Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

16 czerwca 2015

Krzysztof Wirpsza

z cyklu: Ósmy Wymiar

Lewiatan
...albo karma mać!


  < poprzedni    1    (2)    3    4    5    dalszy >  

Czy Lewiatana zdołasz schwytać na wędkę, albo powrozem skrępować jego język?
Czy przewleczesz kolce przez jego nozdrza, albo hakiem przebijesz jego szczęki?
Czy zawrze z tobą przymierze, abyś go przyjął na zawsze jako sługę?
Czy możesz z nim poigrać jak z ptaszkiem, uwiązać jak zabawkę dla swoich córek?
Czy handluje nim cech rybacki i rozdzielają go pomiędzy kupców? (...)

Biblia Tysiąclecia, Hiob, 40, 25-30



Illustr. by Andy Sowards www.andysowards.com

W rozwojówce mówimy - karma. Ktoś ma złą karmę, dobrą karmę, taka jego pieska niebieska karma do przerobienia, nie wierzę w karmę, tworzysz karmę, polska karma, karma się za nim (nią) pęta jak zły szeląg. Ale mało kto rzeczywiście wie, o co chodzi. Dla mnie to słowo ma większą wymowę niż „śmierć”, „rak” i „seks” razem wzięte. Gdybyśmy tylko to wiedzieli, nie wypowiadalibyśmy go lekce, podobnie jak lekce nie wypowiadało się ongiś imienia Pana.

Czym jest karma? Oto definicja:

Karma, to nasz opór przed tym, kim jesteśmy naprawdę.

Jest to, innymi słowy, konflikt (lub – splot), który powstaje w nas, ponieważ zewnętrzny umysł broni się przed naszą prawdziwą naturą. Konflikt ów (splot) może przyjmować rozmiary iście dramatyczne, zazwyczaj nadając kierunek całemu naszemu życiu.

A propos, czy zastanawiałeś się kiedyś...

...co byś z zrobił z milionem dolarów?

Pomyśl, a ja opowiem ci w międzyczasie historię. Otóż mając lat dwadzieścia, byłem stałym klientem powstających w owych czasach (w Warszawie), jak grzyby po deszczu, sklepików ezoterycznych. Były to zazwyczaj nieduże wynajęte klitki w podwórzach kamienic lub podcieniach bloków, zapełnione wszelkiej maści atrybutami zawodu czarodzieja – a to kadzidełkami, kryształami, świeczkami, taliami tarota, a to książkami na temat buddyzmu, delfinów, spirytyzmu czy refleksoterapii. Były tam też rozmaite dziwaczne przedmioty typu: globusy, szklane kule, wężowe skóry, czaszki, słowem -  rzeczy, które na Zachodzie kupuje się w antykwariatach, a w Londynie na Portobello Road. Właścicielem sklepu bywała zazwyczaj osoba w jakiś sposób charakterystyczna: o frapującym spojrzeniu, uwodzicielskim makijażu, artystycznej toalecie... W roli klientów widywało się tam przedziwne – jak na tamte czasy – indywidua, które, gdy się tylko z nimi wdało w dialog, opowiadały najprzedziwniejsze bajdy-banialuki z międzyplanetarnych sfer.

Dla mnie, świeżo upieczonego w owych czasach studenta biologii, a w kilka lat później - anglistyki na UW, dysponującego dużą ilością wolnego czasu i jeszcze większą ciekawości świata oraz jego zjawisk, a do tego wychowanego na komunie i wygłodzonego nowinek ze świata zagranicznej bohemy - były to miejsca szczególne. Spędzałem tam długie godziny, podczytując o piramidach, kuchni TAO, a także dokładnie obmacując niedostępne dla mojej studenckiej kieszeni kurioza. Traf chciał, że pewnego razu wdałem się w rozmowę z właścicielką sklepu oraz jej przyjacielem, który - jak się po chwili okazało - reprezentował pobudzający wyobraźnię zawód hipnotyzera. Nafaszerowany nowinkami z gatunku: „karma”, „pierścienie atlantów”, itp. - nie miałem wątpliwości, że cała scena aranżowana jest przez siłę wyższą specjalnie ku mej edukacji i rozwojowi. Nie omieszkałem więc, jak to miałem podówczas we zwyczaju, natychmiast zwierzyć się nowo poznanym osobom z moich najczulszych marzeń i skłonności. Należy tu dodać, że zaliczało się do nich, a raczej powiedzieć należy - prym pośród nich wiodło nabycie fascynującej umiejętności postrzegania wokół człowieka kolorowej poświaty zwanej aurą.

Jakież było jednak moje zdumienie, gdy tak ufnie powierzając rozmówcom swój sekret, nie stwierdziłem u nich oczekiwanego zachwytu połączonego ze wsparciem i – a jakże – wskazówkami na drodze. Wyrwali mnie oni, zamiast tego, z dziecięcego snu, przywołując do porządku zimnym jak lód:

– A proszę mi powiedzieć, co by pan robił z tak pożądaną przez pana umiejętnością?

Krztusząc się, zacząłem pośpiesznie tłumaczyć, iż wykorzystałbym ją dla dobra ogółu, tudzież dla rozwoju własnego i eksperymentów mających na celu... Mój język jednak powoli stawał kołkiem, w miarę jak czułem - tam po drugiej stronie - rosnący dystans. Dzisiaj, po ponad dwudziestu latach, widzę o co im chodziło i sądzę, że sam na ich miejscu zachowałbym się podobnie. Wtedy jednak czułem się zraniony – myślę, że niesłusznie.


Konflikt we mnie

Powiem tak: nie rozwinąłem przez te dwadzieścia lat daru widzenia aury, nie mówiąc już o tak pożądanej przeze mnie wówczas lewitacji i przechodzeniu przez ściany. Powód? - bardzo wcześnie przestało mi w ogóle na tym zależeć. Pojawiły się w moim życiu rozmaite inne priorytety, które zawiodły ku innym, nie mniej absorbującym i cudownym, zajęciom. Widzenie aur odpadło, może nie tyle jako młodzieńcza mrzonka, co raczej jako wysiłek chybiony, nie uzasadniony z perspektywy szerszego planu. Hipnotyzer i właścicielka kramu, jako para ludzi dojrzałych, z pewnością zaprawionych w tajnikach życia, widzieli tę moją młodzieńczą płytotę, czuli ją - by tak rzec - w kościach i niewątpliwie chcieli mi pomóc. Wielokrotnie zresztą potem ktoś zadawał mi podobne pytanie: – Gdyby miał pan te wszystkie pieniądze, co by pan z tym zrobił? A ja milkłem, myśląc: „Co za impertynencja!”, ale właściwie to nie bardzo wiedziałem, co rzec.

Oczywiście chodzi nie o to, że na pytanie tego typu nie można (intelektualnie) odpowiedzieć. Bo można odpowiedzieć. Wiadomo bowiem, na co by się wydało hajs; nie sądzę, aby ktokolwiek miał problem z zaplanowaniem listy zakupów na wypadek niespodziewanej wygranej. Problem jednak w tym, że pytający wcale nie chce usłyszeć wyszczególnienia korzyści. Sam ton pytania kwestionuje sens jakichkolwiek list. Nie, tu chodzi o coś innego. Jest to coś w rodzaju: Czy jesteś pewien, że tego potrzebujesz? Czy zdajesz sobie sprawę, jak bardzo tego (również) nie chcesz? Pytanie sugeruje istnienie jakiegoś głębszego poziomu, jakiegoś innego mnie, w którego mocy leży sabotować poglądy jakie głoszę... Dlaczego niby miałby to robić? Och, mógłby na przykład postanowić, że na ten moment widzenie aury nie jest mi na nic potrzebne.


Zewnętrzna deklaracja i wewnętrzny warunek

Co na to powiedzieć? Te i temu podobne rozważania prowadziły mnie zawsze do konkluzji, że jest mnie dwóch. Jednemu wydaje się, że czegoś chce i do niego, oczywiście, najłatwiej jest dotrzeć. Drugiemu natomiast  wydaje się, że nie. Gdy owi obaj ziomkowie są jednego zdania – nie ma problemu. Komplikacje zaczynają się, gdy ich zdania pozostają w konflikcie.

Powiedziałbym, że karma jest pewnego rodzaju eufemizmem na określenie właśnie tego konfliktu. Jeżeli czegoś niby się chce, ale jednocześnie w głębi siebie nie chce się tego lub uważa się, że nie jest się na to (jeszcze ) gotowym - to te dwa prądy będą się wzajemnie znosić i powstanie impas. Trwa to, oczywiście, do momentu, gdy uświadomię sobie na głębszym poziomie, czego NAPRAWDĘ chcę lub gdy zrozumiem, że jednak mi to wszystko na grzyba potrzebne. Wtedy zewnętrzna deklaracja i wewnętrzny warunek wreszcie synchronizują się lub – po prostu - zostają odrzucone, aby ustąpić miejsca nowemu, bardziej dojrzałemu widzeniu.


Nieświadomość

Psycholodzy transpersonalni niedawno ukuli na to trochę przyzwoitszą, a z pewnością bardziej naukowo brzmiącą nazwę – nieświadomość. Mamy jakoby dwie natury – świadomą i nieświadomą – jedna sabotuje drugą. Jeżeli świadomie wydaje mi się, że chcę widzieć aury, a nieświadomie, że to nie moja broszka – proszę bardzo, mamy węzeł. Próbując go rozwiązać, będę z jednej strony żył w rozdarciu, jednocześnie wałęsając się po sklepikach, wydając kasę na kursy i literaturę, afirmując bóg wie co, i tak dalej; z drugiej - przyciągając rozmaite sytuacje, w których ludzie, słysząc o moim marzeniu, po prostu będą parskać śmiechem. Jakoś to tak jest, że inny człowiek wyczuje w nas sprzeczność i jeśli nawet podstawi nogę, to nie złośliwie, ale dlatego, że chce nam coś pokazać. Ostatecznie masz wrażenie, że walczysz o realizację swojego marzenia w świecie, który ciągle ci się sprzeciwia, nieustannie wystawiając cię na próbę. Tkwisz w splotach Lewiatana (hebr. ten, który zwija się w fałdy, istota o wijącym się ciele). Nie pozostaje wtedy chyba nic innego, jak zatrzymać się i zapytać siebie:

Czy ja naprawdę tego, w tej chwili, chcę?

Jak wiedzą psycholodzy jungowscy, nieświadomość jest tworem powszechnym, zbiorowym, wielowymiarowym i całkowicie subiektywnym. Przypomina on gigantycznych rozmiarów labirynt (Matrix) lub ogromnego węża czy ośmiornicę. Lewiatan, Cthulhu, Żmij Midgardu, Hydra Lernejska, Kraken, Moby Dick, Czuda Juda, Uroboros – to tylko niektóre z mitologiczno-literackich zamienników tego terminu.

Spytamy – jakże może być to twór „powszechny”, a tym bardziej „zbiorowy”, skoro jest subiektywny? Subiektywne są nasze poszczególne umysły, ale nie stwierdzono, aby były one w jakiś sposób (jak? telepatycznie?) powiązane. Mówiliśmy jednak wielokrotnie w przeszłości o Uniwersalnym Polu (Uniwersalnym Umyśle). Ci, którym nieobce duchowe teorie, wiedzą, żeśmy są (ponoć) takim jednym wspólnym Polem Świetlistym; niektórzy nawet twierdzą, iż tego doświadczają na co dzień... Duchowe teorie dodatkowo ożywiają to Pole, twierdząc, że to Ono stworzyło nas, a nie my Je, jak intuicyjnie można by sądzić. Cóż, patrząc w ten sposób, mamy już twór „powszechny”, „zbiorowy” i zarazem „subiektywny” - bez potrzeby włączania w to telepatii. Jeżeli przyjąć istnienie Uniwersalnego Pola – obojętnie czy nazwiemy je Bogiem, Duchem, Duszą, Pustką, czy Tao - to zbiorowe wielkie Ja musi być tego konsekwencją. A zatem wspólna subiektywność. Tylko skoro ta wielka wspólna subiektywność, to Tao, czy tam jak go zwał, stworzyło nas – to pozostaje jeszcze pytanie: dlaczego?


Dwa Pola

Teoretycznie nie miałoby powodu. To tak, jakby cesarz, który ma ogromne cesarstwo, stwierdził nagle, że od dziś interesuje go wyłącznie pojedyncze ziarnko grochu. Przecież to ziarnko grochu i tak jest jego, plus tyle innych rzeczy! Po co robić z ziarnka aferę, skupiać się na nim i nazywać je światem? Musiało być jeszcze coś. Musiał być jakiś czynnik, który sprawił, że władcy odebrało zmysły. Tego właśnie chorobowego czynnika szukamy.

Ludzie i religie tak naprawdę od dawna podejrzewają współistnienie ze sobą Dwóch Pól. Być może jest to zresztą jedno i to samo Pole, przejawiające się, zależnie od okoliczności na dwa sposoby? Jak go zwał, tak zwał, grunt, że ten drugi przejaw Pola wcale nie jest miły. Poeci alegorycznie próbują unaocznić nam jego kłopotliwą naturę, tym samym odróżniając ponad wszelką wątpliwość od Pola Świetlistego. Weźmy choćby ciąg dalszy cytowanego już tekstu, z Księgi Rodzaju, o Lewiatanie:

Z jego paszczy wychodzą płonące pochodnie, pryskają iskry ogniste.
Z jego nozdrzy bucha dym jakby z kotła rozpalonego i kipiącego.
(...)
Jego serce jest twarde jak kamień, twarde jak dolny kamień młyński.
Gdy się podnosi, drżą nawet najsilniejsi, a fale morskie cofają się.
(...)
Żelazo ma za słomę, a miedź za drzewo zbutwiałe.
Nie straszy go strzała z łuku, a kamienie z procy są dla niego jak sieczka
.

I tak dalej w tym duchu. Nikt nie chciałby spotkać pana L. w ciemnej uliczce, wracając, dajmy na to, z imprezy. To na pewno. Natknąłem się raz na internetową dyskusję, w której ktoś dowodził, że chodzi o samego Jahwe. Niezły z Niego musiałby być w takim razie Ancymon. Kierując się bardziej powszechnie przyjętą symboliką, powiedziałbym, że chodzi tu o przeciwieństwo Jahwe – Szatana. Czyli Złego, czyli Przeciwnika, czyli Cienia. Mały nie jest, to fakt. Ale też do Pana Zastępów, rezydującego w bieli na obłoku, równie Mu daleko, co do słodkiego piesia na otomanie u panny Kreci.


Niegrzeczny Chłopiec

Scholastycy wszystkich krajów długo myśleli, jak uzasadnić współistnienie Dobrego i Złego Pola. I wymyślili: mamy ciało. A ciało i Pole Świetliste są wzajemnie sprzeczne. Jeżeli jesteśmy Świetlistym Polem, to czemu u diaska postrzegamy siebie jako ciało?! Jeżeli zaś jesteśmy tylko ciałem – to i na nic nam mrzonki o jakimś Wielkim, Cudownym Polu.

Potrzebny był w tej układance jeszcze jeden element – coś, co by sprawiło, że zapomnieliśmy. Wtedy i ciało i Cudowne Pole są zasadne, tyle że Cudowne było najpierw, a potem się zapomniało i stało się (oczywiście tylko w swoim mniemaniu!) ciałem. Mówiliśmy, że Cudowne Pole stworzyło nas, teraz zaś czas to skorygować – ono nie tyle nas „stworzyło” (bo to zakłada inteligentny zamiar), co „popełniło”, i to przy okazji czegoś w rodzaju Wielkiej Wtopy. Cudowne Pole się pomyliło- zwariowało, zgłupiało, coś w tym stylu. Ups! Co za niefart. Odtąd widzimy wokół świat obiektywny rozczłonkowany, o przeogromnym stopniu komplikacji i sprzeczności – kompletne przeciwieństwo Pola Cudownego. Element, który wywołał niefortunną zmianę, pozostaje nieznany. Można go nazwać Czynnikiem X lub bardziej obrazowo - Niegrzecznym Chłopcem. Niegrzeczny Chłopiec to właśnie karma. Spowodował on, że Pole zaczęło produkować materialne wszechświaty wraz z zamieszkującymi je ciałami i ich życiami. Skąd Chłopiec miał tyle mocy? Jest on częścią Pola, a zatem dysponuje całą mocą jaka jest. Może wszystko. Czemu, mając wszystko, ulepił z pyłu „prawie nic”? Odpowiedź jest prosta: bo jest dzieckiem. To właśnie „nie-świadomość” - nieodpowiedzialny żart, niedojrzała zagrywka - z której nikt nic nie ma, która sama w sobie nie ma sensu, ale która mimo to nieustannie popełnia twoje życie.

Podsumujmy:

Pole Mroczno-Złe to taka siła, która sprawia, że WYDAJE nam się, iż jesteśmy ciałem, podczas gdy tak naprawdę pozostajemy Polem Świetlisto-Dobrym (Duchem).

I na to Złe Pole, zależnie od miejsca urodzenia i stopnia naukowego, ludzie mówią różnie. Na przykład: „karma”, „nieświadomość”, „Szatan”, „Trickster”. Ale będziemy też mówić o innych ksywkach.

Bo patrzcie! patrzcie, jaka sensacja!
Brawo dyrekcja! Co za atrakcja!
Gąsienicą hipopotamową,
Glistą, na miarę przedpotopową,
Na salę wpełza tłusty Jaszczur,
Czołg złotociekły, forsiasty praszczur:
Szczurząc i wsząc, i pchląc wspaniale;
Książę Karnawał wjeżdża na salę!
Tajniaki z tyłu, tajniaki na przedzie,
Mlaskiem, człapem, wijąc się, jedzie,
Pełznie smoczysko - a na nim okrakiem
Goła, w pończochach, w cylinderku na bakier,
Z paznokciami purpurowymi,
Z wymionami malowanymi,
Z szmaragdowym monoklem w oku,
Z neonową reklamą w kroku,
Skrzecząc szlagiera:
"Komu dziś dać?
Komu dziś dać?
Komu dziś dać!"
Wierzga na gęstym pieniężnym potoku
Promieniejąca K... Mać!

Julian Tuwim, Bal w operze


Pandemonium w nas

A jednak ten oślizgły monster nie znajduje się tak naprawdę w świecie, który zresztą przecież tylko mu się wydaje. On jest w nas... Posiadamy w sobie istne pandemonium - jest w czym powybierać. Tak naprawdę -

dowolny stan, który powoduje, że żyję poniżej swoich prawdziwych możliwości – to zamieszkujący we mnie Niegrzeczny Stwór.

Żyjąc poniżej swoich możliwości, żyjemy w staniepermanentnego, tragikomicznego opętania. Być małym, gdy jest się w wielkim, nędznym, gdy jest się królem, byle jakim, gdy jest się wybitnym – to nasza klątwa i zła krew.

To jest nasze codzienne myślenie - drgająca ośmiornica automatyzmów mózgu, wszeptująca, że jesteśmy do kitu – podczas gdy naprawdę – wcale nie tak miało być. A oto i, w jej osobie, pierwszy z diabelskich ministrów, czyli Kusy (Krótki), specjalista od życiowej miernoty.

W swoich oczach wcale nie jesteśmy święci... Kto z nas nie zmierzył się z miernotą, z chaosem, z bylejakością wewnętrznego paplania? Komu Kusy nie podcinał lub regularnie nie podcina skrzydeł? Spotykamy się z nim na co dzień, można powiedzieć, że często potykamy się o jego ogon, wstając z łóżka. Zresztą – Kusy ma wielu kompanów. A oto niektórzy z nich:

Jeżeli uczuciu miernoty towarzyszy wrażenie, że cię zraniono, wykastrowano lub porzucono – wita skurczony i zwinięty w precel (bożek) Pan.

Jeżeli pojawia się wrażenie spiętej neutralności – tej właśnie, która odcina cię od życia i uczuć – to na spotkanie wyszła ci właśnie omawiana Nieświadomość.

Jeśli ślimaczy się jakieś poczucie braku, doświadczenie, że zdradzasz siebie przez wstydliwy kompromis - i pozostaje niesmak – to jest to dobrze nam znana Wielka Kurwa Babilon.

A jeżeli wciąż zapytujesz – skąd ten pech? Dlaczego właśnie ja? I co teraz jeszcze muszę zrobić, aby to naprawić? To poczciwa starowinka karma.

Gdy życie to bitwa, chaos, wola, agresja, niedojrzała męskość i parcie – twoim ulubieńcem jest Przeciwnik (w rozmaitych kulturach nazywany różnie, np. Boruta czy Drakula - ogólnie się nie patyczkuje, choć jest arystokratą).

A czasem chodzi po prostu o pierwotny krzyk, który chce powiedzieć biurokratom, rodzinie i korporacjom: jestem czymś więcej niż tym, jestem magią, cudem, talentem jakich mało, ale kto się na tym pozna?! Jest to krzyk, który wykoleja nas, doprowadza do obłąkania i brawury. I to jest mandragora.

Wydaje mi się, że to mają na myśli chrześcijanie, kiedy mówią: Zło istnieje realnie. Jest w tych rzeczach waga, której nie powinno się lekceważyć. Mówimy tu o bezmiarze codziennych kłopotów, który sprawia, że życie przesypuje się między palcami jak piach, a my, przytłoczeni tym wszystkim, siadamy coraz częściej w pozycji rodinowego Myśliciela. (pl.wikipedia.org/wiki/Myśliciel). I to wszystko razem, to ,co ciąży nam na barkach i przytłacza milionem groteskowych form zła – to właśnie Lewiatan.


Uroboros, albo sam sobie to robię

Mówiliśmy o subiektywności. Świetliste Pole jest wszystkim i to wszystko jest we mnie. Bardzo fajne, holograficzne ujęcie, jednocześnie zaskakujące i dające do myślenia. Jedna rzecz się jednak nie zgadza – jaka tu subiektywność, jeśli siedzi w nas diabeł? Przecież diabeł – to odrębna, niezależna od nas świadomość, obiektywna przyczyna... Cóż diabeł ma do mnie? Nie chcę go, nie lubię, najchętniej w ogóle bym o tym nie mówił. To co? Wynika, że Pole wcale takie subiektywne nie jest.

Powiemy tak: Pole Świetliste jest, owszem, w 100% subiektywne... Nazywamy je czasami Prawdziwym Ja – właśnie dlatego, że jest raczej poczuciem mojej tożsamości niż jakąś biologią, promieniowaniem czy fizyką „tam na zewnątrz”. Tym niemniej Pole Mroczne już takie nie jest! Zauważmy, co się dokładnie wydarzyło, gdy Pole Świetliste zmieniło się w Mroczne. Pole przywiązało się do czegoś na zewnątrz. Powiedziało: tam na zewnątrz jest coś i to jest takie a takie. Tak jak w historii o widzeniu aury - przyjmujemy jakiś pewnik, który wcale – bums! - pewnikiem nie jest.

Przywiązani do swojej racji, automatycznie toniemy w splotach, ponieważ tych racji jest w istocie bardzo wiele. Umysł przybliża sprawy na wiele różnych sposobów, ale że jest wycinkowy - nie daje rady oddać całości. Pozostajemy z wieloma różnymi skrawkami i gubimy się w nich, bo one są logicznie sprzeczne. Co uwzględnić najpierw – funkcjonalność czy emocje? Kto bardziej poszkodowany – mężczyźni czy kobiety? Dbać o ekologię i wegetarianizm, czy używać życia jak Grek Zorba? Zaczynamy bronić jakiegoś skrawka, zupełnie nie widząc, że ktoś inny ma tu inną rację, podobnie jak my swoją. Kiedy nam się uleje i zaczynamy po kimś otwarcie „jechać” (zauważyliście?) - publika często mówi: „Hola! Zobacz w lustro, kolego!” Oznacza to, że zanadto przywiązaliśmy się do swojej wersji i w rezultacie powstał w nas gniew. Gniew otoczenie zawsze wyłapie, ponieważ on innych zawsze boli. Jeżeli kierujesz ku innym gniew, to jest tak, jakbyś dźgał ich nożem. Zobacz, to twój gniew, twoja karma! Racja w dyskusji to rzecz drugorzędna – zanim nie zobaczymy, że mamy gniew i że jesteśmy za niego odpowiedzialni. Odkrycie to z reguły ostudza gniew, choć może być wręcz piekielnie niewygodne.

Sytuację tą starożytni wyobrażali pod postacią węża – Uroborosa. Wąż gryzie sam siebie. Podobnie ja, przywiązując się do swojej racji, strzelam gniewem, który inni zwracają mi rykoszetem, prezentując podobnie niedojrzałe stanowisko po swojej stronie. Burza jątrzy burzę. Sytuacja ta od lat zwana jest wojną – i stanowi podstawową blokadę dla rozwoju, tak jednostek jak i społeczeństw.


Dwa rodzaje mocy

Jeżeli mogę sam sobie wyrządzać Zło, a to na przykład ściągając na kark gniew innych, to pozostaje tu jednak dość istotne pytanie:

Po co miałbym to robić?

Kto przy zdrowych zmysłach kopałby sam pod sobą dołki? Przecież sami dla siebie zazwyczaj chcemy jedynie Dobra...

Dlatego możemy mówić o dwóch rodzajach mocy – o jej ciemnej i jasnej stronie. Ciemna wytwarza gniew i ciska nim w innych. W ten sposób może zdobyć dominację nad osobą, grupą, a nawet narodem, zwyczajnie dlatego, że zadaje im ból. Prawdopodobnie też ściągnie ich gniew na siebie, który prędzej czy później objawi się jako wojna. Jest to więc działanie obłąkane. Jasna strona mocy jest zauważeniem tego. Jest ona wyłapaniem karmy, która mną powoduje, gdy ciskam w innych piorunem. Pomaga nam ona przypomnieć sobie nasz związek z Polem, naszą Prawdziwą Tożsamość. W tej tożsamości nie ma gniewu, ponieważ wszystko jest tam jednym. Może być tam dzikość, celebracja życia, intensywność, ale nie gniew. Inni, gdy nie czują od nas gniewu, otwierają i się i pomagają nam, bo to też jest ich Prawdziwa Tożsamość. Ale to my postanawiamy jak użyć mocy. Gdy wybieramy ciemną moc, świat reaguje atakiem. Gdy wybieramy jasną – świat nie sprzeciwia się i idzie po naszej myśli. To jest idea karmy.


Moc jest w patrzeniu

Chodź, patrz
Na prawdziwe kwiaty
Bolesnego świata
.

Basho

Aby przypomnieć sobie jasną moc, musisz patrzeć. Ponieważ nie masz oczu po wewnętrznej stronie głowy, „patrzeć” znaczy dla ciebie „być świadomym” lub „czuć” - swoją karmę. Jeżeli powiesz: „Nie chcę tego czuć, to jest negatywne uczucie, to jest głupi węzeł, zastąpię to czymś bardziej pozytywnym” - oszukujesz siebie. Jeżeli masz wątpliwości, bo byłeś właśnie bardzo dumny z tego, że żadna negatywność nie ma już do ciebie dostępu – uwaga! - czerwona lampka. To, o czym tu mówimy, nie polega na byciu dobrym czy grzecznym. Nie interesuje nas wybór słusznej wersji, a odrzucenie niesłusznej. Wiem, tak często mówią na kursach, ale to nie to. Prawda nie jest ani w nieświadomości, ani w umyśle świadomym. Prawdą jest życie, Twoje życie. Wybieranie sobie słusznej wersji jest pułapką umysłu, który tak naprawdę bardzo boi się powiedzieć: „nie wiem”. Dlatego kluczem do całej sytuacji jest odroczenie werdyktu. Odrocz swoje stwierdzenie, która myśl jest negatywna, która pozytywna, odrocz swoją technikę NLP. To właśnie to odroczenie jest patrzeniem. To dzięki niemu doświadczasz bezsensowności całej sytuacji. To dzięki niemu przestajesz czuć dumę, że cokolwiek z tego chłamu rozumiesz. To jest obłąkany taniec zwojów, węzeł, którego nikt zdrowym umysłem nie pojmie - nie jest istotne, kto ma rację, istotne jest, tak naprawdę, odpuszczenie dumy, które automatycznie odłącza cię od twojej karmy. I daje wgląd.

Gdy odłączysz Węża, wiedza o właściwym działaniu płynie sama - z brzucha. Mistrzostwem świata jest czuć wszystko głęboko, a jednocześnie nie być do tego przywiązanym lub nie dawać temu sobą kierować. Wtedy nasze prawdziwe Ja, owo słynne Dobre Pole, o którym tyle mówimy, przemawia do nas głosem intuicji. Ale to przychodzi z czasem. Często dojście do tego etapu oznacza lata spędzone na nauce odraczania. W tej sprawie nie ma drogi na skróty (chyba że już jesteś oświecony, ale wtedy już wiesz).

Jeżeli unikasz Lewiatana, będzie ci łatwo nauczać innych jak żyć. Bardzo wielu coachów mówi z tego miejsca. Bądź silny, powiadają, nie daj się. Dasz radę. To jest w dużym stopniu istota tego, co nas pociąga w coachingu. Jest rzeczą wysoce niepopularną stwierdzenie, że „praca nad odzyskiwaniem mocy polega na wcześniejszej, głębokiej, intymnej zgodzie na słabość”. Ale tak jest. NLP ma rację dopiero w drugiej fazie, gdy osiągniemy dojrzałą umiejętność przyjmowania i nie-oceniania. W przeciwnym razie wszystko co zbudujemy przez intencję i tak trzeba będzie pewnego dnia rozebrać.

Zauważ - dlatego właśnie mówimy Lewiatan, a nie „smuteczek”. To jest niby to samo, a nie jest. O różnicy już wspominaliśmy, jest nią waga. Lewiatan jest jak Nessie – obserwowany z brzegu przypomina śmieszny pagóreczek, daleko, na środku jeziora. Pagóreczek można niby to przekopać i w tym miejscu zrobić na przykład kąpielisko z plażą i ratownikiem. To w sumie tylko kupka mułu. Biada jednak tym, którzy postawią na tej kupce stopę. Może się okazać, że pagóreczek, niczym winda zjedzie trochę niżej, jakieś powiedzmy trzy tysiące sążni w dół. Tam też – mówię, oby nie! - ujawni się przed nami prawdziwe cielsko Lewiatana. Ale to już zupełnie, zupełnie inna historia.


Niewąsko

A wyspa? Jaka wyspa! To mego nosa koniuszek!

Julian Tuwim, Pan Maluśkiewicz i Wieloryb

Nie wszyscy to zrozumieją. U niektórych NLP działa świetnie przez całe życie, a Lewiatan w głębinach pozostaje interesującą fikcją. Nie pytajcie mnie, dlaczego tak jest. Nie wiem. Powiedziałbym, że nie każdy potrzebuje Lewiatana, wielu doskonale zadowala się mówieniem czy pisaniem o nim; niektórzy potrzebują się z nim spotkać raz na jakiś czas, najmniej jest tych, co rzeczywiście wyszli cało z objęć bestii. Problem, jak zwykle, jest w tym, że każdy z tu wymienionych pozostaje święcie przekonany, iż wie o czym mówi - i każdy z nich ma rację! A pomimo to mówią, choć podobnymi słowami, o zupełnie różnych rzeczach.

Jeżeli spotykasz codziennie Lewiatana, a wielu z twojego otoczenia głaszcze cię po główce lub posyła do psychiatry - nie martw się. Przechodzę przez to non-stop. Jeżeli z kolei inni podziwiają cię i szanują, za twoją odwagę, ale następnie zapominają o tobie i odwracają się do swoich spraw – też wiem, z osobistego doświadczenia, co czujesz. Być może też przyciągasz prawdziwych wariatów, którzy przychodzą wyżalić ci się ze swoich wizji, a ty nie masz w ogóle ochoty ich słuchać. To też jest wredne, żenujące uczucie. A może wabisz artystów, których nęci forma raczej niż treść. Taka jest dola łowcy. Rzeczywistość wokół ciebie może przez pewien czas przypominać groteskowe panoptikum, które nie znajduje potwierdzenia w oficjalnych mediach, w czasopiśmie „Charaktery” i badaniach Philipa Zimbardo, a nawet u wielu podziwianych przez ciebie autorytetów na obszarze rozwoju. Inni donosić będą, że przesadzasz, że nie ma o czym mówić, że lepiej zająć się konkretnym działaniem niż całym tym czuciem. I to jest jak najbardziej w porządku. Nie czuj się ani trochę winny, wściekły i nie próbuj nic naprawiać. W końcu przecież wybrałeś to, co wybrałeś – no to pewnie też coś z tego masz?

Jeżeli jest coś, co nas, lewiatanowców, trzyma na tej drodze, to jest niewysłowiona soczystość życia przeżywanego z najgłębszych głębin. Nie wiem, czy taką soczystość – i zarazem lekkość – można dostać w inny sposób. Być może. Wiem tylko, że to, w jaki sposób to życie rozjarza się tajemniczymi światłami, grotami, istną rafą koralową wewnętrznych smaków i smaczków, to niesamowita nagroda za znajomość z L... Żadne inne światło i prawda jakie znam, nie mogą się równać z tą misteryjną orkiestrą.


Kościół Lewiatana

Z zewnątrz ludzie, patrząc na nas, często czują się niewyraźnie. „Czy my też tak powinniśmy?”- myślą. Ojcem Pio, w trakcie conocnych modlitw, tak rzucało, że drżały mury klasztoru. Wiemy o tym z relacji braciszków z sąsiedniej celi, którzy co noc przerażeni nasłuchiwali pod ścianą. Sam Pio, który z łagodnym uśmiechem tłumaczył, jakoby po nocach walczył z diabłem (w co nikt w klasztorze nie wątpił), nie wydawał się wynosić ze starć najmniejszych obrażeń. Pomimo to świadkowie zgodnie twierdzili, że każdej nocy był w swojej celi ciskany o ścianę z siłą zdolną strzaskać kręgosłup i kości. Próbując nie wyjaśniać rozumowo, pozostajemy tu mimo wszystko z podejrzeniem, że nie chodzi wyłącznie o jakiś rodzaj metafory.

W przypadku nie-lewiatanowca obecność Potwora w życiu sprowadza się do kolejek na poczcie, łupieżu, łamania w kościach, pecha, depresji, niewdzięcznej pracy, rozwodu, raka, i miliona innych naturalnych wstrząsów, jakim podlega ciało. Z wszystkimi tymi rzeczami nie-lewiatanowcy wykonują różnego rodzaju praktyki, które pomagają im je jakoś oswoić. W przypadku lewiatanowca, na przykładzie tytana lewiatanizmu jakim był Pio, wstrząsy w istocie są te same. Chodzi jednak o coś innego. Człowiek, zamiast pertraktować z gadem, próbuje zajrzeć mu w ryj.

Taka arogancja, niestety, na ogół nie może pozostać bez echa. Kto ma ciepłą posadkę, a w weekendy medytuje zen, może tego nie wyłapać. Wąż jest dla niego zwykłym wężem, którego uważnie i wytrwale obserwuje. Natomiast u człowieka, który intencjonalnie zagląda Wężowi w ślepia, staje się on Wężem Wkurwionym. Wtedy też zaczyna się w życiu tej osoby dziać – i to dziać dużo. A ten, który tajemniczej wysepki pośrodku jeziora nigdy nawet palcem nie tknął, będzie oczywiście pukał się w czoło, dziwował albo w ogóle niczego nie zauważy.

Tak to już jest.



W tym artykule zajmowaliśmy się Ósmym Wymiarem, oraz takimi rzeczami jak Yesod, animus, ósmy byk zen, enneagramowa Ósemka Skurczybyk, oraz tarotowe arcanum VIII. Moc.

Korekta przez: ()



  < poprzedni    1    (2)    3    4    5    dalszy >  

komentarze

1. Cieszę się, Krzysztofie,... • autor: Ilona2015-06-19 14:56:05

Cieszę się, Krzysztofie, że znów można Cię czytać tutaj. Świetny tekst(y).

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)