Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

26 listopada 2015

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Z szuflad starego biurka. Historie rodzinne sprzed wieku (odcinków: 22)

Listy nauczyciela z czasów okupacji


« Kallwang czyli słodkie pocztówki z wojny Craiova »

Pisze znajomy mojej ciotki, Sławomiry, nauczyciel we wsi Karsznice. Czy to są Karsznice, powiat zduńkowolski (obecna dzielnica Zduńskiej Woli) czy łęczycki albo jędrzejowski – trudno odgadnąć. Możliwe, że są to zupełnie inne Karsznice, poza naszymi obecnymi granicami. W którymś z listów autor wspomniał nazwę rzeki – ale nie zapamiętałam i nie mogę na nowo odnaleźć, notuję także i to, że jeździ na zastrzyki do Łowicza. Były to więc prawdopodobnie Karsznice Duże, gmina Chąśno powiat Łowicz, województwo łódzkie.

         Podpisuje się imieniem niewyraźnie: prawdopodobnie: Andrzej, może Antek?. Tak więc będę go nazywać, choć może imię mieć inne. Moja mama opowiadała mi kiedyś, że ciotka Sławomira miała narzeczonego, ale że nie zdecydowała się na związek z nim, ze względu na konieczność opiekowania się matką. Inne rodzinne źródła mówiły o koledze ze studiów w Lwowie, który zginął w czasie okupacji lub w Powstaniu. Czy to był właśnie ten narzeczony? Jego listy, choć jest ich kilkanaście, nie zawierają żadnych osobistych odniesień, są opisem trudności życia codziennego w czasie okupacji, wiejskiej nudy, różnych chorób wynikłych z powodu trudnych warunków, a przede wszystkim braku opału – tak prywatnie, jak i w szkole. Z tego też powodu lekcje w szkole odbywają się w kratkę, a nauczyciel przymiera głodem i rozmyśla o zmianie miejsca zamieszkania i zajęciu się przemytem – choć nie decyduje się nań (prawdopodobnie). Listy sprawiają wrażenie korespondencji z koleżanką ze studiów lub z pracy nauczycielskiej, choć zaczynają się od nagłówka „Szanowna Pani”, potem „Panno Sławko”, a kończą na „Sławko” i „Sławeczko”. Pierwszy z nich jest datowany na 29.11.1940, choć z treści wynika, że nie jest on pierwszy, a kolejny, ostatni nosi datę 12.3.1943.

         Nie wnikając w ich prywatne sprawy (pomijając fakt że jest niewątpliwie facetem z gatunku narzekających, słabego zdrowia i podatnym na depresję) oraz w to, co pisała do niego Sławka, a o czym nie wiemy, i jak skończyła się ta znajomość: zerwaniem czy śmiercią czy zwyczajną utratą kontaktu — najbardziej interesujący w nich jest opis wszechogarniającej niemożności – pracy, uczenia dzieci, ogólnego rozbicia i braku perspektyw, tak dominującego, że nawet nie chce się pisać do niewątpliwie bliskiej osoby, bo nie ma o czym pisać, wszystko jest nudne i takie samo, a jeśli coś się dzieje, to źle się dzieje. I wielkiego marzenia, żeby mieszkać w Warszawie, ale w kierunku jego realizacji nic się nie robi.

         W tym pierwszym liście pisze: „U mnie nic nowego nie słychać, prócz nudów” W tym i w kilku następnych listach z wyraźną zawiścią stwierdza, że „o ile w Warszawie czas szybko płynie, tak na wsi dłuży się niemożliwie”. Potem przechodzi do spraw miejscowych: „Do niedalekiej osady ode mnie sprowadziła się żandarmeria, która na drogach odbiera ludziom towary. Ostatnie grosze wyrwane na kupno żywności są odbierane i człowieka doprowadzają do skrajnej nędzy. Ludzie poświęcają się z narażeniem swego życia, by przejść granicę. Człowiek niespokojnie się czuje wobec częstych napadów bandyckich. Wśród takiego niepokoju i ciągłych niespodziewanie przykrych scen schodzą dni. Pod tym względem, to już w Warszawie jest lepiej. Prawda?”

         W kolejnym liście (2.2,1941) Andrzej przeprasza, że będąc w Warszawie nie odwiedził „Panny Sławki”, ale zaczęła go brać grypa i nie chciał obciążać swoją chorobą znajomych, u których się zatrzymał. Potem zaś „...leżąc w łóżku trudno mi było zebrać myśli i dać jakąkolwiek wieść” Pisze o szkole: „Dzieci od świąt nie były w szkole, gdy mógłbym już pracować siedzę bezczynnie całymi dniami, bo nauki nie ma z braku opału. I nie wiem kiedy otrzymamy? Sądzę, że w ogóle nie będzie w szkole czym palić, bo na to się zapowiada. Więc szkoła długi czas nie będzie jeszcze czynna – do wiosny.”

         Potem już list z 28.2. 1941. „Pracy w szkole jeszcze nie zacząłem, ta sprawa przypuszczalnie odwlecze się do połowy marca, w zależności jaka będzie pogoda.” Kolejny list dopiero z 29.5.1941. „Miesiąc czasu nie pracowałem, gdyż zajęta była szkoła. Zacząłem już teraz naukę, ale czekam wakacji. Rok zszedł mi prawie na bezrobociu” Ciekawe kto i po co zajął szkołę, ale tego się nie dowiem, choć zapewne współcześni się domyślali. „Prawdziwa wiosna, lecz cóż, skoro tak smutno na świecie. Wielka drożyzna, całkiem nie dostosowana do mojego zarobku. Dlatego też również staję przed zagadnieniem podobnym jak Pani – co dalej?. Wciąż myślę wyruszyć gdzie, pojechać, to znów brak dobrego humoru. Człowiek staje się jakiś zamkniętym w sobie, pesymistą. W takich rozbieżnych myślach schodzi nieraz dzień za dniem, tak ze trudno zebrać się na napisanie listu. Bo i cóż pisać? Zawsze ta sama szara rzeczywistość”

         7.10. 1941 r. Sławomira i Andrzej nie spotkali się. On był w Warszawie, ona w Lublinie a list gdzieś zawieruszył się. „U mnie prócz nudy nic nowego nie słychać. Pracuję w szkole. Martwi mnie trochę zbliżająca się zima i wysokie ceny, które coraz bardziej wzrastają. Natomiast koło mnie ludziska krzątają się przy ostatnich pracach jesiennych w polu”

         7.11.1941. Charakter pisma Andrzeja, początkowo ładny i kaligraficzny traci swoje równiutkie literki, jak pod linijkę. Pisze: „U mnie nic nowego nie słychać. Stale przesiaduję w domu z powodu wstrętnej pogody i roboty, której mam dość dużo. Codziennie po przyjściu ze szkoły muszę sobie pitrasić obiad. Jest to najgorsze moje zajęcie przy którym schodzi mi do wieczoru. Nieraz myślę o rzuceniu tego wszystkiego, o poczynieniu pewnej zmiany, ale nieświadomość jak długo trzeba będzie jeszcze siedzieć w takich warunkach zatrzymuje mnie. Zawsze wieś i wieś, do znudzenia. Tu znów przychodzą inne myśli, że dobrze byłoby, gdyby można było mieszkać w Warszawie i pracować. Wprawdzie jest bardziej trudno ale i tam ludzie żyją dając sobie całkowicie radę. Z tego wszystkiego najlepiej zająć się szmuglem, wtedy będzie możliwość częstego bywania w Warszawie. Dużo przy tym byłoby urozmaicenia, częsta zmiana miejsca pobytu i nowe wrażenia... Działka warzywna straciła swój urok. Trzeba było również pozwozić warzywa, obecnie spotyka się tylko łodygi zamrożone i uschnięte” Niestety, gospodarny za bardzo ten Andrzej nie był.

         W styczniu 1942 Andrzej trafia do szpitala – do Kliniki Dzieciątka Jezus. Charakter pisma ma już całkiem okropny. Pisze: „ Mam wyjątkowe szczęście. W ubiegłym roku odleżałem grypę, a w tym rozchorował mi się nos” Potem następuje dokładny opis operacji zrobionej po prawej stronie i następnej, czekającej, po lewej, ponieważ: „...tylko najgorsze to, że światła u nas nie ma i nie mogą mi nic robić. Czuje się dobrze, lecz najgorsze to, ze mamy bardzo zimno na sali . Wprawdzie są kaloryfery, ale nie grzeją.”

         21 stycznia 1942 Andrzej dostaje od Sławki list i paczkę. Czuje się lepiej i czeka go jeszcze jeden zabieg. „Chociaż jest na sali dość chłodno, lecz mając trzy koce i ciepłą bieliznę ze sobą nie mogę narzekać na zimno. Lepiej byłoby żeby sala była ogrzewana, wtenczas mógłbym chodzić i prędzej schodziłby czas, a tak, to trzeba leżeć stale w łóżku i nudzić się... Życie w szpitalu, jak na obecne warunki jest dość dobre, a i wymagań nie można dzisiaj stawiać wielkich. Trzeba do wszystkiego się dostosować, a wtedy będzie dobrze.”

         2.4.1942 Andrzej nadal nie jest w najlepszej formie. „Miałem podczas świta Wielkiejnocy być w Warszawie, lecz odłożyłem podróż na później. Obecnie dojeżdżam od czasu do czasu do Łowicza, wysiękowy lekarz specjalista robi mi opatrunki w nosie...Na wsi jest pięknie, pogoda wiosenna. Jest bardzo miło i przyjemnie, w otoczeniu czuć wiosnę, skowronki śpiewają.”

         W grudniu, 8.12.1942 Andrzej nie pisze już „Panno Sławko” Tylko „Sławko” Widać w międzyczasie się spotkali i po 2 latach znajomości przeszli na mówienie sobie po imieniu. (ja się urodziłam miesiąc wcześniej, wg słów mojej mamy w luksusowych warunkach, pod opieką prywatnego lekarza w prywatnej klinice. W tym czasie moja mama trudniła się nielegalnym handlem i oczywiście mieszkała w Warszawie – a więc Andrzej miał racje, że warto trudnić się szmuglem, tylko nie starczyło mu pewnie determinacji, życiowej praktyczności i odwagi balansowania na krawędzi (sądząc z trudności z gotowaniem sobie posiłków). Ale wróćmy do listu: „Pieniądze przesyłam przekazem na Twoje ręce. Za długie czekanie –przepraszam. Ja czuję się dobrze. Nos w dalszym ciągu posiada katar ropny. Zaczynam coś niecoś wątpić w skuteczność leczenia. Gdyż nie widzę poprawy.”

         6.1. 1943 sentyment do Sławki wzrasta. Andrzej tytułuje kolejny list : „Sławeczko!”. Dziękuje za list i zapowiada swój przyjazd do Warszawy, odebranie listopadowej pensji i wizytę w klinice celem ewentualnego zakwalifikowania się do operacji. Pisze: „Gdy nie będzie nic pilnego zaczekam do wiosny, wtedy pogoda lepsza i nos szybciej będzie się leczył”

         10.2.1943 trudności życia Andrzeja się piętrzą. „Sławko! Myślałem napisać parę słów, lecz stale coś stało na przeszkodzie, poczynając od zmartwień swoich, a kończąc na chorobie siostry. Możesz sobie wyobrazić mnie, tańczącego dzień w dzień koło kuchni i znoszącego kaprysy chorego. Czyż można w takich warunkach dobrze się czuć i mieć odpowiedni humor na pisanie listu? Zapewne nie!” I tu pierwszy zgrzyt i pierwsze odwołanie do spraw Sławki, a nie Andrzeja. „Z listu wywnioskowałem, że chciałaś o czymś napisać mi, a nie mogłaś, bo coś przeszkadzało. Więc może w następnym liście napiszesz, o ile mogę o tym wiedzieć, co stało na przeszkodzie. Uważam, że można wszystko napisać, mimo, że pewne sprawy rzeczywiście stoją na przeszkodzie. Mogłaś znów zakończyć list, tak jak chciałaś, jak dyktowało uczucie, a zapewne nic w tej chwili nie powiedziałbym.”

         Ostatni list z 12.3.1943 Andrzej znowu tytułuje „Sławko!. Widzę z listu, że minęły jedne zmartwienia i kłopoty, a zostały drugie. Tak widocznie musi być na tym świecie. Lecz nie trzeba się tym wszystkim martwić. Są prześliczne wiosenne dni, którymi należy się cieszyć. Koło mnie nic nowego. Skowronki śpiewają już. Po ostatkach trochę boli głowa z powodu za dużo likieru. Ale wiesz, trzeba było się postawić. Przebywam obecnie sam. Siostra wybrała się na zastrzyki do Warszawy, a po nich odjechała do (nazwa nieczytelna)... do księdza. Widocznie tam zatrzyma się dłuższy czas. A ja znów mam gospodynię. W tych (?) kłopotach pomaga mi córka gospodyni, dość dobrze się domyśla, bo gdy przyjadę ze szkoły mówi mi wdzięcznym głosem bym nie głowił siebie obiadem, bo ona już ugotowała i dla mnie. Nawet podczas mojej nieobecności sprzątnie mieszkanie. Jestem jej za to wdzięczny. Napisz co koło ciebie słychać? Łączę pozdrowienia. Andrzej(?)”

          To był ostatni list, zachowany czy napisany, któż to wie? Potem nastąpiło Powstanie, wygnanie z Warszawy i tułaczka. Możliwe, że A (Andrzej lub Antoni, albo jeszcze inaczej) ułożył sobie życie z gotującą mu obiady córką gospodyni. Ja zadaję sobie pytanie: Czy był to człowiek odpowiedni dla Sławki? Delikatnej, myślącej, odpowiedzialnej, ale też potrzebującej z tego powodu opieki, a właściwie zrozumienia. Patriarchalny ojciec, wiecznie chory na gruźlicę brat z ogromnymi kosztami leczony przed wojną w Szwajcarii, matka, którą z jakichś powodów trzeba się opiekować. Gdzie tu widać rozumiejącego partnera? W żadnym z listów, poza przedostatnim, pan A nie wyraża zainteresowania lub przejęcia się jej sprawami, zawsze pisze tylko o sobie. Może taka była kiedyś konwencja, a może taki jego charakter. Jedno wiem, Sławka doskonale gotowała i była bardzo praktyczna – lubiła robić przetwory, eksperymentowała z roślinami, jakieś wino czy miody z mniszka, derenia, jarzębiny i dzikiej róży, (podarowała mi na działkę odmianę róży płatkowej, konfiturowej), nalewki wg litewskich przepisów - w czasach, gdy nikomu się o tym nie śniło. Ze swoim przyszłym partnerem życiowym, łączyło ją to zamiłowanie, a także wycieczki i miłość do Tatr, tudzież pewna delikatność i niepraktyczność życiowa w postępowaniu z ludźmi, przy wysokim poziomie intelektu. Nie sądzę, żeby Andrzej tym wymaganiom był w stanie sprostać. Nigdzie w listach na przykład nie wspomina o swoich lekturach (mimo dojmującej nudy), przyrodę kocha o tyle, o ile śpiewają skowronki i można się opalać.

         Jednocześnie jest to jednak sygnał, co znosili ludzie w tym czasie i jak niewielkie były ich oczekiwania. Opał, jedzenie i praca – to było wszystko, co im do szczęścia potrzebne. Żadna własność, żadne lata spłaty kredytów, żadne związki dusz i żadna duchowość oraz rozwój wewnętrzny i inne fanaberie. Oczywiście także nikt nie myślał o asertywności, skądże! Obśmialiby nasze pomysły bytowania w kurnej chacie bez kontaktu ze światem (poza dostępem do internetu, oczywiście!) jakie propagowała pewna autorka Taraki. Ale wróćmy do Sławki.

         Nie byłby to pierwszy przypadek, kiedy kobiecie trudno znaleźć partnera traktującego ją jak równorzędną osobowość, o zbliżonych zainteresowaniach intelektualnych i wspólnie ponoszącego odpowiedzialność za podjęte w razie potrzeby decyzje i nie oczekującego od niej więcej, niż samemu się wnosi do związku. Na przykład zbierania brudnych skarpetek rzucanych wieczorem na podłogę. No i oczywiście, czasem, w drodze zupełnego wyjątku, pochylającego się nad jej fobiami i lękami, próbującego im zaradzić samą swoją obecnością, ciepłym głosem i dotykiem. Minimum ideału po prostu!

         Tu jednak muszę wetknąć pewną szpilę. Współcześnie ludzie publikują na przykład na Facebooku mnóstwo wypowiedzi, swoich żalów, pretensji i przemyśleń. Oburzają się jednak, gdy ktoś czytając je, wyciąga z brzmienia słów własne wnioski (zwłaszcza dotyczy to rozmaitych guru w rodzaju Osho, Wilbera, De Mello, Moji, Megre czy innych). Oburza też literalne czytanie wypowiedzi polityków, którzy zazwyczaj, jako ludzie, egzystują na niższym poziomie intelektualnym, niż zbiorowość (inaczej nie podobaliby się przeciętnym zjadaczom chleba). A przecież z każdego tekstu można wyciągnąć własne wnioski, każdym tekstem przekazać skryte przesłanie. Sens SŁOWA zależy od ich zrozumienia, od ich wyrazu i zapewne dlatego wszystkie religie jeśli nie walczą to na pewno konkurują ze sobą, jeśli nawet na początku każdej było SŁOWO.

         Zaczynam rozumieć przekaz od Sławki w pewnym śnie sprzed lat, wypowiedziany do mnie ustami jakiegoś jej sennego dyrektora sennej szkoły – jesteś po to, żeby tłumaczyć ludziom różnicę między słowem a wyrazem.

Co niniejszym czynię.

Portret Sławki, olej, malarz nieznany


Z szuflad starego biurka. Historie rodzinne sprzed wieku: wstęp na końcu

Z szuflad starego biurka. Historie rodzinne sprzed wieku


« Kallwang czyli słodkie pocztówki z wojny Craiova »

komentarze

[foto]

1. Kasi składamy... • autor: Wojciech Jóźwiak2015-11-26 16:02:52

...najserdeczniejsze życzenia wszystkiego dobrego
z okazji Jej urodzin.
Nie tylko dzisiaj jest 26 listopada, ale również Słońce wróciło (Solar Return) do 3°36′ Strzelca.

Vivat! Sto lat!


[foto]

2. Podnosi na duchu :) • autor: Aleksandra O-J2015-11-26 22:19:35

Serdecznie dziękuję za przejrzenie korespondencji powyższej pary:)Pomijając tragiczne okoliczności wojenne (cenzura i wojenne istotne tło) ,opublikowane  narzekania, kłopoty zdrowotne pana Andrzeja, jego problemy z gotowaniem, otoczeniem wiejskim i szkołą, to całe marudzenie- są zabawnie komiczne.. Przypominają,że lata, epoki mijają, istotna pozostaje przede wszystkim odpowiedź człowieka na to co go w życiu nęka...I dzisiaj też korespondencja niektórych w powyższej konwencji dałaby się ująć.Wszak nadeszły straszne czasy, a tu katary, opał,gotowanie....

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)