mieć kłopotu. Dlatego wszyscy będą uważać na muzułmanów, a nikt nie będzie zważał na to, jak czuje się reszta. Dzieła dopełni Syndrom Sztokholmski.

To zresztą już się dzieje. Spójrzmy choćby na zamieszczoną tu niżej fotografię. Obraz wisiał w muzeum, obrażał muzułmanów, więc go zasłonięto. I chociaż nie ma prawnego przepisu, żadne pismo opisujące tę sprawę nie odważyło się na zreprodukowanie obrazu. Wszystkie pokazują zdjęcie zasłoniętego płótna. Żadnych bananów, żadnej lawiny tęczowych karykatur. Zasłonka. Dlaczego? Bo nikt nie jest na tyle szalony, by się narażać na poważne kłopoty dla chwili zabawy. Państwo może być neutralne religijnie, ale nie może udawać, że religia nie wywołuje emocji. Mandat załatwiłby sprawę równie skutecznie, ale wówczas mandatem trzeba by karać za obrazę każdej z grup, a tak muzułmanie dopięli swego, bo wiadomo, że mogą kogoś zabić, a pozostali znoszą to w milczeniu do czasu, aż ich frustracja nie wykipi. Już zresztą kipi, co widać przy urnach wyborczych. Państwo, które nie chroni uczuć grup łagodniejszych, a obawia się reakcji grup agresywniejszych, de facto nagradza przemoc. Nie ma co się spodziewać, że nie będzie w tym wypadku rozżalonych, sfrustrowanych i takich, którzy będą mieć poczucie wielkiej niesprawiedliwości. A historia jasno pokazuje nam, jak to się kończy. Zrezygnować z ochrony takich uczuć, to tak jak będąc wychowawcą w przedszkolu zrezygnować z reagowania na to, że dzieci obelżywie mówią do siebie. Skończy się tak, że prawo do obelg będą mieć tylko najsilniejsze. Pozostałe będą musiały po prostu ich słuchać.

obrazek.jpg


Psychologia i polityka: wstęp na końcu

Re-publikowane z bloga Autora pod tym samym tytułem.


« Kropka nad Ypsylonem – o strajku nauczycielek Porozmawiajmy o cenie pietruszki »

komentarze

[foto]

1. Wielki lajk! • autor: Wojciech Jóźwiak2019-05-10 17:06:14

Jak wyżej.
[foto]

2. Co z tą obrazą uczuć? • autor: Wojciech Jóźwiak2019-05-10 22:39:53

Autor pod koniec napisał:
co się wydarzy, jak tego rodzaju przepis, a mianowicie o „obrażaniu uczuć religijnych” będzie, a co się stanie, jak go nie będzie?
I dalej przypuszcza, że brak tego przepisu (w Kodeksie Karnym) przyczyni się do eskalacji przemocy na tle religijnym.
Jednak nie wszyscy tak uważają, nawet na prawicy. W Nowej Konfederacji Bartłomiej Radziejewski dzisiaj napisał pt.: Walka z obrazą uczuć religijnych: prawico, nie tędy droga! -- i tam tak:
...rzecz nie w wandalizmie, niszczeniu mienia czy naruszeniu prywatności. Chodzi o „obrazę uczuć religijnych”. Nie osób, wiernych, postaci będących przedmiotem kultu, ale właśnie „uczuć”. To tylko jeden z absurdów tego przepisu KK. Powstał on w latach 30. XX wieku i, o dziwo, przetrwał w zbliżonej do obecnej postaci przez znaczną część PRL-u. Dzisiejszy jego kształt nie zmienił się od 1969 r., czyli schyłku rządów Gomułki. To jeden z najbardziej absurdalnych i antywolnościowych przepisów polskiego prawa...
Więc skoro prawicowiec i katolik, który zapewne dobrze czuje tę sprawę, jest przeciw temu "prawu przeciw bluźnierstwu", to dlaczego my mamy chcieć ten paragraf utrzymać?
[foto]

3. Szczerek w KrytPol o podobnym • autor: Wojciech Jóźwiak2019-05-11 09:46:38

[foto]

4. A tu więcej szczegółów sprawy MB Tęczowej, też w KP • autor: Wojciech Jóźwiak2019-05-11 09:58:27

https://krytykapolityczna.pl/felietony/agata-diduszko-zyglewska/objawienie-teczowej-matki-boskiej/
Warto znać kontekst całej sprawy, nie tylko sam wierzchołek, czyli zatrzymanie autorki wizerunku MB Tęczowej.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)