zdjęcie Autora

20 sierpnia 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

I ładnie i wygodnie

Kategoria: Twórczość

« Syndrom przypalonego obiadu Krwawa wojna między Słowianami a wikingami »

          Do tego odcinka nakłonił mnie głos Inaus. Generalnie zgadzam się z jej(jego) zdaniem, ponieważ jest tym (tą) który(a) WIE. Sama w swojej sypialni/pracowni mam meble Ikei. Mam pod ręką segregatory z dokumentami, biurko, maszynę do szycia, pudła z guzikami i nićmi, podręczną bibliotekę, łóżko z regulowanym oparciem przekształcające się w razie życzenia w fotel, mały telewizorek, radio i video, lekarstwa, ciśnieniomierz, stoliczek na kółkach z herbatą i kawą oraz owocami, zabytkową laską mojej mamy, którą mogę dosięgnąć wszystko, co spadło mi na ziemię plus równie obrzydliwą, jak przydatną bijkę na muchy, wystającą agresywnie spośród linijek, długopisów, pędzelków, nożyczek i szkieł powiększających , stanowiących ozdobę mojego biurka. Nad wszystkim czuwa kamerka i chiński wachlarz oraz spis adresowy hydraulików dobrych, złych i byle jakich, z panem Grzegorzem na czele, który lubi żarty i przedstawia się w domofonie jako „Grzesiek”, żeby wprawić mnie w konsternację oraz na koniec pracy oświadcza, że „nic się nie dało zrobić, mimo najszczerszych wysiłków”, po czym dokonuje cudu wytrysku wody niczym źródła na pustyni.

         Wszystkie te rzeczy mam pod ręką, mimo iż nie stanowią ozdoby mojego gabinetu/sypialni.

         Dzięki nim jest on moją jaskinią z dzieciństwa, dokąd uciekałam w marzeniach, gdy działo mi się źle i którą w wyobraźni coraz lepiej urządzałam i maskowałam. Księżycowe Raki już tak mają, że muszą mieć skrytki do zakopywania się w mule, kiedy Słonecznemu Strzelcowi doskwierają szerokie przestrzenie i wiejące tam bezlitosne wiatry.

         Zdaję sobie jednak sprawę, jak inaczej wyglądają gabinety mężczyzn. Nie znajdziecie tam maszyny do szycia, pudełek (nawet zabytkowych) z guzikami i nićmi, szafki z żorżetami w kolorowe ptaki nabytymi gdzieś na targu w Azerbejdżanie, zbyt ślicznymi, żeby uszyć z nich cokolwiek dla grubej starszej pani — wołałoby to o pomstę do nieba takie wykorzystanie rzadko spotykanego piękna; adresów hydraulików zamiast kumpli na stanowiskach prezesów i polityków, kart Tarota i kieliszków przywiezionych z bardzo dalekich stron za szklaną szybą ikeiowej witrynki.

         W bezsenną noc mogę sięgnąć do przesuwanego stolika, napić się herbaty niweczącej złe sny albo wody z miętą, pomagającej na zmartwienia i bezsenność, albo wtedy, gdy zły, nieżyczliwy, miejski księżyc zagląda do mojego okna, podczas gdy na działce był on wprawdzie chłodny, ale przychylny i skłonny do wybaczania, pełen zadumanego zrozumienia.

         Nie mam tak dokładnych wymagań, jeśli chodzi o przestrzeń publiczną. Wolałabym tylko, żeby wiaty przystankowe nie miały przezroczystych dachów, prażących bezlitosnym słońcem i brakiem przewiewu nieszczęsnych pasażerów, żeby ławeczki odsunięto nieco od tylnej ścianki wiat, tak aby mogła siąść tam osoba z plecakiem, i żeby może – to już luksus nad luksusy – umieszczono kilka haczyków, na których można by zawiesić kulę albo siatkę z zakupami, nie zajmując tym samym miejsc do siedzenia. No i żeby na ulicy Wałbrzyskiej ławkę w wiacie zamocowano z obu stron, a nie tylko z jednej, żeby grubasy nie musiały się martwić, że pod nimi się załamie i śledzić z roku na rok poziom wyginania się wsporników, a po przeciwnej stronie tej ulicy zamontowano w ogóle jakiś daszek i żeby wszystkie autobusy, zwłaszcza 189 były niskopodłogowe... I żeby podjazdy autobusów nie kończyły się w kałuży, a niepolskojęzyczni kierowcy tegoż 189 przestali trąbić na babcie gramolące się powoli do wnętrza po wysokich kilku schodkach...

         I wolałabym żeby przy okazji było jeszcze ładnie dookoła, bez fruwających fartuszków z numerami telefonów czy seksownych napompowanych czerwienią warg. Może na przykład przydałaby się któraś z Wież Babel albo mniej znany Rembrandt zamiast reklamy. Mam dość reklam smartfonów i kropli do oczu czy „prawdziwego” magnezu w odróżnieniu od „nieprawdziwego” magnezu, ani środków przeciwbólowych, którymi bólu w żaden sposób nie da się uspokoić.

         Oczywiście nie pomoże tu żaden architekt wnętrz ani zewnętrzny i nie zgodzę się, że zadaniem każdego architekta (nawet wnętrz) jest „ładność”, a nie „funkcjonalność”, co sugeruje Inaus w komentarzu do odcinka 16. Niestety, zazwyczaj tak bywa, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia: nie zaprojektuje dobrze domu jednorodzinnego do zamieszkania nawet najsłynniejszy architekt, jeśli sam w jakimkolwiek domu jednorodzinnym nie robi nic koło siebie: w kuchni, w salonie, w ogrodzie, tylko posługuje się pracą wynajętych osób albo własną żoną.

         Znam to z autopsji: mój mąż inżynier budowlany ze stosownymi uprawnieniami czasem w ramach dodatkowych zajęć projektował domy jednorodzinne i letniskowe. Zawsze było tak, że kiedy prowadził rozmowy o kształcie domu z mężczyzną, zależało mu na ogólnej prezencji budynku, widocznego posiadania garażu, wyglądzie salonu; kiedy zaś udało mu się spotkać z przyszłą gospodynią takiego domu, sprawy wyglądały trochę inaczej. Panowie potrafili zażądać w murowanym domku letniskowym (nieogrzewanym pół roku) kuchni w piwnicy, gdzie schodziło się po wąskich schodkach i gdzie zawsze panowała wilgoć, a nieważne było, że pani domu chorowała na reumatyzm. W kuchniach życzono sobie wiszących szafek na standardowych wysokościach, do których nie mogłaby sięgnąć niska pani domu, a zlewozmywaki z kolei wymagały od wysokiej osoby nadmiernego pochylania się. W domach całorocznych nie myśli się często o tym z powodu posiadania pralek i zmywarek, rzadko jednak spotyka się takie udogodnienie, jak możliwość gaszenia światła w innym miejscu niż zapalania go.

         Na projektantach wnętrz spoczywają w tym zakresie znacznie większe obowiązki, niż się chcą do tego przyznawać, a wygoda mieszkania nie jest tu akurat rzeczą najmniej ważną.

         Tu dochodzę do problemu, który nie jest zazwyczaj dostrzegany, a nagminnie lekceważony. Jeśli kształtujecie nasze otoczenie, nie powinniście myśleć tylko o was, modnych projektantach, ale i o innych, starszych, mniej zręcznych, zajmujących się innymi czynnościami. Zrobiliśmy jako społeczeństwo ogromny krok naprzód myśląc przynajmniej (jeśli nie robiąc zbyt wiele) z myślą o niepełnosprawnych i teraz powinniśmy pójść o krok dalej – myśleć o ludziach odmiennych od nas albo nas samych, nieco tylko starszych. Jeśli już będziecie wiedzieli dla kogo projektujecie i dodacie temu komuś trochę lat lub nieco zmęczenia, nie stawiajcie pięknego wazonu na środku, bo czasem można nie wyrobić się na zakręcie. Wazon można przenieść w inne miejsce, jeśli jednak zaprojektujecie stałą „wysepkę”... A jeśli projektujecie dla „wszystkich” (np przystanki autobusowe) wczujcie się na chwilę w skórę osoby czekającej na autobus w skwarze i deszczu, a nie osobę we wnętrzu klimatyzowanego samochodu, jakim jeździcie na co dzień. Jeśli jesteś dobrym projektantem, podejmiesz wezwanie i twój projekt będzie zawierał także walory estetyczne, na których ci tak bardzo zależy.

         Nie ufającym w słuszność tego sposobu patrzenia, przywołam przykład wybudowanej w końcu lat 50-tych  od podstaw stolicy Brazyli — Brasilii, pięknej architektonicznie, ale nieudanej jako projekt, ponieważ koniecznych było wiele dodatkowych zachęt i przymusu (np. dla urzędników), żeby tam zamieszkano, a do dziś miasto boryka się z wieloma niedogodnościami, wśród których wypomina się brak chodników (bo wszyscy mieli jeździć samochodami) czy kuchni w mieszkaniach (bo miało być żywienie zbiorowe) — czym zresztą przypomina budynki z czasów ZSRR, gdzie wszyscy mieli żywić się w stołówkach zakładowych lub w stołówkach dla rodzin, usytuowanych na parterach wysokich bloków. Podobnie, choć mniej drastycznie nie przejmowano się przyszłymi mieszkańcami bloków w Polsce. Po epoce „ślepych kuchni” (do których namiętnie wracamy) budowało się małe kuchnie z ogromnymi oknami tak skonstruowanymi, że ich otwarcie powoduje wyłączenie z użytkowania ich połowy lub architektonicznie łamie bryłę bloku, żeby nie było nudno czy monotonnie zapominając, że w takim łamańcu kuchenne okno nie powinno się znaleźć naprzeciwko cudzej sypialni, bo bezustannie czuć tam cudze zapachy z kilku kuchni.

         Te kilka przykładów ilustruje tylko nieumiejętność myślenia innymi kategoriami niż własne.

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Syndrom przypalonego obiadu Krwawa wojna między Słowianami a wikingami »

komentarze

1. Projektanci wszystkiego, od... • autor: Nierozpoznany#74802013-08-23 20:17:11

Projektanci wszystkiego, od butów po mieszkania biorą pod uwagę tylko większość- młodych, szczupłych i zdrowych. I wymiarowych. Resztę mają gdzieś.
Dlatego ciężko mi kupić buty na moje nietypowo szerokie i krótkie stopy, a bluzki są albo za ciasne w biuście albo niewymiarowo długie. Siedzenia w nowych składach WKD są projektowane chyba pod Koreańczyków albo dzieci, i nie dość, że są wąziutkie, to nawet moje nogi nie mieszczą się na długość, a kurdupel jestem. Co tu mówić o przeciętnym, nawet szczupłym mężczyźnie?
Ludziom brakuje wyobraźni.
Urządzanie mieszkania zależy już od jego lokatorów. Jako księżycowa Panna stawiam na funkcjonalność, dlatego żaden architekt wnętrz mojego mieszkania nie zobaczy, a firma od mebli kuchennych stawała na głowie, żeby sprostać moim wymaganiom.
Za to wszystko jest pod ręką.


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)