zdjęcie Autora

20 listopada 2012

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Kwiecień w Paryżu

Kategoria: Twórczość

« Kąsający czas Rozmowy podsłuchane »

Trzy lata temu wybrałam się ze znajomą i synową do Paryża. Nie chciałam korzystać z wycieczki organizowanej przez jakieś biuro turystyczne, ponieważ pragnęłam kierować się własnym planem pobytu. Ani ja ani znajoma nie znamy francuskiego, naszym przewodnikiem była więc synowa. Zarezerwowałyśmy trzyosobowy skromny pokoik w hotelu przy jednej z linii metra, kupiłyśmy tygodniowy bilet i przystąpiłyśmy do realizacji naszego planu. Założenie było takie, że każda z nas wybiera jedno muzeum do zwiedzenia. Padło na Luwr, Muzeum de Cluny (to mój pomysł, koniecznie chciałam zobaczyć średniowieczne arrasy ze słynną kolekcją „Dama z jednorożcem”) oraz muzeum d`Orsay.

         Tak więc zwiedzałyśmy wszystko, co należało, ale w najgłębszej pamięci, jak zwykle, zostały nam zupełnie inne rzeczy.

         Moja znajoma (ascendentalna Panna) myślami wraca do zwiedzanych zabytków, swojej dokumentacji fotograficznej, którą strzeże jak ochroniarz ważnej osoby, każąc mi przysięgać, że nie udostępnię nikomu spoza naszej trójki jej zdjęć . Miała bardzo dobry aparat i doskonale mogła fotografować zabytki bez lampy błyskowej, co pozwalało jej utrwalać wszystko, gdy użycie tej lampy ( w większości obiektów) było zabronione. Nie fotografuje zawodowo, więc jej zastrzeżenie do dziś jest dla mnie niezrozumiałe, ale godzę się, że jej, moje i synowej zdjęcia mogę oglądać jedynie samotnie, bez świadków, ponieważ pogrupowałam je według obiektów, a nie autorek.

         Moja synowa przedpołudnia spędzała razem z nami, popołudniami, gdy musiałam odpoczywać, chodziła swoimi drogami. Czasami przynosiła zdjęcia, czasami nie. Zapamiętała uciążliwość pobytu w jednym pokoju z dwoma babciami (to astrologiczna zagadka: ascendentalna Panna i ascendentalne Ryby – zgadnijcie, która z nas była dla niej najbardziej uciążliwą sublokatorką –– podpowiem: że ta, która miała w zwyczaju robić w swojej walizce porządki, szeleszcząc torebkami, w środku nocy, zamiast w dzień.)

         Ja uciążliwości wspólnego pobytu odczuwałam, ale wówczas, gdy występowały; wysiadając na lotnisku w Warszawie, już o nich nie pamiętałam. Zapamiętałam oglądane zabytki, swoją pokorę wobec dzieł sztuki, zwłaszcza średniowiecznych (muzeum Cluny), podziw dla tej niesłusznie lekceważonej epoki, dla cierpliwości ludzi z tamtych czasów. W ogóle cały Paryż zapamiętałam jako miasto ludzi zupełnie pozbawionych agresywnej wściekłości, tak często oglądanej w Warszawie. No bo na przykład: na czerwonym świetle toczy się przez ulicę jakaś mamuśka z tabunem dzieci, zatrzymuje się na środku, przywołuje brzdące, coś przepakowuje z jednej do drugiej torby, daje dzieciom coś do zjedzenia – a sznur kierowców karnie stoi na jezdni i czeka aż mamuśka się zmobilizuje do przejścia. Gdzież tam do Warszawy, gdzie jak się nie puścisz się biegiem przez przejście (bo nie jesteś do tego zdolna), to zielone światło obliczone na młodych sprinterów, dla babć gaśnie w połowie jezdni, a kierowcy (jeśli nie trąbią) to głośno gazują, żeby dać ci do zrozumienia, że nie pozwalasz im rozwinąć całej przypisanej im szybkości, właściwej dla ich usytuowania na społecznej drabinie porządku do dziobania. Czasami zastanawiam się jakie zwierzę mocy ich opanowało.

         W Paryżu też ludzie się spieszą, ale niewiele widać agresji (może gdzieś na obrzeżach miasta, w etnicznych gettach) ale w śródmieściu, mimo mieszanki kolorów, strojów, nacji, sposobów bycia tej agresji nie widać.

         Tu przykład: Jeździłyśmy metrem, bo na metro wykupiłyśmy tygodniowy bilet. Rano wsiadałyśmy z ludźmi spieszącymi do pracy, często w tłoku. Metro paryskie jest w porównaniu z warszawskim badziewne. Stare, brudne, na peronach zasyfione ławki, wagony jak w naszych Kolejach Mazowieckich, otwierają się na stacjach nie automatycznie, tylko trzeba szarpać za wajchę i jak w Kolejach Mazowieckich trzeba mieć do tego męską siłę. Tu też, jak w Warszawie, mężczyźni lubią stać przy drzwiach małym tłumkiem. Ale tam nie bałam się, że nie zdołam wysiąść. Stojący przy drzwiach, nawet nie oglądają się za siebie, sprawdzając kto wychodzi, szarpią wajchą, wychodzą na peron, żeby przepuścić wysiadających. Prawdziwy Wersal, niezależnie od etniczności wyglądu. Nikt plecakiem nie szoruje po twojej buzi, kogoś kto ma 1,58 wzrostu zamiast obowiązującego w Polsce przynajmniej 1,75 (jak obliczone są uchwyty w środkach komunikacji miejskiej). Odnosiłam wrażenie, że mieszkańcy Paryża, żyjący w wielkim stłoczeniu, nauczyli się innym nie przeszkadzać nadmiernie swoimi osobami. Zapewne mają inne możliwości wyżycia się i okazania swojej mocy.

         Ale odbiegłam od tematu. Z całego wyjazdu najbardziej zapamiętałam dwie sceny, bynajmniej nie ilustrujące szacowne zabytki. To byli ludzie, a mianowicie małżeńskie (zapewne) pary spotkane przypadkowo.

         Pierwsza z tych par, to starsi ludzie, odpoczywający na ławce w muzeum d`Orsay. Widać było, że kobietę wykończyło łażenie po muzeum (mnie zresztą też). Siedzieli oboje na ławce, a mężczyzna zdjął jej pantofle i masował stopy. Robił to z taką czułością, jakby miała dwudziestkę i była piękną laską, a nie starą kobietą, której nie zauważa się na ulicy. Zrobiłam im zdjęcie z daleka, zażenowana i pełna wewnętrznego żalu, że takie gesty w Polsce są tak rzadkie iż żadnego sobie nie jestem w stanie przypomnieć (oprócz jednego – który opiszę na końcu)

aprilparis_02.jpg

Następnego dnia na Montmartre spotkałam drugą parę. Zrobiłam im zdjęcia od tyłu, więc nie widać tego, co zaobserwowałam. Otóż mężczyzna wyraźnie nie kontaktował. Zapewne alzhaimer albo demencja starcza. Ale jak pięknie ubrany! Elegancki płaszcz, kapelusz, czerwony szal zawiązany fantazyjnie i kobieta czule poprawiająca mu ubranie. Szedł przed siebie niczego nie widząc, ale towarzysząca mu starsza elegancka pani, z ufarbowanymi włosami i bezbłędnym makijażem, okazująca mu ogrom czułości. Ona nie była z nim dla obowiązku! Wydawało się, że gdyby spojrzeć jej oczami zobaczyłabym pięknego, młodego mężczyznę, czarusia i bawidamka ale z gatunku tych, którzy kiedyś, dawno temu ulegli jej urokowi.

aprilparis_03.jpg

To były takie dwa widoki w ciągu zaledwie 6 dni pobytu. W Polsce spotkałam coś takiego tylko jeden raz. Mężczyzna i kobieta na naszym osiedlu, zniszczeni alkoholem i używkami, brudni zbieracze puszek, gniotący je nocami pod moim oknem. Strach byłoby ich dotknąć dla ich brudu i zapewne rojących się insektów. Ale tyle miłości i czułości w ich ruchach, tyle wzajemnego wsparcia! Skrzypiące, przepite, chropawe głosy, monosylaby zamiast zwykłej rozmowy, ale piękna bliskość, i zrozumienie. Jedno spotkanie na dziesiątki lat!

         Co łączy te trzy paryskie wspomnienia: nocne szeleszczenie torebkami i dwa opisane obrazki wraz z trzecim, polskim? Wszystkie one dotyczą faktu, że drugiego człowieka obok siebie można widzieć, albo nie dostrzegać, niezależnie od stopnia natężenia tego widzenia lub niewidzenia.

         I na koniec nie mogę się oprzeć autoreklamie: Ja w muzeum d`Orsay. Najciekawsze, że wzór mojej bluzki idealnie współgra z ramą obrazu; aż się prosi, żeby dostosować do siebie zawartości!

aprilparis_01.jpg

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Kąsający czas Rozmowy podsłuchane »

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)