Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

02 lipca 2018

Paweł Droździak

Love is all you need

Kategoria: Badania metaforyczne
Tematy/tagi: kontrkulturalewica i prawicataoizm

Oryginalnie w blogu Autora. W Tarace za uprzejmą zgodą.

Zhuangzi był ponoć bezpośrednim uczniem Lao Tse, chińskiego mędrca, co miał być twórcą taoizmu. Jak mówi legenda, do Zhuangzi przyszedł kiedyś cesarski urzędnik. Cesarz wiele słyszał o mądrości mistrza, był pod wrażeniem jego nauczania, posłał więc do niego swego człowieka by mu zaproponować posadę ministra. Urzędnik zastał Zhuangzi obok jego domu, gdzie siedział patrząc jak świnie taplają się w błocie. Urzędnik szybko przedstawił mu sprawę.

– Gdybym się zgodził przyjąć urząd, to gdzie bym mieszkał? – spytał mędrzec posłańca

– najprawdopodobniej w pałacu

– w pałacu.. A popatrz na te świnie. Jak sądzisz, czy wolałyby taplać się tu w błocie, czy mieszkać w pałacu cesarskim?

– pewnie wolałyby taplać się w błocie

– to i ja wolę taplać się w błocie – odrzekł Zhuangzi, po czym położył się w błocku razem ze świniami.

Trudno powiedzieć, czy ta historia ma cokolwiek wspólnego z prawdą. Zróbmy jeden akapit dygresji i wspomnijmy tu, wcale nie bez powodu w tym miejscu, że jeśli chodzi o Azję, generalnie niewiele jest pewne. Nawet istnienie Lao Tsy nie zostało stuprocentowo potwierdzone, jego imię w rzeczywistości też brzmiało inaczej (dziś używane to tylko jego przydomek pośmiertny), a zresztą cała azjatycka tradycja, którą się tu fascynujemy jako alternatywą dla tradycji własnych jest co najmniej mocno niepewna. Nie wiadomo na przykład, czy w ogóle istniał Bodhidharma, co ponoć miał wymyślić Zen i nauczyć chińskich mnichów z Shaolinu indyjskich sztuk walki. Gorzej nawet – wcale nie mamy pewności, czy te sztuki walki faktycznie były indyjskie, bo najpewniej przywiózł je do Indii Aleksander Wielki, więc w rzeczywistości te „wschodnie sztuki walki”, co to niby z Indii przyszły do Chin, a z Chin do Japonii w rzeczywistości nie są „pradawnie hinduskie”, zatem pradawnie azjatyckie i duchowe, ale pochodzą z Grecji nie z Azji i pierwotnie były greckim sportem zwanym Pankration. Także starohinduska hatha joga nie jest przecież żadną starohinduską jogą, tylko szwedzkim systemem gimnastycznym przywiezionym do Indii przez YMCA i następnie po marketingowym przetworzeniu sprzedanym ponownie na Zachód. Na żadnej indyjskiej prowincji maty do jogi nie kupisz, bo nikt w ogóle nie wie o co chodzi w tych miejscach, gdzie nie docierają zachodni turyści.

Nic nie wiemy o tej Azji tak na serio, ale i tak legenda o Zhuangzi, co nie chciał żyć w cesarskim pałacu i zamiast tego ze świniami chciał się w błocie taplać pokazuje pewną uniwersalną prawdę. A cóż to za prawda? Ano taka, że nie można mieć ciastka i zjeść ciastka.

Zhuangzi nikomu nie kibicuje, wobec nikogo nie jest lojalny, za nikogo nie oddaje życia i nikogo nie odrzuca. Nie stara się być „jak ktoś inny”, nie ma „autorytetów” i nie uznaje „właściwych sposobów działania”. Nie dąży także do własnych wymiernych korzyści. Jakież problemy go zaprzątają? Pewnego dnia śni mu się na przykład, że jest motylem. Po obudzeniu zastanawia się, czy to motyl przyśnił się jemu – Zhuangzi – czy też może odwrotnie i to Zhuangzi śni się motylowi. Bo może to motyl jest prawdziwy? Państwa, narody, pieniądze, wojny i dworskie intrygi – to wszystko jest nie dla niego. Co by się stało, gdyby zgodził się zostać ministrem? Najpewniej doszłoby do rewolucji, wznieconej przez lud zdezorientowany jego pomysłami, które powszechnie uznano by za szalone. Zhuangzi jednak nie jest szalony. On po prostu przerasta świat zwykłych ludzi, co nigdy nie wleźliby do świń i błota na oczach cesarskiego urzędnika, nigdy nie odrzuciliby łaski cesarza i nie narazili się na jego złość, nigdy też nie zrezygnowaliby zawczasu z wpakowania się w świat dworskich intryg. Większość ludzi postąpiłaby całkiem inaczej, niż on. Przekonaliby sami siebie, że decyzja cesarza jest słuszna, przyjęliby awans nawet gdyby wcześniej cesarza nie popierali jakoś sobie to w środku tłumacząc i z czasem byliby w tym błocie, nie fizycznym ale mentalnym po szyję i choćby nawet na to narzekali, nigdy nie zrezygnowaliby z bycia obrazem. Wyobrażeniem w ludzkich oczach. Oto ten co jest ministrem i w pałacu mieszka. To ważny człowiek.

Zhuangzi wie, że żeby utrzymać ten obraz trzeba się w czymś ubabrać. Państwa toczą wojny. Trzeba podejmować decyzję o tym kto ma zginąć, a kto ma przeżyć. Wysyłać jednych ludzi do walki przeciwko drugim. Utrzymywać granicę. Kto chce ją bez właściwych papierów przekroczyć, tego trzeba zatrzymać choćby siłą. Ludzi skazywać na kary. Pobierać podatki. Jednych wynosić do góry, innych odrzucać. Przekupywać, mordować skrytobójczo, intrygować, więzić, kłamać i składać obietnice z pełną świadomością, że nigdy nie zostaną spełnione. To jest polityka. Zawsze jest taka i inna być nie może. Dlatego Zhuangzi wybiera drogę indywidualną, która nie jest dla wszystkich. Jest szczególna. On nie próbuje świata zmienić w taki sposób, by wszyscy żyli w niepewności, czy aby tak naprawdę nie są motylami. On żyje na własny sposób w świecie takim, jaki on po prostu jest. Ktoś złośliwy wytknąłby mu, że w ten sposób on za nic nie odpowiada. Odpowiedziałby pewnie słowami swego legendarnego mistrza: tak jak komary nie pozwalają człowiekowi zasnąć, tak gadanie o powinnościach wobec innych wprawia mnie w irytację. Nie przejmuj się tym! Staraj się jedynie utrzymywać swój świat w takiej prostocie, jaka tylko jest możliwa. Pamiętaj: tak jak wiatr wieje, gdzie i kiedy chce, tak pomyślność pojawi się sama, gdy tylko będzie miała na to ochotę. Bądź naturalny, daj się ponieść wiatrowi.

Przez wiele wieków tak to właśnie wyglądało. Ludzie wyjątkowi, którzy pragnęli żyć poza kategoriami przeznaczonymi dla większości żyli na własny sposób wiedząc, że może to być tylko szczególna, indywidualna droga. Oddawali Bogu co boskie a cesarzowi co cesarskie, czyli po prostu nie mieszali tych porządków. Nie brali odpowiedzialności za wojny, kary, podatki i całą przemoc i przymus, ale akceptowali cenę jaką się za to płaci – brak wpływu na politykę. Przyjmowali, że polityka, to sfera błota i taka być musi.

Pierwszym odstępstwem od tej reguły były chyba lata sześćdziesiąte XX wieku. Wtedy to Zhuangzi postanowił zająć się polityką. Uznał, że wojny w Wietnamie być nie powinno, gdyż każda wojna jest niemoralna. Może powiedział tak John Lennon, może Zhuangzi a może motyl? Może John Lennon któremu śniło się, że jest motylem, a może motyl któremu śniło się, że jest Lennonem? Nie wiemy. Amerykanie wycofali się z Wietnamu, ci wszyscy co im sprzyjali zostali wykończeni torturami i pracą w obozach reedukacji, a nad Wietnamem i Północną Koreą zapadła długa noc. Ale ręce amerykańskich motyli były czyste. Nie wolno zabijać, nie wolno toczyć wojen, zatem zamiast nich robiono wolną miłość, co trwało póki nie tak dawno nie przedefiniowano jej w molestowanie.  Kultura nowego czasu uskrzydlona sukcesem końca wojny uznała, że Zhuangzi może być dobrym ministrem.

Większość współczesnych intelektualistów nie identyfikuje się z narodem. Samo pojęcie narodu uważa za ograniczające i barbarzyńskie, bo wyklucza ono tych co do narodu nie należą bez żadnych merytorycznych powodów. Współczesny wykształcony, postępowy człowiek myśli o narodzie to samo, co najpewniej myślałby o nim Zhuangzi lub John Lennon. Że to jakaś absurdalnie szkodliwa myślowa konstrukcja, która z nim samym nic wspólnego nie ma, jego bowiem żadne kategorie tak naprawdę nie dotyczą. Czy jest się w gruncie rzeczy mężczyzną, czy kobietą? Polakiem, czy Niemcem? Człowiekiem czy motylem? Umysł zdolny do odpowiednio zaawansowanej abstrakcji rozumie, że ograniczenie definicji siebie do jakiejkolwiek takiej kategorii jest tym samym, co przywiązanie do myśli „och jaki ważny ze mnie człowiek bo mieszkam w pałacu”. Naszej istoty nie można związać trwale z żadną kategorią.

Problem w tym, że ta wiedza jest ekskluzywna. Zhuangzi nie próbuje zostać ministrem, by za pomocą sprawnej od wieków chińskiej administracji nauczyć tej filozofii wszystkich Chińczyków. Wie, że to się udać nie może, bo do podmiotowej wolności dochodzi się tylko samotnie i wbrew światu i zadekretować jakąś „unijną dyrektywą” jej się nie da. Rozumie, że chińska administracja takiej wiedzy by przetrwać nie mogła, bo żadna administracja z definicji jej nie pomieści. To wiedza dla nielicznych i można na jej bazie zbudować własne życie, ale też tylko wtedy, gdy za nikogo się nie odpowiada. Dlatego przez wieki ludzie-motyle nie próbowali zakładać rodzin i mieć dzieci. Tym bardziej też nie da się na bazie tej wiedzy zorganizować całego świata.

John Lennon tego nie wie. Przez ostatnich kilkadziesiąt lat wpływowi intelektualiści próbują zorganizować świat bez granic narodowych, płciowych i wszelkich innych, w którym motyl ma prawa człowieka a człowiek prawa motyla. Ich próby skończyły się porażką, a w ostatnich latach porażka ta ma wyraz kolejnych wyborczych klęsk, bo większość jest ich próbami coraz mocniej zniechęcona w miarę, jak coraz lepiej rozumie do czego zmierzają. Większość nie umie być albo motylem, albo człowiekiem. Chce wiedzieć konkretnie myśli tylko konkretnie i niekonkretnie myśleć nie potrafi. Zadaje więc mądrym elitom jeden wyborczy nokaut po drugim. Właśnie zbliża się kolejny i będzie bardzo bolesny. To klęska w samej stolicy rewolucji obyczajowej, co miała uwolnić podmiot od wszelkich kategorii. Klęska ta nastąpi w Szwecji. Tamtejsza partia Szwedzkich Demokratów – niechętna imigracji i wszelkim obyczajowym nowinkom, na szwedzkie standardy bardzo społecznie konserwatywna frakcja – urosła właśnie do rangi pierwszej siły opozycyjnej i rośnie. Do wyborów prawdopodobnie wyjdzie na prowadzenie.

Inteligentni, wrażliwi i postępowo nastawieni ludzie we wszystkich krajach gdzie to się dzieje nie potrafią zrozumieć tego procesu i tak naprawdę im bardziej są inteligentni i im bardziej wrażliwi, tym bardziej tego nie rozumieją. Choć problem jest prosty. Będąc inteligentnym i wrażliwym człowiekiem nie identyfikujesz się z narodem. Ale jeśli nie identyfikujesz się z narodem to naród cię nie wybierze, bo nie wybierze kogoś, dla kogo jest fikcją. A jeśli nawet przez pomyłkę taki naród cię wybierze, po pewnym czasie będzie na ciebie wściekły, bo będzie czuł, że dla ciebie jest tym samym, co wyśniony motyl. To dlatego Zhuangzi odmówił. On wiedział.


komentarze

[foto]

1. Cynik? • autor: Wojciech Jóźwiak2018-07-02 14:58:07

W Grecji Zhuangzi byłby cynikiem. Być może taoizm jest cynicyzmem zaimportowanym do Chin?


O cynikach, o ich wpływie na Ewangelie, było w Tarace kiedyś tu:
Doherty’ego: ateńskie źródła chrześcijaństwa

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)