Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

15 sierpnia 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Lęk przed szaleństwem

Kategoria: Twórczość

« Magiczne zasłanianie oczu Syndrom przypalonego obiadu »

         Nieustannie, od lat bardzo wczesnej młodości nurtuje mnie sposób odkrycia zawczasu miejsca, w jakim rozpoznać można granicę dzielącą normalność od szaleństwa. Wiele nad tym rozmyślałam, ale nigdy mi się nie udało określić warunków wczesnego rozpoznania początku tej chwili, gdy i gdzie wszystko wyrywa się z ciała i umysłu na zewnątrz, poddaje się niespodziewanym fluktuacjom, zwrotom tak silnym, jak prąd, którego nie udaje się zatrzymać zwyczajnym sposobem, a na budowanie zapory z betonu nie ma już czasu.

         Tej granicy byłam blisko ze dwa, może trzy razy w życiu. Rozpoznałam wyłącznie konieczność spełnienia jednego, najważniejszego warunku: pozwolenia sobie, zezwolenia na odpłynięcie. Na szczęście w ostatnim momencie odnajdywałam w sobie żandarma, pogranicznika zatrzymującego mnie  na skraju, przed tym jednym krokiem za daleko.

         Szaleństwo ma wielką siłę przyciągania. Literatura, malarstwo, niektóre rodzaje muzyki pozwalają się zapuścić się tak daleko, aż do krańca poznawalnego świata, nie one jednak są najbardziej niebezpieczne. Religia, najświętsze przekonania, pragnienie poświęcenia się — jest wiele takich niebezpiecznych dziedzin.

         Staje mi przed oczami świetna powieść Jerzego Krzysztonia „Obłęd”. Przeczytałam ją w końcu lat siedemdziesiątych lub początku osiemdziesiątych, gdy książka ta się ukazała i gdy wydała mi się jednym wielkim przesłaniem skierowanym do nas wszystkich: Tylko szaleństwo może wyjaśnić to wszystko co się wokół nas dzieje i tylko możemy odpowiedzieć szaleństwem, żeby to zrozumieć. Bohatera nękają postaci historyczne (m.in. Piłsudski), idee polityczne, skrzywiona i wykoślawiona codzienność; zaczyna obserwować otoczenie z nowo przywołaną uważnością, samą w sobie niebezpieczną, bo wyostrzającą zwyczajne, codzienne obrazy; buntuje się przeciwko niewoli, którą odczuwa nie tylko w szpitalu psychiatrycznym, ale w przymusie rozumowania i wyciągania wniosków w swoim szaleństwie. Okrutny, przerażający świat, ale na swój sposób pełen odkryć i dogłębnego zrozumienia, które choć świeżo uzyskane, pozostaje jałowe; nie można się nim dzielić z nikim ani przez nikogo zostać zrozumianym. Pozostaje okrutnym doświadczeniem prywatnym.

         W tamtych czasach prywatność wydawała się nam wszystkim, ludziom doświadczonym i dzięki temu ostrożnym  czymś, co jest najbardziej pożądane. To właśnie wówczas ukuto termin „emigracja wewnętrzna” na którą udawali się ci, którzy czuli się zagrożeni nowym solidarnościowym zrywem i ewentualnym przyszłym odwetem; ci których rodziny przeżyły, jak moi rodzice, kilka wojen (1905, 1914, 1917, 1939) próbowali bezskutecznie uciekać w prywatność. Jeśli jednak ta prywatność nie dawała wytchnienia, też była naznaczona lękiem i niepewnością...? Polityka nie dawała na nic odpowiedzi, ten świetlany Piłsudski znany był z chamskich rozróbek w sejmie, z metod bliskich zwalczanym przez siebie komunistom, pozostałe współczesne postaci bojowników o lepszą przyszłość lub naprawienie teraźniejszości, przy bliższym poznaniu okazywali się ludźmi małymi, z napakowanym ego, gotowymi na rewolucję i wieszanie przeciwników, bo dotychczas nie znaleźli uznania w oczach otoczenia. Na ogół byli marnymi pracownikami, niedouczonymi specjalistami, domowymi tyranami i każdy z nich miał na bakier z codziennością. Trudno było uwierzyć, że potrafią zmienić cośkolwiek na lepsze, a nie na gorsze.

         A jeśli prywatność nie miała w sobie nic zbawczego i pociągającego? Co zostawało w zamian dla kobiety, której młodość odchodziła? Pokusa ucieczki w szaleństwo.

         Opowiem o jednej takiej chwili, gdy stanęłam na granicy między normalnością a szaleństwem, a działo się to w pewne słoneczne południe na rogu Świętokrzyskiej i Mazowieckiej i tym, co mnie uratowało była... literatura.

         Są takie momenty, nieliczne na szczęście, gdy wszystko nagle zastyga na chwilę bez ruchu. Widzi się jaskrawość światła, ostry kontrast zarysów kamiennych brył i gałązek na szarym niebie. Koła jadących samochodów zatrzymują się w miejscu. Widzi się każdy najdrobniejszy szczegół, kamyczek na ulicy, skrawek zmiętej gazety wystającej z kieszeni przechodnia, nadłamaną gałązkę na drzewie, nadtłuczony róg szyldu...

         Thomas de Quincey, autor książki „Wyznania angielskiego opiumisty” w eseju „O kołataniu do bramy w „Makbecie” pisze:

         "... Musimy odczuć, że bieg normalnego życia został nagle wstrzymany, ułożony do snu, wprowadzony w odrętwienie, siłą zmuszony do jakiegoś rzeczywistego rozwoju, musi zostać zmieniony czas, obalony związek ze zjawiskami zewnętrznymi i przez samoistny odwrót wszystko musi znaleźć się w stanie głębokiego omdlenia i ustania ziemskich emocji. Stąd tak się dzieje, że gdy dzieło jest dokonane, a mroczny czyn spełniony, świat ciemności rozstępuje się wtedy jak korowód chmur i słychać kołatanie do bramy i odgłos ten zawiadamia, że reakcja się rozpoczęła, człowieczeństwo zatopiło swym przypływem diabelskość, rytm życia zaczyna biec na nowo, a przywrócenie biegu sprawom tego świata, na którym żyjemy, przede wszystkim daje nam głęboko odczuć straszliwość owego nawiasu, który je zawiesił"

         ...Nagle wszystko rusza z miejsca. Koła dalej się kręcą, nadłamana gałązka chwieje się na wietrze, kamyczek toczy się odtrącony nogą...

         "...I jeśli nagle usłyszy, jak śmiertelną ciszę rozdziera odgłos toczących się dalej kół, uprzytomniający, że ta owa krótkotrwała wizja rozprasza się, uświadomi sobie, że jego wrażenie kompletnego zawieszenia i ustania codziennych ludzkich trosk w żadnym momencie nie było tak pewne i odczuwalne jak w chwili, gdy zawieszenie to ustało, a bieg spraw ludzkiego żywota został nagle przywrócony..."

Tylko ty nie jesteś już ta sama. Jesteś już po...

         Stałam na skraju przejścia dla pieszych. Chwilę wcześniej zadałam pytanie i uzyskałam odpowiedź potwierdzającą moje podejrzenia. Przejściem dla pieszych posuwał się człowiek z nieporęcznym, dużym wózkiem, takim, jakich używają stołówki do wożenia produktów. Stałam na skraju chodnika, ten krok do przodu — to była już jezdnia. Przeszkadzałam temu człowiekowi, przeze mnie nie mógł wjechać na chodnik. Zauważyłam go w ostatniej chwili, na moment przedtem, nim zaczął się awanturować. W jakiś dziwny sposób zmieniłam się. Widziałam tego człowieka i jego wózek, jak nigdy nie widziałam jeszcze żadnej rzeczy przedtem. Mogłabym bardzo dokładnie opisać jego wygląd, ubranie, wyraz twarzy, a może i myśli. Widziałam wszystkie zadrapania jego wózka, uszkodzenia i wgniecenia siatki, nieomal każdą drobinę piasku i kurzu na jego powierzchni. Lata całe zapamiętam ten kolor, dźwięk jaki wydawał, wzór na wąskich oponach, skrawek papieru, który wkręcił się między szprychy. Wszystkie kolory i kontury były ostre. Wszystko stanęło w miejscu, zatrzymało się na moment i tak trwało, a ja chłodno i powoli oglądałam zapamiętując każdy szczegół. Bezdźwięcznie otwierały się usta wrzeszczącego na mnie człowieka z wózkiem. Miał dwie złote koronki, z przodu na dole brakowało mu trójki. Nie golił się od wczoraj. Na podbródku rosła mu dwukolorowa szczecina: ciemna i siwa. Poniżej kącika warg widniał strupek, pewnie od skaleczenia zbyt tępą żyletką. Widziałam też wyglądający spod czapki uszanki kosmyk włosów przyprószonych jak mąką, gęstym łupieżem. Spod z lekka sfilcowanego szalika w beżowo brązowo zieloną kratkę z czerwonymi cętkami wystawał kołnierzyk niebieskiej, przetartej na rogach koszuli, wygięty w górę od wszytych ukośnie kawałków blaszki.

         I wtedy usłyszałam go. To jego wyzwiska zakołatały do bramy i wszystko ruszyło swoim przyrodzonym torem. Uratowało mnie przypomnienie sobie owego cytatu, skojarzenie literackie, punkt zaczepienia dla umysłu wyzwalający od skrajnych emocji, bo tak niewiele brakowało.

 

No tak, właśnie przed chwilą przypaliłam kotlety! Czułam zapach przypalenizny, wiedziałam, że stoją na małym gazie, pod przykryciem, więc powinnam być bardziej czujna. Ale dla mnie zapach ten miał objawy pociągającego „zniszczę wszystko”, czułam się bezpieczna przy komputerze, gdzie niewiele mogłam nabroić, a zawsze nabrojone skasować i tak przypaliłam obiad komuś, na kogo czekałam. Tak silne było wrażenie chwili sprzed wielu lat!

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Magiczne zasłanianie oczu Syndrom przypalonego obiadu »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)