Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

02 sierpnia 2007

Anna Goluba

Mała Sonia i wielki czarodziej
opowiadanie


Wędrowali już tak razem od dłuższego czasu. Mała Sonia i wielki czarodziej. Ona kurczowo zaciskała paluszki na jego dużej, silnej, męskiej dłoni. Sięgała mu zaledwie do pasa; czarodziej był naprawdę potężny w każdym znaczeniu tego słowa. Lubili się bardzo, nawet nie musieli sobie tego mówić. Jej podobało się, że on jest taki potężny, że o jego mocy opowiadają sobie ludzie na całym świecie. Jemu podobało się, że ona jest taka maleńka i krucha, a przy tym taka śmiała. Uważała, że czarodziej jest po prostu "fajny" jak to mówiła, a jego czary zmieniające świat na lepszy wydawały się jej zabawne; i dlatego wcale a wcale nie bała się czarodzieja, chociaż inni ludzie różnie na niego reagowali. Na świecie nie było przecież tak dużo małych dziewczynek, które łapią wielkich czarodziejów za rękę i z niewinnym uśmiechem pytają - "Pójdziesz ze mną?". A tak właśnie zrobiła Sonia jakiś czas temu. Czarodzieja to kompletnie rozbroiło. Mógł iść w każdym kierunku, w jakim tylko chciał, mógł nawet pofrunąć. Na pewno nie musiał ulegać małej dziewczynce i spacerować z nią po świecie tak jakby to był plac zabaw. Nie musiał tego robić i tylko, dlatego to zrobił. W końcu takie przywileje mają właśnie czarodzieje. Poza tym ich życie w znacznej mierze wyzbyte jest niespodzianek. Czarodzieje przecież wiedzą wcześniej. Muszą wykonać pewne czynności, żeby się dowiedzieć, ale właśnie taka wiedza, zwana przez innych zdolnością przewidywania, jest w ich zasięgu... A obecność dziewczynki u boku czarodzieja już sama w sobie była niespodzianką. Dla czarodzieja również. Dlatego zgodził się na ten spacer. Co prawda myślał, że będzie trochę krótszy, ale...

- Co to jest? - zapytała w pewnym momencie dziewczynka i odciągnęła czarodzieja trochę w bok od drogi po której razem szli. Pokazała czarodziejowi biedronkę, która z mozołem wspinała się na wielkie (jak dla biedronki), źdźbło trawy.

- To jest biedronka - odpowiedział czarodziej. - Przecież tłumaczyłem ci to już wiele razy.

- Zapomniałam - odpowiedziała Sonia i uśmiechnęła się do czarodzieja.

On również się uśmiechnął, bo co miał zrobić? Czarodzieje potrafią rzeczy, o których innym ludziom się nie śniło, ale są bardzo konsekwentni w tym, co robią. A zgadzając się na spacer z Sonią, czarodziej wiedział, że będzie musiał odpowiadać na jej niezliczone pytania. Pomyślał, że to może być nawet ciekawe - nauczy ją świata takiego, jakim jest, opowie o jego funkcjonowaniu, wytłumaczy dlaczego niektóre rzeczy dzieją się tak a nie inaczej. Ale już jakiś czas temu zauważył, że pytania Sonii się powtarzają. Z początku, nawet on - wielki czarodziej, który potrafił zmieniać noc w dzień i odwrotnie, przywoływał deszcz lub słońce (w zależności od potrzeb) nie mógł pojąć, dlaczego tak się dzieje. W końcu któregoś dnia, gdy Sonia patrząc jak kłusownicy zakładają w lesie sidła na zwierzęta, zapytała - "Co robią ci panowie?" - czarodziej wszystko zrozumiał. Sonia się bała; jej światem rządził strach. Tylko czarodzieja nie musiała się bać, bo w jej pojęciu był dobry i zabawny ( no i cierpliwy...) Natomiast bała się właśnie między innymi kłusowników, bo byli źli. Nie rozumiała jak to jest możliwe, że zło istnieje, skoro jest takie straszne i bezsensowne. A to, czego się bała, wyrzucała ze swojej pamięci. Potem udawała sama przed sobą, że niewiele wie i niewiele rozumie. Czarodziej próbował jej wytłumaczyć, że to nic nie da. Że bojąc się szkodzi tylko sobie. Sonia słuchała go uważnie i bardzo mądrze na niego patrzyła swoimi wielkimi, pięknymi, szaroniebieskimi oczami. Mówiła, że rozumie, że zrobi tak jak on jej radzi - nauczy się radzić sobie ze strachem, nie pozwoli mu się ogłupiać, bo to przecież bez sensu, skoro jest taką mądrą dziewczynką... A potem wszystko się powtarzało. Sonia płakała czarodziejowi w rękaw i opowiadała, jak wygląda strach, jaki jest straszny i bezwzględny. Czarodziej głaskał ją po głowie, uspokajał... Ale było już za późno. Strach Sonii nabrał cech osobowych i teraz chodził za nią i za czarodziejem krok w krok. Kiedy Sonia trzymała czarodzieja za rękę nie ważył się do nich zbliżyć, czasem nawet znikał (pewnie gdzieś w pobliskich, przydrożnych krzakach) ale dziewczynka wiedziała, że gdy tylko puści rękę czarodzieja, strach rzuci się na nią i ją zje. Opowiadała o tym czarodziejowi, a ten tylko wzdychał, bo co miał zrobić? Mógłby kopnąć w kostkę tego stwora, który szedł za nimi, ale ponieważ był doświadczonym czarodziejem, wiedział, że strach zniknąłby tylko na jakiś czas, a potem wróciłby w najmniej spodziewanej chwili ze zdwojoną siłą. Tłumaczył więc Sonii, że moc tego dziwnego stwora, który za nimi chodzi zależy tylko od niej.

- Twój strach jest taki silny - mówił czarodziej - bo takiego go sobie wyobraziłaś.

- Obejrzyj się czarodzieju - odpowiadała wtedy Sonia i głosik się jej załamywał - Sam zobaczysz, jaki jest straszny.

- Ja widzę go tylko, dlatego, że jestem czarodziejem. Wystarczy, że ktoś mi coś opowie, a ja to od razu widzę. Taki los czarodziejów.

- A to cię nie męczy? - zapytała dziewczynka.

Czarodziej wybuchnął śmiechem. Śmiał się bardzo głośno, zuchwale, jak to czarodzieje. Sonia uwielbiała ten śmiech. Ptaki chyba trochę mniej, bo słysząc go, w panice zrywały się z gałęzi drzew i kompletnie myliła im się trajektoria lotów, ale Sonia była zachwycona. Czasem, więc rozśmieszała czarodzieja specjalnie, zadając mu na przykład takie pytania jak to ostatnie.

Kiedy czarodziej wreszcie przestał się śmiać (a trwało to naprawdę długo) odpowiedział:

- Przyzwyczaiłem się.

I teraz roześmiała się Sonia. Na tym polegała między innymi ich więź - śmieszyło ich to samo - to, co przemykało nieuchwytne między słowami, a jednak istniało. Ruszyli dalej. Sonia co i raz zatrzymywała czarodzieja zadając mu różne pytania, na które on cierpliwie odpowiadał... Podążający za nimi strach gdzieś zniknął. Według reguł rządzących tym i tamtym światem, które czarodziej miał w małym palcu lewej nogi, oznaczało to, że Sonia na chwilę zapomniała o swoich strachu i póki, co - przestała się bać tego, że wszędzie na świecie czai się zło. Czarodziej postanowił wykorzystać ten moment...

Dotychczas podczas, tego odbywającego się niejako poza czasem (to znaczy poza czasem, który można zmierzyć zegarkiem), spaceru Sonii i czarodzieja świeciło piękne słońce. Niebo było nieskazitelnie błękitne, wiał lekki wietrzyk. Teraz jednak zaczęło się ściemniać. Sonia zauważyła to z pewnym zdziwieniem.

- Co się dzieje? - zapytała swojego czarodziejskiego przyjaciela. Dlaczego słońce zachodzi za chmury?

- Nie wiem - odpowiedział czarodziej.

- Jak to nie wiesz? - Sonia aż przystanęła ze zdziwienia i mocniej zacisnęła paluszki na wielkiej dłoni czarodzieja. Przecież ty wiesz wszystko.

- Nie. Nawet ja nie wiem wszystkiego. Poza tym na świecie dużo rzeczy dzieje się również bez mojego udziału.

- Myślałam, że ty możesz wszystko.

- No właśnie - myślałaś. To dla mnie wielki komplement, ale nawet czarodzieje nie potrafią i nie mogą wszystkiego.

Sonia zamilkła, a tymczasem wokół robiło się coraz ciemniej. Aż w końcu zrobiło się tak ciemno, że ledwo dostrzegała sylwetkę czarodzieja, którego nadal trzymała za rękę. Powiedziała mu, żeby mimo wszystko szli dalej, że droga sama ich poprowadzi. Czarodziej nie odezwał się ani słowem, tylko posłusznie ruszył razem z dziewczynką. A potem zrobiła się noc. Na niebie pokazały się piękne gwiazdy. Sonia jakoś przywykła do ciemności i zachwycona uniosła główkę do góry.

- Zobacz, jakie są cudne - powiedziała do czarodzieja. Niektóre nawet mrugają - piszczała zachwycona. O! Tam jedna spadła, widziałeś, widziałeś?! Pomyślałeś sobie jakieś życzenie? Kiedy spada gwiazda koniecznie trzeba pomyśleć sobie jakieś życzenie, żeby się spełniło. Pomyślałeś sobie jakieś życzenie?

Ale czarodziej nie odpowiadał.

- Czarodzieju? - dziewczynka ścisnęła go za rękę. Czy pomyślałeś sobie jakieś...?

I nagle Sonia zdrętwiała z przerażenia. W ciemnościach nie widziała już nic, ale przed oczami zamajaczyło jej, że czarodziej to wcale nie czarodziej, tylko obrzydliwy, wstrętny strach, który od jakiegoś czasu szedł za nimi... Mimo wszystko nadal jednak nie puszczała ręki czarodzieja. Przecież tak go lubiła. Przecież to niemożliwe, żeby oni obydwaj zamienili się rolami...

- Czarodzieju, odezwij się do mnie! - krzyknęła Sonia, a z jej oczu trysnęły łzy. Aż sama się nimi zdziwiła. Skąd się wzięły tak nagle...? Ale czarodziej milczał. W ciemnościach jego (?) potężna sylwetka była ledwo widoczna, a on sam nagle wydał się Sonii zupełnie obcy... Tak obcy jak nikt inny na świecie. Przerażona Sonia wyrwała rączkę z dłoni czarodzieja i zaczęła biec przed siebie. Biegła bardzo długo. Potykała się na drodze, którą znała tak dobrze....Przeszła ją przecież z czarodziejem nieraz, a on w dodatku wyjaśniał jej to, co było z drogą związane, mówił jej też dużo o samej drodze...

Teraz to wszystko odeszło jednak na dalszy plan. Liczył się tylko bieg. Łzy dławiły Sonię w gardle, otaczały ją nieprzeniknione ciemności, nie była nawet pewna, czy nadal biegnie drogą, czy może już gdzieś pobłądziła. Kierowała się tylko instynktem i intuicją, nic jej więcej nie pozostało.

Nagle usłyszała, czy też raczej poczuła, że ktoś biegnie za nią. Wiedziała, kto to. To mógł być tylko strach. Sonia czuła, że w ciemnościach zrobił się jeszcze groźniejszy, bardziej bezwzględny... Postanowiła więc, że będzie biec jeszcze szybciej. Nawet przestała płakać, zmobilizowała wszystkie siły, żeby uciec przed strachem jak najdalej. Ale mimo, że bardzo się starała, odległość między nią i strachem wcale się nie zmniejszała. Przeciwnie. W pewnej chwili Sonia poczuła na karku jego gorący, cuchnący oddech. Pomyślała, że to już koniec; że strach zaraz ją zje. Jeszcze jakby w ostatnim przebłysku świadomości pomyślała o czarodzieju, o tym, co tak naprawdę się wydarzyło, chciała to zrozumieć ... i nagle przypomniały się jej jego nauki. Przypomniało się jej to, co mówił o strachu.... Sonia gwałtownie przystanęła. Czuła, że strach zrobił to samo. Wolałaby zjeść garść żywych dżdżownic niż się odwracać, ale wiedziała, że nie ma wyjścia. Jeżeli prawdą jest to, co mówił czarodziej - musi się teraz odwrócić. Podczas tej nocy, zostawiona sam na sam ze strachem, musi się odwrócić i spojrzeć mu prosto w oczy. Jeżeli tego nie zrobi strach będzie ją gonił już przez całe życie. Sonia albo umrze z wyczerpania albo strach ją pożre. Żeby się uratować musi stanąć z nim twarzą w twarz - wtedy odbierze mu jego moc. Właśnie tego uczył ją czarodziej... A jeżeli on kłamał?! - przemknęło jej przez głowę. Jeżeli obydwaj byli w zmowie?! Nagle, z ogromnym zdumieniem, uświadomiła sobie, że tak naprawdę nie wie, jak strach wygląda, bo nigdy go nie widziała  - mimo że wiele razy opisywała go czarodziejowi. I to również, oprócz wielkiego wyczerpania biegiem, zatrzymało ją teraz w miejscu... Pomału, ogłuszona biciem własnego serca, Sonia odwróciła się.

Przez dłuższą chwilę, w napięciu wpatrywała się w ciemność, ale nie zobaczyła nikogo. Wokół rozpościerała się tylko otwarta przestrzeń, było cicho i spokojnie. Na niebie nadal błyszczały gwiazdy. Sonia była sama. Przenikające ją na wskroś poczucie czyjejś obecności, którą przypisywała strachowi, gdzieś się ulotniło. Dziewczynka poczuła potworne znużenie. Położyła się na drodze tak jak stała i momentalnie usnęła.

Rano obudził ją śpiew ptaków. Nad jej głową świeciło piękne słońce. Czarodzieja obok Sonii nie było, ale ona wcale się za nim nie rozglądała... Już wiedziała, że był taki sam jak jej strach - istniał i nie istniał równocześnie...





Anna Goluba





Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)