Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

06 września 2006

Krzysztof Wirpsza

Kurs Cudów: Inna Eucharystia
A Course In Miracles (Kurs Cudów), księga zwana współczesną Biblią

Kategoria: Techniki rozwoju

Wierzymy w każdą miłość nocy i dnia
Wierzymy w każdy ranek i w każdy wieczór
Wierzymy w każdą prawdę gdy trzeba spać
Wierzymy w byle co
By nie czuć

Waldemar Chyliński

Pastylka szczęścia

Gdyby tak tylko można... zażyć. Pomogłoby, na pewno by pomogło. Och, nie ważne co: kieliszek wina, papieros, cudowna amerykańska tabletka. A może seks? To przecież naprawdę rozluźnia. Choć, Bogiem a prawdą, ma też wady: z czasem się opatrzy, jak większość rzeczy. To może jednak coś bardziej – trwałego? Miłość? Do tego mała przekąska – wszystko w odpowiednich proporcjach, i – proszę – kolory wracają! No dobrze, ale może jeszcze jakieś bardziej hm, namacalne sprawy? Coś po sobie zostawić, zbudować. Napisać. Można, pewnie , konkrety z pewnością dodają... pewności. Ech, wiele by gadać, a tak mało w sumie potrzeba. Przecież każda optymistyczna myśl jest cenna! No, ileż można się truć, do cholery? Właściwie – cokolwiek, naprawdę wszystko jedno co, byle szybko. I byle znikło to wredne uczucie, że się – jest. Ta, ni przypiął ni przyłatał, obecność. Goła i skandalicznie bezsensowna, z którą nie wiadomo co zrobić. Niech ona sobie już pójdzie. Kysz!"

To nasza codzienna Eucharystia. Zażywamy pastylkę zbawienia, o którą tyle walczyliśmy. Zmagaliśmy się, cierpieliśmy aby ją wyrwać, wyżebrać, wyłudzić od świata. I wreszcie, mamy. Nasza pastylka na szczęście. Łyk – i po wszystkim. Ból ustaje. Cierpienie mija. Niewygoda znika. Kolejny raz rytualnie przypieczętowaliśmy bezsilność. I po raz kolejny – tę okropną bezsilność zabrała litościwa Hostia.

Szukać w sobie...

Tradycyjne myślenie, podobnie jak tradycyjne chrześcijaństwo, i pewnie wszystkie tradycyjne masowe religie – uczy nas, by nakłaniać świat (Boga) aby dał nam to, czego chcemy. Myślenie takie utwierdza nas w bezsilności, podkreślając status ubogiego krewnego, który musi zasłużyć sobie na odpowiednie traktowanie. Takie "zapracowanie sobie" na kolejne osiągnięcie zapewnia krótkotrwałą ulgę – aż do momentu, gdy emocjonalny fetysz utraci moc – wtedy uczucie niewygody powraca i proces może zacząć się na nowo. Ta – wydawałoby się powszechna logika, nie jest jednak – na szczęście – jedyna. Obok tradycyjnej umasowionej wersji "przepisu na życie" istnieją także inne, choć bez wątpienia mniej popularne warianty. Uczą nas one przeciwnej idei: "Zamiast szukać na zewnątrz, poszukaj w sobie."

Idea to, można powiedzieć, obrazoburcza, i rzadko kiedy wzmiankowana na poważnie w dobrym towarzystwie. Może ze względu na nieodłączną zawartą tu nieprzyzwoitość.... Jeżeli prawda jest we mnie, to co z plackiem śliwkowym babci? Co z normalnością, co z moralnością, co ze spokojem, że wszystko robi się "właściwie"? Idea szukania prawdy w sobie istotnie narusza wiele społecznych tabu. A jednak to właśnie ta idea, jakkolwiek awanturnicza, jest kamieniem węgielnym, na którym zbudowano Zachodnią cywilizację. To ona dała początek takim – w dużym stopniu unikalnym – zjawiskom naszej kultury, jak "racjonalizm", "intelektualna niezależność", "miłość romantyczna" czy choćby "realizacja osobistych marzeń". Poniżej, rzut oka na tę rodzimą ideę, oraz niektóre jej implikacje.

Rzecz czy myśl?

Zacznijmy tak: pomyśl o czymkolwiek, czego naprawdę pragniesz. Zrobione? A teraz spróbuj odpowiedzieć sobie na pytanie – czy to, czego pragniesz – jest rzeczą czy myślą? Rzecz – jest czymś z zewnątrz, jest podarunkiem, który miałby dać ci satysfakcję, wygodę, jakich właśnie ci brakuje. Myśl jest wewnętrzna – jest twoim sądem: "Tego pragnę." Pytanie może wydawać się trochę bez sensu, ale odpowiedz na nie pomimo to– najlepiej podając pierwszą z brzegu myśl jak ci przyjdzie.

Załóżmy że odpowiedziałeś "rzeczą". Naturalne wydawałoby się powiedzieć "Potrzebuję konkretnego rezultatu, a więc rzeczy." Zazwyczaj tak właśnie uważamy. Poszukujemy zbawienia w rezultatach, w konkretach, które dadzą nam zadowolenie i wygodę. Któż – bez niezależnego źródła dochodów – poświęciłby życie poszukiwaniu spraw niejasnych, rezultatów niepewnych, czasem nieznanych? Powiedzieć "potrzebuję rzeczy" – to zakończyć sprawę i odpocząć. Tak ma być. Czasem – często – inaczej nie można.

Co jednak, gdybyś odpowiedział, że twoja potrzeba jest myślą? Myśl lubi poznawać siebie, odkrywać przyczyny własnych intencji. Natychmiast nasuwają się inne pytania "Dlaczego tego pragnę?" "Co mną powoduje?" "W jaki sposób mi to pomoże?" Jeśli pozwolisz im zabrzmieć, naruszą twoją integralność, powodując, że z bezpiecznej przystani wyruszysz w nieznane. Już nie jesteś tak pewny, czego chcesz. Bardzo dobrze! To myśl – spuszczona z uwięzi – chce rozszerzać się, odkrywać – doświadczyć nowego. Chce naruszyć istniejące struktury, wypaczyć dotychczasową logikę, podać w wątpliwość dotychczasowe tabu. W końcu wszystkie one – są również myślą. Z punktu widzenia myśli nic nie jest martwe, ponieważ wszystko postrzegane jest w Tobie, a Ty żyjesz. Dlatego myśl zmierza niestrudzenie do Ciebie, chce cię poznać, objąć, chce się tobą stać. Powód? To proste. Myśl ponad wszystko inne pragnie doświadczyć tego, co mgliście przeczuwa już teraz – że wszystko, wszystko czego mogłaby chcieć – jest tak jak ona – myślą.

A Course In Miracles

Mówimy tu o dwóch drogach – drodze rzeczy i drodze myśli. Na pozór, tylko droga rzeczy zdaje się gwarantować przetrwanie w życiu, droga myśli zaś zarezerwowana jest dla wyrzutków, filozofów i mistyków, docenianych – w najlepszym razie, jedynie po śmierci. Czy jednak aby na pewno tak jest? Czy nie istnieją wśród nas filozofowie nierozpoznani, żyjący swoją wewnętrzną prawdą na obrzeżach szerokiej publiczności, ale też nie cierpiąc nędzy, choroby lub ascetycznych wyrzeczeń, jakie zdajemy się nawykowo zawsze kojarzyć z ich profesją?

Do wszystkich, których interesuje niniejszy problem, skierowany jest oryginalny, napisany po angielsku podręcznik zwany A Course In Miracles (Kurs Cudów). Księga ta, będąca w duchu swym chrześcijańska i dlatego zwana przez wielu "współczesną Biblią", została podyktowana w latach 60-tych amerykańskiej psycholog Helen Schucman, przez głos wewnętrzny, który przestawił się jako Jezus z Nazaretu. Od chwili swego pierwszego wydania na początku lat siedemdziesiątych, Kurs... wszedł na stałe do ścisłego kanonu amerykańskiej literatury psycho-duchowej, wywołując kontrowersje w rozmaitych środowiskach – od kościołów, po uniwersytety i gabinety terapeutyczne. Obecnie jest fenomenem popularnym na równi z I-Cingiem, Tarotem, Bhagavad-gitą i wieloma innymi systemami wiedzy duchowej świata. Na jego temat organizowane są szkolenia, wykłady, talk-show, jak również powstają rozmaite książki i poradniki komentujące przesłanie Kursu w różnorakich kontekstach. Istnieją zarówno liczni entuzjaści jak i przeciwnicy filozofii Kursu , uzasadniający jej przydatność (bądź nieprzydatność) w dziedzinach takich jak religia, psychoterapia, biznes, czy ruch human potential. Znana jest nawet sekta, posługująca się Kursem jako narzędziem ewangelizacji! Jednak przeważająca część ludzi stykających się na co dzień z tą książką, to ci, którzy widzą w niej technikę osobistego rozwoju, narzędzie, które niepostrzeżenie wprowadza do zwykłego życia – nowy, przestrzenny wymiar. Kurs bowiem z założenia ma być narzędziem pracy indywidualnej, przeznaczonym do indywidualnych studiów i nie wymagającym autorytetu kościoła ani opinii eksperta. Co zresztą nie umniejsza faktu, że jest to dzieło trudne, operujące złożonym językiem i skierowane w głównej mierze – do intelektualisty.

Swój status "współczesnej Biblii" Kurs Cudów zawdzięcza specyficznej chrześcijańskiej symbolice, którą lubi. W istocie jednak zawiera nową, bardzo kontrowersyjną, interpretację myśli chrześcijańskiej, podaną w duchu świeckim, pozbawionym credo, dającym się natomiast uogólnić i zastosować w warunkach każdej dosłownie życiowej orientacji. Ta nowa interpretacja chrześcijaństwa jest niejako odwróceniem znanych chrześcijańskich dogmatów – tak aby, zamiast służyć tym, którzy w modlitwach proszą o jeszcze jedną pigułkę szczęścia, mogły się przydać osobom, które za cel w życiu obrały poznanie prawdy o Sobie.

Odwracanie kota ogonem

Tradycyjna wiedza, obojętnie religijna czy świecka, uczy: istnieje niepodważalny świat rzeczy, oraz wymyślony świat myśli (ja). Z tych dwóch światów za kamień probierczy uważamy zazwyczaj świat rzeczy, natomiast świat myśli (ja) – traktujemy jako wytwór człowieka, a więc pewne literackie odwzorowanie prawdy, które jednak nie jest – w sensie fizycznym – realne. Pogląd ten jest nie tylko poglądem klasycznej Newtonowskiej fizyki, można do niego również sprowadzić ogólnodostępną religijność dowolnej proweniencji. Tu odpowiednikiem świata rzeczy jest Bóg – owa ostateczna Rzeczywistość, której zamiary są dla ja nieprzeniknione, i której ja się obawia. Słowo "Bóg" można też zastąpić np. słowem "życie" lub "ludzie" – są to bowiem globalne zjawiska na których łasce – zgodnie z powszechnym intuicyjnym przeświadczeniem – ja się znajduje. .

Kurs Cudów twierdzi, że pogląd ten jest dokładnym odwróceniem prawdy. To świat myśli jest światem realnym, wewnętrznie spójnym, dającym rzeczywiste perspektywy rozwoju, natomiast świat rzeczy – lub jak to ujmuje Kurs – świat ciał – jest fikcją. Jest on doświadczany przecież nie gdzie indziej, a właśnie w umyśle – to umysł bowiem interpretuje informacje, podając je jako zimno, ciepło, kształt itd. Zamiast więc obsesyjnie zajmować się światem ciał, należałoby zwrócić uwagę na świat wewnętrzny – tam bowiem znajduje się autentyczne źródło naszych nieświadomych motywacji. Poprzez zwrócenie uwagi do wewnątrz, w świat wewnętrznych interpretacji, stajemy się bardziej świadomi, tego kim tak naprawdę jesteśmy. Zaczynamy w naturalny sposób "wiedzieć" jak się zachować w danej zewnętrznej sytuacji. Gdy odważymy się działać zgodnie z tą wiedzą – wszystko kończy się dobrze. Takie wydarzenie – Kurs nazywa "cudem". Im chętniej zwracasz się ku poznaniu Siebie – twierdzi – i im częściej rezygnujesz z manipulacji światem ciał, tym częściej świat ten będzie działał na twoją korzyść. To właśnie cud – dowód realności i wewnętrznej spójności świata myśli, w odróżnieniu od iluzorycznego świata ciał.

Skok w nieznane

Kurs proponuje proste podejście, wykorzystujące ideę życiowych decyzji – a więc życia na gorąco, w odróżnieniu od siedzenia na poduszce w klasztorze i pogrążania się w kontemplacji. W ciągu dnia podejmujesz wiele decyzji – mówi. Właściwe decyzje to coś, na czym naprawdę ci zależy – to twoje życie. Wykorzystaj to! Przed podjęciem decyzji – zatrzymaj się. Poczuj. Nie decyduj, jeśli nie czujesz, że twoja decyzja nie pochodzi z prawdziwego, szczerego miejsca w tobie. To taki mały skok na bungee. Mały zastrzyk adrenaliny, gdy przestajesz respektować uznane kryteria, na ich miejsce zaś coraz częściej szukasz prawdy wewnątrz. Z początku będzie to obszar nieznany, istna terra incognita. Każdy zobaczy tam najpierw urwisko, a obok słup z napisem: "Dalej nic nie ma. Tylko trochę trawy i piasku. Lepiej posłuchaj co ci mówią." Powoli jednak, krok po kroku, nauczymy się rozpoznawać głos naszej prawdziwej natury, a gdy słuchając go, doświadczymy cudu – być może coraz częściej odważymy się skakać w nieznane.

Kurs zachęca abyśmy mówili "Poddaję się. Chce wiedzieć co jest prawdą?" raczej niż: "Potrzeba mi tego i tego, jak mam to osiągnąć?" Kierując się przekazem Kursu działamy bardziej szczerze. W wyniku tego, wysiłki realizacji marzeń są bardziej "nasze" – a zatem rokują większy i trwalszy sukces, niż gdyby były podyktowane przez zewnętrzne okoliczności. Choć oczywiście nie zawsze zjednuje nam to aprobatę otoczenia.

To trochę tak jak w sytuacji przyszłego pianisty, który – nigdy nie rozpoznawszy swoich talentów – pracuje na budowie. Pewnego dnia wracając do domu usłyszy koncert fortepianowy. Czy odkryje w sobie dojrzewające marzenie o grze? Jeżeli tak -wówczas prawdopodobnie poczuje się w dotychczasowej roli bardzo niewygodnie. Siedząc samotnie w pokoju, przeżyje kryzys, widząc jak puste było jego dotychczasowe życie. Boi się z niego rezygnować, choć coś mu podpowiada, że to jedyne wyjście. Z punktu widzenia współtowarzyszy – chłopak stoi na skraju urwiska. Gdyby wytrwale uczył się fachu, mógłby zostać majstrem, a potem nawet kierownikiem zmiany. On jednak nie chce. Czyni krok w nową fascynującą rzeczywistość, o której nikt nic nie wie – prócz niego. Jak sprawić, by świat się o niej dowiedział? Aby to zrobić, człowiek ten musi na jakiś czas wycofać się z dążenia dokądkolwiek, i pozwolić, aby muzyka poprowadziła go po wewnętrznym pejzażu. Nie wie dokąd zmierza, czuje się jednak niesiony w stronę wyjaśnienia. "Poddaję się. Co jest prawdą?" Jeśli starczy mu konsekwencji – zanurkuje – i wynurzy po drugiej stronie jako pianista. Jeśli nie – wróci.

Eucharystia wyjątkowości

Biblia mówi: "Albowiem Bóg tak ukochał świat, że Syna swego jednorodzonego dał, ażeby każdy, kto weń wierzy nie zginął, ale miał żywot wieczny." Parafrazując tę myśl, można by powiedzieć tak: "W życiu są, pewne wyjątkowo ważne sprawy, o które należy szczególnie zabiegać. Ten kto je zdobędzie, będzie się miał lepiej, niż ten, kto ich nie ma." Jednak zdobycz fizyczna jest jedynie czasowym remedium. Cóż z tego, że mamy się lepiej, jeśli inni mają się gorzej? Nadejdzie czas, że i my znów będziemy w potrzebie. Cierpienie nie znika – zostaje jedynie czasowo odsunięte przez zdobycz, przy czym człowiek cały czas wierzy, że bez ulubionej zabawki, znów będzie cierpieć. Cierpi więc już teraz, gdyż boi się.

W rytuale eucharystii – Bóg daje człowiekowi swoje wyjątkowe ciało, ratując go przez to od grzechu, w którym ów tkwi. Odzwierciedla to sposób, w jaki człowiek zafiksowany na rzeczywistości ciała – umacnia swoją zależność od zewnętrznego zbawcy. Mówiąc "Bez tego – jestem niczym" stawia się w sytuacji dziecka, które potrzebuje zabawki, jest więc bardzo nieszczęśliwe i płacze. Ten dziecinny, egoistyczny punkt widzenia, oparty na pragnieniu wyjątkowości, Kurs nazywa "wyjątkowym związkiem miłości" ("special love relationship").

Mówi Kenneth Wapnick, jeden z najsłynniejszych obecnie popularyzatorów Kursu: "Wyjątkowy związek miłości to taki, kiedy jesteśmy przekonani że jakaś osoba, lub jakiś obiekt znajdujące się poza nami ma to coś, czego nam brak: zdolność dania nam szczęścia i spokoju, lub zdolność zbawienia nas. I tak dążymy do przejęcia tych wyjątkowych osób lub rzeczy i przejęcia na własność ich świętości lub mocy. W ten sposób dopełniamy naszą niekompletność czymś spoza nas, co tak naprawdę nie jest nasze własne. W tym sensie wyjątkowy związek mógłby zachodzić bez względu na to czy ktoś bierze pod uwagę obiekt miłości, jedzenie, alkohol czy Ciało Chrystusa. Zatem słuchając głosu wyjątkowości, uwierzymy, że brakuje nam świętości i niewinności Chrystusa – Jezus ma to, czego my nie mamy. Zatem jeśli mamy to mieć, musimy to dostać od niego przez wzięcie udziału w sakramencie eucharystii, procesie, który tylko wzmacnia ten brak, ale go nie likwiduje, ani nie uzdrawia."

Uzdrowienie

Przyjąć coś na wiarę, to tyle, co nie wierzyć w siebie. Jeśli nie potrafisz odnaleźć w życiu twojego osobistego sensu – wówczas jesteś skazany na wiarę w cudze prawdy. Uzdrowienie następuje wtedy, gdy uświadamiamy sobie – często niechętnie – głębię naszych nieświadomych motywacji, a nie gdy przyjmujemy, że cudza motywacja może – jakimś cudem – stać się nasza.

W tym sensie, Kurs Cudów kładzie nacisk na potrzebę "zmiany myślenia", gdyż to nasz sposób myślenia, a nie to, co robimy, jest główną przyczyną kłopotów. Jest to trochę tak, jak w przypadku, dziecka, które boi się cienia, rzucanego przez wieszak. W jego oczach cień to potwór z bajki, a nasze naciski, aby przestało się bać niewiele tu pomogą. Możemy natomiast zapalić światło, tak, aby dziecko samo przekonało się, że cień zniknął, i że rzucał go tylko wieszak. Lęk znika naturalnie, gdy podkopany zostanie fałszywy sposób rozumienia świata, jednak dzieje się to nie tyle przez właściwe uczynki, co przez właściwe widzenie. Obnażenie własnej donkiszoterii, jest znacznie bardziej konstruktywne, niż walka z wiatrakami!

Jezus z Kursu nie różni się od nas, on raczej wzywa nas do tego, abyśmy wybrali tak jak on, ale przez połączenie się z jego umysłem (zmiana myślenia), a nie ciałem (zmiana zachowania). Zatem z punktu widzenia Kursu, nie ma sensu, aby Jezus dzielił się z nami w komunii swoim iluzorycznym ciałem. Potrzebne jest natomiast dzielenie się umysłem Jezusa, które symbolizuje tutaj ciągłe przypominanie sobie o rzeczywistej mocy stwórczej, jaka tkwi uwięziona w naszych myślach. Potrzebne jest poważne potraktowanie świata własnych myśli – wzięcie za nie odpowiedzialności i codzienna, uważna rozmowa z nimi. Takie medytacyjne podejście owocuje większym spokojem i wdziękiem w pokonywaniu codziennych problemów i nie ma wiele wspólnego z "ucieczką w pustkę" bądź "duchową alienacją". Wręcz przeciwnie – prowadzi do wzrostu odwagi, odporności na stres i kreatywności. Jest to nowe rozumienie idei terapii – głos z Kursu zachęca nas, aby każdy z nas, zamiast narzekać lub pędzić na oślep, wziął odpowiedzialność za terapię własnego schorowanego piekła – ego. To od niego należy zacząć. Reszta przyjdzie sama.

Twoje prawo do cudów nie bierze się ze złudzeń co do siebie, jakie żywisz. Nie jest uzależnione od żadnych magicznych mocy, które sobie przypisujesz, ani od rytuałów, które wymyślasz. Jest ono nierozerwalnie związane z prawdą o tym, kim jesteś.

Kurs Cudów



Krzysztof Wirpsza
krzysztof.wirpsza@yahoo.com




Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)