Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

29 marca 2006

Wojciech Jóźwiak

Lem
Stanisław Lem, 12.09.1921 - 27.03.2006

Kategoria: Wspomnienia
Tematy/tagi: LemPenrose

Umarł Lem. Kiedy natrafiłem na jego książki? Dobrze pamiętam: kwiecień roku 1960, miałem wtedy 9 lat i byłem w Dusznikach na Śląsku, pierwszy raz w życiu sam daleko od domu, na czymś, co dzisiaj nazywałoby się "zieloną szkołą", a wtedy nazywało się inaczej. Wiele rzeczy wtedy się wydarzyło, ale teraz nie o nich. Wtedy przeczytałem w jakimś piśmie opowiadanie, którego ani autora ani tytułu nie zapamiętałem, dzieci na takie rzeczy nie zwracają uwagi; za to z dziecięcą fotograficzną dokładnością zapamiętałem treść: była to historia starego robota ze statku kosmicznego, przechowującego osobowości ludzi, którzy zginęli w katastrofie, którą on przetrwał - i skazanego w końcu na złom. Ta historia - rozpoznajemy w niej treść noweli "Terminus" z cyklu opowieści o Pilocie Pirxie - zrobiła na mnie wstrząsające wrażenie. Wstrząsające. Nie opiszę tego bliżej. Kilka lat później, był już rok 1964, ja miałem lat 13, kiedy podczas wakacji po skończonej szkole podstawowej przeczytałem bodaj w piśmie "Młody Technik" odcinek opowiadania o fizykach, którzy eksperymentowali z istotą uczynioną z plazmy (świecącej i skrajnie gorącej substancji), a doświadczenia te doprowadziły jednego z nich, jedynego, który je przeżył, do wniosku, że zbudowane z podobnej substancji Słońce jest żywą, potężną i nieskończenie rozumną istotą. Ale miałem tylko kawałki tej opowieści, bez początku. Po wakacjach, już w szkole średniej, poznałem nowego kolegę, który, okazało się, przeczytał całe to dzieło i chętnie mi pożyczył jego początek, ale także oświecił mnie, że autor - Stanisław Lem - napisał takich książek więcej i on je prawie wszystkie przeczytał. W ciągu najbliższych miesięcy ja zrobiłem to samo.

Co zrobiła ze mną lektura Lema? Zmieniła mnie. To był jeden z tych kilku momentów w życiu, kiedy później nie byłem już tym, którym byłem przedtem. W krótkich odstępach czasu Lem otworzył mi oczy na (przynajmniej) dwie sprawy. Po pierwsze, coś zrobił z moim stosunkiem do religii. Gdybym powiedział, że skłonił mnie do pomyślenia, że "Boga nie ma", to bym tę sprawę jakoś gruboskórnie strywializował. Nie. Lem pokazał mi inną, daleko szerszą perspektywę niż omszały, katechetyczny katolicyzm. Pokazał głębię świata nieporównanie większą niż tamta. Świat widziany po trosze za jego przykładem był nasycony Tajemnicą - w sensie nieporównanie głębszym niż cokolwiek dotąd. Kościelne mity przestały trafiać do mojego umysłu. Pewnie nie trafiały już od dawna, tylko ja, wówczas 13-14-latek, nie miałem wcześniej znikąd wsparcia, by móc sobie powiedzieć, że to przecież próchno. Wkrótce potem Lem odczarował mnie z innego mitycznego wyobrażenia: o jakiejś "lepszości" komunizmu lub socjalizmu, jak wtedy nazywał się ówczesny ustrój państwowy. Teraz aż trudno jest to wytłumaczyć, ale kiedy dziecko (którym byłem), a potem nastolatek słyszał bez przerwy - i bez możności konfrontacji z czymkolwiek innym - o "wyższości", "lepszości", rychłym zwycięstwie czy o "historycznej misji" komunizmu, to nawet jeśli pewne kultywowane w rodzinie wspomnienia mówiły coś przeciwnego, to jednak przeważała skłonność, żeby przyznać rację i jednym i drugim: zarówno "szeptanej propagandzie" jak i oficjalnemu tryumfalizmowi. Lem, a dokładniej jego "Dialogi", przerwały tę schizofrenię. Pokazały, że rozum także na widok komunizmu potrafi zawołać: ten cesarz też chodzi na golasa!

Obawiam się, że obraz i wspomnienie Lema może łatwo ulec skrzywieniu. Nasza coraz bardziej oszołomiona kościelnie inteligencja popamięta mu głównie to, że był zatwardziałym ateuszem: ateuszem czyli kimś, komu - jakoby - brakuje "duchowego zmysłu". Tak, Lem stał poza religią, odwiązał się od niej najdokładniej - ale przy tym, a może właśnie dzięki temu był kimś, kto w rzadko spotykanym stopniu czuł i widział Tajemnicę Wszechświata. Tajemnicę Istnienia. Science-fiction, pozornie intelektualna igraszka, była dla niego językiem, w którym tę Tajemnicę zręcznie wyrażał. Nie zetknąłem się z żadnym stricte religijnym myślicielem, który by tę Tajemnicę potrafił wyrazić równie jak Lem uderzająco. Może Nietzsche... trochę już dziś staroświecki... ale ten też przecież nie grzeszył pobożnością, przeciwnie!

Wpływ Lema sprawił, że jako studia wybrałem fizykę, sadząc, że ta nauka jest najbliżej Tajemnicy: tej jego, Lema, Tajemnicy. Zawiodłem się, ale to inna sprawa. Minęło bardzo wiele lat i ja już od dawna nie byłem fizykiem, kiedy zetknąłem się z książkami kogoś, kto działając w fizyce, tropił tę samą Tajemnicę; był nim Roger Penrose i nie wiem, czy jeden cokolwiek wiedział o drugim, Penrose o Lemie i Lem o Penrozie.

Nie mam wątpliwości: Stanisław Lem był jednym z tych bardzo nielicznych, którzy mają dar widzenia świata - widzenia rzeczy takimi, jakimi one są.

Historia Lema pokazuje, jak geniusz potrafi wyjść na świat, nawet jeśli startuje ze skrajnie niedogodnej pozycji. Lem wychodził z potrójnego dołu: z pierwszego dołu nędznej epoki - bo na okupacji niemieckiej i komunistyczno-sowieckiej zeszła mu młodość. Z drugiego dołu, którym dla literata jest tworzenie w marginalnym języku, jakim jest polski. Po trzecie, z dołu getta pogardzanego gatunku literackiego, bo czymś takim jest przecież science-fiction. Tym większy mam dla niego podziw.

Jego śmierć była - jest - takim momentem, kiedy usiłuje się, jakby na pociechę, znaleźć kogoś, kto by zmarłemu choć trochę dorównywał, na pociechę, że nie wszyscy wielcy już umarli - i nie znajduje się. Lem był jednym z tych, o których się myśli: oto umarł ostatni z wielkich. Po nim już nikogo...

Jakaś seria w ciągu paru ostatnich lat się wydarzyła: po kolei umarli ci, którzy tworzyli duchowy krajobraz ostatnich czasów. Umarł Grotowski. Miłosz. Osiecka. Kuroń. Kotański. Przybora. Kaczmarski. Wojtyła. Niemen. Beksiński. Teraz Lem.

Myśląc o Lemie szukałem w Polsce twórców, z którymi można go zestawić, którzy podobnie podziałali na ludzi, zmienili, wychowali ich. Oczywiście, moja perspektywa jest z konieczności krzywa i ktoś inny ma prawo widzieć inne wielkości. Współcześnie z nim widzę tylko jednego porównywalnego twórcę, porównywalnego, ma się rozumieć, co do wpływu, bo każdy z nich był z zupełnie innej bajki przecież - myślę o Grotowskim. A przed nimi? Długo, długo nic. Gombrowicz, Witkacy - to z pokolenia ojców tamtych dwóch, Leśmian z pokolenia dziadków.

Nie piszę o Lemie jako o futurologu i wizjonerze, bo to akurat wszyscy wiedzą. Niedawno czytałem, by sobie przypomnieć, jego "Niezwyciężonego". Znalazłem w tekście jedno nie-trafienie, jeden anachronizm, którego na pewno w przyszłości nie będzie, bo rozwój techniki idzie inaczej: papier. W tamtej powieści astronauci rozwijają papierowe mapy zwinięte w rolki. Epoka papieru właśnie w tych latach dobiega końca. Reszta futurystycznych realiów w tamtej powieści czyni wciąż wrażenie prawdopodobnych - o ile oczywiście przełkniemy tezę główną, to znaczy, że ludzie będą podróżować na pozasłoneczne planety w statkach kosmicznych przypominających dzisiejsze rakiety. Bo to jest akurat najmniej prawdopodobne, więcej: jest pewne, że żadne przyszłe wyprawy galaktyczne, o ile kiedykolwiek dojdą do skutku, TAK nie będą wyglądać. Ale Lem o tym też już wiedział...


Wojciech Jóźwiak
29 marca 2006



Stanisław Lem, pisarz, filozof i futurolog, urodzony 12 września 1921 we Lwowie, umarł 27 marca 2006.





komentarze

1. Chylę czoła... • autor: Nierozpoznany#70192014-05-17 15:52:30

Chylę czoła przed ogromną Pana wiedzą i świetnym stylem,którego tylko pozazdrościć !

      Pisze Pan o LEMIE tak ciepło i sugestywnie,że chyba będę musiała nadrobić zaległości w książkach,które po sobie zostawił.Nie przepadałam za tego typu literaturą,to fakt.I wcale nie z racji jakiejś pogardy dla gatunku,który reprezentował,czy braku wyobrażni,bo tej akurat miałam  w nadmiarze,ale  bardziej z powodu "języka techniki". W szkole byłam "betonem", zarówno z fizyki,jak i z matematyki,więc wszystko jasne...  ;)
Ale jeśli miał coś w sobie takiego jak GROTOWSKI,to zaczynam żałować,że byłam taka głupia :(  .

Niemniej jednak,gdybym miała szukać kogoś,kto miałby poruszyć moją wyobrażnię tak mocno,jak to Grotowski czynił z ciałem aktorów,to wybrałabym LEŚMIANA.
Uwielbiam tę jego filozofię  "istnienia" i "nieistnienia"...,to "wchodzenie w świat przez wrota smutku,nie zieloności"...,wreszcie te wszystkie pojawiające się i znikające twory i istoty fantastyczne :  ŚNITRUPKI,SREBRONIE,ZNIKOMKI...
A jego wiersz "Odjazd" - niezmiennie mnie wzrusza...

http://www.youtube.com/watch?v=RzgPGppMKJ4

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)