zdjęcie Autora

16 grudnia 2019

Paulina Lucyna Danecka

z cyklu: Twórcza psychologia (odcinków: 15)

Mama Bali i kurczak w 5 smakach

Kategoria: Podróże i regiony
Tematy/tagi: podróżepraca z percepcją

« Znaczenie i sens - inwestycje, które się zwracają Umieć się ustawić... »

Bali – wyspa hinduistycznych bogów na tle monolitu muzułmańskiej Indonezji. Egzotyczna mekka joginów i freelancerów, przystanek w drodze na Wschód, o której pisał Jung. Albo niespodziewany cel wędrówki. Skoro w międzyczasie lokalizacja „Wschodu” nieco się pozmieniała i Indie ciągną już mniej niż w latach 60-tych… Kto dotrze do Ubud może odnieść wrażenie i odczuć na własnej skórze, że to tutaj przecinają się energetyczne szlaki, wytrząsają traumy, balansują czakry oraz spotykają kultury. A może to tylko promocja?

O Bali piszą w gazetach z programem telewizyjnych, a celebrytki w social mediach dzielą się osobistym zdziwieniem, dlaczego tam jeszcze nie dotarły… Tak jak ja dzielę się na blogu zachwytem i wdzięcznością, a w międzyczasie z cienia wychodzą inne tematy… Pisanie o nich zajmuje nieco więcej czasu niż „serdeczne pozdrowienia”, a z perspektywy tygodni wydaje się coraz ważniejsze.

Dlatego zamiast pocztówki, na której zawsze świeci słońce, wysyłam nieco wymięty po 10 tygodniach list. Z dedykacją dla wszystkich marzących o raju… Oraz z zachętą, że mimo trudnego – warto!

INSTA BALI

Na Instagramie króluje hasło #baligasm oraz oferty turystyki exclusive z modnymi retreatami jogi, obietnicami secred space oraz zmieniającego życie immersion w celebrowanej przez Balijczyków duchowości. Co drugie słowo po angielsku – większość z nich przeniknęła już lub za chwilę przeniknie do nazewnictwa eventów organizowanych nad Wisłą. Bo przecież bez rapeh, kakao i rytuału ani rusz…

Tak i… to wszystko ma drugie, trzecie, czwarte, piąte dno. Fazy prawdy, iluzji i deziluzji. To co uwielbiam w dni entuzjazmu, przed pełnią podaję w wątpienie. Dla zrównoważenia zawsze uśmiechniętych selfie 😉

I TYLKO TAKĄ MNIE ŚCIEŻKĄ POPROWADŹ…

W „duchowych” kręgach mówi się o doskonałym prowadzeniu, jakiego można doświadczyć na wyspie. Pierwszy tydzień gwarantuje niezapomniane przeżycia, różnorodność, cudownie zdjęcia, falę zachwytu (i zazdrości! – że oni tak mają na co dzień), motywacyjny zastrzyk oraz wgląd, który najprawdopodobniej będzie miły. Co wydaje się jednym z powodów, dla których warsztaty kwitnąc w różnych częściach wyspy.

To trochę tak, jak ożywczy turnus w jakimś magicznym ośrodku, po którym z płucami wypełnionymi naturą wraca się do miasta oraz dobrze znanego rytmu życia. Paliwo na kolejne miesiące. Wdzięczność! I nieduże uzależnienie od wrażeń. Odrobinę za mało, żeby prowadziło do trwałej zmiany i zaufania we własne zasoby. Wracam więc na kolejny warsztat i na następny…

A potem jadę na Bali i jeszcze nie wiem, do czego to prowadzi. Mam nieskromną nadzieję, że do pokory oraz szacunku naszych tak różnych ścieżek. Do współczucia i widzenia boskiej iskry w drugim człowieku. Do poczucia, że więcej nas łączy niż dzieli – w co drugi dzień.

Jeśli Bali Cię woła to przyjedź i poczuj, co tutaj dla Ciebie. Poczuj też, na jak długo możesz sobie pozwolić, ponieważ każdy tydzień daje i odbiera coś nowego. Dziś dzielę się postrzeganiem z dziesiątego tygodnia podróży, z perspektywy Ubud. I zapraszam na konsultacje Shamanic Tarot Journey – przez Skype. W niektóre dni.

UBUD CZYLI UZDROWIENIE

Ubud, miasteczko-wieś godzinę na północ od lotniska i Denpasar to taki „hub”, czyli centrum i środowisko edukujące kolejnych instruktorów oraz instruktorki jogi, extatic dance, 5 rytmów, masażu z różnych stron świata oraz miejskich szamanów i szamanki, tantryków i tantryczki – wszystkich tych jasno i ciemno widzących. Niebieskie ptaki wielu miast, które na tej akurat wyspie niewiele się od siebie różnią. Co czasami bywa piękne i można poczuć się jak w domu oraz we własnym stadzie, a czasami śmieszne – kiedy zaczynam się zastanawiać, ile z tych naszych piórek jest „prawdą”, ile zaś ciążącą na szyi dekoracją oraz manifestacją nieustających poszukiwań. Czy święta geometria naprawdę zbliży mnie do oświecenia, jeśli wciąż niecierpliwię się w kolejce do wodopoju? A najbardziej: która z tych przyjemnych i spontanicznych relacji przetrwa dłużej niż sezon lub zaprowadzi dalej, niż inne podróżne przyjaźnie? A może znów usłyszę albo powiem: See You in another lifetime?

Z taką twarzą Ubud łatwiej chyba obcować uczestnicząc w kursie i nurkując w grupowym procesie. Wypełniając się światłem i wyjeżdżając, zanim pojawi się cień i wątpliwości. Trochę inaczej wygląda indywidualny „proces” oraz codzienne życie – stymulowane bez przerwy tym co „najlepsze” oraz tym, co „najgorsze”. Bywa, że bez przerw. Jak w piosence Hotel California: this could be heaven or this could be hell… Ja wybieram, a może all inclusive?

5 RYTMÓW BALI albo BALI W 5 SMAKACH

Czasem jedno, czasem drugie i nauka balansowania non stop. Pomiędzy błogosławioną dostępnością kuchni wegańskiej oraz pokusą odżywiania się wyłącznie dobrą energią, a szaszłykami z kurczaka, którego pianie budzi mnie o 6:00 – w przeważnie dobrym humorze.

I jeśli tak jest, ścieżka wyboru koktajlu, sałatki oraz spaceru pośród kwiatów i uśmiechających się ludzi  wydaje się naturalna. Wtedy wdzięczność za cudowne doświadczenia oraz magia wieczornego kirtanu lub kręgu pieśni dla Matki Ziemi rozwijają mi się pod stopami niczym czerwony dywan.

Jeśli zaś kur zapieje o północy, nie pomoże palenie kadzideł ani świec, a tuż po wyjściu z home stay’u dotknie mnie smutek albo zazdrość widziane zwierciadłach czyichś oczu, a po drodze wdepnę w kupę i przyjdzie mi na myśl, że 32 C w listopadzie to jednak nie jest najlepszy pomysł… – wtedy pójdę może na tego kurczaka, a zapach jego smażonego ciała w tym akurat dniu zarezonuje z mniej lubianą całością mnie samej. Żebym za jakiś czas mogła przyjrzeć się bliżej tematowi emocjonalnego jedzenia i co to znaczy pełnym brzuchem odcinać się od złości oraz źródeł własnej mocy.

WSZYSTKO CZYLI NIE EKSTREMIZM

W jakim smaku tego kurczaka: smutek? złość? strach? obrzydzenie? A może radość i zaskoczenie, że czasami to właśnie pomaga bardziej niż mantra. A mnie od niektórych ludzi różni tylko to, że widzę wybór… I już nie nawracam ludzi na wegetarianizm ani na nic innego. Choć wciąż odczuwam potrzebę pisania o zmianie i przyznania się do mesjańskich pobudek początków tworzenia bloga.

Nie muszę lubić „mięsa” ale jego akceptacja w niektóre dni zbliża mnie do równowagi bardziej, niż 7 dniowy detox i joga. Jem więc na Bali kurczaka i wczytuję się w symbolikę koguta – co cywilizacja europejska oraz inne cywilizacje zwykły były  czynić i odczyniać z tym szczególnym ptakiem…

I nim kur zapieje 3-ci raz, wyrzekam się najświętszych postaci ekstremizmu a wraz z nim różnych innych „izmów”. Co daje mi ciekawy rodzaj ulgi oraz uziemienia. Nie wypieraj się dziecko korzeni, wsi, krwi, brudu, bólu, trudu, zabobonu i głupoty bo kiedy wszystko inne zawodzi – one pozostają i od nich jak od dna można się odbić. Co Ty byś bez nich zrobiła w dni i tygodnie, kiedy spadasz? Dotknij, poczuj i w górę hop. Sama poczujesz kiedy. Nie uciekniesz, bo nie masz przed czym uciekać. Jesteś z ducha i jesteś też z ciała: z mięsa, z gówna, z wody i z krwi, na których możesz hodować te swoje lotosy – matka Bali szepcze mi przed snem, a twarz ma ogorzałą jak ta staruszka, której się bardzo podobam, co często pokazuje mi na migi. Nawet w te dni, gdy nie podobam się samej sobie. Suksma! (balijskie dziękuję).

Po kilku dniach od akceptacji mięsa przychodzi kolejny wgląd – ten o emocjonalnym jedzeniu i że kurczak to bufor, któremu potrzebuję powiedzieć „dziękuję”, żeby móc dalej otwierać się na moc wolnej woli i świadomego, niedyktowanego emocjami wyboru. Kiedyś tam. Może za tydzień? A potem może powtórka z kurczaka? Nie mam pojęcia! I boli to już mniej, niż kiedyś.

AKCEPTACJA i ANCESTRAL HEALING

Możliwe, że na Bali łatwiej doświadczyć tego rodzaju akceptacji oraz przeskoków świadomości. W końcu to katalizator transformacji – miejsce wprost stworzone do oczyszczania karmy, o czym przypominają mi lokalni szamani.

W pierwszym i w szóstym tygodniu na wyspie trafiłam na event Balenese Ancestral Healing. Mój własny high pierwszych dni spowodował, że wykres analizy energetycznej Czarnego szamana pokazał znaczącą ilość energii gromadzonej od lat albo wcieleń. Co dobrego z tym robisz? – zapytał – I czego Ci jeszcze potrzeba?; refleksologia Czerwonego przypomniała, że ból w ciele ma jeszcze kilka mocnych gniazd, a działania Białego (tego od brzucha oraz naciskania zapałkami na opuszki palców) były wbrew mojemu strachowi mniej straszne niż sam strach. Nie bój się, nie jest źle… Naprawdę tego jeszcze nie czujesz?!

Czuję! Lecz czucie się zmienia z każdym doświadczeniem, cyklem, miesiącem. I to, że po okresie uduchowiającej radości ogarnia mnie złość wprost proporcjonalna do niej pokazuje mi jedynie rosnącą pojemność kontenera, jakim jestem. I jakim my wszyscy jesteśmy. Ciałem przyjmującym wszystko. I kiedy oduczę się oceniania, będzie mi nareszcie WSZYSTKO JEDNO.

CYKLICZNOŚĆ OBIETNICĄ ULGI

Szóstego tygodnia bycia na Bali trafiam do tych samych szamanów i doświadczenie jest oczywiście inne. Wykres energii niby ten sam, lecz głowa zachmurzona, a ja nie wiem… Na co Czarny przypomina, że jestem na Bali, gdzie karma transformuje się szybko i na różne sposoby. Sama się nie transformuje, tylko przeze mnie – przez moje ciało i myśli. Potrzebujesz czegoś? Wsparcia…

Potrzebowałam przyznać się do słabości i zgodnie z bólem rozpłakać na refleksologii; potrzebowałam poprosić o mniej; zaobserwować amplitudę zmian, wysiedzieć w tej niewygodzie i usłyszeć od szamanów, że każdy z nich jest „w procesie”. Wszyscy jesteśmy. Ci którzy służą, oraz Ci którym służą. Służymy sobie wzajemnie. Uśmiecham i złym „okiem”, podaniem dłoni i podstawieniem nogi. Czasem świadomie, innym razem nieświadomie. I nic nie służy akceptacji zmian tak mocno, jak niewygodny czas w trakcie którego cykliczność okazuje się obietnicą ulgi.

A potem wstaje nowy dzień, nowy tydzień, nowy rok – wraca wdzięczność i znów jest jak w pierwszym tygodniu, tylko bardziej jak u siebie. Perspektywa widzenia się rozszerza – o kolejne rosnące na mokradle lotosy i o pierwszy rzęsisty deszcz w 10 tygodniu na wyspie. Ciąg dalszy być może nastąpi…

PS: Poznałam kilka osób, które mieszkają na Bali od kilku lat oraz takie, które regularnie tu wracają. To drugie wydaje mi się łatwiejsze – jeszcze nie wyjechałam, a już tęsknię 😉 Wysiedzieć natomiast na tym obsypanym kwiatami wulkanie bez przerw – mierząc się na przemian z jasny i ciemnym (czy to w sobie, czy w projekcji na świat), to duże wyzwanie. Fakt, że każdy przeżywa inaczej i na czym innym siedzi – co nie zmienia innego faktu, że siedzenie na wulkanie wymaga to hartu oraz głównej cnoty naszych czasów: rezyliencji. Przed upływem 10 tygodni pożegnałam przekonanie: Na pewno zostaję tu na długo/to mój dom. By za kilka dni znów to poczuć i ucieszyć się na kolejne tygodnie. Takie falowanie.

Twórcza psychologia: wstęp na końcu

Ale to, o czym piszę, nie zawsze jest ani będzie psychologią.


« Znaczenie i sens - inwestycje, które się zwracają Umieć się ustawić... »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)