TARAKA

9 sierpnia 2006 (odt±d w "Tarace")

Kazimierz Moszyñski

Kult ognia u S³owian

403. Choæ tylko co przez nas omówione "ognie" czy "¶wiat³a" s±, bior±c od strony przyrodniczej, po czê¶ci pokrewne pospolitemu ogniowi rozniecanemu rêkoma cz³owieka, jednak ostatni zajmuje ca³kiem odmienne miejsce w religijnym ¿yciu.

Kult ognia i wierzenia z nim zwi±zane, niezwykle wielkie znaczenie tego ¿ywio³u w magii i obrzêdach, a dalej rola ogniska jako symbolu i niemal uciele¶nienia wiêzi rodzinnej lub rodowej, wreszcie ów ¶cis³y splot, ³±cz±cy kult ogniska z kultem domowych bóstw czy demonów - wszystko to razem od dawna budzi³o g³êbokie zainteresowanie w¶ród etnologów. W zwi±zku z tym ogniowi i ognisku nie tylko po¶wiêcono mniej lub wiêcej obszerne rozdzia³y w etnologicznych pracach ogólniejszego zakresu oraz w religio- i etnologicznych wydawnictwach encyklopedycznych, lecz opracowywano je te¿ w oddzielnych rozprawach i ksi±¿kach. Obok niemieckich, francuskich i angielskich prac lub artyku³ów o ogniu czy ognisku istniej± te¿ s³owiañskie: klasyczne w swoim czasie, cenione nie tylko u nas, lecz i u innych S³owian, Ognisko S. Ciszewskiego (1903) oraz nadzwyczajnie po¿yteczna, obfituj±ca w bardzo warto¶ciowy materia³ i w zestawienia rozprawa W. Charuziny K woprosu o poczitanii ognia (EO, t. 18, 1906, nr 3/4, s. 68-182)[1]. Ostatnio wysz³a te¿ pierwsza czê¶æ obszernej pracy S. Trojanovicia pt. Vatra u običajima i žiwotu srpskog naroda (SrpEZb, t. 45, 19.30, stronic 339), ale ksi±¿ka ta, choæ zawiera du¿o cennego materia³u, stoi pod wzglêdem naukowego poziomu znacznie ni¿ej od obu poprzednich, wydanych przed æwieræwieczem (pomimo ¿e zawiera liczne zestawienia porównawcze, lub raczej m.in. w³a¶nie dlatego, i¿ zbyt obfituje w owe, charakterystyczne zreszt± dla Trojanovicia, nieudolne i niesystematyczne porównawcze wycieczki).

1 Monografiami Charuziny i zw³aszcza Ciszewskiego rozmy¶lnie prawie wcale siê tu nie pos³ugiwa³em, aby nie powtarzaæ rzeczy przez nich zebranych i dziêki temu ³atwo dla ka¿dego dostêpnych.

Je¶li pominiemy znaczenie ognia w magii i obrzêdach, jako znajduj±ce jeszcze do niedawna mniej wiêcej jednakowo dobitny wyraz na ca³ej lub prawie ca³ej S³owiañszczy¼nie, tedy pod wzglêdem natê¿enia kultu ognia, si³y wierzeñ go otaczaj±cych oraz wagi ogniska jako symbolu rodzinnej wspólnoty mo¿na by uszeregowaæ s³owiañskie kraje w sposób nastêpuj±cy. Pierwsze miejsce bez w±tpienia zajê³aby pó³nocna, poleska czê¶æ Ukrainy oraz ca³a Bia³oru¶, co bezwarunkowo pozostawa³oby w zwi±zku z tym wielkim znaczeniem religijnym, jakie mia³ ogieñ jeszcze w pó¼nym ¶redniowieczu u Ba³tów, s±siaduj±cych bezpo¶rednio z Bia³orusinami i po czê¶ci wynarodowionych z czasem na korzy¶æ ostatnich. Drugie miejsce nale¿a³oby siê Wielkorusi, Ukrainie (wyj±wszy pó³nocne krañce) oraz krajom ba³kañskim, w których (dziêki zachowaniu tam do¶æ jeszcze prymitywnych ustrojów spo³ecznych) zw³aszcza spo³eczne znaczenie ogniska wcale silnie siê uwypukla. Wreszcie ostatnie w tym szeregu by³yby z ca³± pewno¶ci± kraje zachodnios³owiañskie. Oczywi¶cie takie schematyczne uszeregowanie obowi±zuje tylko w bardzo ogólnych zarysach i wcale nie wyklucza, aby np. gdzie¶ w s³owackich górach czy gdzie indziej na zachodzie nie mog³y siê przechowaæ obfitsze i starsze obrz±dki lub wierzenia, pozostaj±ce w zwi±zku z ogniem, ni¿, powiedzmy, w okre¶lonej okolicy Ukrainy czy Bia³orusi. Zreszt± dzi¶ te rzeczy w ogóle wszêdzie szybko znikaj±.

404. Zapoznaj±c siê z szeregiem wiadomo¶ci, zawartych w §§ 352 i n., mieli¶my mo¿no¶æ przekonaæ siê, jak rozmaicie ustosunkowuje siê lud do ró¿norodnych zjawisk przyrody. Etnolog na podstawie bezpo¶redniego zetkniêcia siê ze wsi± oraz przy pomocy znakomitszych ¼róde³ (tego typu, jak np. pisma nieocenionego Nikiforowskiego w odniesieniu do Bia³orusi) mo¿e dok³adnie wykryæ w tym ustosunkowaniu siê stopniowanie, odcienie i pomieszanie ¿ywej sympatii, ¿yczliwej grozy, przyjacielskiego bratania siê, obawy i wreszcie afektu w rodzaju nienawi¶ci. Ta uczuciowa strona zjawisk kultury, omówionych przez nas w rozdziale 5 (dz. II), jest niejako g³êbszym nurtem religijnego ¿ycia i zarazem o¿ywcz± krwi±, bez której wierzenia i kult by³yby zaledwie cieniem samych siebie. Tote¿ jak biolog ca³kiem niewiele dowiedzia³by siê o istotach ¿ywych, gdyby mia³ jako materia³ badañ tylko martwe cia³a, tak i etnolog nie zg³êbi prawdziwie ludowej kultury, dopóki nie zaprzestanie schodziæ po¶ród lud po to tylko, by zbieraæ fakty na sposób botanika herboryzuj±cego ro¶liny i by z owych sucho opisanych faktów uk³adaæ "zbiory" w rodzaju martwych zielników. Niew±tpliwie te fakty i te ich zbiory s± potrzebne, po¿yteczne, niezbêdne; ale oprócz nich równie niezbêdna jest g³êbsza znajomo¶æ ludu, zdobyta dziêki wyrobionej w sobie umiejêtno¶ci psychologicznej analizy oraz umiejêtno¶ci bezpo¶redniego wzywania siê w duchowe prze¿ycia wsi (por. s. 436/437 § 352).

O ile w¶ród znanych ludowi zjawisk przyrody stanowczo nie ma drugiego, które by wznieca³o tak± nienawistn± prawie niechêæ, jak tzw. wichry, tj. owe wiry powietrzne, spowite w kurzawê, sun±ce polami czy drogami i o¶lepiaj±ce napotkanego przechodnia rzucanym w twarz ¶mieciem (zob. §§ 382 i n.), tak z drugiej strony w¶ród tych samych zjawisk nie ma z ca³± pewno¶ci± ani jednego, do którego lud czu³by tak ¿yw± sympatiê, jak do "¶wiêtego" ognia. Dziwne to doprawdy uczucie ta sympatia do ognia, jak± spotykamy w zapad³ych k±tach S³owiañszczyzny. Mniej lub wiêcej ¿yw± ¿yczliwo¶ci± obdarza przecie¿ lud na ogó³ wiele innych zjawisk: deszcz wiosenny, têczê, jutrzenkê (Wenus), ksiê¿yc, s³oñce... Sympatia jednak do ognia jest odmiennego rodzaju; têczê na przyk³ad traktuje siê zarówno na po³udniu, jak i na pó³nocy S³owiañszczyzny bez g³êbszych przejawów czci: nie tylko m³odzie¿ (dziewczêta), lecz nawet i dzieci s± z ni± - ¿e u¿yjê tu wulgarnego, ale dobrze rzecz okre¶laj±cego wyra¿enia - niemal za pan brat; s³oñce znów jest b±d¼ co b±d¼ do¶æ jak gdyby dalekie; natomiast stosunek ludu do ognia mo¿na okre¶liæ tylko jako silne i szczere przywi±zanie, po³±czone z g³êbok±, powa¿n± czci±, ugruntowan± na boja¼ni.

405. C. Pietkiewiczowi, autorowi Polesia rzeczyckiego, zawdziêczamy wiadomo¶æ daj±c± jaskrawy obraz (jednej zreszt± tylko strony) tego, o czym przed chwil± by³a mowa. Mam tu na my¶li ostatnie chwile ch³opa ze wsi Karczewa, zwanego Aku³±, s³ynnego niegdy¶ cie¶li na ca³± okolicê Chojnik na rzeczyckim Polesiu. Konaj±cy starzec le¿a³ w swej chacie; by³ pó¼ny wieczór i w k±cie, gdzie spoczywa³, panowa³ pó³mrok. W pewnej chwili, na kilka godzin przed ¶mierci±, starzec wydoby³ krzesiwo i pocz±³ krzesaæ, pomimo ¿e rêce odmawia³y mu pos³uszeñstwa. Widz±c to, jeden z obecnych zapali³ ³uczywo od zwyk³ego ognia, rozniecanego ju¿ w tych czasach zapa³kami, i przyniós³ starcowi. Ten jednak rzek³: "Ñe tréba mñe vàšaho ahñù na toj ¶vet; ja chòču pabàčyæ astànñi raz bòžy ahòñ z ¶v'atòi skà³ki" (Nie potrzeba mi waszego ognia na tamten ¶wiat; ja chcê zobaczyæ ostatni raz bo¿y ogieñ ze ¶wiêtego krzemienia). Niezad³ugo pó¼niej, przez wzgl±d na wyra¼n± w tej mierze pro¶bê Aku³y, w³o¿ono mu odwiecznym zwyczajem kamieñ, krzesiwo oraz hubkê do trumny i pochowano je wraz z cia³em.

Oczywi¶cie ten jeden promyk, jaki w naszych oczach pad³ dziêki s³owom konaj±cego czciciela ognia - bo niew±tpliwie chyba Aku³a w pewnej mierze zas³uguje na to miano - w g³±b duszy ch³opskiej i nieco roz¶wietli³ mroki jej ustosunkowania siê do "¶wiêtego" ¿ywio³u, jest zbyt nik³y, aby mo¿na by³o na nim gruntowaæ powa¿niejsze wnioski. Nale¿y go wiêc wzmocniæ i znacznie poszerzyæ. W tym celu skorzystamy przede wszystkim z pism wspomnianego ju¿ wy¿ej Nikiforowskiego i zobaczymy, jak siê na Bia³orusi odbywa codzienne wieczorne rozpalanie ognia.

"Nie trzeba przypominaæ - powiada ten autor - ¿e w miarê zapadania i zgêszczania siê zmierzchu zakrada siê zwykle do duszy pewna, nie pozwalaj±ca na zdanie sobie z niej sprawy, posêpno¶æ, która zaczyna siê rozpraszaæ dopiero wtedy, gdy b³y¶nie pierwsze ¶wiat³o... Kto pod tê porê bywa³ w chacie, ten móg³ zauwa¿yæ, ¿e wraz ze zmierzchem zamilkaj± rozmowy rodzinne, przerywa siê dziecinne zabawy czy ha³asy i chatê zalega niekiedy martwa cisza, o ile siê nie odzywa jaki gryzoñ lub ¶wierszcz. Nikt jednak¿e o tej porze nie ¶pi, nawet nie drzemie; ka¿dy po prostu trwa w po³o¿eniu, w jakim go zaskoczy³ zmierzch. Dziwny, szczególny spokój! Nie jest to za¶ spokój jednej jakiej¶ rodziny ani te¿ jednego sio³a, lecz ogólny wiejski... I znowu¿ rzecz niepojêta: przerywa siê go jak gdyby wed³ug poprzedniego porozumienia; po 5-10 minutach w ca³ej wsi b³yskaj± drobne ¶wiat³a". Odbywa siê za¶ to w ka¿dej chacie w sposób mniej wiêcej nastêpuj±cy: gospodarz lub te¿ na jego rozkaz - co jednak rzadziej zachodzi - inna osoba doros³a nale¿±ca do rodziny (zwykle - mê¿czyzna; nigdy - kobieta w stanie nieczystym, tzn. w okresie periodu lub w ci±gu 40 dni po porodzie, ani te¿ w ogóle osoba skalana wystêpkiem), zbli¿a siê do ukrytego na ognisku pod popio³em, ¿aru i przystêpuje do rozdmuchiwania ognia. Naprzód wygarnia z ¿aru dwa wêgielki, przyk³ada do nich przygotowane zawczasu trzaski i prze¿egnawszy to wszystko, mówi: Bože, b³ys³avì (tzn. Bo¿e, pob³ogos³aw); nastêpnie dmucha, staraj±c siê nie wskrzesiæ ognia wcze¶niej, jak dopiero za trzecim dmuchniêciem. Gdy wreszcie p³omyk siê poka¿e i dobrze obejmie trzaski, wtedy rozniecaj±cy ¿egna siê znakiem krzy¿a i wraz z nim ¿egnaj± siê wszyscy obecni, dotychczas milcz±co wpatrzeni w to, co siê dzia³o.

406. Jakie¿ - mo¿na by zapytaæ - znaczenie mo¿e mieæ to ¿egnanie siê wszystkich osób po dokonanym roznieceniu ognia, gdy ¿ywy p³omieñ ju¿ siê ukaza³ i o¶wietli³ mrok? Nie ma ono w tym wypadku na pewno na widoku bezpo¶redniej ochrony od z³ego, do którego to celu bywa czêsto stosowane; nie chodzi te¿ o wzmocnienie za jego pomoc± jakowego¶ zabiegu. Ma ono tu niezawodnie tê sam± warto¶æ, jak± posiada wtedy, gdy siê je wykonywa wobec Boga i ¶wiêtych. Nie potrzebujê wysilaæ siê na dowodzenie takiego wyja¶nienia. Sam lud je dostatecznie potwierdza. "Ogieñ - powiada Bia³orusin i Ukrainiec - trzeba szanowaæ tak jak Boga" i jakby na dowód tego uczy swe dzieci bogiem go nazywaæ. Jeszcze zupe³nie niedawno w ca³ej bodaj Polsce, gdzie panowa³ zupe³nie do opisanego podobny zwyczaj ¿egnania siê przy wieczornym zapalaniu ¶wiat³a, ten, kto zapala³, ¿egnaj±c siê wita³ ¶wiat³o s³owami: "Niech bêdzie pochwalony Jezus Chrystus" [1]. W niektórych okolicach wypowiadano podobne pozdrowienie tak¿e przy rozpalaniu ognia na nalepie; w innych odzywano siê nawet wprost: Niech bêdzie pochwalone ¶wiat³o albo - ¶wiêty ogieñ. Zmieszanie "¶wiêtego ognia" z Chrystusem zasz³o tu niew±tpliwie tym ³atwiej, ¿e w symbolice ko¶cielnej ogieñ (¶wiat³o) w³a¶nie Chrystusa oznacza (co, mówi±c nawiasem, wywo³a³o nawet do¶æ niezwyk³e zwrotki w kolêdach w rodzaju tej na przyk³ad: "A to nam dziwne, ¿e Pan, ogniem bywszy, na sianie le¿a³, siana nie spaliwszy" [2]).

1 Ten sam zwyczaj istnia³ u inteligencji NE Polski; formu³kê mówiono po ³acinie (ustna wiad. od uczennicy, Wilno 1936). Por. K. Morawski, Zarys literatury rzymskiej, 1922, s. 381 (pie¶ñ przy zapalaniu ¶wiat³a). Przyp. autora do wyd. 2.

2 Inaczej: "Lecz to dziwniejsze, ¿e Pan, ogniem bywszy, w siano siê ukry³, siana nie spaliwszy". Zob. Pastora³ki i kolêdy, czyli piosnki weso³e ludu, przez X. M. M. M. zebrane, wyd. 2., 1863, s. 299, kolêda 114 (por. te¿ t. s., 1843, kolêda 25).

Oczywi¶cie jednak cze¶æ okazywana ogniowi przez ¿egnanie siê w chwili, gdy on zaja¶nieje, oraz przez witanie go jednym z najwznio¶lejszych chrze¶cijañskich pozdrowieñ, czy te¿ pozdrowieniem wzorowanym na poprzednim, nie st±d siê bynajmniej wywodzi, ¿e ogieñ zbli¿ono z Chrystusem. W³a¶nie przeciwnie, jak z bezwzglêdn± pewno¶ci± stwierdzaj± dane etnografii porównawczej, wrodzony ludowi g³êboki szacunek dla ognia, przekazany przez pogañskich przodków, spowodowa³ ³atwe zastosowanie doñ chrze¶cijañskich oznak czci. Wiêcej nawet, w niektórych wypadkach, kiedy zap³oniêciu ognia towarzyszy szczególnie podnios³y nastrój, napiêcie religijnego uczucia jest tak znaczne, ¿e na ustach ¶wiadków pojawia siê... chrze¶cijañska modlitwa. Gdy huculscy pasterze wypêdzaj± latem po raz pierwszy stada na po³oniny i sporz±dziwszy sza³as, a w nim ognisko, zamierzaj± rozpaliæ pierwszy ogieñ, wtedy dobywaj± go bardzo uroczy¶cie za pomoc± tarcia; otó¿, jak ¶wiadczy I. Ho³owaæki, niegdy¶ tarto w podobnym wypadku wielki kawa³ek drewna o spróchnia³y pieñ, kiedy za¶ b³ysn±³ p³omyk, wszyscy obecni z watahem na czele ¿egnali siê trzykrotnie, padali na kolana i g³o¶no odmawiali "Ojcze nasz" oraz inne modlitwy.

Nie zwiod± nas tu chrze¶cijañskie pozory kultu, jak nie zwiod³y znakomitego badacza ruskiego M. Sumcowa, któremu zawdziêczam powy¿sz± wiadomo¶æ, powtórzon± za Ho³owaækim [3]. Rozumiemy, ¿e "Ojcze nasz" mog³o mieæ dla owych pó³dzikich pasterzy, w tak uroczysty sposób witaj±cych ogieñ, swoj± "chrze¶cijañsk±" warto¶æ. Z drugiej jednak strony rozumiemy do gruntu, ¿e w modlitwie znalaz³o ca³kiem naturalne i ³atwe uj¶cie uczucie religijnej - w naszych oczach "pogañskiej" - czci, wezbrane dziêki pojawieniu siê ¿ywego ognia przed oczyma wyczekuj±cych. Ze by³a to modlitwa chrze¶cijañska i przy tym wyra¼nie zwrócona do Boga Ojca - to s± szczegó³y drugorzêdne; ludowi daleko jest do konsekwencji w postêpkach, a jeszcze dalej do krytycznego segregowania swych prze¿yæ na "pogañskie" i "chrze¶cijañskie". Skoro zachodzi wewnêtrzna potrzeba modlitwy, cz³owiek siê modli, mniejsza za¶ ju¿ o to, do kogo bêd± siê zwraca³y s³owa tej modlitwy. Bywaj± wszak mod³y pozbawione wszelkiego zgo³a sensu i wiemy, ¿e takie w³a¶nie ciesz± siê nieraz szczególnym wziêciem (s. 240 § 180).

3 Sumcow pisze mianowicie o obchodz±cym nas obrzêdzie: Oczewidno eto g³uboko-driewnij ostatok prigotowlenija ognia i ogniepok³onienija", "Kijewskaja Starina", rocznik 8, t. 26, 1889, s. 409.

407. Na Bia³orusi i Ukrainie ogieñ czêsto bywa tytu³owany bogaczem lub podobnie (b³rs. bahàč, ukr. bohàč, bahàtt'a; ostatni wyraz stosuje siê m.in. do wielkich ogni dorocznych, w szczególno¶ci do ¶wiêtojañskiego). W Ihumeñskiem, gdy kto z mieszkañców chaty, udaj±c siê na spoczynek, spostrzega na ¶wiecaku tl±cy siê jeszcze ogieñ, prosi go: "¦wiêty bogaczu, po³ó¿ siê spaæ, jest was dwunastu braci, broñcie nas" itd. (Sv'atýj bahàč, ³ažy¶a spaæ etc.). Je¶li nazwa bogacz jest bardzo dawna, mo¿e znaczeniowo nawi±zywaæ do szczê¶cia, dobrej doli, bo taki by³ pierwotny sens wyrazów bogъ, bogatъ; je¶li za¶ - co jest prawdopodobniejsze - wynik³a pó¼no, natenczas wi±¿e siê z bogactwem. Za ostatnim t³umaczeniem przemawia m.in. modlitwa, wyg³aszana w Zywieckiem do tylko co rozpalonego ognia: "Ogieñku ¶wiêty, skarbicku bo¿y, nie dej¿e nas te¿ nigdy zubo¿yæ".

Na podstawie wskazówek dostarczanych przez lud bardzo ³atwo jest rozwik³aæ mieszane uczucie gor±cej sympatii i boja¼liwej czci, okazywane wobec ognia. Sympatia i cze¶æ jest uwarunkowana ogromnym rzeczywistym i urojonym [1] po¿ytkiem, jaki ogieñ przynosi ludziom, dalej - od strony ¶ci¶le psychologicznej - tym poci±gaj±cym urokiem, jaki w mroku nocy rzuca na cz³owieka sw± jasno¶ci±, innymi s³owy, t± czysto uczuciow± pozytywn± warto¶ci± ¶wiat³a wobec negatywnej ciemno¶ci; wreszcie - ¶cis³ym zwi±zkiem domowego ogniska z rodzin± i ca³ym w ogóle domem. Natomiast boja¼ñ zosta³a oczywi¶cie zrodzona i jest nieprzerwanie podtrzymywana przez obawê po¿aru.

1 Magicznym (por. § 244).

O rzeczywistym po¿ytku ognia nie potrzebujemy siê tu rozwodziæ [2]: le¿y on jak na d³oni; ¿e za¶ podobny po¿ytek lud w ogóle ceniæ umie i w jak wysokim stopniu go ceni, ¶wiadcz± o tym m.in. takie przyk³ady, jak ustosunkowywanie siê ch³opów do wo³u tam, gdzie to zwierzê jest g³ówn± si³± pomocnicz± w gospodarce (zob. tom I, § 137 i ni¿ej), do konia, gdzie on posiada to samo znaczenie, jakie w innych stronach ma wó³ (t. I, § 141), do chleba, który jest przecie najwa¿niejszym pokarmem (zob. tom I, § 283 i ni¿ej), do wiosennego deszczu, padaj±cego po d³ugotrwa³ej suszy [1], do pomy¶lnego dla ¿eglarzy wiatru (§ 395) itd. Wydaje siê byæ te¿ szczegó³em do¶æ charakterystycznym, ¿e w krajach, gdzie ogieñ oprócz pospolitej warto¶ci nabiera jeszcze innych, wzrasta bodaj przywi±zanie do niego, czy te¿ uczucie po¶rednie miêdzy szczególnym przyzwyczajeniem a przywi±zaniem. Wiemy wiêc, jak wielk± dodatkow± rolê odgrywa ognisko na nizinach Polesia, chroni±c swym dymem ludzi i byd³o od nies³ychanie nieraz dokuczliwych owadów. I otó¿, jak ¶wiadczy J. Kraszewski, "ogieñ lubi± tutaj wszystkie klasy, pocz±wszy od pana do ch³opka; bez niego obej¶æ siê im trudno..."

2 Por. "Ogieñ to wielkie dobro, wielko rzec" (Ostrowsko, pow. N. Targ).

1 Zob. np. C. Pietkiewicz, Polesie rzeczyckie. t. l, 1928, s. 83 i n.; K. Moszyñski, Sălzi i dăžd', Sbornik v čest' na prof. L. Miletič, 1933, s. 475.

Co do urojonej warto¶ci ognia, to mieli¶my sposobno¶æ omówiæ j± do¶æ obszernie w jednym z dawniejszych rozdzia³ów (§ 244). Czysto uczuciowa, a nieraz (dla wra¿liwszych jednostek) bardzo wielka warto¶æ, któr± on w nocnej porze posiada jako ¶wiat³o, jest oczywista dla ka¿dego, sprawa to wszak ogólnoludzka. Wreszcie rozwa¿ania na temat zwi±zku domowego ogniska z rodzin± i ca³ym domem odk³adamy z natury rzeczy do jednego z rozdzia³ów Kultury spo³ecznej, tzn. do III tomu tego dzie³a. [1]

1 Nienapisanego lub niewydanego, przypis "Taraki".

408. Nader wa¿ny moment "strachu przed ogniem", powoduj±cy pog³êbienie i - je¶li tak rzec wolno - szczególne spowa¿nienie czci tego ¿ywio³u (por. kult pioruna, § 398) zdradza nam sam lud najwyra¼niej, t³umacz±c go jednocze¶nie ca³kiem jasno i niedwuznacznie. Tak np. w zbiorach materia³ów P. P. Czubinskiego (t. l, 1872) znajdujemy m.in. notatkê powtarzaj±c± s³owa wie¶niaków z powiatu lityñskiego nad górnym Bohem na Podolu: "My - powiada tamtejszy lud - šanujem ohoñ jak Boha; vin naš dorohyj hist'. Vin jak rozserdyt¶a i vizme, to druhomu vže toho ne dast'" (My szanujemy ogieñ jak Boga; on jest naszym drogim go¶ciem. Gdy siê rozgniewa i zabierze [tzn. spali], to ju¿ tego drugiemu nie da). Mo¿na by s±dziæ, ¿e przyznanie siê do g³êbokiej czci wzglêdem ognia zosta³o tu uzupe³nione wzmiank± o po¿arze ca³kiem przypadkowo. Ale jak¿e dobitnie zaprzecz± takiemu przypuszczeniu proste s³owa wie¶niaczki ze ¶rodkowego Polesia, wypowiedziane nieomal jednym tchem na moje zapytanie o stosunek wie¶niaków do ognia: "Jehò trèba šanovàci tak ŭ¶o raŭnò jak Bòha. U nas ohñà šanùjuæ, bo on mòže zapalìæ" (Trzeba go szanowaæ ca³kiem tak jak Boga. U nas szanuj± ogieñ, bo on mo¿e zapaliæ [tzn. wznieciæ po¿ar]). W ¶wietle tego powiedzenia przypadek w pierwszym przyk³adzie jest wykluczony; rzecz staje siê w ogóle do gruntu jasna: cze¶æ dla ognia niew±tpliwie w bardzo znacznym stopniu zasadza siê na obawie po¿aru i lud w zupe³no¶ci zdaje sobie z tego sprawê. Tu równie¿ le¿y g³ówny (choæ bynajmniej nie wy³±czny!) powód faktu, ¿e szacunek okazywany ogniowi domowemu i ogniowi w osieci [2] jest u S³owian i u innych ludów bez porównania wiêkszy od tego, jakim siê ciesz± ognie, rozpalane po lasach i polach.

2 O osieci zob. t I, § 204.
Osieæ - urz±dzenie do szuszenia zbo¿a lub chmielu. Przypis "Taraki".

Trzeba te¿ pos³uchaæ, z jak± dobrotliwo¶ci± i pokor± zwraca siê lud s³owiañski do ognia, gdy ten zapragn±³ sobie "pohulaæ" i z trzaskiem czy hukiem szybko po¿era szczup³e mienie wie¶niaka: "Ogieñku mój kochany, od Boga przys³any..." - zaczyna wtedy sw± modlitwê-zamawianie kobieta Rusinka; "Witaj nam, go¶ciu, w czerwonym p³aszczu..." - wtóruj± jej ch³opi polscy. Prawda - dobrotliwe traktowanie jest to na ogó³ do¶æ zwyk³y sposób zjednywania sobie przez lud gro¼nych potêg; ale tu, gdy ch³op stoi twarz± w twarz wobec krzywdz±cej go klêski po¿aru, takie postêpowanie staje siê szczególnie wymowne: mo¿e s³u¿yæ jako najpiêkniejszy przyk³ad dla wszystkich innych do niego podobnych.

409. Wobec obawy po¿aru nic dziwnego, ¿e wie¶niacy, obchodz±c siê z ogniem, troskliwie przestrzegali szczegó³owo od wieków wypracowanego rytua³u; do niedawna nic nie mog³o byæ w tym zmienione. Pospolite i wszêdzie obowi±zuj±ce zakazy zniewa¿ania ognia przez plucie nañ, oddawanie moczu, zalewanie pomyjami itp., spotykany w niektórych krajach zakaz stawania doñ ty³em, umieszczanie na noc obok ognia (¿aru) wody w garnuszku, aby, je¶li taka bêdzie jego wola, móg³ siê "oczy¶ciæ", och³odziæ k±piel± lub te¿ ugasiæ pragnienie, ustalony sposób niecenia, a po czê¶ci nawet gaszenia - wszystko to naruszone byæ nie mog³o pod groz± kary. Niegdy¶ obowi±zywa³y u S³owian jeszcze inne, uci±¿liwsze nakazy. W zwi±zku z tym mianowicie, ¿e ogieñ niew±tpliwie pojmowano jako istotê ¿yw±, któr± mo¿na by³o skaleczyæ lub uraziæ przez nieostro¿ne. potr±cenie, wystrzegano siê wtykania w p³omieñ czy ¿ar przedmiotów ostrych, a nawet nieostro¿nego pos³ugiwania siê zwyk³ymi kuchennymi przyborami. Nik³e ¶lady tych przepisów przetrwa³y w praktyce do ostatnich czasów u S³owian ba³kañskich; natomiast na pó³nocy pozostawi³y wyra¼n± o sobie pamiêæ tylko w tradycji. Na zachodzie mianowicie i na wschodzie pó³nocnej S³owiañszczyzny (a tak¿e u Estów etc.) pokolenie za pokoleniem powtarza ca³kiem nieraz powa¿nie bran± opowie¶æ, wed³ug której ognie z ró¿nych domostw, rozmawiaj±c ze sob±, ¿al± siê niekiedy na z³e z nimi obej¶cie. Otó¿ w pewnych odmiankach tego opowiadania krzywdzony ogieñ skar¿y siê m.in. na pot³uczenie mu pogrzebaczem g³owy czy te¿ g³owy i ramion. Ze nie mamy tu przed sob± owocu czczej fantazji, lecz odbicie g³êbszego wierzenia, dowodz± stosunki panuj±ce u wschodnich, tureckich s±siadów S³owian. Niektórzy z nich wierz± dos³ownie, ¿e ogieñ ma g³owê, i manipuluj±c przy nim ¿elaznym o¿ogiem, wystrzegaj± siê, by jej nie uraziæ.

Wszêdzie na ziemiach s³owiañskich, gdziekolwiek wysz³y z u¿ycia otwarte ogniska po izbach, a resztki czci ognia jeszcze siê przechowa³y, czê¶æ nale¿nego mu kultu odbiera w spadku po nim piec izdebny. Rzecz ta przedstawia siê dla ludu ca³kiem jasno: "Piec, w którym siê pali - powiadaj± na przyk³ad Poleszucy - nale¿y szanowaæ, bo w nim jest ogieñ".

410. Pewn± analogiê do pieca, w którym czy na którym pali siê ogieñ, daje ¶wiecak, na którym p³onie ³uczywo. Na Bia³orusi oraz na pograniczu Bia³orusi i Ukrainy zachowywano w stosunku do tego przyrz±du (zob. t. I, s. 602, fig. 495 3), a ¶ci¶lej mówi±c, w stosunku do p³on±cego na nim ognia, szczególny obrz±dek, zwany "¿enieniem ¶wiecaka". Gdy pó¼nym latem mrok zapada coraz wcze¶niej i nastanie pora, kiedy ju¿ nie mo¿na siê wieczorami obej¶æ bez ¶wiat³a w izbie, wtedy w dniu okre¶lonym przez zwyczaj gospodyni oporz±dza ¶wiecak, bieli go niekiedy, spowija zielonym chmielem lub wid³akiem, przystraja borowin± czy kwiatami i wreszcie zapala na nim ³uczywo. Tu w³a¶nie nastêpuje szczególnie uroczysta chwila: na ¶wiat³o, p³on±ce po raz pierwszy tego lata, sypie siê orzechy, pestki dyni itp. lub nawet rzuca siê w ogieñ kawa³ki s³oniny i grudki mas³a, "aby weselej gorza³". Dlaczego ten szeroko rozpowszechniony zwyczaj zwie siê pospolicie "¿enieniem" ¶wiecaka, lud obja¶niæ nie umie. S³owa odmawiane podczas obrz±dku nie rzucaj± nañ ¿adnego ¶wiat³a; jest to po prostu krótki zwrot do Boga z pro¶b± o zdrowie, b³ogos³awieñstwo czy "o¶wiecenie" (oczywi¶cie pojête dos³ownie).

Na Ukrainie "¿enieniu" ¶wiecaka odpowiada³o "¿enienie" ¶wiecy, obserwowane dawniej w Kijowie w nocy z l na 2 wrze¶nia st.st. (to znaczy przed ¶rodkiem pa¼dziernika n.st.), od której to daty przekupnie rozpoczynali handlowaæ wieczorami przy sztucznym ¶wietle, rzemie¶lnicy za¶ zaczynali go u¿ywaæ przy wieczornej pracy. G³ówn± rolê podczas tego obrzêdu odgrywa³o ¶ciête drzewko, obwieszone owocami, dymami, arbuzami etc. i o¶wietlone umocowanymi na jego ga³±zkach ma³ymi woskowymi ¶wiecami.

Jak widzimy, zwyczaje powy¿sze obserwowane s± ¶ci¶le w dniu, w którym po raz pierwszy zapala siê sztuczne ¶wiat³o wieczorne. Ale i z dniem, kiedy przestaj± to ¶wiat³o paliæ, zwi±zane s± je¶li nie obrz±dki, to w ka¿dym razie charakterystyczne wierzenia. Zanotowano je co prawda nie na obszarach Bia³orusi czy Ukrainy, lecz, o ile mi dotychczas wiadomo, tylko w niektórych stronach Wielkorusi. Przestaj± tam mianowicie ¶wieciæ ³uczywem czy innymi ¶rodkami pocz±wszy od dnia Zwiastowania N. M. P. (25 III) i obserwuj±c skrupulatnie ten zwyczaj, motywuj± to tym, i¿ w razie niezachowania go mog³yby ich spotkaæ szkody ze strony ognia, bowiem na wiosnê rodzi on ma³e, tzn. rozmna¿a siê niby cz³owiek lub zwierzê. Ciekawy ten przes±d jest jak gdyby logiczn± konsekwencj± "¿enienia" ognia-¶wiat³a na jesieni: ogieñ, o¿eniony ok. l sierpnia, po up³ywie mniej wiêcej siedmiu miesiêcy ma m³ode. Ale oczywi¶cie nale¿y siê strzec podobnych fantastycznych - na razie przynajmniej - t³umaczeñ: zasiêg obrz±dku "¿enienia ognia" jest, o ile do dzi¶ wiadomo, zupe³nie ró¿ny od zasiêgu wspomnianego przed chwil± wierzenia i pewien pozorny zwi±zek miêdzy obrz±dkiem a wierzeniem jest - jak w tej chwili przypuszczaæ trzeba "- dzie³em przypadku.

411. Poniewa¿ ¶wiadectwa etnograficzne nie zawsze daj± nam zupe³nie wyra¼ne wskazówki, dla kogo lud przeznacza ofiary k³adzione, powiedzmy, na piec osieci czy nawet rzucane do ogniska w chacie [1], wiêc na podstawie samych tylko zewnêtrznych przejawów podobnego kultu nie mo¿emy w sposób zupe³nie pewny ustaliæ dla wszystkich wypadków, opisanych przez etnografów, w³a¶ciwego celu ofiar. Niezawodne wskazówki etnografii porównawczej dowodz± bowiem, i¿ ogieñ przyjmuje ofiary nie tylko sam dla siebie (pomy¶lany b±d¼ jako ¿ywio³, wzglêdnie ¿ywa istota, b±d¼ te¿ jako zewnêtrzny przejaw swoistego "ogniowego" demona czy bóstwa), lecz równie¿ po¶redniczy miêdzy lud¼mi a demonami czy bóstwami, nie maj±cymi ¿adnego bli¿szego z nim zwi±zku. Po¶rednictwo za¶ owo polega przede wszystkim na oddawaniu bogom woni czy duszy ofiar, z³o¿onych dla nich przez cz³owieka.

1 Ofiary takie przetrwa³y szczególnie d³ugo zw³aszcza w zwi±zku z obrz±dkami weselnymi, ze zwyczajami obserwowanymi przy wypieku chleba i niektórymi innymi.

Jak sobie mogli to niegdy¶ przedstawiaæ S³owianie (którzy przecie¿ i dzi¶ uwa¿aj±, ¿e zapachem uchodz±cym z upieczonego na ofiarê zwierzêcia syc± siê ¶wiêci, dla jakich ofiarê przeznaczono; zob. § 189), wskazuje modlitwa s±siaduj±cych ze S³owianami pogañskich Czeremisów (Maryjczyków), zamieszka³ych we wschodniej Europie, og³oszona przez A. Genetza (JSFou, t. 7, 1889, s. 148-157). Obszerna ta improwizacja (por. § 182) zwrócona jest do ca³ego szeregu wielkich i drobnych bóstw oraz innych ¶wiêtych istot i w zwi±zku z tym zawiera m.in. na przyk³ad taki ustêp:

"Z pierwszym nie napoczêtym chlebem b³agamy o wasze b³ogos³awieñstwo, dobrzy bogowie; przybywajcie na d¼wiêk tego ¿elaza [2] i rozgo¶æcie siê tu (dos³.: roz³ó¿cie siê tu), dajcie nam krzepko¶æ stali, dajcie czysto¶æ podobn± czysto¶ci ¿elaza. Bij±c i wypêdzaj±c z³e swymi stalowymi no¿ami i siekierami, po¶lijcie je tam, dok±d d¼wiêk ¿elaza nie przenika, do wybrze¿y nocy [3], dok±d nie dociera p³yn±ca woda rzeki, gdzie nie jadane s± chleb ani sól! O to b³agamy, o to prosimy was, o takie b³ogos³awieñstwo prosimy, dobrzy bogowie...?" Koñczy siê za¶ modlitwa charakterystycznym wezwaniem do ognia, sk±d wyjmujê zdania przedostatnie: "Dobry duchu ognia, straw w ca³o¶ci pierwsze k±ski ofiarne wraz z tymi, które siê w rêku znajduj±, zanie¶ je i oddaj (bogom)... Dobry duchu ognia, twój dym jest d³ugi, twój jêzyk jest ostry [4], rozpostrzyj, przed³ó¿ i podaj w naszym imieniu dobrym bogom b³ogos³awieñstwo tego s³odkiego dymu!..."

2 W czasie modlitwy uderzaj± no¿em o topór.

3 To znaczy: na najdalsze pó³nocne krañce ziemi.

4 Pospolity u Czeremisów zwrot w modlitwach do ognia (zob. FF Communications, t. 18 s, 1926, s. 80).

412. W zapad³ych k±tach S³owiañszczyzny jeszcze do niedawna gospodynie dba³y, aby dziêki starannemu przechowywaniu ¿aru ogieñ w chacie nigdy nie wygas³. Gdyby wiêc nie doroczne "odnawiania" ognia podczas pewnych ¶wi±t oraz "odnawiania" przygodne, przedsiêbrane np. w czasie pomorów, ¿ar, raz rozniecony, trwa³by-w zasadzie przynajmniej - niejako wiecznie. Tak by³oby zw³aszcza u S³owian po³udniowych i wschodnich, a przede wszystkim po g³uchych k±tach Bia³orusi. Na Bia³orusi, podobnie zreszt± jak i w innych stronach, nawet je¶li rodzina przenosi³a siê do nowego domostwa, zabiera³a ze sob± ¿ywy ogieñ z opuszczanej chaty. Mê¿czyzna, bêd±cy g³ow± rodziny, k³ad³ wtedy ¿ar do garnka i niós³ go podczas przeprowadzki przodem, a za nim postêpowali inni domownicy z ca³ym dobytkiem. Wszed³szy pod dach nowej siedziby, przodownik obnosi³ ¿ar wzd³u¿ wewnêtrznych ¶cian izby, stawia³ naczynie na nalepê i sam w³asnorêcznie roznieca³ z przyniesionego ¿aru pierwsze ognisko. W razie gdy nieca³a rodzina opuszcza³a dawne osiedle, lecz tylko na przyk³ad syn wyprowadza³ siê z ¿on± z chaty ojców, natenczas syn ten, jako g³owa nowego domu, otrzymywa³ z r±k ojca, jako g³owy starego gniazda, ¿ar w naczyniu. Tego rodzaju praktyki, wyra¼nie nawi±zuj±ce ju¿ do spo³ecznego znaczenia ognia, spotykamy tak¿e u wielu ludów pozas³owiañskich oraz egzotycznych; wrócimy te¿ jeszcze do nich w III tomie tej pracy, po¶wiêconym kulturze spo³ecznej.

Ale zwyczaj podtrzymywania wiecznego ognia, poniek±d za¶ mo¿e i przenoszenia ¿aru ze sob± na nowe osiedle, niekoniecznie, a w ka¿dym razie niewy³±cznie wyrastaæ musia³ na tle ¶ci¶le spo³ecznych przes³anek. Wszak nie ulega najl¿ejszej w±tpliwo¶ci, ¿e dziêki ¿ywio³owej w³adzy palenia czy niszczenia, jak± ogieñ w niezwykle silnym stopniu posiada, ma on w oczach ludu jako apotropaion tak wielk± warto¶æ, jak ¿aden inny ¶rodek magiczny. Ca³kiem wiêc prawdopodobne jest, ¿e ludowi z dawien dawna chodzi³o o to, by ani na chwilê nie pozbawiaæ siê tej znakomitej w jego oczach os³ony od wszelkiego rodzaju z³a [1]. Nie o wiele inaczej t³umaczyæ mo¿na zabieranie starego ognia na nowe pielesze. Analizuj±c ten zwyczaj, winni¶my jednak obok przes³anek ¶ci¶le spo³ecznych oraz tych, co siê licz± do magii, uwzglêdniæ tak¿e pewne czynniki natury emocjonalnej, których badanie nale¿y w równym stopniu do psycho- jak i do etnologii.

1 Por. np., co mówi jedno ze ¼róde³ bu³garskich: "Ogieñ, p³on±cy nieustannie na ognisku, jest to tak¿e «bo¿y ogieñ»: odnawiaj± go ka¿dego roku. Kiedy pali siê w chacie, nie maj± (do niej) dostêpu wampir, czart ani karakond¿u³; nie ¶mie te¿ wej¶æ ¿adna choroba". SbNU, t. 14, 1897. dz. 3, s. 185. Warto¶æ domowego ognia jako sta³ego ¶rodka apotropeicznego dobrze ods³aniaj± m.in. przes±dy, które powo³a³y do ¿ycia obrz±dek "odnawiania" tego ¿ywio³u.

Dla ka¿dego, kto obcowa³ lub obcuje z ludem, nie jest tajemnic± wielka rola, jak± gra w oczach wie¶niaka znamiê swojsko¶ci. Swoiste przywi±zanie do rzeczy w³asnych, a nieufno¶æ wzglêdem obcych [2] to przecie¿ w zapad³ych wsiach s³owiañskich -i przy tym szczególnie w ¶wiecie kobiecym-jedna z najcharakterystyczniejszych cech, ró¿ni±cych psychikê masy ch³opskiej od psychiki tzw. inteligentów. Mo¿na by powiedzieæ obrazowo, ¿e dla wie¶niaka im d³u¿ej jaki¶ przedmiot znajduje siê w jego rêkach, tym grubsza warstwa swojsko¶ci na nim osiada, a¿ wreszcie nadchodzi chwila, kiedy ten przedmiot staje siê niejako czê¶ci± jego cia³a. Oczywi¶cie odbywa siê to wszystko -jak tyle innych procesów psychicznych u ludu - nie przed oczami ¶wiadomo¶ci, lecz w g³êbi niejasnego poczucia. Licznych dowodów takiego stanu rzeczy dostarczaj± m.in. pewne przes±dy maj±ce zapobiegaæ czarom rzucanym poprzez ró¿ne przedmioty na ich w³a¶ciciela. Im przedmiot jest bardziej "swój", im jest bli¿szy, tym pewniej wszystko, co go dotknie, dotknie w³a¶ciciela. Jako dobry przyk³ad mo¿e s³u¿yæ nastêpuj±cy. Jak wiadomo, ka¿dy przeciêtny inteligent, je¶li jest, powiedzmy, proszony przez kogokolwiek o po¿yczenie jakiego ma³o warto¶ciowego przedmiotu codziennego u¿ytku, chêtniej po¿yczy rzecz starsz±, zu¿yt± (jako mniej wart±) ni¿ ca³kiem now±. Tymczasem wed³ug wiadomo¶ci uzyskanej przez E. Frankowskiego w powiecie s±deckim wie¶niacy, ca³kiem odwrotnie, w³a¶nie "z ochot± po¿yczaj± nowe miski, talerze, ³y¿ki", natomiast "nigdy nie po¿yczaj± naczynia, którego u¿ywaj± do jedzenia na co dzieñ". W ¶wietle wszystkiego, o czym wy¿ej, ³atwo rozumiemy ich dziwne z pozoru zachowanie: mniej siê oni obawiaj± zniszczenia czy zepsucia przedmiotu ni¿ zaszkodzenia poprzez przedmiot im samym. Oczywi¶cie - jako ¿e w³asna odzie¿ bodaj jeszcze bli¿sza jest cz³owiekowi od naczynia, z którego spo¿ywa codzienny posi³ek - mo¿na by na niej jeszcze ³atwiej zilustrowaæ ró¿ne, do tego¿ zespo³u nale¿±ce przes±dy. Rzecz jest jednak dostatecznie ju¿ dla nas jasna i nie potrzebujemy d³u¿ej siê ni± zajmowaæ. Ma³o który inteligent tak siê z¿ywa, z w³asnym domostwem i otaczaj±cymi go codziennie przedmiotami, jak w³a¶nie ch³op. Staj± siê mu one bardzo bliskie; nie gro¿± bowiem same przez siê niczym nieznanym-obcym; mo¿e im ufaæ tak jak sobie samemu.

2 Najbardziej dobitnym przyk³adem tego, w jak konkretny sposób przedstawia sobie przy tym lud z³o gro¿±ce ze strony rzeczy obcych, jest wierzenie zapisane u wielkoruskich Kozaków, zamieszka³ych na pó³nocnym Kaukazie. Wed³ug nich mianowicie z³y duch czyha na ka¿dego, kto wstêpuje do obcej chaty. "Gdy - prawi± - wchodzisz do cudzego domu, ju¿ w samych drzwiach poczujesz, jakby ci na twarz upad³a pajêczyna: to jest w³a¶nie z³y duch. Dla unikniêcia porči (dos³.: zepsucia) prze¿egnaj siê wiêc we drzwiach ka¿dego domu". ("Sbornik matieria³ow dla opisanija miestnostiej i plemien Kawkaza", t. 37, 1907, dz. III, s. 36).

Maj±c w pamiêci to wszystko, wróæmy teraz do zwyczaju zabierania dawnego ogniska na nowe osiedle, by podkre¶liæ, ¿e jak ze wszystkich ¶rodków apotropeicznych ogieñ jest najpotê¿niejszy, tak niew±tpliwie spo¶ród wszystkich ogni, jakie szczególnie nadawa³yby siê do obrony cz³owieka w chwili, gdy wkracza do nowej siedziby i w niej siê lokuje, a wiêc w czasie, kiedy, jak to wynika z wielu wskazówek, bardzo czuje siê zagro¿ony przez z³o (która to obawa - ugruntowana przez tradycjê - jest zreszt± niezawodnie w znacznej mierze po prostu w³a¶nie refleksem uczucia obco¶ci), na pierwsze miejsce wysuwa siê stary ogieñ domowy.

W pozornej - ale tylko pozornej - sprzeczno¶ci z powy¿szym pozostaje zajmuj±cy, prastary zwyczaj odnawiania ognia. -O nim - podobnie jak i o ¶wiêtach na cze¶æ ognia - bêdzie jednak mowa w t. III w zwi±zku z analiz± obrzêdów przygodnych i dorocznych. Na tym miejscu zaznaczê tylko, ¿e zwyczaj ów zasadza siê przede wszystkim na chêci wzmo¿enia dobroczynnych magicznych w³a¶ciwo¶ci ognia przez odnowienie go (tzn. - do pewnego stopnia - odm³odzenie), polega za¶ na zast±pieniu "starego" ognia "nowym"; pokrewne mu jest stosowanie w pewnych szczególnych wypadkach ognia ¶wie¿o a uroczy¶cie wznieconego, jako silniejszego czy, jak my by¶my mo¿e powiedzieli, ¿ywotniejszego od wziêtego z ¿aru domowych lub innych ognisk (por. tu m.in. charakterystyczn± star± nazwê takich nowych czy ¶wie¿o uroczy¶cie roznieconych ogni: wkrs. živòj ogòñ, bu³g. živ ogъñ, serbochorw. žîvî òganj) [1].

1 W ró¿nych stronach bywaj± one te¿ nazywane dziwymi, bo¿ymi itd.

413. Kult ognia u S³owian jest niew±tpliwie odwieczny. Z bezpo¶rednich dowodów, które by to po¶wiadcza³y, zas³uguj± na szczególn± uwagê dane zawarte w pomnikach cerkiewnego staroruskiego pi¶miennictwa (w kazaniach cerkiewnych), wzglêdnie w ich odpisach pochodz±cych z XIV i nastêpnych wieków. Dane te polegaj± na jednym jakim¶ starszym wspólnym ¼ródle i stwierdzaj±, ¿e na Rusi gdzie¶ w pierwszych wiekach chrze¶cijañstwa "modlono siê" do ognia "nazywaj±c go Swaro¿yczem", czy te¿ ¿e "modlono siê do ognia-Swaro¿ycza" wzglêdnie - jak podaje S³owo ¶w. Jana Z³otoustego, znane z nowogrodzkiego odpisu z XIV lub XV wieku - "wierzono w Swaro¿ycza".

Najbardziej zajmuj±ca w owych ¶wiadectwach jest niew±tpliwie sama nazwa: Swaro¿ycz (Svarožičь). Niestety nie³atwo poddaje siê ona obja¶nieniu. Jedno nie ulega oczywi¶cie ¿adnej w±tpliwo¶ci: urobiono j± od wyrazu svarogъ przy pomocy ogólnos³owiañskiego pospolitego sufiksu -itje-. Ju¿ jednak je¿eli zechcemy rzuciæ ¶wiat³o na semantyczny stosunek obu obchodz±cych nas wyrazów: svarogъ i Svarožičь, lub, mówi±c inaczej, na stosunek obiektu nazwanego swarogiem do obiektu nazwanego Swaro¿yczem, natrafiamy niepokonane trudno¶ci. Sufiks bowiem -itje- s³u¿y³ S³owianom do wcale ró¿nych celów i w jego ¶wietle Svarožičь mo¿e oznaczaæ zarówno syna czy potomka lub w ogóle istotê wzgl. obiekt pochodz±cy od swaroga, jak i m³odego swaroga, albo wreszcie zgo³a - mniejszego, ma³ego swaroga [2] (przy czym gdyby tu zachodzi³ ostatni wypadek, nie by³oby mo¿e nawet ca³kiem wykluczone, ¿e Svarožičь to tylko pieszczotliwa forma nazwy Svarogъ, a w takim razie obiekt-Swaro¿ycz by³by identyczny z obiektem-swarogiem (por. s. 240 § 180).

2 Przyk³ady zob. u W. Yondraka, Vergl. Slaw. Grammatik, t. l2, 1924, s. 598/9.

Wcale nie przedstawia siê ja¶niej kwestia znaczenia wyrazu svarogъ, na którym bardzo nam przecie¿ musi zale¿eæ, skoro chcemy zrozumieæ nazwê Svarožičь. S³owo svarogъ jest urobione przy pomocy przyrostka -ogo-, to pewne; ale jak siê t³umaczy zawarty w nim pieñ? Trzymaj±c siê ¶ci¶le wa¿nej wskazówki, ¿e Svarožičь by³a to nazwa dla ognia, mo¿na by tu przede wszystkim my¶leæ o pokrewieñstwie wyrazu svarogъ ze scytyjskim (sogdyjskim) *°spàr°γ- [3] - b³yszczeæ, ¶wieciæ siê, kwitn±æ [1], a dalej z irañskim (awestyjskim) chvar - ¶wiat³o nieba [2], s³oñce, oraz ze staroindyjskim svàr - blask, niebo, s³oñce.

3 R. Gauthiot, Essai de grammaire sogdienne, 1914-1923, s. 127, 159. Sogdyjskie γ kontynuuje tu indeur. w.

1 Co do znaczenia "kwitn±æ", por. s³ów. kvьtǫ, kvisti-kwitn±æ obok ³ot. kwitu, kvitét - l¶niæ, b³yszczeæ. S³ow. pierwiastek kvьt - jest zreszt± dubletem pierwiastka svьt - w wyrazach ¶wieciæ, ¶wiat³y itd.

2 Takie ma byæ wg J. Hertela w³a¶ciwe znaczenie awestyjskiego chvar; zob. "Indogerm. Forschungen", t. 47, 1929, s. 304.

W konsekwencji takiej etymologii mo¿na by nastêpnie - uwzglêdniaj±c te¿ wskazówki etnografii porównawczej - przyj±æ, i¿ Svarogъ by³o to bóstwo ognia albo te¿ s³oñca lub wreszcie nieba. Wszystkie trzy ewentualno¶ci s± niemal jednakowo prawdopodobne. Za pierwsz± przemawia, ¿e w Kronice Hypackiej faktycznie znajdujemy, powtórzon± za innym ¼ród³em ruskim, wiadomo¶æ o bóstwie Swarogu, które mia³o odpowiadaæ greckiemu Hefajstosowi (niestety, nie ma pewno¶ci, czy w³a¶nie owemu zrównaniu Swaroga z Hefajstosem wolno ca³kiem spokojnie zaufaæ). Druga mo¿liwo¶æ znajduje oparcie w danych etnografii, do¶æ dobrze t³umacz±cych stosunek przypuszczalnego Swaroga-s³oñca do Swaro¿ycza-ognia. Mianowicie na Rusi, gdzie w³a¶nie przechowa³a siê nazwa Svarožičь, lud obok zwyk³ego, ziemskiego ognia zna tak¿e wielki "ogieñ" na niebie; tak np. dla wschodniopoleskiego Bia³orusina s³oñce jest to po prostu wielkie bòžaje òhnišče (ognisko bo¿e); podobnie¿ ogniem jest s³oñce i dla Ukraiñców z okolic Che³ma. Jak wywodzi jedno z pism cerkiewnych (zwalczaj±ce resztki pogañskich kultów na Rusi), wed³ug ruskiego pospólstwa, "kiedy schnie zbo¿e, wtedy ogieñ-bóg tworzy spór [3] (w innym wariancie: "ogieñ tworzy spór, suszy i sprawia dojrzewanie"); nie ulega za¶ w±tpliwo¶ci, ¿e owym ogniem-bogiem jest tu s³oñce, gdy¿ bezpo¶rednio po zacytowanych s³owach pobo¿ny a oburzony autor dodaje: "z tego powodu przeklêci czcz± po³udnie i k³aniaj± siê na po³udnie siê obróciwszy" [4, 5] (zob. § 355).

3 Tj. plon.

4 Nie ma co prawda absolutnej pewno¶ci, czy te oskar¿enia ruskiego autora nie s± przezeñ ¿ywcem powtórzone za pi¶miennictwem obcym.

5 Tak¿e w po³udniowej Bu³garii (we wsi In¿ekioj w okolicy Chaskowa) zanotowano pogl±d, wedle którego s³oñce ma byæ ogniem, nie wiemy jednak, o ile to jest dawna tradycja.

Wierzenia czy mity, w ten lub inny sposób ³±cz±ce, albo nawet po czê¶ci mieszaj±ce ogieñ ziemski ze s³oñcem, spotykamy zreszt± i u s±siaduj±cych ze S³owianami zachodnich (nie nadwo³¿añskich!) Finów oraz u niektórych ludów Azji (zob. s. 438, odn. l) etc. Ale - zastrze¿my siê: w konkretnym wypadku, jaki nas tu obchodzi, owe dane etnografii nie stanê³yby ¿adn± miar± na przeszkodzie nawet i wtedy, gdyby¶my zechcieli przyj±æ pierwsz± ewentualno¶æ, i¿ Svarogъ by³ jakowym¶ bóstwem ognia. Bóstwo bowiem ognia ca³kiem przecie¿ dobrze mog³o siê znajdowaæ w ¶cis³ym stosunku ze s³oñcem - ogniem niebieskim; albo nawet, o ile tylko wierzenia danego ludu nada³y mu dostateczn± potêgê, mog³o podporz±dkowaæ sobie s³oñce (w³a¶nie ta sama Kronika Hypacka, gdzie jest mowa o Swarogu-Hefajstosie, widzi w s³oñcu Swarogowego syna!).

414. Co do ewentualno¶ci trzeciej, dopatruj±cej siê w Swarogu ubóstwionego nieba, to powo³aæ by siê mo¿na na ogólnie przyjmowan± wszechobecno¶æ kultu bóstwa nieba u ludów indoeuropejskich [1] oraz na fakt, ¿e to jasne naczelne bóstwo bywa³o pojmowane jako ojciec pewnych innych pomniejszych bogów, m.in. za¶ boga ognia (por. stosunek Zeusa do Hefajstosa). Zaledwie jednak wkroczymy na ¶cie¿kê otwart± przez ostatnie t³umaczenie, wnet znajdziemy siê na dalszym rozdro¿u: nazwa Swaroga, je¶liby to mia³ byæ bóg nieba, wcale niekoniecznie potrzebuje siê wi±zaæ z irañskim chvar, stind. svàr itd.; mo¿na j± jak najg³adziej wyt³umaczyæ ze s³owiañskich zasobów leksykalnych. Sam s³ysza³em na ¶rodkowym Polesiu, przep³ywaj±c z rybakami ³odzi± jezioro Knia¼, jak grzmot wywo³a³ na usta jednego z nich ca³kiem powa¿ne i niemal odruchowo wypowiedziane s³owa: "Boh svarycsa" (Bóg gniewa siê); to samo wyra¿enie znane jest w odpowiedniej formie (Bóg swarzy) i z Polski. Otó¿ nazwa boga niebios, urobiona od s³owa svariti (sê) - gniewaæ siê, burczeæ, k³óciæ siê, nie by³aby, mówi±c najostro¿niej, wcale dziwna (odpowiada³by jej do pewnego stopnia przydomek Zeusa: μαιμάκτης - wzburzony, gniewny).

1 Por. tu jednak § 334.

Na domiar zamêtu z owej wiadomo¶ci o "ogniu-bogu", co tworzy spór i, jak wskazali¶my, jest zapewne identyczny z ogniem-s³oñcem, si³± rzeczy wynika ostrze¿enie: ¼ród³a, które pierwsze poda³y wiadomo¶æ o kulcie Swaro¿ycza i o wierze w to bóstwo, mog³y wszak pod nazw± Svarožičь rozumieæ nie wy³±cznie ogieñ ziemski, lecz i ogieñ-s³oñce. Nie bêdziemy ju¿ jednak roztrz±saæ dalszych zgodno¶ci i sprzeczno¶ci, do jakich przyjêcie takiej koncepcji prowadzi. Stokroæ bowiem wa¿niejsze jest, ¿e i na zachodnich krañcach dawnej S³owiañszczyzny, u Po³abian, znajdujemy kult znacznego boga Swaro¿yca (Zuarasici, Zuarasiz diabolus). By³ on czczony w s³ynnej ¶wi±tyni Obodrytów w Retrze, gdzie te¿ sta³ jego pos±g. Mówi o nim jedno z najstarszych ¼róde³ do historii religii po³abskich S³owian: kronikarz Thietmar (976-1018), a po¶wiadcza go równie¿ list ¶w. Brunona do Henryka II, pochodz±cy z r. 1008. Nie ulega wiêc w±tpliwo¶ci, ¿e Swaro¿yc (tym samym za¶ i Swaróg) znany byæ musia³ pó³nocnym S³owianom od bardzo dawna, ale, niestety, poza tym szczup³e wzmianki autorów zachodnich nie przyczyniaj± siê wcale do wyja¶nienia genezy czy w ogóle charakteru tego bóstwa.

B±d¼ co b±d¼, je¶liby siê w pe³ni zaufa³o Kronice Hypackiej, tedy najlepiej by³oby przypu¶ciæ, ¿e S³owianie (co najmniej pó³nocni) czcili w zamierzch³ych czasach pod nazw± Swaroga (spokrewnion± z awest. chvar, stind. svàr) jakie¶ bóstwo b±d¼ s³oneczne, b±d¼ te¿ ogniowe, które z biegiem czasu zawar³o w sobie zarówno ubóstwiony "wielki ogieñ" niebieski (t j. s³oñce), jak i zwyk³y ziemski. Dziêki ostatniej okoliczno¶ci od tego boga wywodzono nastêpnie genetycznie-niejako cofaj±c jego ewolucjê - z jednej strony s³oñce, z drugiej za¶ ogieñ ziemski [1].

1 Etymologia wyrazu Svarožičь, podana przez A. Brücknera w S³owniku etym. jêz. polskiego (ogieñ-k³ótnik; zob. s. 527 s. v. swar) nie zas³uguje nawet na wzmiankê.




Wyj±tek z: Kultura ludowa S³owian, t. II cz 1, ss. 491-506 - wg wydania II Warszawa 1967.

Kazimierz Teofil Moszyñski, 1887 - 1959, etnograf; etnolog; prof. UJ i Uniwersytetu Wileñskiego, klasyk polskiej etnologii. Jego dzie³o Kultura ludowa S³owian jest podstawow± lektur± dla wszystkich studiuj±cych dziedzictwo naszych przodków. Tomy I i II Kultury... wydano w latach 1934-39, i ponownie 1967-8; z niewiadomych powodów ksi±¿ki tej nie wznawiano od prawie 40 lat i przez to dostêpna jest dzi¶ tylko okazyjnie w antykwariatach.


Uwagi techniczne. Inaczej ni¿ w oryginale, druk rozstrzelony zast±piono pogrubionym. Przypisy umieszczono pod odpowiednimi akapitami, zachowujac z orygina³u ich numery. Niektóre nie-polskie czcionki, dla których nie znaleziono internetowych kodów, zast±piono znakami podobnymi.
 



Autor, jego teksty
Aby pisaæ komentarze zaloguj siê lub zarejestruj.
drukujDrukuj

Promocje

Og³oszenia

menu ruchome
rozwiñ menu --»


© Copyright by Taraka. Prawo rozpowszechniania zastrze¿one.
wróæ na górê wróæ na górê
Logowanie:

- e-mail jako login
- has³o
Zaloguj
Pomiñ   Zapomnia³em/am has³a!

Zapisz siê (za³ó¿ konto w Tarace)