Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

30 listopada 2009

Wojciech Jóźwiak

Magiczna geologia
O grze rozłazów i zasysów, czyli dodatnich i ujemnych stref powierzchni Ziemi

Kategoria: Symbole

Sztywna skorupa Ziemi się rozłazi, w tym miejscach, gdzie pod nią prą do góry strumienie półpłynnej i ruchomej (w skali milionów lat) masy gorętszego płaszcza. Miejsca te nazwę rozłazami. Fachowo mówiąc, są to ryfty. Biegną na osi grzbietów oceanicznych; najbardziej znany idzie środkiem Atlantyku, a jako Islandia wystaje ponad wodę. Bywa, że ryfty-rozłazy nie poszerzyły się aż w ocean i pozostają wąskie i z dwóch stron zamknięte krawędziami pękłego kontynentu. Wtedy rozpoznawane są jako rowy tektoniczne. Najbardziej znany jest Wielki Rów Afrykański, kolebka gatunku ludzkiego. Również rowy Jordanu i Morza Martwego, Bajkału, Renu, a u nas skromny Krzeszowicki na zachód od Krakowa.

Skoro skorupa się miejscami rozłazi, to gdzieś jej nadmiar musi się zasysać. Typowy czynny zasys ma z jednej strony rów oceaniczny (nie mylić z wymienionymi rowami na kontynentach!), a z drugiej strony wał młodych gór fałdowych. Typowa taka strefa ciągnie się wzdłuż zachodniego brzegu Ameryki Południowej, gdzie płyta stanowiąca dno oceanu zapada się rowem, a równolegle wznoszą się Andy. Podobnych miejsca jest mnóstwo: Kamczatka, Wyspy Kurylskie, Japonia, Filipiny, ciąg wysp Indonezji: Sumatra, Jawa, Flores... Dalej na wschód porządek się odwraca i w Nowej Gwinei wał gór jest od południa a rów od północy. Jeden długi zasys otacza prawie całkiem Ocean Spokojny; od niego odbiega drugi idący od Timoru i Sumatry przez Birmę, Himalaje, góry Iranu i Turcji do pobrzeżnych gór Morza Śródziemnego. W tej krainie - od Himalajów aż do końca w Pirenejach - przeważnie jednak brak jest rowów zasysających, same góry fałdowe, co oznacza, że albo zasys odbywa się pod przykryciem kontynentu (tak jest w Himalajach), albo już jest nieaktywny, zamarł, a energii ruchu ciała Ziemi starcza ledwie na tyle, by erozji nie pozwolić tych gór zetrzeć całkiem. Co dzieje się szybko: cztery lub pięć milionów lat wystarcza żywiołowi wody, by z najwyższych gór zrobić równinę. Góry są gdzieś tylko dlatego, że działają siły, które je podnoszą. Góry muszą rosnąć, pod karą wytarcia.

Zasysy nie tłumaczą wszystkich zabałaganień na kontynentach. Kiedy skorupa pod kontynentem jest ścieśniana a nie ma miejsca na porządny zasys, jej kawałki spiętrzają się jedne względem drugich i wynoszone są do góry. Takie miejscom należy się nazwa: spiętry-wynosy. U nas takim spiętrem-wynosem są Sudety, a gdzie indziej Góry Skaliste, Tienszan i masa innych. Różnica między zasysem a spiętrem-wynosem jest cienka, względna i zależy od skali czasu. Jeśli za "teraz" uznać to co się działo w ciągu ostatnich 40 milionów lat, to nasze Karpaty jako fałdowe góry orogenezy alpejskiej są regularnym zasysem, tyle że ostatnio trochę zużytym przez erozję i z całkiem zasypanym przedgórskim rowem zasysającym. Ale jeśli "teraz" skrócić do lat powiedzmy ostatniego miliona, to Karpaty okażą się tylko spiętrem-wynosem powstałym z gruzów dawnego eoceńskiego czy mioceńskiego zasysu. Jeszcze jedna kategoria gór (czyli: zabałaganień skorupowo-kontynentalnych) pozostaje: to wywiny - czyli wygięcia lub wywinięcia do góry krawędzi kontynentu, gdzie nie widać niczego, na co by się napiętrzały. Blisko nas takim wywinem jest atlantycki skraj Skandynawii, dalej od nas - Wododziałowe Góry Australii. Taki wywin bywa zbudowany z resztek starego, czasem bardzo starego, zasysu, no ale z czegoś zrobiony być musi, a Ziemia lubi pękać lub się wywijać tam, gdzie już kiedyś była nadpękła.

Po tych dygresjach wracamy do tematu. Na Ziemi ciągną się liniowo rozłazy - miejsca gdzie skorupy ziemskiej przybywa, i zasysy - gdzie jest niszczona. Topologia sfery (powierzchni kuli ziemskiej) wymusza to, że jedne i drugie nie mogą iść równolegle - muszą się gdzieś stykać. Stykają się dwie linie o przeciwnym reżimie! Czy czujemy już osobliwość, niesamowitość takiego miejsca? Szukając na Ziemi miejsc o magicznej mocy, w pierwszej kolejności powinniśmy skierować się właśnie tam. Bo to są miejsca osobliwe najwyższego planetarnego rzędu!

Dopiero w drugiej i dalszej kolejności osobliwe będą krawędzie i rozgałęzienia rowów, gorące punkty, jak te pod Wezuwiuszem lub pod Yellowstone, wielkie góry jak Łomnica lub Everest, samotne ostańce jak Ślęża lub zatopione kontynenty jak Kerguelen.

Styki rozłaz-zasys mogą być dwojakie:

  • albo do ciągłej linii zasysu dobija koniec rozłazu -
  • albo do ciągłej linii rozłazu przytyka kończący się w tym miejscu zasys.

W pierwszym przypadku osobliwością jest rozłaz, w drugim zasys.

W pierwszym przypadku gorąca i zygzakowata niby błyskawica żmija rozłazu atakuje zimny, obłudny (bo zmiatający wszystko pod dywan Ziemi) i pochłaniający rowo-wał zasysu, padalca zasysu.

Są dwa (przynajmniej) miejsca na Ziemi, gdzie tak się dzieje: jedno to styk Wielkiego Rowu Afrykańskiego ze strefą gór alpejskich. W.R. Afrykański poszerza się w Morze Czerwone, na północ wbija się jak klin między Palestynę i Arabię, gości na swoim dnie Martwe Morze, Jordan i Jezusowe Jezioro Galilejskie, odcina Góry Liban od Damaszku - i styka się z Alpidami gdzie w starożytności była Antiochia, a dziś jest turecka Antakya. (Nazwijmy to ważne miejsce Punktem Antakya.)

Drugie miejsce jest tam, gdzie Grzbiet Wschodniopacyficzny, idący aż gdzieś od bramy między Nowa Zelandią a Antarktydą nakłuwa kontynent Północnej Ameryki, kaleczy go Zatoką Kalifornijską, odrąbuje odeń Półwysep Baja California i swoją resztą jako słynny uskok św. Andrzeja tnie ten śniący stan Ameryki, niosąc na swojej chwiejnej wychodni zarówno Los Angeles i San Francisco. (Nazwijmy: Punkt Los Angeles.)

To są dwa główne dziwne i wyróżnione miejsca magicznej geologii.

Rozłaz i zasys są syzygiami - parą przeciwieństw. Co to są syzygia? Od greckiego słowa zygos, jarzmo na woły (skąd także zygota), pokrewnego sanskryckiemu yoga czyli dyscyplina i staropolskiemu igo czyli też jarzmo. Syzygia, współ-jarzmowcy, to para (pierwotnie: wołów) idących pospołu w jarzmie, jeden z lewej drugi z prawej. Jarzmem jest wspólny system, tu system cyrkulacji materii płaszcza Ziemi. Odpowiednikiem lewego i prawego wołu są dwa przeciwne bieguny dziejącego się procesu. Dwa bieguny aż się nam proszą, żeby wtłoczyć je w schemat męski-żeński, żeby uznać jedno z rozłazu i zasysu za obiekt o naturze męskiej, drugie za obiekt żeński. Jednak obie geodynamiczne strefy nie pasują do naszych wyobrażeń o płci. Rozłaz jest rodny, pomnażający i twórczy, przecież to w nim rodzi się świeża skorupa Ziemi i wywnętrzają się jej magmatyczne wnętrzności. Ale jednocześnie rozłaz jest gorący i ognisty, a w astro-magicznej tradycji powiada się, że ogień ma żywioł męski. Rozłaz ma kształt linii prostej, więc męski, przeciwieństwo żeńskich obłych krętości, a jeśli zmienia kierunek, to załomami, zygzakami, jak błyskawica-piorun, drugi ewidentny dla magów objaw męskiej energii. Ogień i piorun astrolog połączy z symboliką Marsa, nadmiar zaś, który dzieje się w rozłazie, jego ruch w górę i ekspansję - za symboliczne królestwo Jowisza. (Fachowa terminologia nazywa rozłazy ekspansją skorupy ziemskiej.) Rozłaz jest dodatni - ale przez swoją rodność żeński. Dziwna odmiana żeńskości tu zaistniewa: nie potulna zachodnia blada chłodna księżycowa dziewica, lecz gorąca i żywiołowa indyjska Śakti.

Zasys ma wiele z magicznej żeńskości: podstawowy ruch jest w nim w dół, skorupy ziemskiej tu ubywa i jest niszczona. Idzie tu zapadanie i zasysanie, przetapianie i mieszanie; procesy zasysu mają coś z wyrabiania ciasta lub gotowania zupy, z kiśnięcia, pachnie tu kuchnią, kotłem i beczką. Strefa zasysu biegnie krętymi żeńskimi wijasami niby układający się sznur lub jelita w brzuchu. Nasze wijne Karpaty, a właściwie Karpatobałkany są tu modelowym przykładem, macki wyspy Celebes-Sulavesi drugim. Żeński w zasysie jest jego związek z (żeńskim) żywiołem wody: woda - w rozłazach prawie nie mająca funkcji - tu pracuje na wielką skalę. Pochłaniane skały oceanicznego dna są przesiąknięte wodą, która w głębi płaszcza jest od nich oddestylowywana. Z drugiej strony zasysu z wypiętrzanych gór znoszone są masy kruszywa (iłu i piasku), odkładane następnie w rowie jako słoje mokrego i za sprawą wody uwarstwionego fliszu lub molasy. (Flisz, molasa - trzeba się wsłuchać w te nieprzypadkowo wodniste słowa... Jeśli cokolwiek na Ziemi układa się w poziome warstwy, to na pewno powstało za sprawą wody!) Które są znowu wypiętrzane, i znów erodowane i znów fliszowane, póki nie zamrze napęd, źródło energii, które przecież nie w zasysie, a w rozłazie! Co w zasysie jest męskie? Produkt. Z odmieszanych, oddzielonych lekkich mineralnych frakcji robią się fałdowe góry, które odkładają się po jednej ze stron zasysnej bruzdy jako kolejna z warstw, którymi przyrasta kontynent. Kontynent, czyli sztywna trwała płyta, która odtąd będzie pływać na powierzchni Ziemi, pozornie odrębna i wyniesiona, pozornie niezmienna i wieczna, patrząca z góry na mielący ruch jej ciała. Kontynent jest jak indyjska chłodna i stała męskość wobec żeńskiej kipiącej rozrywającej się Śakti.

Ale, o paradoksie, ten niby-męski, ognisty i gorący proces rozłazu w 90% swojej geograficznej obecności dzieje się w mrocznym i zimnym ukryciu: schowany pod kilometrami wody, na dnie oceanu (który z rozłazów przecież powstał). Za to żeński wodny i chłodny proces zasysu dzieje się jawnie, przynajmniej w swojej połowie, jako patrzące w niebo fałdowe góry, których trudno nie zauważyć.

W istocie oba te procesy, i zasys i rozłaz, są magicznie żeńskie, gdzie rozłaz przedstawia żeńskość w jej aktywnym, ognistym, wybuchowym, gorącym, rozrywającym i rodzącym aspekcie, zasys zaś jest jej aspektem niszczącym, porządkującym, wyrabiającym i chłodno-wodnym. Męskość jest poza tymi oboma - jako ostudzone, wyniesione i biernie unoszące się kontynenty, na których powstał ludzki duch.[1]

Gdzie kobieta, niedaleko wąż. Błyskawicowe zygzaki rozłazu kojarzą się ze żmiją. Wprawdzie węże jako istoty przyziemne, pełzające i zmiennocieplne-zimnokrwiste gady w całości należą do klasy żeńskiego yin, ale żmija z racji swojego jadowego dźgania pokrewna jest męskiemu piorunowi, co dodatkowo podkreśla rysunek błyskawicy umieszczony dla umiejących czytać na jej grzbiecie. Niech więc żmija zostanie patronującym zwierzęciem mocy rozłazu. Wężem zasysu niech będzie padalec, który już w swej nazwie ma ideę zapadania się, zanurzania i podziemności, i bardziej niż żmija kojarzy się z chłodem, upadkiem i zanikiem. (Pamiętajmy przy tym, że wąż-padalec zasysu jest niezmordowanie przeróbczo pracowity.) Jak te zwierzęta dobrać w innych językach, niech inne języki się martwią.

Rozłaz, który w Kalifornii wcina się w strefę starego zasysu wybrzeża Ameryki Północnej, biegnie jako środkowy ryft Grzbietu Wschodniopacyficznego, który przedłuża się w Grzbiecie-Ryfcie Oceanu Indyjskiego, którego szpicą jest Morze Czerwone, a Rów Afrykański ledwie odgałęzieniem i to chyba niezbyt aktywnym. (Mam wrażenie, że Afryka wprawdzie kilka milionów lat temu została rozpruta rozłazem wzdłuż Rowu, ale proces ten nie chce rozwinąć się w tworzenie nowego oceanu. Wydaje się, że wschodnia część Afryki jednak nie odpłynie dalej jak zrobiły to Indie czy Madagaskar czy nawet na małą odległość Arabia.) Oznacza to, że punkty potrójne w Antakyi i w Los Angeles są dwoma końcami tego samego mega-transglobalnego rozłazu!

Powinien być trzeci taki punkt, ponieważ na wschód od Madagaskaru od tamtego grzbietu odgałęzia się Grzbiet Atlantycki. Którego najdalszym północnym odcinkiem jest leżący na dnie Oceanu Arktycznego Grzbiet Hakkena - który jednak nie wcina się, jak w Punkcie Antakya lub w Punkcie Los Angeles, w strefę zasysu, ale zasys okazuje się być jego przedłużeniem! Zasys wprawdzie stary i bez rowu, uwidaczniający się jako pas gór fałdowych. Są to Góry Wierchojańskie - te wzdłuż których zachodniego brzegu płynie Lena, dociśnięta do nich prawoskrętną siłą Koriolisa. Zarówno Grzbiet Hakkena jak i Góry Wierchojańskie stanowią granicę i styk dwóch wielkich płyt litosfery: Płyty Euroazjatyckiej od zachodu i Płyty Amerykańskiej (lub Północnoamerykańskiej; nie jest pewne, czy obie Ameryki leżą na jednej płycie, czy każda na swojej); dalej tę granicę wskazuje Sachalin, chociaż widziałem mapy, na których płyta Ameryki zagarniała aż Morze Japońskie wraz z odpowiednimi Wyspami.

Między Grzbietem Hakkena a Górami Wierchojańskimi coś dziwnego się dzieje: na odcinku morskim granicą tą jest rozłaz czyli proces kreacji skorupy, na odcinku azjatyckim zaś: zasys, czyli proces jej niszczenia lub przynajmniej ścieśniania. (Wydaje się, że zasys ten jest skamieniały, podobnie jak pod Karpatami, lub ukryty pod kontynentem, jak pod Himalajami.) Skoro tak, to gdzieś pomiędzy, w Morzu Łaptiewów, jest zawias - na którego jednym skrzydle skorupa się rozłazi, na drugim zasysa.[2] Należy mu się nazwa: Zawias Łaptiewów.

Wydaje się, że podobnym zawiasem, tylko już zamarłym, kończy się w Atlantyku Zasys Alpejski. Jego skrzydło zasysowe istnieje (nie uległo erozji) jako Pireneje, jego drugie skrzydło rozłazowe zapewne (bo nie mam na to jasnych potwierdzeń w literaturze) zalega jako zabytek na dnie Zatoki Biskajskiej. Nazwijmy to miejsce Zawiasem Baskijskim. Albo Zawiasem Bilbao.

U zachodnich wybrzeży Ameryki północnej są przynajmniej dwa miejsca, gdzie ryft-rozłaz niemal dotyka rowu-zasysu: jedno koło Panamy, drugie gdzieś koło Patagonii. Zasys tu zachowuje ciągłość, a rozłaz ma koniec. Inaczej niż w Antakyi i w Los Angeles, zasysy są tam żywe. Jednak ponieważ punkty te są głęboko pod wodą, nie wpadły mi bliższe dane o nich.

Czy istnieją wspomniane wyżej styki ciągłego rozłazu z kończącym się zasysem, nie stwierdzę z pewnością. Być może ich nie ma i wolnym końcem zasysu może być tylko rozłaz przechodzący weń w zawiasie. Ale nie znam całkiem podwodnych geowężowisk zachodniego Pacyfiku, gdzie różne dziwy dziać się muszą.

Są jeszcze współwalce, figlarne triksteryczne twory, gdzie zasys produkuje wtórny ale napędzający go rozłaz, i taka para przemieszcza się jęzorem pod prąd ruchu wielkich płyt; mamy je w Łuku Drake'a między Antarktydą a Ameryką Południową, w łuku Karaibskim, w Andamanach; taka podwójna struktura uczyniła Italię odrywając ją od Hiszpanii. Również Kotlinę Węgierską podejrzewam, że jest resztą po wygasłym współwalcu, który wymodelował kapryśny zawijas Karpat. Wygasły wulkan Tihany i źródła Hajdúszoboszló byłyby jego śladem. Szczegóły tych zjawisk to już inna historia.


Wojciech Jóźwiak


magiczna_geologia_01.jpg Rozstępy kory na pniu drzewa przypominają trochę rozłazy skorupy Ziemi. Podobieństwo niepełne, bo na drzewie nie może być odpowiednika zasysów, a "świat" pnia jest walcem, nie sferą jak powierzchnia Ziemi, co zubaża obraz. Dąb czerwony Quercus rubra, koło Podkowy Leśnej, Mazowsze. Barwy przekontrastowane.

Przypisy

[1] W tektonice, chociaż spodziewaliśmy się prostej dwójkowej biegunowości czynny-bierny lub męski-żeński, w końcu natrafiliśmy na układ trójkowy, gdzie oba główne procesy są żeńskie, a "coś męskiego" stoi poza nimi. Podobnym przypadkiem są sztućce: nóż jest ewidentnie męski (jako ćwiczenie zastanów się dlaczego), łyżka żeńska - ale syzygią noża nie jest łyżka tylko to trzecie, widelec: który ma tyleż cech żeńskich, co męskich. Nie ma jednakowych płci dla wszystkich rzeczy.

[2] Zawias, w powyższym sensie, nie jest osią obrotu jednej ze stykających się płyt względem drugiej: wystarczy, by był rzutem osi na brzeg płyty. (Ruch płyty litosfery, jak każdy ruch na sferze, jest obrotem, który ma swoją oś.)


komentarze

1. * * * • autor: Nierozpoznany#23782010-09-20 14:56:15

b. ciekawe, jestem pod wrażeniem wiedzy geologiczno-geograficznej.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)